Dni
Godzin
Minut
Sekund

Ilość Wolnych Miejsc:
/15

Witam Cię serdecznie!
Kontynuujemy temat cnót charakteru!
Części 1-4 znajdziesz klikając na linki poniżej:
► Cnoty (Część 1) – Wstęp i szczerość.
► Cnoty (Część 2) – Ciężka praca, Odwaga.
► Cnoty (Część 3) – Moralność, Ciepło, Pracowitość/Pilność, Niefrasobliwość.
► Cnoty (Część 4) – Wytrwałość, Dobry/uprzejmy, Bycie pomocnym, Pozytywny.
Dziś kilka bardzo fajnych, użytkowych cnót, które fantastycznie przekładają się na codzienne życie. Pomagają nam dobrze współżyć z innymi i wychodzić ponad bzdurną mentalizację umysłu. Na tej podstawie można dokonywać mądrych decyzji, a na pewno lepszych, niż do tej pory.
Niemniej, jak zwykle, intencja i praktyka są niezbędne. Bez intencji – gotowości, by praktykować daną cechę/cnotę, by naprawdę wprowadzić ją do swojego życia na stałe, nic się nie wydarzy.
Nie liczmy, że nasz umysł stanie się chętny, by to zrobić. Nie. Z podświadomości ujawnią się wszystkie blokady, negatywności i nawet przeciwności do danej cechy. W tym także to, co uważaliśmy za siebie – np. jeśli wybierzemy łagodność, to wyjdzie z nas agresja, frustrowanie się, itd., byśmy mogli to poddać, porzucić, przepracować. A nasz umysł będzie tego chronił i to racjonalizował.
Zauważmy, że każdą z cnót można zastosować do praktycznie każdej życiowej sytuacji. W każdej możemy być np. dyplomatyczni, bardziej otwarci czy elastyczni.
Odwagą możemy wykazać się zarówno w sytuacji rzeczywistej jak ochrona naszych bliskich, gdy dzieje się coś niebezpiecznego jak i sytuacji stricte wewnętrznej – w zmierzeniu się ze wstydem i winą na swój temat, porzuceniu wiążących nas negatywnych dogmatów i wiele więcej.
Zawsze możemy wybrać serdeczność, ciepło, zdyscyplinowanie, normalność, bycie pomocnym, pozytywnym, uprzejmym, moralnym, etc.
Tym samym każda sytuacja jest perfekcyjna do tego “treningu”.
Nie negujmy więc istotności tego, czego doświadczamy. Jeśli nadaliśmy temu jakieś bardzo negatywne zabarwienie i to na podstawie naszych odczuć, to już wiemy, że sami siebie robimy w balona. Cierpimy na własne życzenie i oszukujemy się, że odpowiada za nie świat.
Nawet w realnie nieprzyjemnych sytuacjach możemy wybrać jakąś cnotę i zastosować ją jako rozwiązanie. Jeśli ktoś nas nęka możemy stać się bardziej otwarci i zapytać tej osoby o co jej chodzi, co jej się w nas nie podoba. Możemy wybrać odwagę i ochronić swoją godność i zadbać o swoje bezpieczeństwo i dobro.
Każdą cnotę do każdej sytuacji można odnieść na wiele sposobów i nie sposób jest to wszystko opisać. Kluczem jest wyjść ze swojej głowy, przestać hipnotyzować się odbywającą się tam mentalizacją i rozważyć opcje. Bo opcje są ale nie widzi ich nasz umysł.
Warto wykorzystać do tego magiczne narzędzia dane nam przez proces ewolucji – kartkę papieru i długopis. Przedstawiamy FAKTY – jak wygląda sytuacja, co w niej nas boli (czyli odróżniamy wnętrze od zewnętrza) i zaczynamy szukać odpowiedzi jak najlepiej zająć się tym, co się dzieje na zewnątrz oraz wewnątrz.
Przykładowo wiemy już, że nie cierpimy przez nic co się dzieje na zewnątrz, tylko przez stawiany temu opór. Jednocześnie wiemy już, bo wielokrotnie to powtarzałem, że to czemu się opieramy trwa i rośnie.
Więc odpuszczenie oporu powinno stanowić jeden z fundamentalnych kroków do zmiany.
Siadając do tego poczujemy opór. Zauważymy, że jest w nas część, której nie zależy na naszym dobru. Ma gdzieś nasz spokój, szczęście i rozwiązanie sytuacji. Ta część pławi się w naszym cierpieniu, w naszym zmaganiu, walce i braku zmian.
Cały ten Blog poświęcony jest temu, by to dostrzec i właściwie do tego podejść. Już mówiłem, że opór, nienawiść, walka, wypieranie, udawanie, że tego nie ma to NIE odpowiednie postawy.
Jest to tak niezrozumiane i wypierane, że religia wymyśliła sobie Lucyfera, a nauka różne skomplikowane teorie. Oczywiście nic to nie daje.
Właściwa jest świadomość tego, akceptacja, wzięcie odpowiedzialności zarówno za to jak i swoje decyzje (wliczając przeszłe). Próby robienia czegokolwiek z tą częścią nas są z góry skazane na porażkę, bowiem ten mechanizm jest sprytniejszy od nas – ewoluował przez tysiące lat. Wie jak przeżyć.
Ale nie ma on żadnej mocy. Jego źródłem zasilania są nasze emocje i nasz opór. Gdy więc zajmiemy się nimi, dni ego są policzone.
Gdy zobaczymy jak wielu negatywności sami się złapaliśmy i sami utrzymujemy oraz chronimy, może dotrze do nas jak daliśmy się omotać.
Każda negatywna wizja na temat siebie to negatywny program, który sami utrzymujemy wstydem, winą, oporem, dumą, etc. Z drugiej strony równie głupim jest nadymanie się. Złotym środkiem jest spokój i radość własnego istnienia oraz taki sposób bycia, którym mogą być jedna lub kilka cnót opisywanych w tej serii artykułów.
Ale nieświadome i/lub bezmyślne dalsze kontynuowanie negatywnych programów nie doprowadzi nas w żadne nowe miejsce. Ani tym bardziej pozytywne.
Warto również wiedzieć, że stajemy się w życiu tym, co uważamy na swój temat. A więc odpowiadamy za to my. Niemniej trudno jest utrzymywać pozytywności, jeśli nasz umysł non stop bełkocze negatywne mentalizacje. Dlatego proces wewnętrznego oczyszczania jest tak krytyczny.
Drugą stroną tej samej monety jest szacunek i docenianie sukcesu oraz ludzi, którzy je odnieśli.
Ci, którzy “są porażką” zazwyczaj względem sukcesu w każdej formie utrzymują nienawiść (zazdrość jest jedną z takich negatywności). Sami więc odbierają sobie możliwość jego odniesienia i zmiany swojej życiowej sytuacji.
Wybierają więc negatywności nad pozytywność. Niektórzy dlatego, że po prostu uznali negatywności takie jak gniew, duma czy zazdrość za pozytywności. Więc zwyczajnie się pomylili. Ale większość dlatego, że po prostu z własnego cierpienia, narzekania, użalania, obwiniania czy nienawiści czerpią korzyści. Doją nektar gorzkiej przyjemności. Ich wybór.
Można zadać sobie pytanie – ileż jeszcze?
Uwaga – temat kontrowersyjny – ofiara gwałtu czy napaści sama musi odpowiedzieć sobie na pytanie ile jeszcze chce cierpieć? Osoba uzależniona także musi sobie odpowiedzieć na to pytanie. Ile jeszcze?
Ile jeszcze obwiniania, użalania się, wstydzenia, frustrowania, stresowania, bania, opierania się, uciekania, wypierania, negowania, etc.?
Ile jeszcze poczucia winy za “odkupienie” swoich błędów? Czy ktoś wie? Ile bólu i winy jest wystarczające, by cokolwiek naprawić?
A może ból i wina to niewłaściwe środki do jakiejkolwiek zmiany na lepsze? Tak jak linijka to niewłaściwe narzędzie do mierzenia natężenia światła.
Jeśli mamy w naszym życiu tak poważny problem lub problem, przez który cierpimy, ileż jeszcze? Ileż jeszcze będziemy odkładać rozwiązanie?
Każde “nie mogę” oznacza w rzeczywistości “nie chcę”.
Zajęcie się tym problemem jest tylko wymówką, by nie przyjrzeć się temu, co ukrywa – nasze własne emocje i dumę, by się z nimi nie zmierzyć. Problemy życiowe to jak pokrywki w garnku, w którym wrze. Nic na świecie nie wrze! Ale jeśli podniesiemy pokrywkę, zobaczymy o co tak naprawdę chodzi.
Warto zauważyć, że sami nadajemy wszystkiemu znaczenie. Czy to, że gdzieś na świecie jakiś kretyn wysadził autobus pełen dzieci przyćmiewa to, że w tym samym czasie 40 000 innych ludzi zrobiło mnóstwo pozytywności, wybaczyło, okazało komuś uprzejmość, miłość, włożyło wysiłek, by innym było lepiej? Dlaczego sami tak lgniemy do negatywności i w tym procesie ignorujemy wszystko to, co pozytywne?
Okazuje się, że na tej planecie pozytywność przeważa nad negatywnością.
Globalny poziom świadomości ludzkości przekroczył krytyczną granicę pozytywności pierwszy raz w historii ten planety. Łatwo jest to zanegować dając się karmić wciskanymi nam “do gardła” siłą negatywnościami nazywanymi “wieczornymi wiadomościami” lub “serwisami informacyjnymi”.
Weźmy odpowiedzialność za to jak to wszystko interpretujemy i jakie nadajemy temu znaczenie. Jeśli nasz poziom świadomości i dojrzałości emocjonalnej jest na poziomie – “Boję się odrzucenia przez kobietę” lub “Wstydzę się z kimś porozmawiać”, to naprawdę nie twórzmy z tego poziomu wyobrażeń na temat całego świata. Przyjmijmy, że niewiele rozumiemy i niewiele wiemy, a to co wiemy w większości jest negatywnym programowaniem i przystąpmy do oczyszczenia.
To co możemy uważać za racjonalne i sensowne myślenie i wnioski wcale takim nie jest na tak niskim poziomie świadomości. Nasz umysł wciska nam bzdury będące racjonalizacjami naszej podświadomości. Świat nie jest taki jak to widzimy i interpretujemy.
Ok, pora na kolejną garść cnót!

12. Rozważność

Rozważność jest bardzo praktyczną cnotą.
Bowiem gdy zaczynamy przekraczać emocjonalność, potrzebujemy niejako kompasu i fundamentu podejmowania decyzji i działań, które nie są już gniewem, strachem, dumą, wstydem, etc. Czyli nieświadomością podlegającą niskim energiom i programom związanymi z nimi.
Mnóstwo osób zadawało mi pytania typu – “No ale jeśli przestanę czegoś pragnąć, to jaki jest sens w osiąganiu tego?” Albo – “Jeśli miałbym się cały czas czuć świetnie, to jaki jest sens życia?”
Widzimy więc, że ludzie w niskiej świadomości żyją tylko w taki sposób, że muszą zajmować się wiecznie odczuwanymi i doświadczanymi negatywnościami – a to pracować ze strachu przed biedą i głodem (i oczywiście pracować jako ofiara), oglądać telewizję, by przestać czuć stres, pić, palić, oglądać porno, by przestać czuć napięcia, frustrację, poczucie osamotnienia. Idą do kina, by się nie nudzić w domu. Pragną całej masy różnych rzeczy ale nie czują się godni, by je osiągnąć. Nie tworzą związków z miłości, tylko z oczarowania i strachu przed samotnością. Stresują się przed egzaminem, wyzwaniem w pracy, randką… Martwią się, użalają, obwiniają, frustrują…
Więc to dla nich niejako sens życia – zmaganie się z tym, co negatywne.
Praktycznie nikt nie ma konceptu jakby to było żyć już czując spokój, radość, poczucie bezpieczeństwa, wartości.
Zauważmy, że tak banalnej rzeczy jak smak czekolady nie sposób komuś dać. Nie sposób tego opisać. Nie sposób sprawić, by ktoś wiedział jak to jest zjeść kawałek czekolady. Ta osoba SAMA MUSI TEGO DOŚWIADCZYĆ, BY TO ZROZUMIEĆ.
Ja mogę napisać 30 książek o wybaczaniu, a nie spowoduje to, że ktokolwiek wybaczy najmniejszą urazę, ani nie zrozumie jak jest to istotne i jak potężne zmiany wprowadza w naszym życiu, poziomie energii, zdrowia, szczęścia.
Mógłbym napisać 300 poematów na temat smaku czekolady, a nikt z 6 miliardów ludzi nie będzie wiedział jak czekolada smakuje, dopóki sam jej nie spróbuje. Najlepsi pisarze świata mogliby prześcigać się z wymyślaniu opisów smaku czegolady, a i tak nikt po przeczytaniu ich wszystkich dalej nie wiedziałby jak to jest.
Człowiek, który nie doświadczy szczęścia będzie pytał – “Po co mam żyć, jeśli już miałbym czuć szczęście? Co miałbym wtedy robić?” Widzimy? Więc niby pragnie szczęścia, a gdyby miałby je odczuwać, to nagle go nie chce! Dziwimy się, że tak mało ludzi je odczuwa i tak żyje?
Podświadomie wcale nie chcemy szczęścia, sukcesu, spokoju, braku problemów? No bo jeśli każdego dnia mielibyśmy 8 godzin wolnego czasu, mnóstwo energii, już bylibyśmy radośni i szczęśliwi… co dalej? Więc podświadomie praktycznie nikt tego nie chce!
Mnóstwo uzależnionych, niektórzy nawet po roku pracy z Programem, pisali mi, że tak naprawdę nie chcieli wyzdrowieć. Chcieli coś robić, by poczuć się lepiej ale ich intencją nie była wolność. Bo bali się i czuli opór… więc dalej dawali się robić w balona swojemu ego.
Tak samo ogromna liczba ludzi zapytana czy chciałaby swoje obowiązki realizować bez zmagania, a sukcesy osiągać bez zbędnego cierpienia odpowiada – “No ale wtedy nie będę czuć dumy z poświęcenia i włożonego wysiłku!” O właśnie! Więc jasno widzimy, że przekładamy dumę nad szczęście i sukces! Bo jesteśmy sługą ego, które nas robi w jajo.
Czy jakiekolwiek zwierzę pyta dlaczego miałoby być radosne? Nie! Jest radosne, cieszy się tym i obdarowuje tym ludzi! A ludzie kochają te wszystkie zwierzaki, które są w stanie radości swojego istnienia!
Aby ten dylemat rozwiązać, zastanówmy się – gdybyśmy dojrzeli na tyle, że już wiedzielibyśmy, że nowe dżinsy nie dają nam radości, ani podziwu, to jaki byłby sens kupowania nowych dżinsów?
Po co człowiek rozważny kupuje sobie ubrania? Jeśli nie czerpie z tego radości, ani poczucia wartości, to dlaczego to robi?
Okazuje się, że wszelkie niskie jakości jak emocje nie tylko utrudniają realizowanie jakościowo wysokich celów ale i zdecydowanie ograniczają ich doświadczanie oraz poziom radości jaki można odczuwać nawet realizując największe marzenia i cele. A jednak ludzie nadal się ich trzymają.
Tym samym osoba rozważna staje się świadoma emocjonalności, myślenia i może wybrać POMIMO tego. Może więc odczuwać strach, a i tak podjąć się tego, co jej umysł podpowiada, że jest źródłem tego strachu używając określenia – “Boję się TEGO”.
A skąd ta pewność, że boimy się TEGO? Osoba rozważna zaczyna podważać myśli tego typu. No bo dlaczego boi się tego, co pozytywne i co w esencji nie zawiera w sobie żadnego realnego zagrożenia?
Jednocześnie rozwaga uczy nas rozdzielić to, co jest zagrożeniem urojonym (i chroni jedynie ego) od realnego zagrożenia. Były przypadki (i to niemało), że ludzie weszli w ZOO do klatki z drapieżnikiem, bo nie odczuwali związanego z tym strachu. No bo skoro nie czuli strachu, to uznali, że jest to bezpieczne, że nie ma zagrożenia… Widzimy jak nieświadomi są ludzie. Jak są nietrzeźwi. Jak są kompletnie zahipnotyzowani bełkotem umysłu i nie potrafią choć w minimalnym stopniu spojrzeć na rzeczywistość.
Do jakiej klatki my wchodzimy każdego dnia?
Jakich urojonych zagrożeń my się boimy? A jakie realne zagrożenia ignorujemy?
Warto zrobić listę naszych lęków i do każdego dopisać R – realny, U – urojony. Strach przed odrzuceniem to oczywiście urojony lęk. Bo nie następuje żadne odrzucenie. Obca osoba nie może nas odrzucić. Ale to temat na inny czas.
Rozwaga uczy nas, że wcale nie potrzebujemy strachu, by unikać tego, co niebezpieczne i aby zadbać o swoje dobro!
Trzymanie się strachu właśnie jest ogromnym zagrożeniem, bo gdy zgromadzimy go dużo w naszej podświadomości, nasz umysł zaczyna go wyprojektowywać na świat. W rezultacie zaczyna we wszystkim widzieć zagrożenie. Tym samym zaczynamy żyć jak ślepcy i unikać nawet tego, co jest dla nas ważne, krytyczne (także w temacie zdrowia).
Nagle rozmowa z drugą osobą jest straszna. Patrzenie w oczy niebezpieczne. Poproszenie o podwyżkę jest zagrożeniem. Pójście na terapię staje się niepewne i wątpliwe (bo nagle, magicznie uznajemy, że nie jest tak źle). Wszędzie, gdzie się znajdziemy nie czujemy się bezpiecznie. I co dalej się dzieje? A wystarczy, że włączymy wieczorem dziennik telewizyjny i już mamy potwierdzenie wszystkich naszych obaw. I bum! Wpadliśmy w sidła i nawet tego nie dostrzegliśmy.
A potem ta sama osoba pyta jakby miała żyć, gdyby nie musiała się wiecznie bać… Najpierw zjedz czekoladę, a potem opowiedz jak było…
Mnóstwo ludzi nie podejmuje się pracy z Programem Wolność od Porno, bo czują strach i opór i widzą w swoim umyśle przeróżne racjonalizacje:
– Boję się, że nie dam sobie rady.
– Boję się popełnić błąd.
– Boję się zostać oszukanym/oszukaną.
I wiele więcej.
Większość ludzi daje się ogłupić myślami tego typu i sądzą, że decyzja, którą podejmują jest rozsądna. Ale czy na pewno? Są uzależnieni, cierpią, potrzebują pomocy, a nie robią WSZYSTKIEGO, by sobie pomóc…
Dawno temu rozmawiałem z mężczyzną, który chciał rozpocząć program WoP. Miał żonę/partnerkę i poważne problemy z emocjami, seksualnością, relacja się rozpadała. Napisał mi w końcu coś takiego (od razu skomentuję poszczególne fragmenty):
“Zmierzam do tego, że ostatnio bardzo poprawiło się między Nami; zacząłem odczuwać jeszcze więcej, mocniej i głębiej, a dziewczyna zaczęła być mi coraz bliższa i bardziej zacząłem doceniać jej urodę.”
Nagle, magicznie się poprawiło między nimi… Oczywiście nie napisał mi co konkretnego zrobił. Odpowiedź brzmi – nic. To bzdurne urojenie, które podsunął mu jego umysł, byle tylko zrezygnować z podjęcia się działań prowadzących do stania się świadomym i dojrzałym.
W jaki niby to fantastyczny sposób zaczął odczuwać więcej, mocniej i głębiej? A w żaden! Pojawiła się adrenalina związana z podjęciem się czegoś nowego. Wytłumiła na moment opór i strach i tyle. Nic nie zostało uzdrowione, przepracowane, naprawione, skorygowane. Nic.
Dziewczyna nie stała się bliższa, tylko pętla ich wiążąca będąca subtelną formą kontroli i współuzależnienia zacisnęła się jeszcze mocniej.
Wcale nie zaczął bardziej doceniać jej urody, tylko użył tego jako argumentu racjonalizującego podświadomy opór.
To stan kompletnej nietrzeźwości, zapijaczenia mentalizacją umysłu. Nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.
To oczywisty opór przed zmianą i wyprojektowanie na kobietę przywiązania, poczucia braku, kontroli. Ona wcale nie stała się bardziej bliska, tylko człowiek ten wyprojektował na nią źródło swojej wartości, której nie dostrzega w sobie. I wcale nie zaczął doceniać jej urody, tylko jest to zagrywka, by ją kontrolować i zatrzymać przy sobie.
“Od jakiegoś czasu także jestem już na co dzień szczęśliwy jak nigdy przedtem :) i to dzięki Niej :)”
Kolejne oczarowanie, mentalizacja, urojenia. Nie jest szczęśliwy, tylko daje się omotać ego, które kontroluje tę kobietę. Oczywiście oczarowuje również ją, że dzięki niej jest tak wspaniale, etc.
To niezwykła toksyczność ukryta w cwanie dobrane słowa.
Ciekawe co się takiego stało, że jest szczęśliwy jak nigdy przedtem, skoro nic nie zmienił? Ano nic! Jego ego tak przestraszyło się utraty swojej hegemonii, że zastosowało sprytne techniki obronne.
Zapewne ta kobieta również w jakiś sposób zaczęła go kontrolować. A on jak małe dziecko oczarował się błyszczącym papierkiem cukierka.
“Ona stała się Moim szczęściem, moim sercem, wszystkim co jest dla mnie najważniejsze”
A wcześniej tym nie była? Ano nie. Teraz magicznie stała się, by mężczyzna ten nic nie zmienił. “Ona stała się” – Oozywista bzdura. Ona niczym się nie stała, bo nie ma takiej możliwości.
To co się stało to oczarowanie, zahipnotyzowanie, utrata kontroli nad sobą. Słowem – jest źle.
“Czułem jednak, że nadał mam problemy z bliskością i chcąc by Ona była ze mną jeszcze szczęśliwsza (i by była w pełni szczęśliwa) i byśmy oboje byli ze sobą w pełni szczęśliwi postanowiłem uleczyć swoje chore emocje i rozwiązać swoje problemy z bliskością.”
Więc to wszystko co napisał to zwykłe urojenia, a wszystko wygląda dokładnie tak samo jak wcześniej. Problemy, które ma od przynajmniej 15 lat nadal są obecne. Można rzec – złamana ręka nadal jest złamana, a znieczulenie, które dostał nie jest w stanie wygłuszyć bólu.
On nie ma pojęcia co czuje. Ona nie jest szczęśliwa. Tak jak i on. To współuzależnienie – ciągłe uciekanie od poczucia braku, wstydu, winy, strachu. To ego jest szczęśliwe, bo tak ich oboje omotało, że na razie nie ma szans, by zaczęli się oczyszczać i dojrzewać.
“Ona wyraziła obawę, że kiedy rozwiążę swoje problemy to poczuję się wolny i ją zostawię.”
Och! Ależ miłość! Ależ szczęście! No przecież tak właśnie mówi osoba, która jest naszym sercem! Dzięki której on stał się tak szczęśliwy jak nigdy wcześniej!
Ależ to wszystko piękne! Jaki ten związek jest wspaniały! No miłość na wieki! I gdy tylko on rozwiąże swoje problemy, to ją zostawi…
Pierwsze co zrobi facet, gdy oczyści się z tego, przez co cierpiał, zostawi swoją partnerkę! No miłość jak malowanie! W ogóle wszystko jest tu zdrowe…
Kobieta dokonała oczywistej, wręcz wulgarnej projekcji własnego strachu, który nosi w sobie zapewne od małego i chce, by jej facet dalej cierpiał i niszczył się wewnętrznie, byle tylko z nią został… bo czuje się tak nieważna, że jak tylko on pozbędzie się własnej niedojrzałości, to dostrzeże jaka jest w rzeczywistości… i oczywiście ucieknie.
“Ja uspokajałem ją mówiąc, że to tylko Nam pomoże. Dziś (i chyba wcześniej też czasem przemknęła mi przez głowę podobna myśl) jednak poczułem obawę, że może istnieć takie ryzyko. ZA NIC NIE CHCĘ JEJ STRACIĆ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
NIE CHCĘ STRACIĆ TEGO CO JUŻ MAMY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!”
Widzimy?
Najpierw ona wyprojektowała własne lęki na swojego faceta, a potem on wyprojektował swoje oczarowania, lęki, opór, dumę na nią. To niezwykle toksyczna relacja, w której obie osoby nie pozwalają sobie na uzdrowienie.
Bo ich ego przekonuje ich, że jak poczują się szczęśliwi bez siebie, no to nic nie będzie ich ze sobą trzymało…
A co z wyborem? Z chęcią bycia ze sobą? Co z docenianiem siebie, życiem dla siebie? Co z tym wszystkim co pozytywne?
Co tak naprawdę mają? Ano niewiele. Pretekst, by uciekać od własnej emocjonalności. Uciekać w coraz bardziej toksyczne oczarowanie i współuzależnienie. Takie relacje kończą się bardzo smutno. Niektóre trwają bardzo smutno.
“POCZUŁEM OBAWĘ PRZED PRZERABIANIEM TEGO PROGRAMU, BO NIE CHCĘ BY TO CO MAMY SIĘ ZMIENIŁO na gorsze.”
I już mamy dalszą projekcję, teraz na Program. Czyli to, do czego dążyło ego od samego początku. Najpierw uwiło sprytną sieć wzajemnej toksyczności i współuzależnienia i na podstawie tego zabroniło rozpocząć Program.
“Nie chcę stracić tego co mam” – to bardzo częsta racjonalizacja strachu i oporu. Ego oczarowuje nas, że jak puścimy się negatywności, w tym przywiązania, to to stracimy. Ale tak nie jest. Odpuszczenie przywiązania pozwala nam poczuć radość ze wspólnego życia, doceniać siebie nawzajem, cieszyć się swoją obecnością, a nie kontrolować się ze strachu. Uwolnienie się od przywiązań oczyszcza nas ze strachu przed utratą tego, dzięki czemu pojawia się faktyczna radość i energia, by o to zadbać. Jakości te strach niebotycznie ogranicza(ł). Jednocześnie porzucenie przywiązania zabezpiecza nas przed cierpieniem w przypadku utraty tego, do czego/kogo byliśmy przywiązani. A to jak te osoby żyją prowadzi do utraty.
Więc będą żyć tak, że będą się coraz bardziej ograniczać i zatruwać, a resztę energii poświęcać, by jakoś ze sobą wytrzymać.
Widzimy do jakich pułapów udają się ludzie, by racjonalizować toksyczną emocjonalność. W tym momencie nikt nie powinien mieć wątpliwości jak krytycznie ważna jest emocjonalna dojrzałość.
“A może samo to co do Niej czuję GWARANTUJE, ŻE TO SIĘ NIE ZMIENI I NIE GROZI SYTUACJA, ŻE POD WYPŁYWEM TEGO PROGRAMU ZACZNĘ TRACIĆ NIĄ ZAINTERESOWANIE, ŻE MOJE UCZUCIA ULEGNĄ ZMIANIE… “
Jedno z fundamentalnych urojeń umysłu – że jak będzie się trzymał jakiegoś uczucia, to dostanie to, czego chce. Tak jest z chceniem, pożądaniem, fantazjowaniem, strachem, gniewem, winą, itd.
Przede wszystkim to, co “do niej” czuje to nie miłość. To przywiązanie, wyprojektowane braki. To negatywne oczarowanie.
Co ciekawe, kobieta mówiąca, że facet ją zostawi, gdy zmądrzeje pokazuje, że ona sama o tym myśli. To ona, gdyby przestała się bać i czuć winna, zostawiłaby go przy najbliższej sposobności. I jest z nim, by uniknąć poczucia winy, wstydu, żalu i bólu. Gdyby zniknęły, odeszłaby.
“CHCIAŁEM TYLKO BY MOGŁA BYĆ ZE MNĄ JESZCZE SZCZĘŚLIWSZA (W PEŁNI SZCZĘŚLIWA) I BYŚMY OBOJE MOGLI BYĆ ZE SOBĄ W PEŁNI SZCZĘŚLIWI I DLATEGO CHCIAŁEM WZIĄĆ UDZIAŁ W TWOIM PROGRAMIE!”
Więc chciał bardzo dobrze. I intencja tego zaczęła wyciągać z niego wszelkie nagromadzone toksyczności, trucizny, urojenia, negatywne programy, przekonania, postawy. A on sam zaczął to dalej racjonalizować.
To samo stało się w przypadku partnerki. Zaczęło ujawniać się to wszystko, co ograniczało faktyczną miłość, docenianie, wrażliwość, troskliwość. A jednak dalej się tego trzymają i to racjonalizują. Nazywają to miłością… Ale przywiązanie, oczarowanie, strach, opór, poczucie winy, żal to nie miłość. To jak porównywanie zgniłego, robaczywego jabłka do pięknej, zdrowej jabłoni pełnej czerwonych jabłek.
Tym samym nigdy nie będą ze sobą szczęśliwi. I gdy kiedyś któreś z nich pozna kogoś, nawet przypadkiem, i przez moment poczuje zdrową akceptację, radość, nagle zobaczy jak wielka jest różnica w tym, co czuje każdego dnia.
“ALE OD KIEDY JESTEM TAKI SZCZĘŚLIWY (WŁAŚNIE SIĘ ROZPŁAKAŁEM…) N I E M O G Ę R Y Z Y K O W A Ć!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!”
I kurtynaaaa!
Nagle jest TAKI SZCZĘŚLIWY! Wow! A wcześniej nie mógł!
Nagle poczuł takie szczęście, taką miłość! Magia! Cud! Ludzie, przybierzmy tam, niczym do Betlejem, bo to przecież tam zaraz się odbędzie jakieś zwiastowanie!
…ale przecież jak zacznie dojrzewać, to się wszystko popsuje. Nie może ryzykować! Nie może wytrzeźwieć, bo dostrzeże w jakim szicie żyje! I co wtedy? Poczuje tę całą winę, wstyd, opór, strach, gniew, które w nim są.
Widzimy jak rozległe i przenikające się mogą być wewnętrzne programy. Jak dwoi i troi się umysł, by racjonalizować zaniedbane wnętrze.
Tworzy urojenia na urojeniach i przeplata je dodatkowymi urojeniami.
Strach jest emocją, która w swojej esencji ma wspomóc działanie! Jeśli już się masz czegoś bać, to tego, co stanie się, gdy właśnie nie zrobisz wszystkiego, co niezbędne, by sobie pomóc!
Ale tu mamy kompletne odwrócenie o 180 stopni, całkowite zniekształcenie rzeczywistości mylone ze zdrowiem. “Jak będę kontrolował, przywiązywał się coraz bardziej, trzymał się strachu, to będzie lepiej”.
Ale już ten “drobny” fakt – “Jak zaczniesz zdrowieć i dojrzewać, to mnie na pewno opuścisz, więc ci zabraniam” pokazuje jasno jakiej jakości jest to relacja. Czy to miłość? Bzdura! To toksyczność ukryta pod metką miłości. Zabranianie swojemu partnerowi/partnerce, by zadbał o swoje zdrowie psychiczne i emocjonalne, bo gdy to zrobi, to nas zostawi to szczyt negatywnego, trującego egoizmu. I nie ma to nic wspólnego z miłością.
Naturalnie nikt w tej relacji nie jest zły. To jedynie nieświadome powtarzanie mentalnego bełkotu generowanego na bazie strachu, winy, wstydu, oporu, dumy i reszty podświadomych zaniedbań.
Mężczyzna ten na samym początku błagał mnie o pomoc w kilkunastoletnim uzależnieniu, z którym nie mógł sobie poradzić. Chodził na terapię (która emocjami się nie zajmowała). I gdy wybrał INTENCJĘ wyzdrowienia, zaczęło ujawniać się to wszystko, co w nim zalegało. Wielokrotnie o tym procesie mówiłem na Blogu.
W tym wszelkiej maści lęki. I niestety nie zrozumiał tego i zaczął je racjonalizować.
Nagle “uświadomił sobie XYZ”, czyli po prostu dalej dał się oczarować bełkotem mentalnym, że nie ma czego uzdrawiać, że wszystko jest piękne. Że to już najwspanialsza miłość…
No tylko skąd te lęki, ten strach, ten dyskomfort, ten gryzący brak pewności? To wiercące głęboko w nas dojmujące uczucie, że coś jest nie tak i powinniśmy coś zrobić?
Czy człowiek rozważny zostawiłby drugą osobę, którą kocha, bo oczyścił się z lęku, wstydu, winy? Gdy porzuciłby związek, bo przestał cierpieć? Czy zraniłby bliską sobie osobę, bo przestał ranić sam siebie?
Widzimy jak niebezpieczna jest emocjonalna niedojrzałość.
I bez fundamentalnej wiedzy na ten temat nie mamy żadnego odróżnienia mentalnego szaleństwa od faktów, od rzeczywistości.
To że coś nazywamy miłością nie oznacza, że nią jest. To, że coś uważamy za dobry wybór nie oznacza, że takim jest.
Rozważność uczy nas, by odróżniać etykietkowanie od esencji tego czym to jest.
Pierwszy fakt na temat miłości, z którego warto zdać sobie sprawę to, że jeśli przestaliśmy “kochać” kogoś/coś, to nigdy nie kochaliśmy. To nie była miłość. Ten/to kogo/czego boimy się stracić nie kochamy. Bo miłość to nie przywiązanie, to nie próby kontroli tego, za czego źródło uznaliśmy tę osobę i czego brak dostrzegamy w sobie.
To właśnie porzucenie pracy nad sobą gwarantuje, że ten związek się rozpadnie. Bo oczarowanie wkrótce wygaśnie. Ta chwilowa adrenalina wyczerpie się i lęki, wstyd, wina, żal, gniew, duma zostaną wyprojektowane na coś innego – prawie na pewno na siebie nawzajem. Kobieta ta zacznie zabraniać mu coraz więcej ze straty przed tym, że odejdzie. Zabroni mu np. chodzić na piwo z kolegami, bo przecież może poznać w barze inną kobietę i będąc pod wpływem alkoholu pójść z nią, etc. Te szalone mentalizacje nigdy się nie skończą.
Co ciekawe – gdyby te osoby porządnie wzięły się za siebie i dojrzały emocjonalnie, mentalnie, psychicznie i dostrzegłyby jak żyły i co sobie robiły, bardzo możliwe, że podjęłyby decyzję o rozstaniu. Ale wspierałyby się w tym, a nie obwiniały i nie zaczęły nienawidzić. A może zaczęłyby wszystko uzdrawiać, korygować i żyć ze sobą z prawdziwą miłością i radością ze swojej bliskości, troski o siebie, etc. Nawet rozstając się pozostaliby bliskimi przyjaciółmi i cenili tę przyjaźń przez całe życie.
A teraz dorosły facet wyje i płacze na samą myśl, że związek mógłby się zepsuć. Nie widząc przy tym, że utrzymuje w sobie to wszystko co gwarantuje jego degenerację (która już postępuje, co jest dostrzegalne gołym okiem).
Widzimy trudność terapii i właściwego podejścia. Osoba tak zahipnotyzowana mentalnym bełkotem, gdy zaczyna ujawniać stłumione emocje, natychmiast ulega oczarowaniu tym mentalizującym rzygiem. Daje się robić w balona na lewo i prawo. A że jak się uzdrowi, to bliska osoba będzie cierpieć. A więc i ona. Jak on odejdzie, to będzie cierpiał. Jak on coś zepsuje i odejdzie ona, też będzie cierpiał. Widzimy, że umysł próbuje gdzieś, w czymś/kimś umieścić poczucie winy, którego jest ogrom, bo było tłumione przez lata.
To tzw. superego – ego mające w garści właściciela. I terapeuci zalecają, by uczestnika terapii najpierw przygotować do tego, co superego może mieć dla niego na tacy.
Mężczyzna ten od kilkunastu lat ucieka od emocjonalnego bólu, strachu, wstydu, winy, żalu, strachu i gdy ma możliwość oczyszczenia się z tego, dalej wierzy w urojone mentalizacje (tym razem drugiej osoby nazywane troską). To jakby od kilkunastu lat nie zajmować się złamaną ręką i cały czas brać znieczulenie. A gdy pojawia się możliwość nastawienia tej ręki i pełnego uzdrowienia, “kochająca” osoba zabrania nam, bo jak staniemy się sprawni, to od niej odejdziemy…
Widzimy toksyczność w stwierdzeniu – “Możesz być szczęśliwy tylko ze mną!”? Widzimy toksyczność, jad, poczucie winy, próby manipulacji? I jak będziemy szczęśliwi pomimo drugiej osoby, to co wtedy? Ta osoba nie ma wartości?
A dlaczego nie odczuwać szczęścia bezwarunkowo i obdarowywać nim siebie nawzajem każdego dnia?
Innym przykładem braku rozważności jest utrzymywanie programu – “Gdybym znowu odniósł/odniosła porażkę, nigdy bym sobie tego nie wybaczył/a!”. A dlaczego nie?! Dlaczego w tak oczywisty sposób zakładamy sobie pętlę na szyję? Jeśli to zrobimy, zaciśnie się, jeśli nie – również się zaciśnie. Poczujemy się winni w obu sytuacjach! A dlaczego tej pętli nie zdjąć? Dlaczego sobie nie wybaczyć nawet milion razy, milion porażek? Bo Twój umysł Ci nie pozwala? A chrzanić go! Uwalniaj winę przy każdej sposobności. Nie wypieraj jej i ignoruj mentalny bełkot, który wtedy będzie się odbywał w umyśle.
Masz prawo popełnić tak wiele błędów i pomyłek, ile wybierzesz. Tylko oczywiście rozwaga podpowiada, byś dążył/a do konkretnego celu/rezultatu i to pozytywnego.
Spójrz na dzieci uczące się chodzić i np. na trenujących sportowców. To ten sam mechanizm – próbują, upadają. Wstają, próbują raz jeszcze i znowu upadają, dokonują korekt, próbują kolejny raz. Aż do skutku!
Dzidziuś i przypakowany atleta robią w esencji to samo. A skoro tak, no to nikt mi nie powie, że ma mniej możliwości od dzidziusia… Jeśli zaś w to wierzyliśmy, o! to właśnie negatywne programowanie, którego nie byliśmy świadomi.
Zaczynamy dostrzegać rozstrzał między tym, czym jesteśmy, a co jest elementem naszej egzystencji – jesteśmy świadomością i jest z nami także zwierzęcość, która walczy o swoje przeżycie.
Przy czym ta walka nie tylko jest całkowicie opcjonalna ale i zbędna. Jednak możemy ją wybierać jak długo tylko chcemy.
Przypadek tego mężczyzny ukazuje, że to tylko sztuczki ego, by oni oboje nie oczyścili się z zalegających w nich toksyczności i nie wzrośli do miłości. To ego robi co może, by zachować w nich swoje papu. A oni prędzej czy później i tak się dotkliwie zranią.
Bo gdy poczują się szczęśliwi bez siebie to pierwsze co zrobią, to się rzucą nawzajem? A co to za szaleństwo? A gdy poczujemy się szczęśliwi bez markowych spodni, to je wyrzucimy na śmieci? Czy może zaczniemy cieszyć się z ich użytkowania bardziej, niż kiedykolwiek?
Możemy uciekać od np. odczuwania winy… ale co nam to daje? Uniemożliwiamy sobie oczyszczenie z trucizny, która i tak już w nas jest. Tym samym unikanie jej służy wyłącznie ego, które w ten sposób zabezpiecza swoje przeżycie poprzez zabezpieczenie swojej (chyba ulubionej) pożywki – poczucia winy. Które może wtedy do woli wyprojektowywać na świat i na nas samych.
Widać to po tym jak np. podchodzimy do kobiety, mówimy coś, kobieta nie zgadza się na randkę, a my sobie zaczynamy wypominać jaką to głupotę powiedzieliśmy. I jak nie podejdziemy do kobiety, to również sobie to wypominamy. A nawet jak się umówimy na randkę, to nasz umysł i tak będzie paplał czy zrobiliśmy dobrze i czy to na pewno właściwa kobieta! Będąc na randce lub już w domu nie pocałujemy kobiety, by jej do siebie nie zniechęcić. Dalej kierujemy się winą i nie dostrzegamy rzeczywistości, że kobieta mogła nawet oczekiwać pocałunku! Do kolejnego spotkania może już nie dojść. A my wtedy i tak poczujemy to, od czego uciekaliśmy.
Mając w sobie stłumioną i/lub wypartą winą tak będzie wyglądać nasze życie.
Jak pracujemy, męczymy się i myślimy o urlopie. A na urlopie męczymy się myśląc o pracy! Trudno jest wtedy nie dojść do wniosku, że ten świat jest zwyczajnie poje**ny (i/lub my). Ale nie jest. Tak wygląda nieświadome życie i odtwarzanie negatywnych programów, którymi zostaliśmy “obdarowani”.
Rozwaga uczy nas, że mamy możliwość rozwagi (uch) – oceny sytuacji ponad emocjonalnością. Zaczynamy rozumieć, że to, co się dzieje w umyśle nie odzwierciedla rzeczywistości, tylko to proces dotyczący STRICTE naszego wnętrza.
Nawet gdy dzieje się faktycznie coś niebezpiecznego – np. atak terrorystyczny – to rozwaga podpowiada, że warto oddalić się jak najszybciej i jak najdalej. Ale nie musimy przy tym nikogo stratować. Bo nie prowadzi nami już szaleńczy strach ale troska o własne życie. To dwa ZUPEŁNIE różne stany i intencje.
Osoba kierująca się panicznym lękiem zadepcze innych ludzi, a osoba kierująca się troską nie tylko zadba o swoje życie ale jeszcze pomoże przy tym innym.
Rozwaga podpowiada nam, że np. jeśli pragniemy pięknej, zadbanej kobiety, no to sami powinniśmy zadbać o siebie. W rozwadze jednak nie zawierają się bzdury typu, że nie zasługujemy, że nie jesteśmy przystojni jak Brad Pitt, etc. Bowiem jeśli kierujemy się takim medialnym praniem mózgu, to chociaż dostrzeżmy, że są sławni faceci, którzy mają piękne kobiety, a są brzydcy jak noc listopadowa ;) Ok, nasz cwany umysł od razu podniesie krzyk, że wspólnym mianownikiem jest sława. No to znowu się rozejrzyjmy i znajdziemy przykłady, że są faceci, którzy nie są sławni, a też mają piękne kobiety… I w ten sposób nie pozwalając sobie na utrzymanie racjonalizacji dla wstydu, winy, oporu i dumy, dochodzimy do wniosku, że jedyne co nas ograniczało to nasze własne nastawienie. I to jak sami traktowaliśmy siebie. A było to nieświadome kontynuowanie tego jak traktowali nas inni (zazwyczaj) w naszych dzieciństwie. Potem sami to nieświadomie kontynuowaliśmy projektując to na świat.
Rozwaga więc dalej podpowiada, że pora porzucić dziecinne programowanie i związaną z nim emocjonalność i wkroczyć w etap dorosłości, którą m.in. cechują opisywane cnoty.
Przypadek tego mężczyzny pokazuje dlaczego Odwaga jest pierwszym pozytywnym, sprzyjającym życiu poziomem świadomości. Bo naprawdę trzeba mieć jaja (wybrać, by je w sobie dojrzeć), by się z tym zmierzyć, by spojrzeć na fakty i oddzielić je od iluzji i urojeń. Oraz by się tym zająć, a nie zacząć obwiniać, użalać, wstydzić, nienawidzić czy uciekać.
Dlatego też jest wyżej od Dumy i stanowi granicę między pozytywnością i negatywnością. Duma to wszystko wyprze, zbagatelizuje lub będzie przekładać rozwiązania i uzdrowienie. Ewentualnie zacznie się zmagać. A Odwaga się tym zajmie w zdrowy, mądry, rozważny sposób.

13. Łagodność/życzliwość

Cnota ta pokazuje nam nowy sposób bycia w świecie. Szczególnie istotny dla mężczyzn, którzy aby czuć się męsko znali tylko bardzo prymitywne i negatywne sposoby – walka, mordowanie, używanie siły, zabieranie, grabienie, a nawet gwałt, uzależnianie swojej wartości od tego, co robią i mają, itd.
Łagodność/życzliwość uczy, że źródłem naszej mocy nie jest siła, ani gniew, ani duma. Tylko jest to wewnętrzne, nieskończone źródło pozytywności, która nie jest słabością.
Niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę, bo niewiele jest na wysokich poziomach świadomości –
dojrzała pozytywność jest twarda jak stal.
Człowiek, który nigdy nie poczuł czym jest prawdziwa pozytywność nie potrafi odróżnić faceta, który wszystkim się kłania, wiecznie przeprasza, bo boi się negatywnej reakcji innych od prawdziwej uprzejmości, która jest pełna energii, gotowości do działania, które docenia innych, która jeśli komuś pomaga to nie ujmuje sobie.
Mężczyzna uprzejmy do kobiet nie robi tego, by nie zostać negatywnie ocenionym, tylko robi to przez realną cześć oddawaną kobiecości. Wzmacnia nie tylko siebie ale także kobiety. A to jest odczuwane. To także widać gołym okiem.
To jak w przypadku czekolady. Ten kto nigdy czekolady nie jadł, nie wie jak smakuje. A dwie osoby, które zjadły będą się rozumiały nawet bez słów. Spojrzą sobie w oczy, uśmiechną się i będzie to ten sam uśmiech przyjemności, który miały jedząc pierwszy kawałek. Osoba postronna nie będzie miała pojęcia co się dzieje.
Pozytywność wypływa z nas na świat i wzmacnia nas niebotycznie. A nie ukrywamy poczucia bycia słabym poprzez pozornie pozytywne i społecznie akceptowalne oraz doceniane uczynki.
Jeśli robimy coś szukając docenienia, słabniemy, bo wykonujemy tę czynność z pozycji osłabienia. A jeśli doceniamy siebie i innych robiąc to, czujemy się wzmocnieni i automatycznie wzmacniamy innych.
To, że budujemy karmnik dla wróbelków nie oznacza, że jesteśmy ciapą, której można napluć w twarz. Możemy z troski o ptaki budować karmniki, a drugą część dnia przeznaczyć na trening sztuk walki, medytację, emocjonalną dojrzałość. Możemy codziennie godziny spędzać z wróbelkami i cieszyć się ich obecnością, doceniać ich radosne usposobienie, zachwycać się ich śpiewem, a być tak mocnymi, że gdy ktoś się nam spojrzy w oczy, to narobi w gacie.
Więc fizycznie możemy być silni i jednocześnie potężni w swoim pozytywnym nastawieniu do świata.
Niestety ludzkość nie ma zdolności odróżnienia prawdziwego wodza, który swoje dary i wysoką świadomość wykorzystuje dla dobra rodaków od szalonego megalomana. Co historia pokazała nieraz.
Moc sprzyja życiu i wspiera je w każdym przejawie. Gdyby tak nie było, ludzie mordowaliby węże, skorpiony, wilki, warany, etc. A jednak dbają o nie tak jak o każde inne zwierzęta. Szanują ich naturę. I postępują odpowiednio – trzymają z dala od innych zwierząt, bo zwierzaki reprezentujące niskie poziomy lepiej nie potrafią. Dziabną i tyle.
Więc możemy wyciskać 240 kg na klatę, a widząc starszą panią, podejść, ukłonić się i pomóc przejść przez pasy delikatnie trzymając ją za dłoń. Możemy mieć biceps jak piłka do koszykówki, a w parku wejść na drzewo i zdjąć balonik, który tam ugrzązł, by sprawić radość małemu dziecku i samemu cieszyć się, że mogliśmy pomóc. A możemy być chudzielcem, który przebija innym opony w samochodach.
Osoba łagodna szuka innych rozwiązań, niż siła, niż gniew, niż walka. Nie oznacza to, że jak grzmotnie to nie migną nam święte bramy przed oczyma. Można być łagodnym i potężnym.
Zawsze warto odpuścić opór przed własną mocą i siłą. Nie bójmy się ich ale bądźmy odpowiedzialni za intencję ich stosowania. Miejmy świadomość do czego je wykorzystujemy. Bo jeśli wiemy, że inni zrobią nam to samo, co my im (duchowa zasada) – po co robić sobie kłopoty będąc negatywnymi? Niezbędna ochrona siebie nie jest negatywna. Tylko niech mi nikt nagle nie zaczyna nosić noża w kieszeni do tej “niezbędnej ochrony”! Proszę najpierw o konsultację ze mną odnośnie ewentualnych zamiarów!
Pamiętajmy, że tłumione i wypierane emocje zdegenerują się w naszej podświadomości i zdrowy gniew z czasem może zmienić się w wybuchy niekontrolowanej furii, nad którą nie będziemy mieli kontroli.
Co ciekawe, wielu topowych bokserów mówiło, że unikają wszelkich zaczepek i konfliktów. I z prostego faktu – że jakby walnęli w szczękę takiego głupiego jegomościa, to by go zabili na miejscu. :)
Tym samym widzimy, że mają przewagę, mogą sobie poradzić, a jednak nie wykorzystują swojej siły, by komuś zaszkodzić (nawet idiotom). Są świadomi swojej siły fizycznej, a jednak szukają innych rozwiązań. Przede wszystkim nie ujmują sobie wartości, gdy ktoś ich wyzywa od przypakowanych idiotów.
Zazwyczaj po prostu odchodzą, nie reagują (co swoją drogą jest zgodne z naukami buddyjskimi).
Są więc życzliwi i łagodni pomimo swojej siły fizycznej i umiejętności walki.
Co nam daje ta cnota w świecie, który niemal wszystkie źródła medialne starają się nam przedstawić jako straszny?
Odsłania się przed nami strona świata, która niejako była ukryta. I pozostanie dla ludzi wybierającymi negatywność. Zaczynamy dostrzegać i doświadczać piękna, łagodności. Świat zaczyna nas wzmacniać i wspierać. Nagle dla naszego kapitału (np. w postaci siły fizycznej) zaczynamy dostrzegać mądre zastosowania.
Przykładowo widząc jak wiele osób żyje z poczuciem braku bezpieczeństwa, własnej wartości i słabości, możemy otworzyć centrum, w którym nie tylko pomożemy im wzmocnić się fizycznie ale oczyścić z tych negatywności, by odnaleźli źródło bezpieczeństwa i wartości w sobie. By zaczęli kierować się rozwagą i odwagą, a nie strachem i gniewem. Dla takiego przedsięwzięcia zapewne z łatwością znajdziemy sponsorów, dzięki czemu możliwe, że byłaby darmowa.
Wtedy podopieczni sami skorzystają ze swojej rosnącej siły fizycznej w mądry sposób z pożytkiem dla siebie, swoich bliskich i/lub innych ludzi.
Zamiast korzystać z siły dla durnych, dziecinnych celów jak udowadnianie sobie wyższości nad innymi (co nie ma tak naprawdę żadnego przełożenia na żadne konkretne rezultaty), możemy wspomóc innych w oczyszczeniu, by również zaczęli jaśnieć tym, co pozytywne i dzielić się tym z innymi. Niczym fala na morzu.
W ten sposób wygrywają wszyscy – nikt nie musi przegrać.
Zaczynamy także dostrzegać, że emocjonalność nie stanowi i nigdy nie stanowiła żadnego atutu. Żadne wstydzenie się, obwinianie, użalanie, opieranie, banie, chcenie, pożądanie, fantazjowanie, gniewanie czy dojenie dumy.
To tak jakbyśmy całe to paliwo spalali próbując odpalić samochód bez zwolnienia hamulca i bez nauki prowadzenia samochodu oraz znajomości przepisów drogowych.
Co nam dało gniewanie się czy obwinianie? Złudne poczucie bycia silniejszym lub posiadania racji…
Wow, fantastycznie… Tylko to wszystko jest w naszej głowie. A świat i tak ma to gdzieś. Rzeczywistość nie ugina się pod naszą mentalizacją i nie dostosowuje się do nas. Świat ma gdzieś nasze emocje dopóki nie zaczynają stanowić zagrożenia dla innych.
Kolejną lekcją dojrzałości – dorosłości – jest – Twoje emocje to Twój problem i Twoja odpowiedzialność.
A emocje można uwolnić. Nie trzeba szukać dla nich usprawiedliwienia, racjonalizacji. Nie trzeba ich wypierać, projektować, próbować zdusić różnymi środkami, w tym niezwykle szkodliwymi i zabójczymi.
Łagodność może przejawiać się w formie współczucia dla ludzkich słabości, a nie ich wyśmiewania, obwiniania i prób wykorzystania osób, które w jakiś sposób sobie nie radzą i żyją naiwnie.
Przykładowo ja najwięcej czasu poświęcam tym, którzy radzą sobie najsłabiej.
Życzliwość może wynikać także z prostego duchowego faktu, że to, co sobie nagrabimy, to my to zbierzemy. Wykorzystanie naiwności drugiego człowieka oznacza, że ktoś wykorzysta nas. Bo samo wykorzystanie innych to już naiwność sama w sobie (i to dużo poważniejsza, niż to, co dostrzegamy w innych).
Pamiętajmy, że dużo bardziej boli upadek z wyższego pułapu.
Pozytywności i dojrzałości nie można udawać, bo jeśli będziemy próbować, to zawsze boleśnie dostaniemy po głowie.
Krytycznie istotnym zastosowaniem dla tej cnoty jest bycie łagodnym dla siebie. Szczególnie za przeszłość.
Musimy zrozumieć ograniczenia ludzkiej natury. Możemy wybaczyć sobie poziom, na którym byliśmy i na którym jesteśmy. Możemy sobie współczuć, że niegdyś nie potrafiliśmy wybrać inaczej i nie pławić się we wstydzie, winie, żalu i nienawiści skierowanej na siebie.
Nie ma żadnego sensownego powodu, dla którego powinniśmy się nienawidzić za popełnione błędy. Zresztą dla nienawiści nie ma żadnego sensownego zastosowania w ogóle.
Nienawiść to tylko program, który gwarantuje, że będziemy się ranić i nigdy nie odkryjemy w sobie źródła mocy, miłości, radości, odwagi, energii. To po prostu program mający trzymać nas w szachu i nie pozwolić nam zejść z tej szachownicy negatywności.
Ludzie nie potrafiący sobie poradzić z własną nienawiścią znaleźli dla niej racjonalizacje – np. w postaci nienawiści do grzechu… no ok ale nienawiść to dalej nienawiść. Cel jej projekcji nie zmienia natury nienawiści i jej wpływu na nas.
To jakby powiedzieć “poraziłem się prądem do/dla grzechu”… czy zmienia to fakt, że zostaliśmy porażeni prądem? Jeśli się oparzymy to czy robi nam różnicę jaka była tego przyczyna? Boli, piecze, będą bąble i jeśli się nie zajmiemy oparzeniem, to będzie jeszcze gorzej.
Aby zająć się zranieniem należy więc wybrać łagodność. Bo skoro już boli, to co nam da jeszcze większe cierpienie?

14. Rozważny/roztropny

Roztropność ma pewną subtelną różnicę nad rozważnością.
Roztropność uczy nas dobierania właściwych środków prowadzących do obranego celu.
Dla uzależnionych roztropność powinna stać się istotna, bo muszą zdać sobie sprawę, że pornografia NIE JEST właściwym środkiem do osiągania ulgi, spokoju, radości, poczucia męskości, etc.
Ponadto większość ludzi nie rozumie tematu intencji. Dlatego bardzo często są pogubieni – chcieli jedno, a wyszło drugie. No bo nie byli ani roztropni, ani rozważni.
Na poziomie logicznym chcieli jednego – np. sukcesu ale na poziomie podświadomym chcieli uniknięcia/nie narażania się na wstyd, winę, ból. Dlatego też dobrali środki i działania prowadzące do tego, co uznali za ważniejsze – uniknięcia emocjonalności. Nieświadomie do niej prowadząc. Bo ta emocjonalność już w nich była.
Człowiek roztropny powinien więc zdać sobie przede wszystkim sprawę dokąd zmierza. Quo vadis? Odpowiedź na to pytanie jest o tyle ważna, bo w życiu dojdziemy tam dokąd zmierzamy.
Nie prowadzi nami żaden zewnętrzny, sterujący nami los, tylko nasza własna intencja.
Ludzie żyjący nieświadomie wymyślili sobie pojęcie losu, by wytłumaczyć sobie niezrozumienie dlaczego spotyka ich to, co ich spotyka. Naturalnie mnóstwo osób też wyprojektowało poczucie bezsilności, winę i gniew na Boga sądząc, że to Bóg coś wybiera dla/za nich, coś chce, coś/kogoś preferuje (a nas nie). Karze, nagradza, etc.
Ale wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie – czy grawitacja coś/kogoś preferuje? Jeden kamień spadnie, a drugi nie, bo grawitacja sobie tak wybrała?
Czy deszcz na kogoś pada bardziej? Czy wiatr kogoś owiewa silniej? Czy morska fala w nas uderza mocniej, a w innych słabiej?
Roztropność jest więc bardzo praktyczna.
Przy okazji jeśli wybierzemy roztropność, od razu warto przypomnieć sobie informacje o świadomości (polecam książki dr Davida R. Hawkinsa). Człowiek w niskiej świadomości to ktoś zupełnie inny, niż człowiek w świadomości na/powyżej poziomu Odwagi. Człowiek poniżej tego poziomu nawet nie jest świadomy, że jest. Myśli to nie Ty! Emocje to nie Ty! Ha! Więc musi być coś jeszcze! Czy byłeś/aś tego świadomy/a? No bo jeśli nie byłeś/aś siebie świadomy/a, no to jak mogłeś/aś wybierać to, co dobre i zdrowe dla Ciebie? Przecież nie wiesz kim/czym to “Ciebie” nawet jest! Wybierałeś/aś więc to, co dobre dla czegoś zupełnie innego, niż Ty – dla swojego ego.
Patrząc na to z innej perspektywy – dostrzegając co wybieraliśmy do tej pory – jakie działania, nastawienie i postawy zrozumiemy jaką kierowaliśmy się intencją.
Prosty przykład – “Nie wiem o czym rozmawiać z kobietą” nie wynika z tego, że tego faktycznie nie wiemy. Nie to jest problemem. Naszą intencją jest uniknięcie wstydu i poczucia winy, gdybyśmy powiedzieli coś “niewłaściwego”.
To więc ugrzęźnięcie w strachu, wstydzie, winie i oporze już na starcie zanim w ogóle rozpoczęliśmy rozmowę z kobietą. I umysł jedynie mentalizuje z tego poziomu. Naturalnie nie potrafimy dać niczego drugiej osobie, nawet zwykłej rozmowy, bo taka jest nasza intencja – wewnętrznie zamknięcie, by nic z nas nie wyszło.
Gdy to dostrzeżemy, możemy zmienić intencję na np. “To OK czuć wstyd, winę, zażenowanie i nie wiedzieć co powiedzieć”. A potem oczyścić się z tych emocji i dokonać korekty raz jeszcze na “Podzielę się poczuciem humoru, dam kobiecie lepsze samopoczucie poprzez powiedzenie jej komplementu i będę z tego powodu zadowolony”. Bo już się czujemy dobrze sami ze sobą, co kompletnie zmieni całe doświadczenie.
Dostrzeżemy wtedy, że problemem kompletnie nie było, że nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Gdy poczujemy się dobrze sami ze sobą, dalej możemy nie wiedzieć co powiedzieć! No bo przecież to obca osoba! Nie wiemy co lubi, o czym preferuje rozmawiać, itd. Ale nie zatrzyma nas to, by podejść i rozpocząć rozmowę. Rozwaga podpowiada, by się zapytać co ta kobieta lubi. Tematy pojawią się podczas rozmowy. Rozwaga również podpowiada, by być szczerym i otwartym (to również cnoty). Ale w przyjemny, nienarzucający się sposób. Rozwaga sugeruje, by przebadać co to znaczy i jak może wyglądać.
Nie potrzeba tu żadnych tajemnych technik na rozmowę i podryw. Rozwaga i roztropność same rozwiążą cały problem. Ale – oczywiście – kluczowe jest wewnętrzne oczyszczenie oraz świadomość intencji.
Roztropność to droga do zdrowego rozsądku. Wiele osób nazywa to myśleniem ale my już wiemy, że 80% ludzkości nie myśli, tylko hipnotyzuje się mentalnym bełkotem.
Tym samym roztropność nakazuje nam odróżnić negatywny i kompletnie pozbawiony wartości proces mentalizacji od rozsądnego rozważania (które najlepiej przeprowadzać na kartce papieru jeśli mamy taką możliwość).
Wiemy także, że każdy człowiek kieruje się dobrem. Tylko oczywiście problem polega na tym, że ludzie nie potrafią odróżnić esencji od tego, co uważają na dany temat. Tym samym to, co uznali za dobre w większości przypadków takim nie jest. I od tego nie ma wyjątków!
Bo to co nazywają “dobrym” odzwierciedla ich poziom świadomości. Człowiek w niskiej świadomości za “dobre” uzna tłumienie emocji i ich unikanie. A to tak jakbyś nie pozwalali sobie na zwymiotowanie, gdy opiliśmy się wódką. Czy to roztropne? Nie. To idiotyczne, szalone i niezdrowe!
Człowiek roztropny za dobre uzna odczucie strachu i wstydu, bo to dla niego możliwość oczyszczenia się z nich. Dla człowieka nie praktykującego tej cnoty odczucie strachu i wstydu to tylko potwierdzenie jego negatywnych przekonań i pretekst do dalszego opierania się i życia z negatywnymi intencjami.
Gwałciciel również sądzi, że robi coś dobrego. Mistrz olimpijski również sądzi, że robi coś dobrego. W ogromnym uproszczeniu różnica polega na tym, że gwałciciel nie uwzględnia dobra drugiej osoby. Tak jak drapieżnik ma gdzieś dobro istoty, którą zjada. Egoizm właśnie na tym polega – jestem “JA” i tyle. Cała reszta to tylko coś, co możemy w jakiś sposób wykorzystać. Natomiast mistrz olimpijski trenuje i bierze udział w zawodach dla swojego kraju i rodaków (daje od siebie). Czyli chce dobra dla innych ludzi. Robi to nie tylko dla siebie ale też innych ludzi. Czyli poświęca swoje życie dla czegoś większego od siebie. To również jedno z obliczy dorosłości.
Osoba roztropna więc dokonuje mentalnej analizy czy to co wybiera na pewno jest dobre. A raczej jak dobre jest (bo nie ma dobra i zła – to też już wyjaśniałem) i dla kogo.

15. Dyplomatyczny

Dyplomatyczność możemy rozumieć jako poszukiwanie rozwiązania uwzględniającego najwyższe dobro wszystkich zaangażowanych.
Tym samym osoba dyplomatyczna musi być świadoma swoich potrzeb i rozumieć je, nauczyć się je wyrażać i dążyć do nich w mądry, dojrzały sposób – m.in. nie szkodząc innym.
Tłumienie emocji to pozornie potrzeba uzależnionego. Ale tak naprawdę to jedynie odtwarzany program, z którego można się oczyścić. Tak jak i z emocji.
Osoba dyplomatyczna dąży również do zrozumienia potrzeb innych. Wkłada wysiłek, by przekroczyć egoizm bez umniejszania sobie, bez zaniedbywania własnych potrzeb. Następuje połączenie – uwzględnienie drugiej osoby lub grupy osób. Ich potrzeby stają się równie ważne co nasze.
Problemem wielu związków jest to, że nie rozmawiają o swoich potrzebach. Faceci się ich wstydzą, a kobiety liczą, że mężczyźni się domyślą potrzeb swoich partnerek (i/lub że powinni się domyślić). A nie lepiej jest to powiedzieć jasno i klarownie? Co wolimy – szukać pretekstu do obwiniania się i gniewu czy żyć ze sobą spokojnie i szczęśliwie?
Mówi się, że kompromis jest tym, co uśmierca związki. Kompromis oznacza, że niczyje potrzeby nie są spełnione.
Gdy jedna osoba pragnie w tym samym czasie obejrzeć w telewizji mecz, a druga serial, to wybór, by obejrzeć coś innego wspólnie niekoniecznie będzie właściwym rozwiązaniem. Kompromisem może być, by jednego dnia obejrzała to, co chce pierwsza osoba i nagrała drugiej jej mecz/serial. A drugiego dnia odwrotnie.
Jeśli jednak potrzebą obu osób nie jest obejrzenie czegoś, tylko np. ucieczka od poczucia samotności, no to wspaniałym kompromisem będzie np. wspólny spacer lub obejrzenie byle czego ale będąc przytulonym do siebie. Bez świadomości faktycznej potrzeby, trudno jest dobrać odpowiednie rozwiązanie.
Oczywiście nie opiszę wszystkich sytuacji dyplomatycznych, bo to sztuka niezwykle szeroka i głęboka. Ludzie szkolą się w tym dziesiątki lat, a nadal to raczkuje i wiele spraw na gruncie międzynarodowym pozostaje nierozwiązana lub zostaje na poziomie konfliktu. M.in. dlatego, bo reprezentanci dyplomatycznych relacji są na zupełnie innym poziomie świadomości.
A jakby to przełożyć na związki, no to warto zastanowić się czy bycie z osobą, której cele, wartości i intencje stoją w konflikcie z naszymi jest mądre?
“Tajemnicą” udanych związków jest spójność celów i intencji.
Bo ludzie się starają, zmagają, męczą, poświęcają. Ale nie są do siebie/ze sobą zestrojeni. Dlatego są problemy i jest im ciężko. Chodzą na kompromisy, nigdy nie są do końca, w pełni usatysfakcjonowani, z poświęcania się czują poczucie braku i czują winę, gdy zrobią coś na siłę.
Zauważmy – jeśli naszym celem będzie szczęście naszej partnerki/partnera, a jej/jego nasze szczęście, to będziemy się prześcigać, by się uszczęśliwiać, spełniać swoje potrzeby, itd. Radością będzie dla nas udostępnienie rano łazienki dla naszej partnerki, by na spokojnie się umyła, nałożyła makijaż, etc. A dla niej radością będzie to, że obejrzymy sobie wieczorem mecz.
Jeśli ktoś się zapyta – “No dobra ale jak znaleźć taką osobę?” Odpowiedź jest oczywista – najpierw sami się tacy stańmy. Wtedy nasza podświadomość wskaże nam właściwą osobę.
W temacie nas samych – czy to, co uznaliśmy za nasze cele i wartości nie stoi w opozycji do tego, za kogo się uważamy lub jak chcemy, by wyglądało nasze życie?
To, że media sprzedają nam obraz faceta przypakowanego i wytatuowanego, a nas za nic na świecie nie interesuje ani siłownia, ani tatuaże, nie oznacza to, że mamy się poświęcać i robić coś wbrew sobie.
To nie dyplomatyczne, bo kierujemy się urojonym, negatywnym programowaniem.
Z drugiej strony jeśli tego chcemy, a wiemy, że np. nasi rodzice nie wyrażają zgody – jakie mogłoby być rozwiązanie dyplomatyczne? Wg mnie przede wszystkim kluczowa jest intencja zrobienia sobie tatuażu (czy czegokolwiek innego). Jeśli jest nią próba wyróżnienia się czy ukrycia swojego poczucia bycia kimś szarym, no to nie lepiej byłoby uwolnić kryjące się emocje za tym przekonaniem i przestać je utrzymywać? Po co wydawać pieniądze, przechodzić przez bolesny proces tylko po to, by dalej narażać się na rozczarowanie i jeszcze zasmucić swoich bliskich?
Czym innym jest, gdybyśmy mieli pozytywny, dojrzały, sensowny powód dla zrobienia sobie tatuażu. Wtedy moglibyśmy przedstawić go rodzicom, upewnić ich, że ich kochamy i nie robimy tego im na złość. Początkowo mogliby się dalej opierać ale nasza akceptacja i miłość do nich wkrótce spowodowałaby, że sami by sobie wszystko poukładali w głowie i zaakceptowali nas z tatuażem. W końcu jesteśmy dalej ich dzieckiem i jedyne co się zmieniło to pojawił się obrazek na naszej skórze.
Niemniej widzimy, że cnota dyplomatyczności to krok w stronę uwzględniania dobra innych ludzi, czyli zacierania egoizmu, poczucia osamotnienia i separacji.
To się czuje, że ktoś naprawdę bierze pod uwagę nasze dobro.
Czują to inni ludzie, nasza partnerka/partner, klienci, współpracownicy, itd.
Bo sukces – jakkolwiek rozumiany – buduje się na współpracy. Konkurencję można traktować jako motywację do usprawniania naszych produktów/usług, by coraz lepiej służyć naszym klientom, a nie by nie zostać w tyle. Troska o dobro klienta/drugiej osoby zawsze zostaje doceniona.
Jezus Chrystus nawet będąc zamęczonym i zamordowanym nadal uwzględniał dobro wszystkich ludzi i modlił się o odpuszczenie winy za to, co zostało mu uczynione. To szczyt ludzkiej dojrzałości. Powiedział niezwykle istotne słowa – “Boże wybacz ludziom, bo nie wiedzą co czynią”. Bo tak w rzeczywistości jest. Nie wiemy co czynimy. Jesteśmy nieświadomi i nie mamy możliwości określenia poziomu dobra, który wybieramy. Łagodność względem siebie jest więc niezwykle istotna.
Miał przez to na myśli, że to, co ludzie uznawali i nadal uznają za dobro, wcale nim być nie musi. Ale nie mamy zdolności, by to odróżnić. Ta zdolność zostaje aktywowana dopiero na niezwykle wysokim poziomie świadomości – gdy energetyzacji ulega tzw. trzecie oko. Zaczynamy wtedy dostrzegać esencję, a nie pozory i własne projekcje. Zaczynamy więc dostrzegać rzeczywistość dopiero na zaawansowanym (na tej planecie) poziomie rozwoju świadomości.
Musimy zdać sobie sprawę, że konsekwencje naszych decyzji pozostają z nami na wieczność.
Wiedząc to warto zacząć podchodzić do siebie i innych z łagodnością, nauczyć się wybaczać, akceptować, dążyć do spokoju, radości, miłości. Być dyplomatycznym.
Oczywiście nie ma takiej powinności. Nie ma prawa, które nam to nakazuje. Tak jak nie ma prawa nakazującego nam nie upuszczać przedmiotów, bo się zniszczą. Ale sprawiedliwą konsekwencją upuszczenia kubka na podłogę będzie, że pęknie…
Więc znając naturę rzeczywistości warto się do niej dostosować.
Wiele osób cały czas obwinia Boga, los, etc. za swoje życie. A czy jest choć jedna osoba, która obwinia grawitację? No przecież każdemu coś się stłukło. Każdy kiedyś spadł z roweru lub się potknął. I co? Jakoś nikt nie wstaje oburzony i nie obwinia grawitacji. Nie ma pikiet, że grawitacja powinna przestać istnieć i że jakiś człowiek powinien nią zarządzać.
Każdy (większość) rozumie, że tak to działa na tej planecie (i np. zaczyna chodzić uważniej, by się nie potknąć) i tylko szaleniec by się z tym zmagał.
No, to takich “grawitacji” – praw – mamy dużo więcej. Tylko oczywiście nikt tego nie uczy. Co nie znaczy, że nas nie dotyczą.
Dlaczego więc obwiniamy za nie kogokolwiek? Dlaczego się użalamy? Są sprawiedliwe, działają na wszystkich tak samo. Nikt nie ma żadnej taryfy ulgowej. Ba! To przecież ludzie majętni płacą największe podatki. To oni płacą największe alimenty za rozwody. To ich nienawidzi i zazdrości najwięcej ludzi… to oni są pod ciągłą lupą rządu, różnych urzędów, ludzi negatywnych chcących im zaszkodzić.
Więc ci co wzrosną i rozwiną się można rzec, że mają dużo gorzej i trudniej od nas, mają więcej obowiązków. A jednak dążą do tego!
Bo wraz z rozwojem świadomości przestajemy projektować na świat własne negatywności, których nosimy w sobie coraz mniej (czyli także z nimi przestajemy się zmagać w sobie). Więc nawet z pozornie coraz większymi i bardziej licznymi obowiązkami jest nam coraz prościej, a nie trudniej.
Kluczem jest zacząć przekuwać to wszystko na doświadczenia. Na osobiste, SUBIEKTYWNE doświadczenia. Wiedza sama z siebie nic nie zmieni, dopóki nie wprowadzimy jej w swoje życie.
Przykładowo mogliśmy całe życie frustrować się, że inni (np. bliscy) nie spełniają naszych oczekiwań i potrzeb… ale czy chociaż zdawali sobie z nich sprawę? Czy powiedzieliśmy wprost czego chcemy? Czy byliśmy dyplomatyczni i uwzględniliśmy potrzeby naszych bliskich? Czy sami o nie zapytaliśmy? Dalsze frustrowanie się tylko pogłębi problem. Niczego nie rozwiąże. Aby więc pozwolić sobie na dyplomatyczność, konieczne jest zrezygnowanie z dumy, obwiniania, niedojrzałych, dziecinnych oczekiwań.
Wybierzmy więc jedną cnotę i ją praktykujmy non stop. 24/7. Nie przez 5 minut raz w tygodniu. Cały czas, nieprzerwanie. Niech to będzie nasze święte zobowiązanie względem siebie.
Będzie BARDZO ciekawie (czytaj – pozytywnie).
Podziel się tym artykułem!

Napisz komentarz!

Powiadom mnie o
Avatar

Avatar
Gość
Paweł
17 listopada 2019 21:14

Witam Piotrze ponownie. Odnoszac sie Piotrze do wpisu “Quo vadis”, chcialbym zapytac, co ma zrobic taki czlowiek jak ja, ktory nie ma pomyslu na swoje zycie, na siebie itd.? Ktory nie wie dokad zmierza? Jak znalezc sobie jakis cel w zyciu? W tej chwili czuje sie jak tratwa dryfujaca na morzu, ktora plynie tam, gdzie ja fale poniosa. Tak wyglada moje zycie. Mam jakas tam prace i ogolnie wszystko mam w zyciu “jakies”. A chcialbym miec w zyciu….. no wlasnie. I tu jest problem, poniewaz ja nie wiem jakie chcialbym miec zycie. Raz sobie pomysle, ze fajnie bylo by miec zone i dzieci, zeby za chwile stwierdzic, ze to nie dla mnie. Chcialbym zmienic prace, na lepiej platna, ale brak mi wyksztalcenia, poza tym jestem juz w takim wieku, ze nawet jakbym zdobyl odpowiednie kwalifikacje, co zajelo by pare lat, to jestem juz w takim wieku ze nikt starego dziada bez doswiadczenia nie zatrudni. Rynek pracy jest, jaki jest. I tak sie motam. Nie wiem, w ktorym kierunku ” uderzyc”. Innym razem sobie mysle, ze w ogole nie chce mi sie pracowac. Czy to wszystko Piotrze wina nagromadzonych we mnie ” negatywnych ” emocji i jak je uwolnie, to odblokuje sie we mnie tryb wyznaczania celow i dazenia do nich?
Druga sprawa o ktora chcialem zapytac, to sprawa lęków. Pan Hawkins wspominal, ze wszystkie leki maja swoje zrodlo w leku przed smiercia. Ja ostatnio zastanawialem sie nad tym i doszedlem do wniosku, ze bardziej od smierci boje sie samotnosci. Jak sobie pomysle, ze mialbym umrzec, to tak sobie mysle, ze i dobrze, bo przynajmniej uwolnil bym sie od problemow i juz nie musial bym sie meczyc. Natomiast mowiac o samotnosci, mam na mysli to, ze do konca zycia bede sam- w sensie bez drogiej polowki. Bez kobiety. I tutaj chcialbym poruszyc trzecia sprawe, poniewaz mowiac, ze boje sie samotnosci, ja to tylko mowie. I ja wiem, ze sie tego boje, ale nie potrafie wzbudzic w sobie tego uczucia. Nie potrafie go zlokalizowac, zeby moc sie od niego uwolnic. Jak to zrobic? O czym myslec? Jeszcze chcialem zapytac o pragnienia. Jak wzbudzic w sobie pragnienie. Jezeli ja mam tak, ze jak pragne bliskosci kobiety, to ja to tak, jakby wiem na poziomie swiadomym, ale rowniez nie potrafie zlokalizowac tego uczucia, zeby moc je uwolnic. Jak Piotrze wzbudzic w sobie w tym przypadku pragnienie( chcenie) “bycia” z kobieta, zeby moc sie od niego uwolnic? I nie chodzi mi o jakas konkretna kobiete, tylko tak ogolnie.
To tak na razie tyle. Znowu sie troszke rozpisalem. Jakbys znalazl Piotrze troche czasu i zechcial bys odpowiedziec na moje pytania, to dziekuje, a jak nie, to tez dziekuje. Pozdrawiam.

Avatar
Gość
Mateusz
13 listopada 2019 19:03

“Tylko niech mi nikt nagle nie zaczyna nosić noża w kieszeni do tej “niezbędnej ochrony”! Proszę najpierw o konsultację ze mną odnośnie ewentualnych zamiarów!”
Ok, a jeżeli od dawna noszę to co, mam przestać? Nawet jeśli nie zrobiłem nim nikomu krzywdy?
“Co ciekawe, wielu topowych bokserów mówiło, że unikają wszelkich zaczepek i konfliktów. I z prostego faktu – że jakby walnęli w szczękę takiego głupiego jegomościa, to by go zabili na miejscu. :)”
Chętnie zapytam którzy, tak konkretnie? Najlepszy aktualnie bokser wagi ciężkiej na świecie (Deontay Wilder) osobiście spotkał się z jednym ze swoich hejterów internetowych i go pobił. Miał również sprawę o pobicie kobiety (201 cm wzrostu, 100 kg wagi – nie mów że mógłby mieć powód) Otwarcie przyznaje że chciałby tak znokautować, żeby zabić. Najbogatszy na świecie były bokser – Floyd Mayweaher znęcał się nad słabszymi od siebie członkami swojej rodziny, za co poszedł do więzienia, ale został zwolniony ponieważ jego adwokat stwierdził że więzienna dieta nie zaspokaja jego potrzeb żywieniowych. Mariusz Pudzianowski siedział w więzieniu za pobicie. Andrzej Gołota był bliskim przyjacielem pruszkowskiego szefa mafii ps. Pershing, dla którego ściągał długi – nie muszę pisać w jaki sposób, bo to oczywiste. Adonis Stevenson – “czysta legenda”. Koleś był sutenerem który siłą zmuszał kobiety do prostytucji, więził, fizycznie i psychicznie znęcał się nad swoimi ofiarami, gwałcił i zmuszał je do udziału w walkach przeciwko sobie nawzajem. Poza tym ma na koncie masę innych przestępstw z wykorzystaniem siły fizycznej w roli głównej. Zwróć uwagę że wymienione przeze mnie osoby, to są właśnie topowi bokserzy, lub emerytowani topowi bokserzy.
“Tym samym widzimy, że mają przewagę, mogą sobie poradzić, a jednak nie wykorzystują swojej siły, by komuś zaszkodzić (nawet idiotom). Są świadomi swojej siły fizycznej, a jednak szukają innych rozwiązań. Przede wszystkim nie ujmują sobie wartości, gdy ktoś ich wyzywa od przypakowanych idiotów.”
Jeżeli ktokolwiek uważa że mając przewagę masy mięśniowej – siły fizycznej, ma rzeczywiście przewagę to znaczy że nie jest niczego świadom. Jak wspomniałem noszę przy sobie od dawna nóż (którego nigdy nie używałem), kubotan, pałę milicyjną (tych ostatnich używałem) – i co ktoś nieuzbrojony ma nade mną przewagę? Niedźwiadek w zoo mając więcej masy mięśniowej od jakiegokolwiek sterydowego potwora ma nad kimkolwiek przewagę kiedy siedzi w klatce? A wartości to sobie tym nie ujmują, tylko na tym właśnie budują. Oni karmią się tym kiedy ktoś nazywa ich w ten sposób. Oni nie wiedzą że sobie poradzą. Jedni leją kogo popadnie (mówię o zawodowcach właśnie), inni starają się być “zawodnikami z klasą” i możliwe że faktycznie poza ringiem/ oktagonem nikogo nie biją. Ale problem polega na tym że kiedy walczy się z kimś na poważnie, to organizm wyzwala takie ilości adrenaliny, że nieprzyzwyczajona do tego osoba się tylko trzęsie jak paralityk, i niczego nie jest w stanie zrobić. Kuczem tutaj jest niestety doświadczenie – osoba która ma doświadczenie w walce na ulicy pokona gościa który jest silniejszy fizycznie, ale tego regularnie nie robi. Takie są fakty, których większość trenerów samoobrony nie zna ponieważ zajmują się trenowaniem samoobrony, a nie samoobroną. Trener powie ci żebyś uciekał kiedy przeciwnik wyjmuje nóż – a tak naprawdę to jest kosa w plecy.
“Możemy mieć biceps jak piłka do koszykówki, a w parku wejść na drzewo i zdjąć balonik, który tam ugrzązł, by sprawić radość małemu dziecku i samemu cieszyć się, że mogliśmy pomóc.”
Osobnik z takim bicepsem na pewno wiele może, ale nie wejdzie na drzewo. Masa ma swoje minusy. Generalnie bez sterydów zrobienie takiego bicepsa jest nie możliwe. Sądzisz że można brać sterydy z pozytywnych powodów? Może być w tym coś pozytywnego, jeśli wiadomo jak bardzo mogą być szkodliwe i że praktycznie nie ma od tego wyjątków?

Wiesz ja naprawdę nie czepiam się treści tego co napisałeś, ale uważam że mógłbyś rozważniej dobierać porównania. Wiesz ja trenowałem liczne sztuki walki (dosłownie wiele z nich, moge powiedzieć że co najmniej liznąłem karate shotokan, kyokushin, klasyczne mma, krav magę, sambo (sistema), kick boksing, judo – to co pamiętam, bo chodziłem na treningi różnych sztuk nałogowo, części mogę nawet nie pamiętać, ale stanowczo dużo mogę na ten temat powiedzieć), rozważałem karierę w mma, i nawet obwiniałem rodziców, zwłaszcza mamę – lekarza, o utrudnianie mi tego. Na szczęście udało im się mnie przekonać do tego abym to porzucił. To bardzo niezdrowy i niebezpieczny sport. WSZYSCY zawodowcy biorą sterydy. Większość z nich ma bardzo poważne problemy z mózgiem. Obrażenia jakich bokserzy doznają w trakcie walk są nieodwracalne. Czy ktoś świadomy wybrałby sobie taki zawód?

wpDiscuz
Podobne Wpisy:
WAŻNE – Jak i dlaczego zacząć odczuwać? (Część 4)

WAŻNE – Jak i dlaczego zacząć odczuwać? (Część 4)

Witam Cię serdecznie! Dzisiaj część czwarta niezwykle ważnego tematu odczuwania (bycia). Części 1-3 znajdziesz klikając na linki poniżej: Jak i dlaczego zacząć odczuwać? (Część 1). Jak i dlaczego zacząć odczuwać? (Część 2). Jak i dlaczego zacząć odczuwać? (Część 3). Emocje to odpowiedź naszego organizmu na naszą świadomość dotyczącą danej sytuacji lub wydarzenia. To dla nas informacja… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 8
Uzależnienie – Czym Jest i Jak Powstaje? (Część 2, Wideo)

Uzależnienie – Czym Jest i Jak Powstaje? (Część 2, Wideo)

[Transkrypt wideo] Dzisiejszym filmem kontynuujemy temat uzależnienia – czym jest, jak powstaje, co pomaga z niego wyjść, a co stanowić może pułapkę. W poprzednim filmie wspomniałem, że podejście nofap zawiera dwa poważne zniekształcenia rzeczywistości. Jednym z nich jest – Porno/masturbacja są złe i jak z nimi skończymy to wszystko się naprawi. Zastanówmy się nad tym.… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 0
Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 3)

Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 3)

Witam Cię serdecznie! Kontynuujemy bardzo istotny temat świadomości, kontekstu i subiektywności. Części 1-2 znajdziesz klikając na linki poniżej: ► Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 1) ► Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 2) Powtórzę raz jeszcze to co krytyczne – ludzie w swojej niewinnej nieświadomości NIE SĄ w stanie odróżnić to, co skierowane pozytywnie (“dobrze”) od… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 45
O Emocjach – Pożądanie (Część 10)

O Emocjach – Pożądanie (Część 10)

Witam Cię serdecznie! Kontynuujemy temat świadomości Pożądania. Części 1-9 znajdziesz klikając na linki poniżej: ► O Emocjach – Pożądanie (Część 1). ► O Emocjach – Pożądanie (Część 2). ► O Emocjach – Pożądanie (Część 3). ► O Emocjach – Pożądanie (Część 4). ► O Emocjach – Pożądanie (Część 5). ► O Emocjach – Pożądanie (Część… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 0

WOLNOŚĆ OD PORNO