Dni
Godzin
Minut
Sekund

Ilość Wolnych Miejsc:
/

Witam Cię serdecznie!

Gdy jest okazja skomentować jak masy ludzi widzą problemy przeplatające się z uzależnieniem, czynię to. Bo gdyby widzenie tych problemów było poprawne, problemy byłyby rozwiązywane. A z tego co widać – trwają i pogłębiają się.

Bo bez zrozumienia co to jest odpowiedzialność, nic nie możemy poprawić. Co to jest odpowiedzialność? To świadomość, że jesteśmy jedynymi kowalami swojego losu. Czyli jesteśmy jedynymi autorami swojego życia. Ale zrozummy życie – nie życie jako BYCIE, bo to się dzieje samoistnie. Nawet człowiek pragnący śmieci – przecież żyje. Dopóki nie zaatakuje swojego ciała, będzie żył. Bo to nie człowiek/ego/myśli/emocje/brokuły/szynka utrzymują życie.

Życie, czyli wybory i ich konsekwencje. To nasze doświadczenia. Przykład – w zależności od tego jak spojrzymy na dany temat i jak ocenimy to co czujemy – jako dobre lub złe, to doświadczymy wobec tego lęku lub ekscytacji. Różnica między doświadczaniem nawet błędnie rozumianego “paraliżującego strachu” (zauważmy jak człowiek od razu gra ofiarę emocji i uważa, że to emocja paraliżuje, czyli uniemożliwia działanie), a ekscytacji, czyli chęci, gotowości, ochoty, by coś zrobić/czegoś doświadczyć – to to czy dane zagadnienie uznamy za dobre lub złe. Nasze ciało i umysł zareagują odpowiednio. Albo jakby były atakowane i zagrożone, albo wspierane i pielęgnowane.

Jeżeli więc cały czas coś oceniać będziesz jako złe, Twoje doświadczenie wobec tego nie będzie wspierające, a przez to prawdopodobieństwo, że znajdziesz rozwiązanie czy je w ogóle rozpoznasz jako rozwiązanie, a tym bardziej – że je zastosujesz – spada drastycznie.

Nie wiem skąd się to wzięło ale non stop widzę, nawet w filmikach od lekarzy, terapeutów i specjalistów, stwierdzenia typu – “napad lęku”, “atak paniki”, “cierpienie przez depresję”… W świadomości ludzi buduje się tożsamość ofiary. Co stanowi totalne odwrócenie rzeczywistości. Ale nawet nie zauważamy, że daaaleko mijamy się z prawdą, bo nie rozumiemy fundamentów istnienia na tej planecie. I takie filmiki na Youtube ogląda miliony ludzi… A potem się słyszy od nich – “naukowcy udowodnili X” albo “mi terapeuta mówił Y”, gdzie X i Y to jakieś pierdoły, urojenia czy szaleństwa. Znowu kłania się fundamentalna prawda – na świecie za osobę zdrową uważa się taką, która podziela urojenia społeczeństwa oraz swojego terapeuty.

Dzisiejszy artykuł może zaboleć, bo pokaże bez litości masę urojeń, którymi się usprawiedliwiamy. Zobaczmy jak ktoś bardzo ładnie zgromadził kilka urojeń, niezrozumienia, iluzji i błędów dotyczących tzw. “depresji”, emocji i umysłu. Każdy z tych punktów skomentuję bardzo ostro.

1. Depresję czuje się jakby twój własny umysł płatał ci figle. Wiesz, że to co mówi ci nie jest dobre ale jest to tak nęcące, że i tak to robisz.
2. Ciągle mówię sobie, by podnieść ten papierek po cukierku w moim pokoju ale zostawiłem/am go tam już od miesięcy. Z depresją wiesz co jest właściwe do zrobienia ale twój umysł po prostu uniemożliwia ci zrobienie tego.
3. Bez końca zadajesz sobie pytania – “Jaki to ma sens/cel?” Po prostu za nic się nie biorę, bo nie widzę, by miało to sens, by się to opłacało.
4. Jednym z powodów, przez które depresja jest tak niepokojąca i trudna do wytłumaczenia innym, bo sam(a) jej nie rozumiem.
5. Wiem, że muszę dobrze jeść, ćwiczyć i robić różne pożyteczne rzeczy, by żyć dobrze. To nie tak, że nie chcę ale mój mózg powoduje, że czuję, że nie jestem w stanie. To mój wróg.
6. Zostałem/am zwolniony z pracy przez depresję. To boli, gdy twój własny mózg przekonuje cię, że lepiej zostać w łóżku, niż pójść do pracy.
7. Mam poważnie działającą depresję i czuję jakbym żył(a) w masce każdego dnia. Nie mówię o tym ludziom, bo pewnie i tak by nie zrozumieli. Na zewnątrz wydaje się, że jest ze mną wszystko ok ale wewnątrz czuję jakbym tonął/tonęła.
8. Depresja jest jakby być przywiązanym do krzesła i zostać poproszonym, by wstać. Kiedy nie możesz, krzyczą na ciebie i zostajesz upokorzony/a.
9. Gdyby depresja była prosta do pozbycia się, ludzie z depresją już by to zrobili. Jest powód dlaczego depresję nazywa się “paraliżującą”. Jeśli masz depresję, dużo energii kosztuje zrobienie rzeczy, których twój mózg mówi ci, byś nie robił(a). Zacznij od małych kroczków – każdy postęp się liczy. Mierz każdy dzień od swoich starań, a nie od rezultatów.

I na koniec osoba ta pisze jeszcze taką wspaniałość – “Mam nadzieję, że to pomogło innym cierpiącym na poważne depresje; i pomogło tym bez depresji zrozumieć co czujemy, byś mógł otrzymać ewentualną pomoc lub pomóc komuś, kto wiesz, że cierpi na depresję. Nie jesteś w tym sam(a) i sprawy będą miały się lepiej. Także – nie bój się poprosić o pomoc psychologa/psychiatry jeśli czujesz, że masz depresję. Wszyscy czasem potrzebujemy pomocy i nie ma w tym wstydu.”

Wow – sprawy będą się miały lepiej… jakie sprawy? Co takiego zmieniliśmy, że zaczną się mieć lepiej? Wiesz dlaczego funkcjonuje powiedzenie – “nadzieja matką głupich”? Bo poza nadzieją (a co to jest nadzieja?) takie osoby nic nie robią. Tylko “mają nadzieję”, że się samo wszystko zmieni i polepszy. To głupota. I zobaczmy co mówi na końcu – “nie ma wstydu w szukaniu pomocy”. Widzisz? Ludzie wolą się wstydzić, niż poszukać pomocy. Wstydzą się, że w ogóle mają problem, z którym sami nie potrafią sobie poradzić. Osądzają siebie i swoje problemy. Nawet tego nie zauważają i gdy problemy trwają nawet dziesiątki lat, to uważa się problemy za trudne lub niemożliwe.

Tłumacząc każdy z tych punktów aż robiłem facepalmy i kręciłem głową… Tutaj nie ma nawet jednej właściwie zinterpretowanej rzeczy. Nie ma w ogóle prawdy. To bełkot. Jest tu błąd na błędzie i to są błędy fundamentalne.

Od czego w ogóle tu zacząć… to jest jak kilkumetrowy sznurek, pełen supłów, zmięty i wciśnięty do kieszeni.

Po pierwsze – wymyślamy sobie jakiś worek. Wrzucamy do niego przeróżne tematy. Nazywamy go depresją. I następnie gramy jego ofiarę. Dokładnie tak samo postępują uzależnieni – nazywają swój problem uzależnieniem czy chorobą uzależnienia i grają tego ofiarę. A następnie albo się “z tym” zmagają, próbują rzucić, powstrzymują się na siłę, etc. Co to daje? Efekt odwrotny od zamierzonego.

Niektórzy nawet dochodzą do wniosków, że nałogu nie można rzucić. No pewnie, że nie, bo gdy zrozumiemy co to jest nałóg – nawyk – to oczywistym stanie się, że nie można tego rzucić. A uzależnienie to nie jest nałóg. Nawyki to element uzależnienia.

Ani ta cała depresja, ani uzależnienie nie są w ogóle poprawnie rozumiane na świecie. W OGÓLE. Ani trochę. Ten kto temat właściwie rozumie, wie jak postąpić, by wyzdrowieć i to robi. Najlepszym przykładem są grupy 12 kroków. A terapie? Pomoże tylko jeśli terapeuta właściwie rozumie temat uzależnienia. A skąd uzależniony ma wiedzieć czy terapeuta rozumie uzależnienie poprawnie? Jeśli sam nie rozumie, to nie może wiedzieć czy ktoś inny rozumie to dobrze.

Tutaj zresztą czytamy przynajmniej, że ten człowiek pisze wprost, że sam nie rozumie depresji. A jednak wypisuje masę jakichś przekonań, których jest bardzo pewny. Naprawdę wystarczyłoby i byłoby bardzo dobre, gdyby napisał(a) tylko – “Sam(a) nie rozumiem depresji”. To stwarza potencjał do zmiany. A nie masa tych wszystkich bzdur.

Skomentuję każdy punkt z osobna, a potem zrobię podsumowanie. Jeśli zaboli – nie ma za co. :) Jeśli uważasz inaczej, to spoko – daj sobie np. 5 lat, by robić po swojemu. Jeśli nadal po tych 5-ciu latach będziesz w depresji, wróć do tego artykułu. A jeśli chcesz w komentarzu przedstawić tylko swój punkt widzenia, podjąć dyskusję – proszę, powstrzymaj się. Najpierw przemyśl jakie rezultaty daje Ci ten punkt widzenia i czy podzielenie się nim z inną osobą ma na uwadze jej dobro i może się przysłużyć? Jeśli nie – milczenie jest złotem.

Ok, jedziemy z percepcją człowieka w depresji.

Ad. 1. Depresję czuje się jakby twój własny umysł płatał ci figle. Wiesz, że to co mówi ci nie jest dobre ale jest to tak nęcące, że i tak to robisz.

Mój własny umysł płata figle… Tak, bo po pierwsze – to nie twój umysł. Żaden umysł nie jest niczyj. Co to jest umysł? Umysł to pole. Pole, którego możemy być świadomi. A mózg działa jak antena dla tego pola. Budda nazwał mózg szóstym zmysłem. Zmysłami odbieramy zewnętrze – jak to co widzimy, słyszymy, czujemy jako zapachy, smakujemy, czujemy przez dotyk. Mózg to zmysł odbierający ZEWNĘTRZNE “bodźce” – informacje – nazywane myślami. A teraz zastanów się – czy każda informacja jaką usłyszysz ze świata jest prawdziwa? Przecież nawet odnośnie innych zmysłów – są osoby zachwycające się zapachem kwiatów, a są osoby uczulone na pyłek kwiatów i gdy poczują kwiaty, mogą zacząć mieć nawet problemy z oddychaniem.

Co pokazuje, że żadna myśl nie jest nasza, ani zmysł. No pomyśl (ale pomyśl, a nie tylko hipnotyzuj się tym, co Ci “pierwsze wpadnie do głowy” – bo nic Ci nie wpadło go głowy) – gdyby węch był Twój, to mógłbyś/mogłabyś coś z tym zrobić – np. wybrać, by przestać czuć? Czy możesz przestać czuć zapachy? Oczywiście nie. Bo to się dzieje samo. Czy możesz przestać słyszeć? Nie możesz. Możesz tylko zamknąć uszy ale to nie zmienia zmysłu słuchu, tylko ogranicza dopływ bodźców. Jednak samego słyszenia nie możesz ani zatrzymać, ani zmienić.

Podobnie z myśleniem – myślenie to fenomen bezosobowy. Dzieje się sam, automatycznie. Myśli nie są nasze, ani umysł. “Nasz” ew. może być mózg jak uszy czy język. I tyle. Ale co to znaczy “nasz”? Przecież nie masz nad nim żadnej kontroli. Nic nie możesz mu kazać, ani zmusić. Tak jak nie możesz rozkazać językowi, by przestał smakować gorzkie i zaczął smakować słodkie. Ew. jesteś tymczasowym zarządcą tego organu. Dbaj o niego. Zadbaj o dobre warunki, w których może zdrowo funkcjonować.

Cała resztą, którą odbieramy poprzez nie nie jest nasza w żadnym wymiarze. Bo czy ktokolwiek zdrowy psychicznie rości sobie prawda do zapachów albo dźwięków? “To mój świergot słowików!” – taka osoba raczej szybko znalazłaby się w szpitalu.

A jednak miliardy ludzi rości sobie prawa do myśli! Nazywają je MOIMI! “To moje myśli!” – mówią! Ludzie dosłownie zabijają się za myśli i o myśli. Co pokazuje, że miliardy ludzi jest szalonych – wierzy w urojenia. Ale oczywiście przez to staje się to niedostrzegalne i uznawane jest za normę. I za szaleńca uznaje się osobę, która twierdzi, że człowiek nie myśli i że to miliardy ludzi są szalonych. :) To nie jest żadne twierdzenie. To fakt.

Ludzie tak nie zauważają, że się tylko hipnotyzują mentalnym bełkotem, że uważają, że myślenie się kończy i zaczyna. Np. mówią – “mój umysł zaczął myśleć o porno, gdy się zestresowałem”. Ok, tylko umysł nie mógł zacząć myśleć, bo nigdy nie przestał. Ani umysł nie myśli, tylko non stop odbiera myślenie. Które odbywa się samo w polu. Tak jak nos odbiera zapach, który unosi się samoistnie w jakimś obszarze. Nos nie tworzy zapachu, tylko odbiera informacje. A doświadczenie zapachu to jeszcze coś zupełnie innego.

Myślenie ani się nie kończy, ani nie zaczyna. To my możemy skupiać się na myślach lub przestać się nimi hipnotyzować. I to jest jeden z fundamentów zdrowia – dostrzeżenie w jakich okolicznościach zaczynamy się hipnotyzować mentalnym bełkotem. Bo chcemy tego, a niektórzy uważają, że nawet potrzebują.

Funkcjonuje nawet szaleńcze przekonanie (a wynika z totalnie błędnego tłumaczenia) – “myślę, więc jestem”. Człowiek nie myśli, co samo w sobie przeczy temu twierdzeniu. Myślenie nie jest żadnym dowodem na istnienie. Bo to jakby mówić – “kwiaty pachną, więc jestem”. Poprawne tłumaczenie brzmi – “doświadczam, więc jestem”. O, co innego. Ale doświadczenie to też nie jest jeszcze najwyższy wymiar świadomości. Tak naprawdę to nadal raczkowanie. Dlaczego? Bo to nadal fenomen bezosobowy.

Czy umysł płata komukolwiek figle? Oczywiście nie. Ten wniosek wynika z totalnego niezrozumienia natury umysłu. Raz jeszcze – umysł to pole, którego 99% to zupełna cisza i spokój. To nie może więc płatać figlów. Pozostały 1% to nieprzerwany proces mentalizacji – fenomenu bezosobowego, ciągłego i nieskończonego, nad którym nie mamy żadnej kontroli. I ma tylko jeden cel – trwać. A jaki jest cel zapachu? Trwać. Naiwny stwierdzi, że np. wabić owady, by zapylały kwiaty. To bzdura. Cała ewolucja wszystkiego odbywa się jednocześnie. Nic tu nie jest przyczyną czegoś innego. Przyczyna i skutek to też jedno z fundamentalnych urojeń percepcyjnych umysłu. To że widzimy coś sekwencyjnie NIE oznacza, że taka sekwencja istnieje w rzeczywistości. To że doświadczasz bólu po odmowie kobiety NIE oznacza, że kobieta i jej odmowa spowodowała ból. Odmowa nie była przyczyną bólu.

Myślenie zapewnia sobie trwanie przez racjonalizację emocjonalności, jej projekcję, dobudowywanie kontekstu, etc.

Czym innym jest umysł, a czym innym bezosobowy proces mentalizacji.

Ale też widzimy całkowicie niedostrzeżoną ciekawostkę – osoba mówi, że “jej” umysł coś robi. Nie zauważa, że mówi rzecz fundamentalną – myślenie samo się myśli (nawet jeśli i tak błędnie uważa, że to umysł myśli). Tylko my jesteśmy w to cały czas wpatrzeni – jak zahipnotyzowani. I to my robimy się w bambuko sądząc, że to myślenie. To nie jest myślenie. To mentalizacja. A różnica między myśleniem, a mentalizacją jest fundamentalna.

Powiedz mi – gdybyś Ty myślał(a), to jak mógłbyś/mogłabyś sobie tym płatać figle? Czy możesz wybrać zrobienie kanapki i spłatać sobie figla – zamiast kanapki np. zrobić pieczeń? “No ale mi rączki spłatały figla! Chciałem/am zrobić kanapkę, a wyszła pieczeń! Mózg uniemożliwił mi zrobienie kanapki!”

Widzisz jaki tu jest chaos? Raz się twierdzi, że człowiek myśli. Potem nie – że to umysł myśli i jeszcze nam płata figle…

Hipnotyzowanie się mentalizacją może doprowadzić do wielu zaniedbań – m.in. tego, co się zbiorczo nazywa depresją. Ale podkreślę – hipnotyzowanie się, a nie sama mentalizacja. Bo mentalizacja trwa cały czas. Tylko nie każdy non stop się w to wpatruje jak niewolnik.

Co więcej – ta osoba mówi wprost, że chce tego – chce się wpatrywać w myśli! Bo to takie nęcące! A potem gra tego ofiarę? Prooooszę. No ktoś mówi, że uwielbia jeść pączki, a potem biadoli, że jest tłusty.

Niemniej widzimy – ludzie uwielbiają wpatrywać się w ten mentalny bełkot. Bo to rozrywka! I to darmowa, i nieprzerwana.

Pojawia się (trwa od zawsze) brak odpowiedzialności za własne wybory. Niechęć do konsekwencji. Mamy ludzi z psychiką dziecka, którzy chcieliby robić co im się podoba i nie doświadczać tego konsekwencji. Niejedna osoba uzależniona pytała się mnie (często nie wprost) czy jest sposób, by dalej oglądać porno i tylko ominąć konsekwencje lub sobie z nimi jakoś sprawnie radzić? Czy jest taki sposób? Jak sądzisz? Czy możesz oszukać rzeczywistość? Czy ktokolwiek kiedykolwiek oszukał rzeczywistość i może Cię tego nauczyć?

Jeśli tak sądzisz, wylej sobie kubeł zimnej wody na głowę. Im szybciej, tym lepiej.

Widzimy też niezdolność do wyciągania wniosków. Człowiek ten mówi, że WIE, że coś nie jest dobre ale jest to dla niego nęcące. Gdybyśmy zrozumieli temat nawyków, zrozumielibyśmy, że to nie dana czynność jest nęcąca tylko KORZYŚĆ jaką z niej mamy. Jest to tzw. “nawykowa nagroda”. To nagrody chcemy, a nie danego działania lub uniknięcia jakiegoś działania.

A korzyści widzimy różne w zależności od okoliczności.

Dalej – osoba ta uważa, że umysł do niej mówi! Niech mi ktoś powie – czy język do nas mówi? A może oczy? Jeśli widzimy piękną kobietę to czy oczy nam mówią, że mamy się z nią przespać? Jeśli czujemy zapach pączków to nos nam mówi, że mamy je zjeść? Oczywiście nie. Bo to granie ofiary zmysłów i usprawiedliwianie się. TO MY WYBIERAMY, BO TYLKO MY JESTEŚMY ODPOWIEDZIALNI.

Umysł nic nikomu nie mówi.

Bo myślenie – mentalizacja – to trwający nieprzerwanie bezosobowy fenomen, który tylko powtarza w kółko różne zasłyszane, przeczytane, zobaczone informacje jako racjonalizacje emocji, intencji. Jeśli czytasz książkę, to książka coś Ci mówi? Gdy oglądasz film, to film coś Ci mówi? Gdy słuchasz utworu muzycznego, to utwór Ci coś mówi? Czy ktokolwiek na tej planecie został uniewinniony z postawionych mu zarzutów, bo powiedział, że mu serial kazał okraść sklep?

Umysł nic nam nie mówi, tylko racjonalizuje w bezosobowym procesie to co MY WYBRALIŚMY. No ta osoba sama mówi, że dla niej wybór czegoś co logicznie wie, że zaszkodzi, jest nęcący. Tak jak uzależniony – tysiąc razy mógł cierpieć, bo obejrzał porno czy wypił wódkę, a nadal jest to dla niego kuszący wybór.

To efekt pozostania na tym samym poziomie świadomości, na którym nawet to co szkodzi nadal widziane jest jako pozytywne. Pytanie kluczowe i krytycznie ważne – POZYTYWNE WZGLĘDEM CZEGO???

Człowiek, który pisze o depresji zupełnie pomija kontekst. Nawet nie wie, że jest coś takiego, ani tym bardziej, że jest to fundamentalnie istotny temat.

Bo wszystko co postrzegamy, możemy uznać za dobre lub złe TYLKO WOBEC CZEGOŚ, czyli TYLKO W JAKIMŚ KONTEKŚCIE.

Więc w jednych warunkach słuchanie się pewnych myśli uznajemy za złe, a w innych uznajemy za dobre, bo zmienił się kontekst. I tak w kółko. Nawet przez całe życie. Myśli nie są ani dobre, ani złe. Również nie mają żadnego sensu, ani znaczenia. To wszystko nadajemy my. To my umieszczamy je w jakimś kontekście, którym jakiś sens i znaczenie wynikają same z siebie. To samo tyczy się np. zapachów. Co też pokazuje jak wygodnym usprawiedliwieniem jest powiedzieć – “Nie robię tego, bo nie widzę w tym sensu”. Naiwny się na to nabierze. To jakby powiedzieć – “Nie pójdę na dwór, bo nie mam na sobie spodni”. No to je załóż.

A jak jeszcze sądzimy, że to my myślimy, czyli jesteśmy autorami myślenia (i że w ogóle nazywamy mentalizację myśleniem), to staramy się coś z myślami zrobić. Np. zmienić lub liczymy, że myśli będą w końcu inne – no bo przecież już tak bardzo się wycierpieliśmy! Jaki będzie tego efekt? Taki jak zawsze.

Cały czas widzę filmiki różnych terapeutów i psychiatrów – “Jak zatrzymać negatywne, natrętne, narzucające myśli, jak zatrzymać nadmierne myślenie?” Wow!!!

Więc nawet terapeuci całkowicie ulegli iluzji, że człowiek myśli. Bo nie tylko zakładają, że tak jest ale jak im się zdarza pomyśleć, to z góry zakładają, że każdy człowiek też myśli. To nie jest prawda.

Co więcej – w jednym pytaniu mamy wykluczające się informacje – że myśli są natrętne i narzucające się oraz, że nadmiernie myślimy… No to chwila – albo my myślimy, tylko za dużo, albo myśli się narzucają same… Już samo to pokazuje, że terapeuta ten przekazuje jakieś bzdury. A i tak nie ma racji ani w jednej, ani drugiej kwestii.

Bo mało osób chce pojąć, że nie jesteśmy pępkiem świata. Że jest niezależny od naszego postrzegania wszechświat, w którym wszystko dzieje się samo, spontanicznie. Jak bardzo człowiek nie chce tego pojąć? Nawet Einstein nie chciał.

Naprawdę – żadne myśli nie są natarczywe, ani natrętne, ani się Ci nie narzucają… TO MY jesteśmy natrętni wobec myśli – non stop się w nie wpatrujemy, osądzamy je, opieramy się im, próbujemy je zmienić, kontrolować, “wyrzucić z głowy”. A to wszystko bierze się z niezrozumienia fundamentów – że myśli nie biorą się z głowy/mózgu/umysłu, ani nie mogą się w tym znaleźć, ani utkwić, ani ich celem nie jest nam szkodzić. A my nie możemy ich ani zmienić, ani wyrzucić, ani zaprzestać ich pojawiania się.

Szkodzimy sobie sami, bo jeszcze nie zrozumieliśmy tych podstawowych lekcji istnienia na tej planecie jako istota ludzka.

Jezus Chrystus 2000 lat temu powiedział nam, byśmy zostawili osądy Bogu, bo nie jesteśmy do nich zdolni i sobie tylko zrobimy krzywdę. Dotarło do ludzi? Gdzie tam! Osądzanie to jedna z ulubionych rozrywek miliardów. Wliczając oczywiście ludzi w depresji oraz uzależnionych. Nawet człowiek osądził mózg!

Powiedz mi – czy możesz wyrzucić z nosa zapach? Albo z uszu dźwięk? Spróbuj.

Na pytanie – WOBEC CZEGO słuchanie się tego mentalnego bełkotu czy zrobienie czegoś pozornie złego jest kuszące – osoba ta odpowiada w kolejnych punktach.

Ad. 2. Ciągle mówię sobie, by podnieść ten papierek po cukierku w moim pokoju ale zostawiłem/am go tam już kilka miesięcy temu. Z depresją wiesz co jest właściwe do zrobienia ale twój umysł po prostu uniemożliwia ci zrobienie tego.

Wow… Wiemy co jest właściwe ale PO PROSTU nasz umysł nam to UNIEMOŻLIWIA! A ta osoba ciągle mówi sobie, by podnieść papierek po cukierku… od miesięcy sobie to ciągle mówi…

Proszę państwa – ludzie uważają, że myśli mają nad nami moc, władzę. Uniemożliwiają nam podjęcie decyzji! Leży papierek, a my hyyyyyyyyyyyyyyyyy… hooooooooooooo… no nie możemy go podnieść! Bo nasz straszliwy ciemiężyciel – mózg – nam to uniemożliwia! Krępuje nas! Oczywiście kołdrę podniesie i się przykryje. Ale papierka już nie podniesie…

Nie dziwne, że osoba ta cierpi i wiedzie przykre rzeczy jeśli gra ofiarę myśli. Przecież to co mówi to oczywiste kłamstwo. I używa jeszcze bardzo popularnego, bo mającego na celu redukcjonizm zagadnienia, stwierdzenia – “po prostu”. Tak jakby to było oczywiste, że umysł coś uniemożliwia.

Osoba ta gra ofiarę umysłu, uważa, że umysł uniemożliwia jej podniesienie papierka po cukierku. Proszę, Drogi Czytelniku/Droga Czytelniczko – przeczytaj to zdanie 10 razy. Niech Ci się to solidnie wryje w umysł – człowiek mówi sobie, że mózg po prostu uniemożliwia mu podniesienie papierka po cukierku…

A potem człowiek ten biadoli, że mu się ciężko żyje.

Nie jesteśmy ofiarą umysłu. Ten człowiek w ogóle nie mówi o sobie – ani o swoich intencjach, nadanych wartościach, znaczeniu, nadanym sensie czemukolwiek w świecie, tego jak widzi siebie, swoje życie, obowiązki, problemy, etc. Bo mentalizacja to racjonalizuje. Człowiek ten nie jest ofiarą myśli. Tylko bardzo chętnie się w nie wpatruje (co sam(a) przyznaje), bo tak widzi swoje życie. W punkcie 3 mówi wprost, że nie nadaje sensu, ani znaczenia niczemu.

Gdyby radykalnie uczciwie przeanalizował(a) to jak żył(a), zanim “pojawiła się” depresja, dostrzegł(a)by, że było to życie kolosalnie nieświadome, niezdrowe, negatywne. Bo jeśli doszło już do kłamstw i wmawiania sobie niemocy wobec papierka po cukierku, to co jeszcze zostało przekłamane, wyparte, zmienione, niezrozumiane, w ogóle niedostrzeżone?

Ad. 3. Bez końca zadajesz sobie pytania – “Jaki to ma sens/cel?” Po prostu za nic się nie biorę, bo nie widzę, by miało to sens, by się to opłacało.

Osoba ta mówi, że bez końca zadaje sobie pytania… nie. Ona nieprzerwanie hipnotyzuje się mentalnym bełkotem, jazgotem, który jest fenomenem ciągłym i nieskończonym. Dlatego te pytania są niekończące się.

Ale oczywiście w ogóle nie zauważa, że nie ona zadaje te pytania, ani sobie. To się dzieje samo. A człowiek ten nie ma intencji znalezienia odpowiedzi. Za to ma korzyści z braku odpowiedzi i niekończącego się rzekomego “pytania”. Bo to właśnie usprawiedliwienie – “Przecież coś robię! Przecież pytam! Czyli muszę chcieć coś zmienić!” Nie, tak nie jest. Ale nie ma intencji odpowiedzi na to pytanie. Gdyby była, to by odpowiedziała zgodnie z prawdą – że nie chce, bo nie nadała temu sensu. Zamiast tego mówi, że nie widzi sensu i mózg stoi jej na drodze…

Następnie mówi – i znowu używa swojego ulubionego “po prostu” – “Po prostu za nic się nie biorę, bo nie widzę w tym sensu”. No tak ale sensu nigdy w niczym nie było. Sens nie bierze się ze świata. Sens nadajemy my. I oczywiście podejmujemy się tylko tego, czemu sens nadaliśmy.

A tutaj widzimy, że osoba ta nie nadaje sensu nawet podniesieniu papierka po cukierku, bo nie widzi, by się to opłacało! No to proszę państwa – biadoli, że jest ofiarą umysłu, a teraz mówi wprost – sama nie chce tego wykonać, bo ani nie widzi w tym sensu, ani się to jej nie opłaca.

Widzisz jak się sama robi w wała i gra tego ofiarę? A ludzie zbierają się naokoło, głaszczą po główce, klepią po ramionach, mówią jak ją rozumieją, jak im przykro…

Znowu kłania się temat nawyków – wszystko co robimy, robimy, bo mamy z tego korzyści. Jeśli tych korzyści nie mamy, to tego nie robimy. Więc oglądamy porno czy pijemy wódkę, czy zmagamy się z emocjami i myślami, czy się w nie wpatrujemy, czy cierpimy – robimy to, bo mamy z tego korzyści.

I żyjemy tak niedojrzale, że rzeczom ważnym nie nadajemy ani sensu, ani znaczenia, ani wartości. I liczymy, że nam je myślenie wymyśli. Bo nie rozumiemy natury myślenia.

Mentalizacja racjonalizuje, nie wymyśla. To nie jest proces twórczy, tylko odtwórczy.

Co oznacza, że nie wymyśli niczego nowego, a stare, dotychczasowe podda racjonalizacji. Człowiek ten mówi, że umysł uniemożliwia mu robienie czegoś. To kłamstwo. Ta osoba nie chce tego zrobić, bo nie nadała temu sensu. A mentalizacja podała tylko dla tego racjonalizacje – np. sama mentalizacja rzekomo mówi, że mentalizacja po prostu uniemożliwia jej podniesienie papierka.

A prawda brzmi – ta osoba nie chce zadbać o czystość, bo jest tak niedojrzała. I że nawet nie dostrzega, że się non stop opiera, czyli nie chce, to w jej oczach zrobienie jakiejkolwiek czynności, która sama z siebie nie przyniesie jakiejś nadzwyczajnej korzyści, nie ma sensu i będzie tylko stratą energii. Bo to życie na poziomie biedaka, na poziomie poczucia winy, apatii. Wszystko robimy tylko albo z poczucia winy – rzekomo “musimy” albo ze strachu przed utratą. A to powoduje, że wina rośnie, apatia rośnie, żal rośnie, gniew rośnie.

A wiesz co jest najczęstszą emocjonalną przyczyną depresji? Tłumiony i wypierany gniew. Nie żal. Gniew np. w formie frustracji. Ale człowiek grający ofiarę nie bez powodu wypiera gniew. Bo za dobre uważa to co na dole – np. apatię i lęk przed błędem czy rzekomym “zranieniem kogoś” nazywa dobrym, nawet szlachetnym. A próby, działanie, odwagę, śmiałość widzi jako złe i nazywa np. zarozumiałością czy egoizmem.

Widzi wszystko zupełnie odwrotnie. Ale ciekawostką jest to, że choć ludzie bardzo starają się nie przeżyć, to i tak przeżywają. Tylko potem głupio wmawiają sobie, że przeżywają dzięki temu, co zrobili i robią. A prawda brzmi, że przeżywają pomimo tego.

Sądzą, że np. emocje mogą ich zranić, zabić, wlewają w siebie truciznę, by odciąć ich świadomość i uważają, że przeżywają dzięki temu. Ale przeżywają pomimo tego.

Niech mi ktoś powie – czy dojrzałą jest osoba, która zadaje sobie tysiąc razy to samo pytanie i na nie nie odpowiada? Albo liczy, że w końcu sama pojawi się odpowiedź i to inna, niż dotychczas? Nie wiem czy to faktycznie Einstein powiedział ale jest to istotna obserwacja – “Za definicję szaleństwa można uznać robienie tego samego i liczenie na inne rezultaty”.

No ale znowu – problem wynika z totalnego niezrozumienia, że sens, wartość i znaczenie ani nie biorą się ze świata, ani nie ma ich w niczym. To my je nadajemy/dodajemy. A nadajemy je zgodnie z naszym poziomem świadomości.

Dlatego rekontekstualizacja jest jedną z fundamentalnych spraw, którymi koniecznie należy się zająć.

Tutaj osoba nadaje wartość, sens i znaczenie zaniedbywaniu np. rzeczy tak prozaicznych jak podniesienie papierka czy nieco gorszym jak zmaganie się z myślami.

Ale nie odpowiada na to pytanie. Nie odpowiada na pytanie – “Jaki sens ma zaniedbywanie podniesienia papierka od wielu miesięcy?” Dlaczego nie odpowiada? Bo nie chce znać odpowiedzi. Bo uznaje się za ofiarę mózgu, który uniemożliwia wykonanie tej ultratrywialnej, hiperbanalnej czynności jak podniesienie papierka.

Gdy potem weźmiemy to wszystko pod uwagę, zobaczymy, że depresja nie jest jakąś straszną przypadłością, która człowieka dobija, rani i utrudnia/uniemożliwia życie. Tylko jest kopem w dupę, by żyjącego tak głupio człowieka zmusić do zmian. Ale człowiek nie chce. Bo to bardzo wygodne.

Można rzec, że depresja jest mądrą odpowiedzią świata na wmawianie sobie, że życie w tej tzw. “strefie komfortu” wcale nie jest komfortowe i nigdy nie było. Ale jest wygodne.

Ad. 4. Jednym z powodów, przez które depresja jest tak niepokojąca i trudna do wytłumaczenia innym, bo sam(a) jej nie rozumiem.

Na pewno? Ja widzę, że ta osoba jest pewna bardzo dużej ilości różnych swoich percepcji. Wbrew pozorom, jest to człowiek bardzo dumy, bardzo pyszny i zarozumiały. Nie jest pokorny, choć się jego zachowanie może takim wydawać.

Bo czy mówienie sobie, że nie możemy podnieść papierka jest oznaką człowieka dobrego, wrażliwego czy prędzej szalonego?

Jeśli ta osoba nie rozumie depresji, to dlaczego w ogóle komukolwiek próbuje ją tłumaczyć??? Ponowny przykład zupełnego braku pokory i zarozumiałości. TO jest niepokojące. A takich zachowań jest masa. Ta osoba żyje bardzo niedojrzale, bardzo negatywnie. Ta tzw. “depresja” to dużo konsekwencji dużej ilości niezdrowych zachowań.

Jednak o nich w ogóle nie mówi. Bo przecież jest ofiarą tego strasznego kata – mózgu/umysłu, który nie pozwala jej żyć lepiej.

We wszystkim co napisał ten człowiek jest tylko jedna prawda – nie rozumie on co to jest depresja. Nie rozumie swoich doświadczeń, ani tego z czego one wynikają. I nikt z depresją tego nie rozumie. Bo gdyby rozumiał, to nie grałby już tego ofiary i zdrowie byłoby już tylko efektem decyzji. A tu nie ma nawet decyzji, by podnieść papierka.

Ja doskonale znam ten stan, bo sam tak kiedyś żyłem. Apatycznie, niezdrowo, niedojrzale, zupełnie nieświadomie. Kiedy milioner mówił, by robić pajacyki i cieszyć się choć możemy na to zupełnie nie mieć ochoty, to ja siedziałem skrzywiony na krześle i wpatrując się nieprzerwanie w mentalny bełkot widziałem tylko racjonalizację swojego poziomu świadomości – “I co to zmieni? Po co mam to robić, to i tak nic nie da?” A takie podejście miałem do wszystkiego. Bo ja wiedziałem lepiej od milionera.

Prawda brzmi – że od poziomu świadomości zależy jak żyjemy. Czyli od tego jacy jesteśmy. I człowiek w niskiej świadomości nie tylko non stop hipnotyzuje się mentalnym bełkotem ale też niemal wszystko opiera o emocjonalność. Tak też działa mózg na tym poziomie. Nie jesteśmy w stanie nie reagować emocjonalnie, bo nie jesteśmy na tyle rozwinięci.

Z tego powodu rozwijanie inteligencji emocjonalnej jest tak kluczowe, krytycznie istotne.

Bo zanim wzniesiemy się na poziom Odwagi, emocje to jedyne nasze źródło zasilania i nie mamy szans nie zareagować emocjonalnie. Więc lepiej, by reagować np. gniewem, niż lękiem czy winą. A najczęstszą emocjonalną przyczyną depresji jest wypieranie gniewu i opieranie się mu. Bo gniew ma najwyższy potencjał energetyczny. Dlatego jego tłumienie i opieranie się mu kosztuje nas najwięcej energii życiowej.

Gdy rozwiniemy się w świadomości przynajmniej na poziom Odwagi, jedną z krytycznych zmian jakie zaobserwujemy, jest to, że przestaniemy automatycznie podążać za emocjami. Dlaczego? Bo zmienia się funkcjonowanie mózgu. Ale nie jest to przyczyną, tylko reprezentacją zmian świadomości. Każdy, kto wybrał odwagę, dostrzegł, że nie uciekł automatycznie, tylko był na tyle świadomy, by przynajmniej zastanowić się czy warto odpuścić, czy jednak podjąć się ryzyka. W przypadku tego człowieka widzimy, że nie jest do tego zdolny. Bo jest kolosalnie niżej w świadomości od odwagi. A synonimem odwagi jest odpowiedzialność.

Ad. 5. Wiem, że muszę dobrze jeść, ćwiczyć i robić różne pożyteczne rzeczy, by żyć dobrze. To nie tak, że nie chcę ale mój mózg powoduje, że czuję, że nie jestem w stanie. To mój wróg.

Zdanie zaczyna od usprawiedliwiania się. Mówi, że wie co jest dobre. Bzdura. To, że coś “wiemy” wcale nie oznacza, że tak to realnie widzimy. Co ukazuje jaką dziecinadą jest patrzenie na świat przez dualizm dobra i zła. To dziecinada, bo nic nie jest ani dobre, ani złe. To, że coś sobie nazwiemy dobrym nie oznacza, że to magicznie wybierzemy. I jednocześnie to, że coś nazwiemy złym nie oznacza, że tego nie wybierzemy. Dobrze to wie każdy kto np. ogląda porno od lat i po każdej sesji brzydzi się porno, sobą, swoim życiem. A potem znowu to obejrzy. Religie od tysięcy lat np. gniew nazywają złym i co? Pomogło? Gdzie tam.

Potem człowiek ten mówi, że to nie tak, że nie chce. Kłamstwo. Mówi, że MÓZG POWODUJE, że CZUJE, że nie jest w stanie. I tu widzimy kolejny przykład kolosalnej niedojrzałości – osoba ta pewne uczucia nazywa “nie jestem w stanie”. Ale nie ma takich uczuć. Ta osoba czuje coś, nie ma pojęcia co. I tylko sobie to uczucie tak racjonalizuje, bo go nie akceptuje. Znajduje racjonalizację “nie jestem w stanie”.

Niech mi ktoś powie – czy ta osoba nie jest w stanie podnieść papierka? Naprawdę nie jest w stanie? Takie są fakty? To że go nie podnosi stanowi dowód na to, że nie może??? Przecież to oczywiste, straszliwie wulgarne kłamstwo.

W punkcie 9 mówi, że wszystko co robi, a co “mózg mówi, że nie powinna”, kosztuje ją dużo energii. Bo to nie mózg jest tego przyczyną. Ta osoba się opiera – nie chce tego robić – i nawet nie dostrzega tego, tylko od razu się usprawiedliwia. Dlaczego? Bo ma tak wiele stłumionej winy, że woli swój mózg uznać za wroga, niż powiedzieć prawdę.

Depresja pokazuje nam, że aby “wyjść z niej”, trzeba porzucić popularne, wyznawane przez miliardy, iluzje – wliczając “przyczynę i skutek”, wliczając to, że jesteśmy ciałem (czyli też mózgiem – o czym zresztą sama ta osoba mówi – nie jest mózgiem, tylko mózg jest jej przeciwnikiem. Kim więc jest ta osoba, gdzie się znajduje?) i myślami, to że nie możemy, etc. Bo gwarantuję Ci, że gdyby do tego człowieka podszedł bandyta, przystawił mu pistolet do skroni i zagroził, że jak nie podniesie tego papierka, to zabije i jego, i jego rodzinę, to ta osoba nagle, “magicznie” stwierdziłaby, że może podnieść papierek i by to zrobiła. Bo nagle by się jej to zaczęło “opłacać”.

W psychiatrii często osoby zachowujące się w ten sposób – żyjące apatycznie – traktuje się podejściem prowokacyjnym. Np. pacjent siedzi apatycznie na krześle i biadoli, że nic nie może. Terapeuta zrzuca go z krzesła. Nagle pacjent wstaje wściekły – pełen energii – wrzeszczy – “Co pan!? Zwariował pan!?” – na co terapeuta odpowiada – “No widzi pan? Jednak pan mógł. Tylko nie chciał”.

To pokazuje jak wielkim błędem jest wypieranie gniewu. Bo gniew jest KOLOSALNIE wyższym poziomem energii, niż apatia. Jeśli nie pozwolimy się sobie wkurzyć, to nie tylko zostaniemy na tym samym poziomie i potencjale energii ale im więcej gniewu stłumimy i wyprzemy, tym ten poziom i potencjał będą się obniżać. Jednym z fundamentów niskiego stanu i potencjału energetycznego jest właśnie już duża ilość stłumionego i wypartego gniewu. A nasz umysł bardzo sprawnie wyszukuje cele do projekcji – coraz więcej osób, sytuacji i rzeczy “zaczyna nas denerwować”.

A ostatnie zdanie to już nie wisienka na torcie tylko wisienka na wisience. “Mózg to mój wróg”. Wow. Niech mi ktoś powie – jak jakiekolwiek życie mogłoby istnieć i przetrwać, nie mówiąc o ewolucji, gdyby “centrum obliczeniowe” było wrogiem życia?

Nawet religia od tysięcy lat popełnia ten kardynalny błąd – uważa coś za grzech, za wroga. Pragnę zauważyć, że nic, co zostało osądzone jako złe, jako grzech, nie zniknęło z tej planety. Ma się bardzo dobrze. A wiele osób wręcz na przekór wszelkim zakazom robi to, co zakazane. Bo tak. Co pokazuje, że to nie działa. Wniosek jest zupełnie błędny i bardzo, bardzo wulgarny.

Mamy centralny element układu nerwowego uznany za wroga. Tak jakby nasze ciało miało osobną świadomość i jeszcze taką, która chce nam szkodzić… A co takiego uznaje ten mózg za ważne? A, zostanie w łóżku. Na pewno mózg to uznaje za ważne? Niech mi ktoś powie – czy nos uznaje jakiś zapach za ważniejszy od innego? Czy słuch uznaje jakieś dźwięki za ważniejsze od innych? Czy słuch może być wrogiem muzyki klasycznej lub heavymetalowej? A może mózg nie lubi disco polo i uniemożliwia pewnym ludziom włączenie go i cieszenie się nim?

Internet i wolność pisania wszystkiego co się chce, pokazuje nam jacy ludzie żyją na tej planecie – na jakim poziomie rozwoju się znajdują. Tylko tak sobie przedstawiają swoją sytuację, że wychodzi, że są biednymi ofiarkami, którym trzeba pomagać. Bo i te osoby naczytały się pierdół i teraz sobie tym wszystko racjonalizują. W ogóle nie przyznaje jak żyje, tylko wymyśla sobie te głupoty, że mózg nie pozwala, że jest wrogiem, itd. Gdy mówi, że nie chce, to nawet tego nie dostrzega.

Podpowiem – co to jest pomoc? Pomoc to coś, co sprzyja życiu. Tu wiemy, że osoby te przeżywają POMIMO tego co robią i jak żyją. Pomocą nie jest więc upewnianie ich w tym, co już uważają. Pomocą będzie jak przy wspomnianym facecie kiwającym się na krześle – zrzucenie go z tego krzesła.

Oczywiście nie w każdym przypadku. Przyczyny depresji są rozmaite. Rzadkim ale realnym przypadkiem są faktyczne uszkodzenia części układu nerwowego i hormonalnego. Ale z drugiej strony rozwiązanie jest tu pozornie najprostsze – operacja i leki. Więc coś, czym zajmie się specjalista. My musimy tylko zanieść swój tyłek do niego.

Mój znajomy napisał mi dzisiaj coś ciekawego. Zmarła jego żona i zaczął już od nowa poznawanie, randkowanie. Wpadła mu w ręce książka “Przebudzenie” Anthony-ego De Mello. Powiedział mi on:

“(…) dalej czytam ta ksiazke (…) zajebista jest, cale moje przekonanie, kaze robic wszystko odwrotnie (…) ze ja jej nie przeczytalem wczesniej (…)”.

I choć przeżył w dość szczęśliwym związku ponad 10 lat, mówi mi, że wszystko robił odwrotnie względem miłości, kochania, poświęcania się, pomocy, serdeczności, uczynności, etc. Jest na tyle dojrzały, by przyglądać się temu jak żyje i że popełnia błędy. Bo każdy popełnia. Ale są też ludzie, którzy nie robią praktycznie nic w sposób zdrowy i dojrzały. I choć można rzec – wszystko mu się w życiu udawało – sam przyznał, że masę rzeczy robił totalnie odwrotnie.

Traktowanie mózgu jako swojego wroga jest kontynuacją nieświadomego, niedojrzałego, toksycznego życia. TO MY JESTEŚMY NA POZIOMIE ŚWIADOMOŚCI NIESPRZYJAJĄCYM (WŁASNEMU) ŻYCIU. Mózg nie ma z tym nic wspólnego. Ani tym bardziej nie jest naszym wrogiem.

To my NIE CHCEMY podnieść papierka, bo mamy z tego korzyści. Mózg nie ma nic wspólnego z naszym wyborem. Dżdżownica jest w stanie przepchać ten papierek poza pokój. A wielki człowiek nie? Bo mózg mu PO PROSTU tego uniemożliwia? Ten nasz wielki wróg zamknięty w zamku z czaszki swoich wrogów, sroży się i grozi nam, że jak ten papierek podniesiemy to nas zabije?

Czego się spodziewamy po podniesieniu papierka czy zrobieniu dowolnej innej pierdółki, którą odkładamy? Odpowiem – nagle zniknie iluzja, że nie możemy i dostrzeżemy, że nie chcemy. Bo to wygodne. Niekomfortowe ale wygodne. I to będzie oznaczać, że wobec każdego innego “nie mogę” w naszym życiu wygląda to dokładnie tak samo. Oczywiście możemy, tylko nie chcemy, bo się np. boimy, wstydzimy, narzekamy, wolimy fantazjować i unikać dyskomfortu, etc.

Widzimy cały czas BRAK PODEJMOWANIA DECYZJI. Co pokazuje brak odpowiedzialności.

MY odpowiadamy za to czy podniesiemy papierek, nie mózg. A to wymaga decyzji, nie myśli, ani nawet nie myślenia o tym. Tylko decyzji. Decyzję możemy podjąć NIEZALEŻNIE od myśli i emocji.

Ad. 6. Zostałem/am zwolniony z pracy przez depresję. To boli, gdy twój własny mózg przekonuje cię, że lepiej zostać w łóżku, niż pójść do pracy.

Proszę… Dalsze granie ofiary oraz zwalanie odpowiedzialności. Ktoś został zwolniony przez depresję… Bo jego własny mózg przekonał go, że lepiej zostać w łóżku. Więc niech mi ta osoba powie – na pewno było to lepsze? Ile razy już była taka sytuacja, że to co sama uznała za lepsze wcale takim nie było?

I nadal nie ma korekt. Nadal jest to samo. Więc i konsekwencje są takie same lub gorsze.

Niemniej widzimy, że na tej planecie żyje miliony, jeśli nie miliardy ludzi, którzy sądzą, że mózg im wszystko mówi, każe i zabrania… Bo to fantastyczne usprawiedliwienie – “mózg mi kazał”. Tylko jeszcze nie słyszałem o więzieniu dla mózgów za popełnione przestępstwa. W więzieniach siedzą ludzie, nie ich mózgi.

Samoistny, bezosobowy proces mentalizacji nikogo do niczego nie przekonuje. Tylko racjonalizuje. Co nie ma na nas żadnego wpływu.

Osoba ta nie została zwolniona przez depresję. Depresja jest konsekwencją nieodpowiedzialnego życia. Utrata pracy również. Przyczyny są takie same. To nie depresja jest przyczyną zwolnienia. Depresja nie jest przyczyną niczego.

Gdy poprawnie przeanalizujemy sytuację, stanie się jasne, że ani depresja, ani uzależnienie nie są przyczyną niczego. Bo każda nieprzyjemna sytuacja i problem mają dokładnie te same przyczyny co uzależnienie czy depresja. To efekt tego jak żyjemy.

A co boli? To, że mózg nam powiedział, że nie trzeba iść do pracy? Nie. Ból to konsekwencja oporu. A czemu się opieramy? Nie tylko konsekwencji NASZEGO WYBORU. Opieramy się też odpowiedzialności i powiedzeniu prawdy – MY ZDECYDOWALIŚMY, by nie iść do pracy. No bo też i własnej pracy nie nadaliśmy znaczenia, ani sensu. Nie nadaliśmy jej wartości. Tak jak podniesieniu papierka.

Człowiek ten zapewne dlatego sądzi, że dobrze jest zostać w łóżku, bo jest zmęczony i nie ma energii. Ale nie jest zmęczony, a energię ma. Tylko ją wypiera, opiera się, a poziom i potencjał energii odzwierciedlają jego nastawienie do danej sytuacji czy okoliczności. Poza tym – poziom się nie podniesie aż nie podejmiemy działania, bo ENERGIA PODĄŻA ZA DZIAŁANIEM. Dlatego niezależnie jak długo ta osoba będzie w łóżku, nigdy nie wypocznie, ani się nie zregeneruje, bo nie w tym problem.

Nie pomoże tu nic, poza duchową pracą. A życie uduchowione to życie przede wszystkim uczciwe, odważne i odpowiedzialne. A nie modlenie się, by bozia odkurzyła nam w domu i wyniosła śmieci. Bardzo mądrze mówi o tym “Kurs cudów”. Lekcja 61 brzmi: “Jestem światłością świata”. Przeczytaj fragment komentarza do tej lekcji:

Któż jest światłością świata, jak nie Syn Boży? Zatem to stwierdzenie tylko wyraża prawdę o tobie. Jest ono przeciwne do oznajmienia o twej pysze, arogancji i samooszukiwaniu. To stwierdzenie nie opiera się na wytworzonej przez ciebie koncepcji jaźni. Nie odwołuje się do charakterystycznych cech, jakimi obdarzyłeś swoich bożków. Po prosu wyraża prawdę.
Dla ego, dzisiejsza idea jest typowym przykładem samochwalstwa. Ale ego nie rozumie pokory, myląc ją z poniżaniem czy deprecjacją samego siebie. Pokora polega na akceptacji twojej roli w zbawieniu i na niepodejmowaniu niczego innego. Nie jest pokorą upieranie się, że nie możesz być światłością świata, jeśli jest to funkcja nadana tobie przez Boga. Tylko arogancja mogłaby zapewniać, że ta funkcja nie może być twoja, a arogancja zawsze pochodzi od ego.
Prawdziwa pokora wymaga byś zaakceptował dzisiejszą ideę, albowiem to Głos Boga mówi ci, że to jest prawda. Jest to początkowy krok w akceptacji twej prawdziwej funkcji na ziemi. Jest to olbrzymi krok w kierunku zajęcia należnego ci miejsca w zbawieniu. To jest stanowcze stwierdzenie twego prawa do zbawienia i uznanie w tobie mocy, która jest ci dana by zbawić innych.

Widzisz? Człowiek pokorny akceptuje, że pochodzi od Boga. Nie jest ego, bo to iluzja. Iluzja zasila iluzję. Nie Prawda zasila Prawdę. Brak życia “zasila” brak życia. Dlatego żyjemy pozornie bez życia. I nasze zewnętrzne życie to odzwierciedla. Nie jesteśmy pokorni. Tylko takich udajemy. Gramy ofiary. A tak naprawdę jesteśmy zarozumiali i dumni. Jak można twierdzić, że Bóg obdarzył nas ciałem, w którym jeden z najbardziej złożonych elementów jest naszym wrogiem?

Ale człowiek, który albo nie idzie w stronę Boga lub nie chce – cóż mu pozostaje? Grać ofiarę świata i życia i próbować uporać się z tym, co napsocił z bardzo ograniczonymi możliwościami. Bo sam je sobie odbiera.

Ad. 7. Mam poważnie działającą depresję i czuję jakbym żył(a) w masce każdego dnia. Nie mówię o tym ludziom, bo pewnie i tak by nie zrozumieli. Na zewnątrz wydaje się, że jest ze mną wszystko ok ale wewnątrz czuję jakbym tonął/tonęła.

Nie ma żadnej “działającej depresji” ani poważnie, ani mniej poważnie. Są depresje będące efektem braków hormonalnych czy innych problemów natury biologicznej. Ale to się leczy lekami i każdy lekarz mający wiedzę na ten temat może przepisać odpowiedni leki, które rozwiążą problem. Osoba ta mówi, że ma “poważnie działającą depresję”, co sugeruje, że zyskała tę diagnozę od specjalisty. Ale problemu mimo to nie rozwiązała. To rzuca cień podejrzenia, że nie było żadnej diagnozy od specjalisty. Oraz gdyby była u specjalisty, to dostałaby lek, który pomógłby jej podnieść papierek. Ale takiego leku nie ma. I nigdy nie będzie.

Jest tylko własny dumny bełkot.

Widzimy granie szlachetnej ofiary – “nie mówię tego innym, bo i tak by nie zrozumieli”. To kłamstwo. I to oczywiste, bo sama mówi, że sama nie rozumie co to jest depresja. Przyczyną tego, że nie mówi innych jest lęk przed osądem i odrzuceniem, bo ta osoba sama siebie osądza i odrzuca. Brak energii naprawdę nie jest smutnym losem i tego, że nam mózg odbiera energię.

“Brak energii” nie jest brakiem energii. Tylko niskim poziomem. A poziom energii oraz potencjał energetyczny ODZWIERCIEDLA NASZEGO NASTAWIENIE, INTENCJE, PERCEPCJĘ.

Więc naturalnie, gdy wmawiamy sobie “nie mogę”, to będziemy pozornie bez energii. Tak naprawdę dysponować będziemy niziutkim potencjałem ale energię mamy – bo przecież możemy się poruszać, nie potrzebujemy opieki lekarskiej, ani kroplówki, by przeżyć.

A że mamy niski potencjał, to każdy wydatek energii wydaje się nam wielką stratą. Dlatego tego unikamy. Ale też nie rozumiemy, że –

ENERGIA PODĄŻA ZA DZIAŁANIEM.

Unikając działania gwarantujemy sobie, że poziom energii się nigdy nie podniesie. A to wymaga rekontekstualizacji – spojrzenia na dane zagadnienie – np. pozostawiony papierek – w innym kontekście, sprzątnięciu go nadanie nowego znaczenia, sensu i wartości. Oraz podjęcie działania. TO stworzy warunki, w których nasza energia zacznie się podnosić. Nie przedtem.

A gdy wmawiamy sobie bezsilność, to bardzo chętnie wyszukujemy sobie wrogów, których możemy skrycie lub otwarcie nienawidzić, bo gniew jest dużo wyższym stanem energetycznym od apatii. Tylko że nie korzystamy z tego twórczo, nie mamy intencji rozwiązania niczego. Bo przecież gramy ofiarę. A że gniew jest tylko chwilowym “paliwem rakietowym”, które szybko się wyczerpuje, a nie efektem naszego rozwoju, to nadal przecież widzimy się jako słabego, bezsilnego. Więc nienawidzimy dla samego nienawidzenia. Pławimy się w tym. A po wyczerpaniu gniewu znowu spadamy na poziom apatii. Potem troszkę użalania się i z apatii spadamy jeszcze na obwinianie, czyli poziom winy.

A potem znowu – “mój wróg – mózg – po prostu uniemożliwia mi podniesienie papierka, a z pracy zwolnili mnie przez depresję!”

Raz mówi ona, że nosi maski i nie tłumaczy innym, “bo i tak by nie zrozumieli”, a raz że na zewnątrz wydaje się, że wszystko jest ok. Nazywa to noszeniem maski. Ale nie nosi żadnej maski. I jednocześnie widzimy jak łatwo jest ukrywać przed innymi swoje problemy, nawet bardzo poważne. Ale i tego niemal nikt nie rozumie, bo każdy kto gra ofiarę, widzi właśnie to “na zewnątrz wydaje się, że wszystko jest ok”. A potem patrzymy na swoje wnętrze a tam piekło i szatani. ;) I co? Zamiast się tym zająć, uciekamy, wypieramy i uważamy się za największe ofiary świata (a może nawet jedyne), bo przecież wszyscy inni wydają się normalni i zdrowi. I oczywiście żylibyśmy dobrze i normalnie, zdrowo, pozytywnie, tylko ten nasz nemezis – mózg – nam to uniemożliwia. Jest tak strasznym wrogiem, że nie pozwala nam podnieść papierka!

Nie ma uczucia “jakbym tonął/tonęła”. To bzdura. To możliwe najniższa inteligencja emocjonalna. Bo osoba ta nie ma żadnej poprawnej informacji o emocjach. To właśnie emocje uważa, że jak im pozwoli dojść do głosu, to ją pochłoną. To ją zaleją, przytłoczą i ona umrze. A jednocześnie doi emocjonalność przy każdej okazji.

A co to są emocje? Emocje to konsekwencje percepcji w formie energii. A czego tej osobie brakuje? Energii. Gdzie się ona podziewa? Jest wyparta, tłumiona i cały czas człowiek ten stawia jej opór. A opór to też mentalna energia poświęcana na wewnętrzną walkę.

Dlatego porzucenie oporu, podjęcie się sprzątnięcia papierka oraz podniesienie energii – to wszystko jedno i to samo. Nie jest to żadna sekwencja. Nie ma tu przyczyny i skutku.

Więc – jeśli nie będziesz chętnie robić rzeczy najprostszych, to nie będziesz chętnie robić rzeczy najważniejszych. Bo nie ma znaczenia jak istotna jest to kwestia – tu mamy przykład, że człowiek nie nadał znaczenia ani podniesieniu papierka, ani pracy zarobkowej, którą utracił, bo wolał zostać w łóżku, niż iść i pracować. To się samo magicznie nie zmieni, anie nie zmieni tego żaden lek.

I widzimy nawet niechęć do korekt po poważnym błędzie – utracił pracę, a nadal nie chce się uczciwie przyjrzeć jak żyje. Od razu zwala to na depresję.

Ad. 8. Depresja jest jakby być przywiązanym do krzesła i zostać poproszonym, by wstać. Kiedy nie możesz, krzyczą na ciebie i zostajesz upokorzony/a.

A teraz już nie tylko gramy ofiarę mózgu ale też innych ludzi. Choć pewnie dalej mózgu – bo zapewne nikt na tę osobę nie krzyczał, ani jej nie upokarzał, tylko ta osoba robi to sobie. A wykorzystuje do tego bezosobowy mentalny jazgot.

Wiemy, że jest to tylko usprawiedliwianie się jeśli od miesięcy gramy bezsilnych wobec papierka po cukierku. Naprawdę mózg nas przywiązał do krzesła i każe wstać? No mama każe nam podnieść ten papierek, a my jej odpowiadamy, że nie możemy, bo nam po prostu nasz mózg – wielki wróg – uniemożliwia?

Podpowiem – porządne lanie przez mamę – uzmysłowiłoby nam jakie pierdoły wygadujemy i dotarło by do nas jak sobie folgujemy. Nagle podniesienie papierka stałoby się możliwe (w naszej świadomości, bo możliwe jest zawsze).

Ale rodzice oczywiście samych siebie osądzają i jakby zbili swoje dziecko, to przecież wielkie zło. Ja kilka razy w życiu dostałem lanie i mnie to dużo nauczyło.

Po co krzyczeć jeśli dzieciak (i można być dzieciakiem w ciele dorosłego) i to wykorzystuje do grania ofiary tego wielkiego upokarzania? No mama krzyczy, byśmy podnieśli papierek, a my jesteś o taaaaak upokorzeni? I dalej twierdzimy, że nie możemy.

Wiemy dlaczego tak twierdzimy? Bo runęłaby ta cała iluzja zbudowana o poczucie winy, którego unikamy jak samego diabła. A że mentalizacja non stop to racjonalizuje, można rzec – przypomina – to uznajemy ją za wroga.

Ofiara nie wymyśli sobie rozwiązań, tylko problemy. Bo to jest jej cel – wszędzie widzieć swoich katów i szukać usprawiedliwień. Taką rolę wybrała, taką rolę gra. Jej zmysły i myślenie się do tego dostosowują. Poziom energii to odzwierciedla.

A innych ludzi postrzega jako upokarzających. Bo rzucają inne światło na jej ukochane widzenie swojego życia i siebie. Gdy słyszy “rusz dupę ty leniu jeden!” uważa, że została wyrządzona jej wielka krzywda! M.in. z tego powodu masy ludzi tak uwielbiają tę szaleńczą “poprawność polityczną”.

Nikt nie jest przysłowiowo przywiązany do krzesła, tylko się go trzyma. I opiera wstaniu. To oczywiste. Ale osoba żyjąca tak niedojrzale i nieświadomie, że aż doszło do konsekwencji nazywanych depresją, nie może tego widzieć, ani rozumieć, bo zna tylko jedno źródło informacji – mentalizację. A inne źródła nazywa swoimi wrogami, ciemiężycielami, oprawcami, upokarzającymi.

A potem się pewnie modli – “Boże, tyle już wycierpiałem/am, proszę pomóż, zabierz tą straszną depresję, pomóż mi”. I co się wtedy dzieje? Wzrok leci na ten papierek, a człowiek dalej – “nie mogę, Boże, bo mi mózg nie pozwala!”

Może mi ktoś powiedzieć co to jest upokorzenie? Niech mi ktoś powie jaka mądra osoba, która zrobiła dużo dla ludzkości, powiedziała kiedykolwiek, że istnieje coś takiego? W “Kursie cudów” (jego kalibracja to 600, apatia to 70) jest mowa o byciu Światłością od samego Boga. Czy Światłość Boga nie może wstać z krzesła?

Dlatego napisałem na początku, że to co ta osoba mówi jest jak kilka metrów sznurka pełnego supłów wciśniętego do kieszeni. To stek iluzji, z których każda musi runąć. Nie ma żadnego krzesła, żadnego sznura, który by nas do niego przywiązał, nie ma żadnego “nie mogę”, nie ma żadnego upokarzania.

Widzimy jak żyje człowiek na bardzo niskim poziomie świadomości.

Ad. 9. Gdyby depresja była prosta do pozbycia się, ludzie z depresją już by to zrobili. Jest powód dlaczego depresję nazywa się “paraliżującą”. Jeśli masz depresję, dużo energii kosztuje zrobienie rzeczy, których twój mózg mówi ci, byś nie robił(a). Zacznij od małych kroczków – każdy postęp się liczy. Mierz każdy dzień od swoich starań, a nie od rezultatów.

Punkt 9 to już wisienka na torcie wisienki na torcie tej jazdy windą bez trzymanki. Należy się owacja na stojąco.

Po pierwsze – kto niby uznaje depresję za łatwą do pozbycia się? Nawet zapięcie guzika będzie trudne, jeśli będziesz robić to niewłaściwie.

A gdy wiemy co zrobić, staje się to proste. Tutaj osoba ta nie ma pojęcia jakie ma problemy, nie widzi nawet swojej odpowiedzialności, nie widzi w jakiej masie iluzji się porusza. I tylko się zmaga. Nawet swój umysł i mózg uważa za swoich wrogów! Uważa, że coś mówią! Innymi słowy – ludzie w depresji uważają, że części układu nerwowego do nich mówią, są ich wrogiem, oszukują ich, wodzą za nos, prowadzą na manowce i nie pozwalają oraz uniemożliwiają wszystko co ważne, a nawet trywialne – jak podniesienie papierka… brzmi to jak szaleństwo.

I dziwi się, że nie jest w stanie rozwiązać problemu. To oczywiste, że nie rozwiąże go. Bo to jeden wielki bajzel.

Niejeden już moje problemy przedstawił tak – “Ty Piotrze miałeś seks będąc uzależnionym, więc twoja sytuacja nie mogła być tak trudna i zła jak moja!” No proszę. Czyli rozwiązanie problemu przeczy temu, że problem był trudny, tak? Każdy rozwiązany problem staje się prosty. Bo już nie “wiemy” co najwyżej teoretycznie (o ile w ogóle “wiemy” poprawne informacje), tylko STALIŚMY SIĘ tym, kto ten problem rozwiązał. Mamy doświadczenie. A doświadczenie to mądrość. Wiedza to nie jest mądrość.

Ale ofiara sądzi, że jest ofiarą i nic z tym nie może zrobić. Tylko się zmagać. I w jej oczach jak ktoś przestał być ofiarą, to nigdy nie był, to sytuacja takiej osoby nie mogła być poważna. BO ją rozwiązała. Czy to nie pycha? Czy to nie wulgarne szydzenie z życia i rozwoju?

Ale widzimy jasno kierunek tej osoby – niechęć, by wziąć odpowiedzialność. Cały czas tylko racjonalizacje i usprawiedliwienia. Nie zmienia kierunku.

Coś Ci powiem – jeśli chcesz pozostać w apatii, to zostań, żyj tak dalej. Masz do tego pełne prawo. Ale nie pogrążaj ze sobą innych. Zostaw innych w spokoju i daj im podejmować własne decyzje na temat swojego życia.

Trochę pokory – to, że Ty nie potrafisz (bo nie chcesz) rozwiązać swoich problemów, nie czyni to tych problemów niemożliwymi do rozwiązania. I nie czyni to z mózgu Twojego wroga.

Powiedz mi – jak można analizować postępy swoich starań, jeśli opieramy je o himalajskich rozmiarów iluzje, urojenia, mity, niezrozumienia, głupoty, kłamstwa i usprawiedliwienia? Nasze starania zaprowadzą nas w ślepą uliczkę. Brak rezultatów – zmian na lepsze – to kolosalnie istotna informacja!

A wiesz dlaczego “miałem seks będąc uzależnionym”? Bo ruszyłem dupsko pomimo tej całej depresji, grania ofiary, biadolenia, osądzania i odrzucania siebie. Zająłem się tym, zacząłem żyć pozytywnie, dzielić się tym, co pozytywne, zmierzyłem się z lękiem, poderwałem kobiałki i bum… Magia. Samo się stało. Mój mózg się zlitował i mi pozwolił, heh…

Powiem więcej – to się nie stało z dnia na dzień. Pierwszy dzień, gdy poszedłem sam na miasto pospacerować – trząsłem się, że trudno mi było zawiązać buty, a w gardle było sucho. Ale zacząłem wychodzić. Oswajać się z życiem. Przestawałem się opierać. W końcu zacząłem zagadywać do kobiet. I też nieraz czaiłem się jak czaj w czajniku zamiast się przywitać. Bo tak żyłem – na takim poziomie świadomości byłem. Wszystko co robiłem po raz pierwszy wymagało zmierzenia się z tym, co nieuświadomione. Po przepracowaniu, odpuszczeniu, poddaniu tego i zdobyciu doświadczenia z działania, stawało się to proste, łatwe, nawet przyjemne i ekscytujące. Bo nic z tego, co człowiek na tak niskim poziomie świadomości uznaje za złe i trudne, nie jest takie.

Jeśli w Twoim przypadku pierwszy problem do rozwiązania będzie podniesieniem papierka – zrób to. I rób za każdym razem – BEZ WYMÓWEK, BEZ USPRAWIEDLIWIEŃ. Bo każda wymówka i usprawiedliwienie to Twój wybór. Twoja odpowiedzialność. I Ty doświadczysz tego konsekwencji.

Wiesz dlaczego są ludzie, którzy żyją lepiej od Ciebie i pozornie wszystko im przychodzi bez wysiłku? Bo to wszystko Twoje urojenia. KAŻDY człowiek, kto pozornie nie ma problemu, miał go, tylko go rozwiązał lub tak widział swoją sytuację, że nie stanowiła dla niego problemu. Taki człowiek przestał się zmagać, walczyć, uciekać, usprawiedliwiać, wymyślać sobie wrogów do nienawiści, tylko z problemem się zmierzył i znalazł rozwiązanie, które zastosował. Każda ofiara uważa, że jej problemy są inne, trudniejsze, niemożliwe, gorsze, wyjątkowe od reszty. I jak sobie z nimi nie radzi, to jest to tylko na to dowód. Bzdura, a nie dowód.

Osoba, która napisała te “rady” też mówi, że “gdyby depresja była łatwa do uzdrowienia, to nikt nie byłby w depresji”. Taki człowiek nie ma szerszego kontekstu, w ogóle nie ma nawet pojęcia, że nigdy nie odnosił się do rzeczywistości. Nie widzi nawet, że każdą informację przedstawia sobie tak, by dalej pozostać ofiarą. Np. zamiast inspirować się ludźmi, którzy “wyszli z” depresji, uznaje, że skoro wyszli, to ich depresje nie były takie ciężkie i straszne! Tu widzimy, że jest to sposób widzenia problemów – skoro nie podnosi papierka, to musi to być niemożliwe! A jak inni podnoszą, to tylko dlatego, bo mają inne mózgi, które są ich przyjaciółmi! Dobre? :)

Ten kto zrozumie co to jest depresja i czego konsekwencję stanowi i się tym zajmie, może twierdzić, że to było proste. Niekoniecznie łatwe. Jednak wszystko co rozumiemy, staje się proste. Nie ma innej możliwości. Ta osoba mówi, że depresji nie rozumie. To jedyne szczere wyznanie. Jednak w ogóle nie rozumie jego znaczenia.

Ale ten kto tylko się zmaga, nic nie rozwiąże i będzie szedł w zaparte, że to trudne czy niemożliwe. I będzie umniejszał tym, którzy problem rozwiązali. I co – mózg kazał wyśmiewać tych, co swoje problemy rozwiązali?

Moja sytuacja nie jest tak poważna, bo podniosłem papierek? Naprawdę?

Nie mówię tego, by kogokolwiek ośmieszyć, bo sam tak żyłem. Pokazuje przez inny kontekst absurd tych wszystkich stwierdzeń.

Dla mnie kiedyś spacer był straszny. Niejeden papierek czy inny paproch leżał tygodniami niesprzątnięty. Ale po rozwiązaniu MASY swoich problemów, widzę, że nic nie było moim wrogiem – ani mózg, ani myśli, ani emocje, ani żadne depresje, ani uzależnienia. I kto wie – może gdybym więcej czasu w internecie spędzał nie na porno, tylko na przeglądaniu różnych forów, gdzie wypowiadają się ludzie w świadomości ofiary, to bym im uwierzył i zamiast zmierzyć się ze swoimi problemami, zaczął je usprawiedliwiać i racjonalizować?

Nie, nie depresja jest paraliżująca. Paraliż to coś, co my robimy – to my rzucamy wszystko co dobre i rozsądne i tylko w kółko zmagamy się z tym, co uznajemy za złe i za swojego wroga – emocje, myśli, nawet mózg.

Na tym Blogu już ze 100 razy mówiłem, że myślenie to proces samoistny, ciągły, nieskończony i jest to fenomen bezosobowy. Ergo – nie mamy nad nim kontroli, nie możemy go ani zmienić, ani zatrzymać. Nie dziwne, że ludzie poświęcają na to masę czasu i energii i nie tylko nic dobrego to nie przynosi, a nawet jest coraz gorzej. A potem mówią – “moja depresja mnie paraliżuje”. No bzdura kompletna ale bardzo wygodna.

I ta rada na sam koniec – by mierzyć dni od swoich starań, a nie rezultatów… matko… Toż to przecież gwarantuje, że nic nigdy nie zmienisz! Osoba niedojrzała daje rady innym niedojrzałym na temat życia. Biedak daje rady innym biedakom na temat pieniędzy. Nie dziwne, że jest coraz gorzej. Bo uważa, że przeżywa dzięki temu, więc się tym dzieli…

Tylko realne rezultaty są właściwym punktem odniesienia. Tylko. Nie rzekome starania, nie uczucia nazywane błędne samopoczuciem. W pierwszym module Programu WoP ostrzegam, że są dwie najczęstsze sytuacje, gdy człowiek rzuca pracę nad sobą i wraca do tego co było – gdy wszystko wydaje mu się, że jest źle i gdy wszystko wydaje mu się, że jest dobrze. I pomimo tego ostrzeżenia, a nawet pamiętając o nim, ludzie i tak rzucają robotę, gdy poczują się lepiej. I właśnie częściej przestają działać, gdy poczują się lepiej, niż gorzej!

Tzw. SAMOPOCZUCIE, czyli tak naprawdę po prostu emocje – NIE SĄ jakimkolwiek rezultatem!!!

Dowodem na to są sami uzależnieni – ekscytują się tym, że wypiją wódkę czy obejrzą porno. Nawet gdy wiedzą jak się to skończy.

A ten człowiek co robi – mierzy swoje starania – no taaaaaaaak starał się podnieść papierek i mu się nie udało już 397-my raz? A potem pisze o tym w internecie i puchnie od tych wszystkich głasków, rozpływa się w tym.

Nie ma emocji wykalibrowanej na poziom sprzyjający życiu! Emocje wydają się pozytywne tylko WZGLĘDEM SIEBIE – tylko w kontekście samych emocji. A emocje to konsekwencje percepcji. Czyli pozostaniesz dokładnie w tym samym punkcie w jakim jesteś. Bo nadal będziesz w najlepszym przypadku widzieć swój problem, siebie, swoje życie, świat, etc. tak samo. Gdybyś widział(a) to poprawnie, to byś to poprawił(a) i to chętnie.

Więc jeśli wobec papierka wmawiasz sobie bezsilność i boisz się mózgu, którego postrzegasz jako wroga, to oczywiście ekscytowanie się pornografią i oglądanie jej będzie w Twoich oczach niezmiennie dobre, a nawet niezbędne do życia! A potem, gdy doświadczysz konsekwencji sesji z porno, możesz znowu zacząć rozpaczać. Co tylko nakręci spiralę oglądania porno, bo od wstydu i obwiniania się też przecież uciekasz w pożądanie. Jaka jest szansa, że człowiek ten po obejrzeniu porno, gdy tak będzie leżał i rozpaczał oraz obwiniał się i wstydził, że stracił pracę, uzależni się? 100%. Bo w sekundę wywinduje się na KOLOSALNIE wyższy poziom energii. Może nawet podniesie ten papierek. Tylko że gdy skończy oglądać porno, upadnie jeszcze niżej. A potem znowu to obejrzy, bo już się uzależnił – nie od porno, tylko od stanu energetycznego.

A jeśli jest to poważne oczarowanie, to się poważnie rozczarujesz i wtedy spadniesz jeszcze niżej – na poziom żalu, wstydu, winy, bezsilności.

Z własnego doświadczenia oraz z pracy z setkami wiem, że masy ludzi robią coś dla samego robienia, a robią to z intencją posiadania wymówki i usprawiedliwienia. Tak naprawdę nie chcą zajmować się niektórymi problemami, bo się boją, wstydzą, winią, osądzają, wmawiają sobie masę negatywności na swój temat. Masy ludzi żyją jak dzieci – fantazjami! Masy ludzi dlatego, bo nie mają żadnego kontrastu dla tego w co wierzą od zawsze. Dlatego z góry zakładają, że taka jest rzeczywistość – prawda. Np. chcenie, pragnienia, fantazjowanie, wyobrażanie sobie uważa się za dobre, pozytywne, sprzyjające – za działanie! A tak nie jest. Banie się uważa się za pozytywne! Strach kalibruje się na poziom 100-124. Na poziomie 100 jest pornografia, na 95 ludzie bezdomni, na 90 oddziaływanie społeczne Adolfa Hitlera przed II Wojną Światową. Na 110 – fatalizm i rasizm. Na 120 koncept wilka w owczym przebraniu. Widzisz więc, że niemal najwyższy poziom lęku – jest to wilk w owczym przebraniu. Lęk podaje się za coś, co chroni ale tak nie jest – jest to dokładnie to zagrożenie, które projektujesz na świat i uważasz, że zagrożenie jest w świecie. Tylko dlatego lęk i pożądanie wydają się tak pozytywne, bo na co dzień żyjesz jeszcze niżej – w obwinianiu, wstydzie i apatii.

Bardzo często używam porównania z rybą w akwarium – ryba nie zauważa wody, nie jest jej świadoma, bo jest w niej cały czas. I choć pływa w wodzie, to nie ma pojęcia, że woda istnieje. Albo chowamy się w paszczy lwa, bo będąc w niej już nie widzimy lwa, więc czujemy się przed nim bezpiecznie…

Generalnie widzimy jak wiele korzyści mamy z nazywania czegoś depresją i grania jej ofiary. To bardzo wygodne. Wszystko możemy sobie zwalać na depresję, nawet zwolnienie z pracy. Albo na mózg…

I dla tych, u których pojawi się pokusa, by znowu użyć tego argumentu – “Ty Piotrze nie miałeś takiej depresji jak ja, bo z niej wyszedłeś, więc nie rozumiesz mojej sytuacji!” Ale fakty brzmią – człowiek w poważnej depresji napisał, że sam jej nie rozumie. Bo nie może jej rozumieć. Ty też nie rozumiesz swojej sytuacji, ani depresji, ani uzależnienia. A ja zrozumiałem i właśnie to był fundament tego, że “z tego wyszedłem”. Ja rozumiem zarówno bycie w tym stanie jak i co stanowi wyjście z tego. Jako, że mam obie perspektywy – choroby i zdrowia – mogę realnie pomóc. A osoba z problemem co robi? Znajduje usprawiedliwienia – skoro nie podnosi papierka, to znaczy, że nie może, bo mózg na to nie pozwala.

Dlaczego więc ta osoba nie widzi sensu w niczym, wliczając podniesienia papierka od cukierka? Bo jedyny sens jaki nadaje, to zmaganie się z emocjami i myślami. Które uważa za źródło swojej niedoli i cierpienia. Zmaga się też ze światem i ludźmi ale tylko na poziomie myśli, bo sądzi, że emocje biorą się ze świata. Gra też ofiarę mózgu. Nazywa go swoim wrogiem. A zmaganie, którego elementem jest opór, gwarantuje, że sobie z tym nie poradzimy. Więc zmaganie trwa. I to zawsze będzie miało priorytet u człowieka, który to kontynuuje. Nawet na logikę – walka z wrogiem musi mieć priorytet, zanim zaczniemy sprzątać w domu, prawda?

No tak, tylko nie ma żadnego wroga. Żadnego przeciwnika. Żadnego zagrożenia. Jedyne zagrożenie to racjonalizowanie swojej sytuacji – brak intencji, by ją rozwiązać.

Dopóki więc będziemy wypierać emocjonalność, projektować ją, osądzać, a wraz z tym wszystko i wszystkich, na których emocje wyprojektowaliśmy, to zawsze będziemy mieć pokusę, by się opierać. Bo sądzimy, że przeżywamy dzięki temu zmaganiu. Ale tak nie jest. Zmaganie zatrzaskuje nas w niekończącym się szamotaniu. A poprawa wymaga łagodności, współczucia, wybaczenia, akceptacji. Co nie znaczy życia jak ciapa, jak flegma. To wymaga odwagi, dojrzałości, świadomości, odpowiedzialności.

Wliczając dyscyplinę, dotrzymywanie słowa oraz rozsądek i mądrość, by dyscyplinę utrzymywać względem tego co mądre i dawać oraz dotrzymywać mądre słowa. To wymaga świadomości swoich intencji, zamierzeń, celów, decyzji, okoliczności, w których ich dokonujemy.

To wymaga decyzji, tak jak podniesienie papierka. A żeby taką decyzję podjąć, trzeba zrezygnować z przywiązania do dotychczasowego np. hipnotyzowania się mentalnym bełkotem i uznawania mózgu za swojego ciemiężyciela; wymaga to też odpuszczenia oporu do samego sprzątania. Oraz zrezygnowania ze skrywanej przyjemności bycia w tej sytuacji.

Przypominają się słowa – “jak w życiu robisz cokolwiek, tak robisz wszystko inne”. To oczywiście pewne uproszczenie ale np. w przypadku tej osoby tak jest – wobec papierka po cukierku jest dokładnie taka sama jak wobec swojej pracy zarobkowej. Z tą różnicą, że papierek nie może jej zwolnić.

Podkreślę – to wymaga ŚWIADOMOŚCI, a nie tylko wiedzy. “Wiem o tym” to jeszcze nie jest żaden realny postęp. Każdy może wiedzieć, że np. ogląda porno czy pije, gdy się zestresuje. I co to zmienia? Nic.

Więc – ja rozwiązałem problem “swojej depresji”, bo to nie jest jakiś oddzielny straszliwy i trudny problem, ani choroba ale masa mniejszych i większych niuansów. Każdym można i należy zająć się z osobna. Np. rozpoznać kłamstwo “nie mogę podnieść papierka, bo mi mózg nie pozwala” i przyznać – “nie chcę podnieść papierka, bo nie nadałem/am temu żadnej wartości, opieram się, a myśli używam jako usprawiedliwienia”.

Przestajemy grać ofiarę innych i przestajemy się bać osądów, bo dostrzegamy, że sami siebie osądzamy jak i osądzamy innych. Bierzemy za to odpowiedzialność, wybieramy, by się doceniać, by się wspierać, by się szanować. Innych też zaczynamy szanować i akceptować. Przestajemy się bać osądu, bo sami przestaliśmy osądzać. Przestajemy bać się odrzucenia, bo sami przestaliśmy odrzucać. Przestajemy bać się upokorzenia, bo sami przestaliśmy upokarzać.

Dostrzegamy, że każde “nie mogę” było nieuświadomionym “nie chcę”, bo mieliśmy z tego rozmaite korzyści.

Grupy 12 kroków uczą nas co to jest trzeźwość. To odwaga i ochota, by zmienić to, co możemy zmienić, cierpliwość , by zaakceptować to czego zmienić nie możemy i mądrość, by odróżnić jedno od drugiego.

A niemal od każdego uzależnionego i człowieka w depresji słyszę – “zmagam się ze sobą”, “zmagam się z rzeczywistością”. Tak nie jest. Gdyby ludzie widzieli rzeczywistość, nie byłoby potrzeby żadnego zmagania się z niczym. I jak mogą zmagać się ze sobą? To bzdura. Osądzają się i tyle. A zmagają się z konsekwencjami osądzania.

Zmagasz się z myślami i mózgiem, bo uważasz je za swoich wrogów. Ale to nie jest rzeczywistość. To urojenie.

Więc mówienie, że mózg po prostu uniemożliwia podniesienie papierka i zmaganie się z tym wrogiem jest szaleństwem – nietrzeźwością. Zupełnie niewłaściwie widzimy umysł/mózg i myśli i próbujemy to zmienić, co jest niemożliwe.

To bardzo ciekawe, że człowiek ten mówi, że nie rozumie depresji (i przez to w jego mniemaniu jest ona tak niepokojąca), a jednak stara się ją innym tłumaczyć. Przekazuje więc swoje niezrozumienia i głównie skupia się na tym co czuje. A to co czujemy nie ma żadnego znaczenia. Właśnie jednym z fundamentów depresji jest to, że nie akceptujemy tego co czujemy, nie bierzemy za to odpowiedzialności, demonizujemy to, wypieramy, projektujemy, a potem jeszcze zmagamy się z tym na co emocje wyprojektowaliśmy. A potem jeszcze słyszymy – “depresja jest trudna, życie w depresji jest trudne ale walczę”. A wszyscy naiwni, którzy to usłyszą, kibicują tej osobie! “Brawo, walcz! Jesteśmy z tobą!”

No to życzycie tej osobie, by nigdy nie wyzdrowiała. Uszlachetniacie to, co doprowadziło do depresji i utrzymuje w niej człowieka. Życzycie temu człowiekowi dalszego cierpienia i pogłębienia cierpienia. Życzycie mu tego, co stara się w jakimś stopniu zmienić. Brawo!

Co też pokazuje ilość pychy na świecie. Zamiast przyznać “nie rozumiem tego, zostawię to specjalistom”, wszyscy się wypowiadają. To, że ktoś jest w depresji od 20-tu lat, nie czyni tej osoby specjalistą w temacie depresji, ani wcale nie jest synonimem tego, że ta osoba w ogóle rozumie ten problem. Bo ważniejsze jest poczuć trochę dumy, niż naprawdę przysłużyć się życiu – swojemu i innych.

Każdy uzależniony to wie i wszystko wychodzi, gdy ja zaczynam komentować sytuację, opisane problemy, percepcje, interpretacje. Niektórzy mi zarzucali, że ich przytłoczyłem, że “wszystko robią/rozumieją źle”. Powinni się cieszyć, bo nareszcie widzą dlaczego są uzależnieni od X lat i nic się nie poprawiało. A jednak i tego używają jako pretekstu do biadolenia.

A potem wychodzi – ludzie np. projektują cały stłumiony lęk na świat. Mówią, że cały świat jest straszny! I jeszcze szukają potwierdzeń. Ignorują przy tym wszystko co dobre, spokojne, pozytywne, kochające. Skupiają się na tym, co negatywne. Z każdej strony gwarantują sobie, że nic się nie poprawi. Bo wcale nie chcą. No bo co taka słaba osoba, nie mogąca podnieść papierka, ma uczynić z całym, złym, strasznym światem?

A dojrzałość mówi – to, czego zmienić nie możemy AKCEPTUJEMY, a nie demonizujemy. I zajmujemy się tym, co możemy zmienić. Zaczynając od swojej percepcji, czyli kontekstu w jakim widzimy dane zagadnienie. Czy świat jest straszny? Oczywiście, że nie. Czy nie możemy podnieść papierka? Oczywiście możemy.

Niektórzy mówią, że nawet prysznic biorą dopiero wtedy, gdy już nie mogą wytrzymać jak śmierdzą. Co pokazuje, że oczywiście mogli wziąć prysznic kiedykolwiek, tylko są na takim poziomie rozwoju, że jedynym motorem napędowym jest strach, poczucie winy i ból. A potem mówią sobie, że to dlatego, bo cały świat taki jest. :) No świat jest tak straszny, że nawet nie można wziąć prysznica! Ani podnieść papierka!

I mówią jak to noszą maski różne. Uważają, że noszą właściwe maski do sytuacji, w których się znaleźli… no cały czas, nieprzerwanie popełniają te same, fundamentalne błędy. Ale sądzą, że tak trzeba… A “zakładają maski”, bo problem jest w tym, że sami siebie osądzają, odtrącają, upokarzają. Tego nie ma poza nimi. I zamiast przestać się osądzać, wybaczyć sobie, to się zmagają z myślami. Grają ofiarę myśli. Cały czas zamiast wziąć odpowiedzialność, zmagają się z tym, co uznali za swojego kata. Tylko nie ma katów. Świadomość ofiary, to niska świadomość, która nie widzi rzeczywistości. Wszystko co widzi, to urojenia i usprawiedliwienia. Pamiętaj – nie ma masek. Sam fakt, że potrzebujesz udawać, to to jaki/a jesteś. Te wyobrażenia jakie masz na swój temat – to tylko wyobrażenia. Myśli! Gdybyś taki/a był(a), to byś taki/a był(a)! A nie o tym fantazjowała.

Czy biedak fantazjujący o bogactwie nosi maskę biedaka, pod którą jest bogaczem? Wystarczy, że zrzuci tę maskę i stanie się wtedy bogaty?

Ludzie piszą, że cały czas o tym kłamią. Ukrywają. Dlaczego? Bo sami się osądzają. Więc automatycznie spodziewają się, że inni osądzą ich dokładnie tak samo. I zranią. A osądzanie gwarantuje, że będziesz w samym niżu świadomości i energii. Wina jest nawet niżej od apatii.

I piszą, że kłamią i NAWET NIE WIEDZĄ DLACZEGO! TO jest właśnie nieświadomość. Robić coś latami/całe życie i nawet nie wiedzieć dlaczego. A niektórzy wymyślają sobie racjonalizacje – robią coś lub nie robią, bo im mózg nie pozwala – ten ich wielki wróg…

Jeszcze piękne komentarze widzę, no śmietanka tego jak ludzie widzą życie i problemy w nim. Np. “Myślę, że ludzie doskonale rozumieją depresję ale zbywają to i nazywają cię leniwym, ponieważ jest to prostsze i jest to mniej przerażająca narracja do zaakceptowania, niż FAKT, że może, pewnego dnia depresja PRZYTRAFI SIĘ również im”.

Proszę państwa – depresja się przytrafia! Wow! No idziesz sobie szczęśliwy, zadowolony, spokojny, odpowiedzialny, trzeźwy, a tu nagle BUM! – depresja wyskoczyła zza krzaka, wskoczyła Ci do mózgu i już po Tobie! Przytrafiła się!

Tak jak uzależnieni prowadzą narrację swojego życia – no żyli tak pozytywnie, kochająco, akceptująco, a tu nagle zły los dał im uzależnienie! A teraz zmagają się, by wrócić do tej całej utraconej pozytywności…

Ludzie w depresji, którzy zaczynają szukać innych, dostrzegają szybko, że masy ludzi są w depresji. To pandemiczny problem. W USA teraz około połowy społeczeństwa jest w depresji i przyjmuje antydepresanty.

Przypominam – ponad 80% ludzkości jest w świadomości poniżej Odwagi. TO jest przyczyna takiej ilości tego worka – depresji. Niska świadomość. Czyli niedojrzałość, niechęć do ewolucji. I wszystko co z tego wynika. A wynika wiele. Co? Cała historia ludzkości i wszystko co obecnie.

Przypominam też temat pozycjonalności – fundament tego, przez co utrzymujemy się na danym poziomie. To przez co się utrzymujemy to nasze przywiązanie do jednego elementu pozycjonalności i opór względem drugiego elementu.

Np. na poziomie wstydu może nas utrzymywać przywiązanie do pobłażliwej samooceny oraz jednocześnie opieranie się zrezygnowaniu z egoistycznej postawy. Przywiązaliśmy się do surowej samooceny i opieramy się korygowaniu sobie. Co widać. Żadnych korekt od lat w życiu ludzi w depresji. Przywiązujemy się do błędów jako niewybaczalnych katastrof i opieramy się widzeniu błędów jako lekcji. Bo przecież już sam fakt, że widzimy coś jako błąd wynika z faktu, że go popełniliśmy, a wcześniej sobie z tego nie zdawaliśmy sprawy. Przywiązaliśmy się do przekonania, że nie jesteśmy ani zdolni do kochania, ani nie można nas kochać i opieramy się temu, że jesteśmy wartościowi przez sam fakt, że istniejemy.

Na poziomie winy utrzymuje nas PRZYWIĄZANIE do działań przynoszących szkodę nam oraz innym i jednocześnie opieramy się działaniom, by pomóc sobie i innym. Tylko człowiek w depresji sądzi, że uznanie mózgu za swojego wroga jest dobre i że niechęć, a może nawet gniew i nienawiść na swój mózg są pomocne!

Bez świadomości zarówno tego przywiązania jak i energii, pozostaniemy na tym poziomie, będziemy dalej sobie szkodzić i będziemy coraz bardziej się użalać, że sobie nie potrafimy pomóc. Bo tylko tego chcemy ale się temu opieramy. I potem się słyszy “chcę sobie pomóc ale nie mogę/nie potrafię”. Już wiesz dlaczego.

No ale jeśli uczestniczymy w tej manii, że coś jest wartościowe tylko przez to, że jest tego mało i jest ładne jak diamenty czy jakaś limitowana edycja płyty muzycznej lub filmu w specjalnym pudełeczku, a coś, czego jest dużo nie jest wartościowe tylko dlatego, bo jest tego dużo (jak np. prawie 8 miliardów ludzi), no to popełniamy wielki błąd. Bo wynika z niskiej świadomości zwierzęcej, gdzie ma to duży sens – np. jesteśmy w głuszy i znaleźliśmy tylko jeden krzak jagód. No to staje się dla nas bardzo cenny i wartościowy, bo nie ma drugiego takiego krzaka lub nie znaleźliśmy innego. Co stanowi dla nas niemały i REALNY problem – bowiem jagódek jest niewiele i z tego faktu stają się dla nas cenne. A ich zjedzenie może faktycznie zaważyć czy przeżyjemy, bo wystarczy nam energii, by znaleźć kolejne źródło pożywienia.

A traktowanie siebie jako niewartościowego i niedającego się kochać przez jakieś urojenia na swój temat, to choroba, czyli brak zdrowia. To jest do korekty. Żaden lek tego nie wyleczy. Bo to nasze wybory. Rozsądek podpowiada, że skończone źródło jagód w lesie dla zwierzaka, a wartość jako istota ludzka to kapkę inne zagadnienia, którym należy nadać różne wartości i znaczenie.

Potrzebna jest nieraz zupełna lub przynajmniej rozległa rekontekstualizacja tego jak widzimy siebie, życie, swoje życie i wiele więcej.

Uznanie diamentów za cenne, bo są ładne i rzadkie to dziecinada. Przypominam wielką mądrość – “nie wszystko złoto, co się świeci”. Poucza nas to – “mądrze nadawajmy wartość, sens i znaczenie rzeczom w życiu i na świecie, bo sam fakt, że czemuś nadaliśmy wielką wartość, nie czyni tego wartościowym”. Z drugiej strony możemy nie nadać wartości temu, co naprawdę ważne dla nas – np. terapii czy uczestnictwu w grupie 12 kroków.

Przypominam kolejny fundament – znaczenie wszystkiego automatycznie wynika z kontekstu, w jakim to rozważamy/przedstawiamy sobie. Nie dojdziesz do innych, ani tym bardziej – lepszych – wniosków, jeśli pozostaniesz w tym samym kontekście.

Najprościej jak się da jakie znaczenie ma kontekst – rozmawiają dwie osoby, stoją twarzą do siebie. Podchodzi do nich trzecia i pyta o drogę. Jedna mówi – “musisz iść w prawo”, druga mówi – “musisz iść w lewo”. Treść zupełnie inna, dosłownie – przeciwna. A jednak obie mówią prawdę, wskazują poprawny kierunek. Jak to możliwe? Bo Z PERSPEKTYWY jednej z nich poprawny kierunek to lewo, dla drugiej prawo. A gdyby za perspektywę wybrano np. chodnik, to mogłoby brzmieć – idź prosto. Rozumiesz?

Bez kontekstu, skupienie na samej treści jest fatalnym błędem!

Widzimy, że na co dzień posługujemy się kontekstem, tylko nie zdajemy sobie z tego sprawy. KAŻDĄ informację ZAWSZE umieszczamy w pewnym kontekście ale nie mamy tego świadomości. Bo kontekst to sprawa fundamentalna. Jak fundamentalna? Bóg to nieograniczony kontekst.

Tego powinno się uczyć w szkołach podstawowych. Jeśli nie w przedszkolach.

Widząc jak ludzie postępują z kontekstem, wygląda to jak raczkujące dzieci uważające, że biegną w maratonie. Pamiętaj, że znaczenie wszystkiego wynika z kontekstu. Znaczenie nie jest wpisane w żadną treść.

A przecież to jeszcze niecały problem. Masy ludzi w ogóle mylą sufit z podłogą – np. w ogóle nie widzą, że hipnotyzują się mentalizacją i nazywają to myśleniem, zamyślaniem się, co więksi filozofowie – rozważaniem, kontemplacją. To jakby mylić ulotkę przedstawiającą hamburgera z prawdziwym hamburgerem. To jakby twierdzić, że skoro oglądamy film, to go sami kręcimy.

W tym wszystkim prywatnie dla mnie jest zabawne, że ludzie nie rozumiejący swojego problemu próbują go tłumaczyć innym, a specjalistom umniejszają, bo twierdzą, że skoro specjaliści rozwiązali swoje problemy, to nie były wcale poważne i specjaliści nie rozumieją sytuacji innych. :) Jeśli ktoś nie rozumie swojego problemu, to skąd może wiedzieć czy ktoś inny go nie rozumie? Przecież nie ma w ogóle realnego punktu odniesienia, by przeprowadzić rozsądną analizę. Taki punkt ma tylko ten, kto problem miał i go rozwiązał.

Prosty przykład – lekarz wcale nie musiał mieć złamanej nogi, by doskonale wiedzieć jak ją uzdrowić. Ani nie musiał doznać zawału, by pomóc człowiekowi z zawałem. A gwarantuje, że mało ludzi mających zawały rozumie ten temat. Tak jak mało ludzi posiadających mikrofalówki i korzystających z nich rozumie jak działają.

Zabawnym jest to, że tytułem dla tych punktów było – “Sprawy, które zrozumieją tylko ludzie z depresją”. A jednym z nich jest to, że osoba ta nie rozumie depresji. :) Cyrk.

Ludzie w depresji nie rozumieją NIC ze swojego problemu. Tylko wymieniają się informacjami – treściami, które interpretują fatalnie niepoprawnie. To wszystko.

Rozumienie to nie treść, tylko kontekst.

Mądrość to nie wiedza, tylko doświadczenie. A tu mamy osobę, która mówi Ci, byś dni mierzył od swoich starań, a nie osiągniętych rezultatów. Czyli osoba mówi Ci, że jest dobrze, gdy nie zyskasz żadnego postępu, a tym samym – żadnego doświadczenia…

Co takiego rozumie człowiek w depresji mówiąc, że “w środku czuje się jakby tonął”? Absolutnie nic nie rozumie!

I widzimy też – człowiek, który NIE CHCE od miesięcy podnieść papierka, wmówił sobie, że to dlatego, bo to niemożliwe, bo mu mózg nie pozwala, uniemożliwia… Naprawdę – to, że nie podnosisz papierka wcale nie oznacza, że to niemożliwe… Jeśli MASY ludzi nie rozumieją tak galaktycznie trywialnych rzeczy, to nie dziwne, że na świecie jest jak jest, a oni sami “zmagają się z depresją”. A potem zbierają się razem w grupy głaszczące się nawzajem.

Ludzie mówią sobie tak – “wiem co czujesz”, “rozumiem co czujesz”. Ale to co czujemy ma najmniejsze znaczenie. Bo to konsekwencja percepcji i zaniedbań. Ma to zastosowanie tylko w takim wymiarze, że najczęściej ludzie nie potrafiący rozwiązać swoich problemów, automatycznie uznają, że ich problemy są wyjątkowe, trudniejsze od reszty, inne, etc. i dochodzą do wniosku, że są jedyni… co jest oczywistą bzdurą. Powiedzenie im, że czujemy to samo lub kiedyś czuliśmy się tak samo jest pewną formą zrzucenia tej iluzji, że są w tym/z tym sami. Ale to nadal niewiele zmienia. Bo co się zmieni? To co czują. :) A zmieni się to, bo zaczną widzieć swój problem w innym, nieco bardziej sprzyjającym kontekście. I jeśli uznają, że już lepiej, bo poczuli coś innego, to pułapka i iluzja. Bo nic realnie nie zmienili.

Inny przykład – masy ludzi zarzucają Elonowi Muskowi, że on zarządza swoimi pieniędzmi nie tak jak oni by tego chcieli. :) Mówią mu co powinien zrobić z pieniędzmi – np. zakończyć głód na ziemi! Jakby pieniądze same z siebie magicznie miały to uczynić. Elon kiedyś zamknął jadaczkę takiej osobie – powiedział – “Powiedz mi jak to zrobić, to włożę w to tyle pieniędzy, ile będzie trzeba.” I wiesz co? Nie otrzymał żadnej odpowiedzi, żadnego rozwiązania, nie otrzymał nawet jednego pomysłu, nie otrzymał nawet jednej sugestii. Bo to tylko bełkot. Pieniądze NICZEGO nie rozwiążą na świecie. Rozwiąże tylko co? Edukacja. Edukacja rozwiąże też problem pieniędzy. Ale znowu – mowa o rozwoju świadomości. Pierwszym krokiem to odwaga i odpowiedzialność. By np. przyznać, że nie chcemy zarabiać, nie rozumiemy pieniędzy. Co pomoże? Np. praktyka dyscypliny, rezygnowanie z pokus, wymówek i usprawiedliwień. Pomoże uczciwa praca, a nie usprawiedliwianie się mózgiem i depresją.

A i na tym Blogu widać dobrze, że daleko, daaaaaaaaaaaaaleko nie każdy ani chce się edukować, czyli rozwijać, ani korzystać z tego, ani nawet poprawnie rozumieć informacje. Masy ludzi tylko chcą się nachapać wiedzy. I gdy są nią obżarci – co rozwiązali w swoim życiu? Absolutnie nic. I nadal chcą więcej. Niejeden mi napisał, że przeczytał całego Bloga – ponad 200 ogromnych artykułów (niektóre są objętości małej książki – ponad 40-50 stron Worda) i nie zastosował z tego nic. Co więcej – uznał, że skoro nic się nie zmieniło, to te informacje są albo nic nie warte, albo nawet szkodzą… To jest dokładnie taka sama mentalność jak – “skoro od miesięcy nie podnoszę papierka, to jest to niemożliwe, mój mózg mi to uniemożliwia, bo jest moim wrogiem”.

Z jedzeniem jest tak samo – niezależnie ile jedzenia wyśle się ludności, która sama nie potrafi i nie chce się utrzymać, prędzej czy później i tak im zabraknie i będą chcieli więcej. Bez edukacji nic to nie rozwiąże. Bo problem głodu nie jest problemem braku jedzenia.

Zakłada się, że milionerzy i miliarderzy wszystko wiedzą – znają jakieś tajemnice życia (i dzięki nim stali się bogaci, bo przecież nie mądrą pracą po 16 godzin na dobę – tak jak ludzie np. fantastycznie grający na instrumencie, nie grają tak dzięki tysiącom godzin włożonym w pracę, tylko dzięki “talentowi”, który mają dany od Boga/losu/genów…). I tylko są tak źli, że nie chcą niczego zmienić w świecie na lepsze, chociaż mogą, bo mają pieniądze. Oczekują od gościa, który stworzył system płatności i potem poświęcił masę pieniędzy na przeróżne projekty, z których większość była niewypałem – jak np. różne samochody, żeby po prostu wydał pieniądze i magicznie wyeliminował głód na świecie… Brawo! Ale oczywiście propozycji co konkretnie zrobić – żadnych. Absolutne zero. Bo to tylko taka zarozumiała, absurdalna gadanina.

Zauważmy – co takiego pieniądze rozwiązały na tym świecie? Problemy? Gdzie tam! Żadnego problemu pieniądze nie rozwiązały. Jeśli np. masz schronisko dla zwierząt i brakuje Ci pieniędzy, by je prowadzić, to przecież problem zostanie rozwiązany nie dlatego, bo brakuje pieniędzy i tyle, tylko dlatego, bo to schronisko ma wartość, sens, znaczenie – jest ważne, wspierające dla życia. Tylko oczywiście trzeba dać innym ludziom znać – ludziom, dla których to schronisko również jest ważne. Nawet jeśli na pustyni stworzysz system studni ale nikt o nim nie będzie wiedział, to nikt z tego nie skorzysta. Dlatego – rozsądek, a nie biadolenie i granie ofiary.

Tak jak uzależniony – jeśli nie poszuka realnej pomocy, tylko zacznie szukać innych biadolących, to tak jakby ominął studnie umierając na pustyni z pragnienia i dołączył do innych umierających z pragnienia. Ale znowu – wymaga to rozwoju świadomości. Czyli na początku i już zawsze – wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Zostaw innych, pozwól im popełniać błędy i doświadczać konsekwencji. Zajmij się sobą i swoim życiem. STAŃ SIĘ przykładem dla innych. Żywym rozwiązaniem. A nie chodzącą teorią.

Są przecież całe dzielnice, całe miasta, gdzie śmieci walają się po ulicy. Nikt ich nie sprząta, bo nikt nie nadaje temu żadnego sensu. Zamiast tego ludzie wrzeszczą, handlują, okradają się, zabijają, klepią biedę. To nie ma nic wspólnego z tym, że oni nie mogą posprzątać.

Ja chcę coś realnie zmienić w świecie na lepsze i wiesz co? Ludzie nie chcą się zmienić. Nie chcą żyć lepiej. A niektórzy kłamią, że chcą, a po roku czy dwóch przyznają mi się, że tak naprawdę nie chcieli żyć lepiej, chcieli tylko wymówki i usprawiedliwienia, że chcą lepiej i tyle. Masy ludzi, którzy rzekomo poprosili mnie o pomoc, wcale nie prosili o pomoc, tylko o potwierdzenie ich racji. A gdy otrzymali prawdę prosto w oczy – czyli realną pomoc – nagle przestali się odzywać lub totalnie nic nie napisali i dalej tylko toczyli swoje wątki bez żadnych korekt. Albo proszą mnie o opinie.

Człowiek, który ma nierozwiązane problemy nie rozumie ani problemów, ani ich przyczyn, ani tym bardziej rozwiązania. Potrzebujemy specjalistów. A czy są specjaliści od problemu głodu? Pewnie są ale nikt nie wie kto to. Bo się ludzie tylko skupiają na nienawiści do ludzi majętnych.

A gdy się zapytano specjalistów na temat efektu cieplarnianego to się zaczęli śmiać. Śmiali się na samą sugestię, że przyczyną tego jest to, co robi człowiek. Tak nie jest. Tylko temperatura na powierzchni Ziemi podwyższa się co jakiś czas, a potem znowu opada. A ludzi się ogłupia i oni chętnie dają się ogłupiać. Tylko nie róbmy z tego żadnego specjalnego problemu. Bo ten proceder trwa od zawsze. Dokładnie tak samo było, gdy się ludziom wmawiało, że zaćmienia Słońca są wyrazem dyssatysfakcji Boga/bogów i ich trzeba ugłaskać jakimiś poświęceniami – wliczając ludzkie. Przecież do wulkanów wrzucano dziewice – młode dziewczyny, bo sądzono, że ich niewinność ukoi gniew bożków… A teraz to z ludzi się czyni takich bożków, bo zmieniają rzeczywistość i należy ich nienawidzić, walczyć z nimi…

A i kalibracja potwierdza zdanie ekspertów – że ocieplenie to fenomen naturalny i nie ma się czym przejmować. Ale weź usłysz i znajdź głos ekspertów w tym światowych rozmiarów jazgocie. Kto w ogóle potrafiłby rozpoznać eksperta w grupie 100 innych ludzi? A w grupie ośmiu miliardów? A nie ma jednego eksperta od każdego tematu i problemu.

Co pokazuje, że ani wiedza, ani pieniądze niczego same z siebie nie rozwiążą. Tylko ich wykorzystanie. Każdy, kto zaczął wdrażać rozwiązania, wie doskonale, że nieuniknionym są problemy i upadki. Bo to normalne. Bo zaczynamy dążyć do tego, co krytycznie ważne – do INTEGRALNOŚCI.

Czyli przejście z tego co wiemy, czego chcemy, na to, że tacy jesteśmy.

A na razie ci, którzy rozumieją z czego wynika głód, nie widzą rozwiązań, bo fundamentalną przeszkodzą jest czynnik ludzki – niska świadomość ludzi głodujących. Bieda rozumiana jest przez nielicznych – bieda to poziom świadomości. Np. taki, że nie mamy chęci podnieść po sobie papierka. Sądzimy, że danie takiej osobie 100 000 zł rozwiąże jej problemy? Żarty. Człowiek w świadomości biedaka, gdy się mu da dużo pieniędzy, nadal będzie człowiekiem w świadomości biedaka. Żadna ilość pieniędzy niczego nie zmieni, bo to będzie jak próba wypełnienia wanny, do której odpływu nie ma włożonego korka. Niektórzy wydadzą te 100 000 zł w pół roku, inni w 5 lat. A potem co? Będą dokładnie tym samym człowiekiem z takim samym problemem lub nawet większym, jeśli popadli w długi (co jest bardzo prawdopodobne – bo np. widząc kurczące się oszczędności, zaczynają uprawiać hazard, gdyż nie potrafią ani mądrze zarządzać pieniędzmi, ani nie rozumieją wartości pracy i co to jest mądra, efektywna praca).

Więc – co to jest ta depresja? Co jest w tym “worku”? Przede wszystkim – niedojrzałe życie, nieświadome, dążenie do negatywności, mylenie podłogi z sufitem, granie ofiary, masa – powtórzę – masa pozycjonalności – które utrzymujemy i którym się opieramy. To też ogrom stłumionych emocji i kolosalnie niska inteligencja emocjonalna. Depresja to u większości “dotkniętych nią” osób efekt niskiej ewolucji. To ciągłe opieranie się, granie ofiary, biadolenie, życie w niezwykle wąskim kontekście. A jesteś na tej planecie, bo tu możesz ewoluować tak bardzo jak to wybierzesz.

Powtórzę – bardzo częstą “przyczyną” “depresji” na świecie są stłumione emocje, którym się kolosalnie silnie opieramy. I główną najczęściej nie jest wcale smutek, tylko gniew. Chociaż w moim przypadku wielokrotną przyczyną apatycznego nastawienia był wypierany strach. I wszystko, na co go projektowałem – unikałem tego jak ognia, uważałem za niemożliwe (i w myślach nie pojawiały się żadne rozwiązania, nawet najprostsze kroki), odkładałem, a nawet w obliczu tego stawałem się śpiący. Energia potrafiła “ze mnie ulecieć” w sekundę jak z przekłutego balonika.

To też pełne uzależnienie od świata zewnętrznego – zarówno uważanie, że problemy biorą się ze świata oraz ich rozwiązania. Np. ciągłe szukanie czegoś do robienia, ekscytowania się, emocjonowania, etc. A kto to robi? Emocje same się nie tłumią. Ani mózg ich nie tłumi.

A konsekwencje tych wszystkich poważnych błędów rosną i się kumulują.

Przypominam – żeby w ogóle zrobić odważny obrachunek moralny i robić go na bieżąco, w tym z miejsca przyznawać się do popełnionych błędów – ludzie często muszą się uzależnić, stracić wszystko, wycierpieć się, a nawet realnie może grozić im śmierć przez np. picie czy branie narkotyków. Dopiero wtedy – a i tak daleko nie każdy – wybierają uczciwość i pozytywność. Dopiero wtedy. A ludzie w depresji sądzą, że już są pozytywni, tylko im się przydarzyło jakieś nieszczęście… np. przytrafiła się depresja… jaaaaasne. Tu mamy przykład – człowiek jest tak nieuczciwy, że wymyślił sobie, że mu mózg po prostu uniemożliwia podniesienie papierka. A teraz wyobraźmy sobie, że takich ludzi na tej planecie jest zapewne ok. 6 miliardów.

Przestajemy się wtedy dziwić, że np. wrzeszczący Hitler oczarował cały naród i przekonał do wojny z resztą świata. No bo facet z taką energią dla człowieka, który sobie wmawia, że nie może podnieść papierka, jest jak bóg. Bożek. Ale człowiek, który podnosi po sobie papierki i sprząta po swoim psie, już w Hitlerze nie zobaczy bóstwa, tylko megalomaniaka, który nie jest na tyle rozwinięty, by rozumieć, że poza nim, pełne prawo do życia mają miliardy innych ludzi. To też pokazuje jak ważny jest kontekst – poziom świadomości.

Pamiętaj – na niskich poziomach świadomości niemal wszystko widzisz odwrotnie – to co nie sprzyja życiu uważasz, że sprzyja, a nawet że przeżywasz dzięki temu. To co negatywne widzisz jako pozytywne, a to co pozytywne uważasz za negatywne. Tak jak ta osoba – uważa zostanie w domu za lepszy wybór, niż pójście do pracy. Mózg uważa za wroga… no wszystko widzi jak w krzywym zwierciadle. Zupełnie nie będąc tego świadomym, ani nie wiedząc/nie rozumiejąc tematu świadomości, nie rozumiemy naszego problemu. I dlatego wpatrując się w mentalizację, słuchamy się jej nawet, gdy mówi nam, że mózg jest naszym wrogiem, a przed chwilą straciliśmy przez to pracę. I nadal się tego słuchamy. Widzimy człowieka żyjącego zupełnie nieświadomie. Nie podejmującego nawet takiej czynności jak podniesienie papierka.

I jak ktoś jest uparty jak osioł, to stwierdzi, że PRZYCZYNĄ tego jest depresja. A to zwykłe usprawiedliwienie – kłamstwo.

Na dowód tego, przykład – ten mój znajomy, który mówił o książce De Mello, rozmawiałem z nim na temat kobiet. Powiedział, że musi się iść wyrobić. Napisałem mu takie słowa:

Nie chcę mędrkować ale samo robienie niekoniecznie musi dać jakiekolwiek wyrobienie (…) jeśli ktoś nie rozumie co dla kobiałek jest atrakcyjne, jeśli sam siebie jeszcze osądza, wstydzi się, boi, etc. to może i latami chodzić i nic nie wyrobić (…) intencja (…) wiesz dobrze, że may ludzi jeżdżą samochodami od lat, a jeżdżą jak banda baranów (…) sam fakt, że to robią nie czyni z nich coraz lepszych kierowców“.

Odpowiedział – “Gadasz jakby pozbycie się pewnych problemów było takie proste. A jak patrzę na siebie i otaczających mnie ludzi No to nie jest takie oczywiste“.

Czy jego odpowiedź przypomina nam coś? Czy nie dokładnie to samo powiedziała ta osoba o depresji: “Gdyby depresja była prosta do pozbycia się, ludzie z depresją już by to zrobili”?

Już wiemy jak żyją ludzie w niskiej świadomości. To, że nie rozwiązują pewnych problemów NIE oznacza, że te problemy są trudne. Tylko nie wiemy jakie jest ich sedno, a często nawet w ogóle nie rozumiemy nawet co stanowi problem, nie mówiąc o jego sednie. A nawet już wiedząc, masa ludzi i tak wcale nie chce problemów rozwiązać. Bo zarówno przywiązali się do pewnej pozycjonalności jak i się opierają. Rozejrzyj się po świecie. Ilu ludzi widzisz żyjących spokojnie i szczęśliwie? Ci co tak nie żyją, wybrali, by tak nie żyć. Bo spokój i szczęście nie zależą od niczego w świecie.

I nawet gdy temu znajomemu powiedziałem o tym, wyjaśniłem mu masę – że szczęścia się nie szuka, tylko usuwa to, czym je przygruzowaliśmy, on nadal używa twierdzeń – “muszę się uspokoić i odnaleźć inner happinness”. A potem mówi, że musi np. pousuwać relacje z Facebooka, bo jak widzi jak kobieta, z którą mu nie wyszło robi coś z kimś innym, to się denerwuje. Mówię mu, by tego nie usuwał, nie unikał, tylko uwalniał, poddawał, w ogóle przeanalizował dlaczego nie jest wobec tego spokojny – nie słucha.

Jego wybór. Ale przynajmniej zauważył, że już odnośnie samych relacji wszystko robił odwrotnie, niż zalecał ten bardzo mądry człowiek – Anthony De Mello. Znajomy mówił, że kocha, a teraz okazuje się, że kochał ale wszystko robił inaczej, niż wynika to z miłości. Więc człowiek też może chcieć dla siebie dobrze ale wszystko robić totalnie źle. Bo mamy tylko nasz jeden punkt odniesienia. A to najłatwiej przekłamać, bo nawet nie wiemy, które nasze starania, działania, a tym bardziej – intencje za nimi stojące – są wspierające, a które nie. I dlatego masy ludzi wszystko wrzucają do jednego worka, zawiązują go i nie chcą potem otworzyć. I mówią, że przeżyli dzięki temu wszystkiemu. A gdy się do niego zajrzy, to okazuje się, że przeżywali dzięki może 1-5% zawartości, a przez 95-99% było im bardzo trudno i źle.

Te kilka punktów nie powinny mieć tytułu – “Rzeczy, które rozumieją tylko ludzie z depresją”, bo ludzie z depresją w ogóle ich nie rozumieją. Tytuł powinien brzmieć – “Rzeczy, których doświadczają ludzie z depresją”. A doświadczają ich, bo tak żyją. I nie tylko ludzie z depresją ich doświadczają.

Podziel się tym artykułem!

Napisz komentarz!

Zasubskrybuj
Powiadom mnie o
guest
39 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Bartosz

Otwierasz internet- dowiadujesz się, że jesteś incelem, przegrywem i piwniczakiem. Czytasz komentarze pod artykułem, że ludzie gardzą takimi jak ty i się śmieją. Że wszyscy wokół ciebie są super, cudowni i wspaniali i to tylko twoja wina, że nie masz przyjaciół, rodziny, kobiety. A ty wiesz, że setki razy probowałeś. Poniżałeś się, bo chciałeś żeby ktokolwiek cię wysłuchał. Niby masz znajomych, jak oni coś chcą, a jak przychodzi co do czego nikt nie chce się spotkać nawet na kawę. Nikt nie bierze cię na poważnie. Poziom beznadziei, apatii i samotności coraz bardziej nie do wytrzymania. Jedyna rzecz pod ręką- komputer. To, co pojawiało się na monitorze chociaż na chwilę mogło powstrzmyać samobiczowanie się w głowie. Później poza porno doszło do poszukiwania jakiejś grupy, która sprawiałaby, żeby przestać czuć się wyobcowanym. Jakieś dziwne społeczności youtbuerów, manosfera, naciągacze na różne kursy i tak dalej. Już zacząłem zbierać pieniądze na kurs uwodzenia, ale stwierdziłem, że tam przecież idą przegrywy i tylko bym się znowu ośmieszył. Szczególnie długo siedziałem w samorozwoju, pua i w redpillu np. na streamach pewnego bardzo radykalnego mężczyzny, który zamiast „kobieta” używał zawsze stwierdzenia „samica”, bo stwierdził, że na miano kobiety trzeba sobie zasłużyć. Zrobił mi dogłębne pranie mózgu.To jest już chyba ten moment, gdzie przestałem się oszukiwać i sięgnął swojego dna. Nie wyobrażam już sobie, że może być jeszcze gorzej. Czuję się oderwany całkowicie od społeczenstwa, nie rozumiem ludzi, nie rozumiem relacji, jakbym miał Aspergera, przez większość jestem uważany za creepa. Nikt ze mną nie rezonuje. Nie mam studiów, nie mam prawa jazdy, ani nawet wyglądu. Mam znikomą wartość jako człowiek. Nic nie osiągnąłem poza licznymi terapiami i wydawaniem pieniędzy.

Patryk

Moje życie to burdel totalny. W każdej sferze życia trzeba coś naprawić, a ja nie mam siły nawet wstać z łóżka. Rodzina- zły kontakt, kłótnie, awantury, jestem czarną owcą w rodzinie. Znajomi – tak naprawdę nie posiadam, mam trzech “kolegów”, ale raczej są to osoby, które trzymam przy sobie, by nie być sam, a nie dlatego, że szczerze ich lubię. Często mam wrażenie, że próbują dowartościować się moim kosztem, są złośliwi. W zasadzie nawet nie wiem, czemu proponują ciągle spotkania skoro finalnie na nich częściej się kłócimy, a rozmowa wcale się jakoś nie klei. Oni tak jak ja nie mają nikogo lepszego do towarzystwa i jesteśmy trochę na siebie skazani. Chciałbym mieć lepszych ludzi wokół siebie, ale nie mam umiejętności społecznych, by nawiązywać relacje. Nigdy nie byłem nawet na imprezie, raz byłem sam w klubie, ale to był koszmar. Dziewczyna- of kors nie posiadam, raczej jest to stan permanentny. Nie mam nawet, gdzie poznawać ludzi. Siedzę w domu, mieszkam daleko od miasta, więc każdy wyjazd to nie lada wyprawa. Na domówki zapraszany nie jestem, do klubu nie chcę chodzić, bo w nocy na mieście robi się niebezpiecznie i po co kusić los. Nie będę przecież też zagadywał randomowe laski na ulicy. Znam osobę, która tak robiła, bo poszła na jakieś szkolenie czy coś takiego, a później czytała o sobie na spotted miasta, gdzie ludzie się przed nim ostrzegali, że jakiś creep chodzi po galerii i zaczepia “ofiary”. Na Tinderze dostałem shadowbana, chociaż nic niestosownego nie zrobiłem. Słowo. Pech, jakby los kazał mi żyć w odosobnieniu od innych ludzi. Poza tym wyglądam na zdjęciach, jak kartofel, więc internet też odpada. Już kilka razy próbowałem stworzyć naprawdę ładnego Instagrama, czy Facebooka, ale mi się nie udało, chociaż poświęciłem dużo czasu na rzeczy związane z fotografią, pozowaniem i ubiorem. Raz poznałem piękną dziewczynę na początku studiów, wpadliśmy na siebie, jak w jakiejś taniej komedii romantycznej pierwszego dnia, pomogłem jej znaleźć salę wykładową i jakoś to tak w miarę naturalnie wyszło, że wziąłem ją innego dnia na kawę, później jeszcze jedno spotkanie było, ale musiałem coś nie tak zrobić, bo szybko urwała kontakt. To dziwne, bo dawała mi naprawdę dużo sygnałów zainteresowania, sama inicjowała dotyk, czułość itp. Jak patrzeliśmy sobie w oczy to był kosmos totalny. Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale piszę szczerze. Los dał mi szansę, ale spartoliłem. Raz się minęliśmy niedawno to już udawała, że mnie nie zna. A szkoda, bo przy niej czułem się wyjątkowo dobrze, ale jak to moi bliscy powiedzieli “nie twoja liga”. Jakby to już była taka totalnie atrakcyjna dziewczyna, na którą każdy facet, by miał ochotę. Byłem zdziwiony, że akurat mi chciała poświęcać swój czas, bo widziałem, że startowali do niej dużo przystojniejsi goście. Ona była inna niż większość kobiet, które znam. Mimo, że była ponadprzeciętnie ładna nie wywyższała się, była ciepła, miła, wrażliwa. Subtelna, nie była wulgarna jak większość kobiet w moim wieku. Na studiach też mi się nie układa, bo nie mam siły na nic, najchętniej bym się zawinął w koc i leżał cały dzień i płakał. Nie zaliczyłem już jednego przedmiotu, chociaż uczyłem się po nocach i muszę płacić za zaliczenie warunkowe prawie tysiaka. Pieniądze, które zbierałem na współpracę z tobą. Prawdopodobnie drugiego też nie zaliczę, bo jestem tłukiem i nie potrafię się skupić więcej niż kilka minut. Boję się, że jak mnie wywalą z uczelni będą czarną owcą w rodzinie. Szkoda, bo chciałbym mieć już w kieszeni chociaż ten zafajdany dyplom. Paradoksalnie moim najlepszym „kolegą” jest jeden z wykładowców, z którym często rozmawiam na bardziej prywatnej stopie, bo jest mega fajną osobą. Natomiast każdy widzi, że jest coś ze mną nie tak. Pytają, czy wszystko w porządku, dlaczego siedzę taki zgaszony, nieobecny. A ja nie mogę nawet nikomu powiedzieć, co przeżywam w środku, bo wiem, że tylko taki ktoś jak Ty Piotr jest w stanie zrozumieć moją sytuację i nie oceniać mnie.
Najzabawniejsze jest to, że pornografii na oczy nie widziałem już kilka miesięcy, pierwsze tygodnie zagryzałem zęby, żeby nie włączyć karty incognito, ale później mi trochę przeszło i było łatwiej. Nic samo nie zmieniło się na lepsze. Myślałem, że wszystkie problemy bez porno miną. Wywaliłem nawet inne social media ze smartfona, bo nie mogłem patrzeć, jak ludzie się wzajemnie hejtują w internecie i w jak obrzydliwym świecie żyjemy. Zrobiłem nawet detoks dopaminowy. Nic nie pomaga, a dałbym wszystko, żeby poczuć się chociaż trochę lepiej.

Patryk

No przecież!
Jakże to tak zagadywać do ludzi! To przecież szczyt bezczelności, chamstwa, wulgarności, granica jakiejkolwiek przyzwoitości!
Gdyby ktoś do mnie zagadał na ulicy i powiedział mi komplement, to by mnie szlag trafił i bym musiał pójść na terapię, żeby się uspokoić!” 

Jako mężczyźni nie dostajemy prawie żadnych komplementów od płci przeciwnej, więc dla nas to by było coś mega przyjemnego. Chociaż ja w takiej sytuacji bardziej bym pomyślał, że dziewczyna sobie jaja robi albo mnie nagrywa lub jest naćpana. W dzisiejszych czasach “rynek matrymonialny” jest tak rozregulowany, że dziewczyna 2/10 myśli, że jest dychą i zasługuje na księcia z bajki. Głównie przez Simpów i białorycerzyków. Znam kilka dziewczyn, które są w stanie chorobliwej otyłości, a wciąż są aroganckie i niemiłe, noszą się jak modelki Victoria Secret. Goście walą do każdej kobiety drzwiami i oknami, na imprezach, na Instagramie i innych apkach. Bez przerwy. Są tym znudzone i po prostu nie życzą sobie tego inicjowania kontaktu, szczególnie jeśli jesteś przeciętny. Z takich sobie żartują. Jak jest ogarnięta to po prostu odmówi, a jak trafi się na dziewczynę podłą to obrobi tyłek przed każdym i skończy się jako przysłowiowy “screen na grupie dla koleżanek do pośmiania się”.

Odpowiednia dieta i treningi domowe nie kosztują nic.

Nie mówię o swojej sylwetce. Ćwiczyć nie ćwiczę, ale mam zdrową sylwetkę. Nie jestem ani gruby ani chudy. W sam raz. Normalny, zdrowy chłopak. Może bicków nie mam, kto wie jakich, ale problem większy w twarzy. Poprawiłem wszystko, co się dało. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem po prostu przeciętny co najwyżej. 
Nie wiem, z jakimi dziewczynami masz Piotrek do czynienia na co dzień, ale ja bym się z tym stwierdzeniem nie zgodził. Może kobiety w twojej grupie wiekowej są już po prostu dojrzałe i mają klasę, kulturę osobistą. Jak dziewczyna ma dwadzieścia kilka lat i przechodzi swój szczyt biologicznej atrakcyjności, wszyscy wokół twierdzą, jaka to ona cudowna, to rzadko się zdarza, żeby palma nie odbiła.

A co wg Ciebie jest wulgarnym?
Dla mnie ważny jest wysoki poziom kultury osobistej i to, co kojarzy się z kobiecą energią- subtelność, delikatność, takt. Zauważam, że większość kobiet zachowuje się teraz jak chłopy. Kiedyś na przykład określenie “pić jak baba” było żartobliwą formą pociśnięcia koledze, że ma słabą głowę. Dzisiaj to byłby komplement, bo kobiety dużo więcej imprezują, prowadzą rozwiązły tryb życia i bluzgają 5 raz w jednym zdaniu.

Właśnie.
Ale wiesz co? Przecież nie płaczesz.

Bo to tylko biadolenie. A nie dążenie do zdrowia – np. porządne wypłakanie się.

Aktualnie, coraz częściej. Nawet jak oglądam jakiś głupi film, jak ktoś umiera to mi łzy lecą.

A podobno już jesteś… no widzisz jak sobie mówisz co Ci pasuje?
No będziesz tą czarną owcą. I co?
To niech Cię strzygą i zacznij z tej wełny robić swetry! Otwórz sklep i będziesz zarabiał.

Moim zdaniem rodzina nie jest takim problemem, jak środowisko. Moja rodzina nic nigdy nikomu złego nie zrobiła ( przynajmniej z tego, co wiem, chociaż wiele przede mną ukrywają mam wrażenie) a wszyscy sąsiedzi ich nienawidzą i rzucają kłody pod nogi, więc ciągle słyszę gadkę typu ” Nooo a spróbuj tylko studia zawalić, wszyscy wokół na to czekają, ty jesteś naszą jedyną nadzieją, żebyśmy odzyskali tutaj szacunek. Chcesz żeby nam dali święty spokój? To wkuwaj, musisz zostać szychą, żeby się bali z nami zadzierać.” Z częścią rodziny też jesteśmy bardzo skłóceni, bynajmniej ja natomiast się z nikim nie kłóciłem. 

Po kolejne – tak łykasz każdą negatywność, np. to “ta kobieta jest spoza twojej ligi”. Ale czy są jakieś ligi? Nie ma.

A hipergamia kobiet? Psychologowie ewolucyjni ją sobie wymyślili? Badania, statystyki. 

I nie wszyscy żyjemy w takim świecie jak Ty sądzisz.

Od zawsze byłem wychowywany w taki sposób, żeby ludzi traktować, jak potencjalnych przeciwników, którzy chcą mnie wykorzystać. Rodzina od zawsze twierdzi, że skoro ktoś chce się ze mną zadawać musi być temu konkretny powód i korzyści, bo nie dlatego, że jestem fajny. Ja też widzę masę takich przykładów z życia innych osób.

Bo na razie nikomu z Twojego życia nawet nie chcesz powiedzieć, że cierpisz.
Ok – to może być wyraz rozsądku. Nie chodzi o to, by swoje najbardziej bolesne tematy czy trudne wypaplać komu popadnie. To może spowodować jeszcze więcej komplikacji.
Tylko POWODY, przez które nie chcesz powiedzieć są negatywne. Nie są oparte o rozsądek.

Nie mam do nikogo takiego zaufania, by mówić tak intymne rzeczy. Jest wiele osób, które z chęcią wykorzystało by to przeciwko mnie. Moja rodzina ma swoich wrogów, ja mam swoich. Całe życie padam ofiarą plotek, czy wyśmiewania ze strony wielu osób. Śni mi się po nocach wspomnienie, jak mnie kiedyś pewna osoba pobiła w czasach szkolnych i się bałem powiedzieć nawet kto mi to zrobił. Trochę starszy patus, gruby strasznie. Do dnia dzisiejszego nienawidzę grubych osób.

Przecież właśnie dlatego np. poszedłeś na te spotkania z dziewczyną – bo czułeś “się” lepiej. Przestawałeś sobie na ten czas dopierdalać. 

Tak, chyba nie poszedłem tam, by ją poznać, tylko by poczuć ten haj, że ” może jednak jestem zajebisty, skoro ona chce poświęcić swój czas tylko mi. Jest dla mnie przez to popołudnie na wyłączność, to znaczy, ze mam jednak jakąś wartość. Ona przychodzi tutaj tylko dla mnie O MAJ GASZ.” Później przed tym spotkaniem byłem tak zdenerwowany, że przyszedłem godzinę wcześniej, a po chwili zwymiotowałem ze stresu, bo się bałem, że źle wypadnę. Chciałem już nawet, żeby mnie wystawiła jak inne, odechciało mi się tego spotkania. Później dostaję od niej wiadomość na messengerze ” Jesteś już? Ja za dwie minutki będę ;) ” i wpadam w panikę, łapa mi się trzęsie jakbym wsadził widelec do kontaktu.

Otworzyłeś się przede mną, za co jestem wdzięczny.

Nie do końca. Tobie też nie ufam na tyle, by na przykład podać swoje prawdziwe imię chociażby. Przepraszam. Mam nadzieję, że nie jesteś rozczarowany.

Anonimowy

Witaj Piotrze. A czy to naprawde tak jest, w kontekscie uwalniania, ze gdy usuniemy chmury, to odsloni sie slonce? Czyli gdy czlowiek uwolni wszystkie, badz wiekszosc stlumionych tzw. negatuwnych emocji, to poprawi mu sie nastroj, zrobi sie szczesliwszy, nabierze checie do zycia i w ogole swiat stanie sie piekniejszy? Czytalem o tym w ksiazce “Metoda Sedony”, jak i sluchalem pana Dwoskina i on o tym wlasnie mowil. Pytam sie ciebie, poniewaz czytalem twoja historie wyjscia z uzaleznienia, jak i sluchelem wywiadu, ktory udzielales Feniksowi i tam zdaje sie mowiles, ze obudziles sie ktoregos ranka i byles szczesliwy. Czy ta szczesliwosc byla wlasnie efektem uwolnienia stlumionych emocji? Jak to bylo w twoim przypadku i jak to ogolnie jest? Dziekuje.

Anonimowy

A co sie stanie ze stlumionymi emocjami, jesli czlowiek wybierze, aby byc szczesliwym?Beda same uwalniane na bierzaco? Podobno nie da sie odczuwac wyzszych stanow, zanim nie uwolni sie niskich emocji. Pytam tez w kontekscie chorob ciala i psychiki, ktore sa spowodowane( w wiekszosci, albo wszystkie) wlasnie stlumionymi emocjami. Czy jesli czlowiek wybierze, aby byc wybaczajacym, kochajacym itd, to czy te zdegenerowane energie jakos sie transformuja, czy trzeba bedzie sie klasc i je uwalniac?

Anonimowy

Jeszcze co do uwalniania. Pisales, ze ono nastepuje samoistnie. Czlowiek tylko nie moze temu procesowi przeszkadzac. Czy zatem w czasie medytacji, rowniez nastepuje uwalnianie? A czemu nie nastepuje w czasie snu? Chyba ze nastepuje.

Anonimowy

Wiem, ze jest instrukcja i jest ona prosta: uswiadom sobie uczucie i trwaj w nim, dopoki sie nie wyczerpie, nic nie robiac. Jednak pozniej pan Hawkins pisze o odpuszczeniu emocji. Czyli jednak cos trzeba robic. A mialo sie nic nie robic. I tego nie rozumiem, dlatego ciebie pytam. A na pytania nie odpowiadam,nie dlatego ze cie lekcewaze, czy cos takiego, ale dlatego, ze ja nic nie wiem i nic nie rozumiem. Widze tez, ze kiedys odpisywales uzytkownikom w miare jasno i zrozumiale, a teraz piszesz w taki tajemniczy sposob, ze ja w ogole nic nie rozumiem. Tak jak w temacie o strachu: jak odpuscic emocje trwajaca 5 sekund? Itd. No wlasnie-jak? Metoda jest niby prosta, ale ja mam problem z jej zrozumieniem. Czy moglbys mi napisac tak na chlopski rozum- jezeli czuje rozpacz, to mam sobie pozwolic czuc ta rozpacz, ignorujac mysli i czekac az to uczucie sie samo wyczerpie?
Tak samo z tym oddychaniem i intencja. Rozumiem, ze mam intencje, zeby oddychac np. glebiej i to robie, bo wiem jak, ale juz nie rozumiem jak uwolnic emocje, majac intencje jej uwolnienia. Gdy czuje np. smutek i powiem sobie, ze mam intencje uwolnic ten smutek, to to chyba tak nie dziala? Bo co z tego, ze powiedzialem. Powiedzialem i tyle. Tak jak z oddychaniem. Jezeli powiem sobie, ze mam intencje glebiej oddychac, a bede oddychal plytko, to to, ze powiedzialem, ze mam intencje oddychac gleboko, tez nic nie da. Musze zaczac oddychac gleboko. I to potrafie zrobic. Ale nie potrafie uwolnic emocji. Pomimo wyrazenia intencji.
I tez nie rozumiem, jak mam przestac stawiac opor uczuciu, ktore jest strasznie nieprzyjemne w doznaniu. Po prostu nie wiem. Jak zaakceptowac uczucie, ktorego czlowiek chcialby sie jak najszybciej pozbyc? Ktorego nie chce. Napiszesz pewnie: odpusc opor. Ale jak? I kolo sie zamyka. Dziwi mnie to bardzo, poniewaz technika jest bardzo prosta. Jest podobno tak prosta, ze nie wiem. Ale ja jej nie rozumiem, badz nie umiem wykonac. Czy az taki glupi jestem?

Last edited 1 rok temu by Anonimowy
Anonimowy

Mam po prostu Piotrze problem w zyciu, wobec ktorego czuje rozpacz, smutek, zal itd i nie bardzo wiem, jak mam sie zachowac. Czy jezeli pozwole sobie na ta rozpacz, smutek itd, to nie bedzie to uzalaniem sie nad soba? Czy w tym przypadku uwolnieniem bedzie nie rozpaczanie? Nie rozumiem tego procesu. Naprawde. Czy ja taki tepy jestem?

Anonimowy

Opisze moze dokladniej. Czuje smutek, rozpacz, zal. Chyba wlasnie mam depresje. I jak z tego wyjsc, bedac caly czas w takim stanie emocjonalnym. Probuje to wszystko uwalniac, ale mi nie wychodzi. Mam jednak takie momenty, ze postanawiam “wziasc sie w garsc”, ale to jest na chwile, bo znowu pojawia sie te uczucie przygnebienia i rozpaczy. Tak, jakbym widzial swiat przez jakis filtr. Negatywny filtr. Mam uczucie beznadziei itd. Jak to wszystko uwolnic, skoro probuje i to nic nie daje?

Anonimowy

W maju mialem wypadek. Jechalem rowerem i uderzylem glowa w samochod. Lezalem 3 dni w szpitalu na obserwacji i mnie wypuszczono, poniewaz nic mi nie bylo. Tydzien po wyjsciu ze szpitala “zaczelo sie”. Najpierw piski w uszach/ glowie. Tzw. Tinnitus. Spac nie moglem. Puszczalem sobie jakies dzwieki zagluszajace te piski. Kupilem sobie ksiazke Smoleczenie Metoda BSM i przykladalem dlonie na glowe. Nie wiem czy to od tego, ale po tygodniu te piski ustapily. Ale zaczely si mrowienia i dretwienia rak i nog, mety w oku, bol kregoslupa itd. Mialem skierowanie do neurochirurga, ale nie pojechalem, bo balem sie ze wykryje u mnie jakas neuropatie, czy inna grozna chorobe. Ale czulem sie jeszcze w miare psychicznie. Ale to byl poczatek konca mojego samopoczucia. Bojac sie o swoje oczy, ze oslepne, raz ze te dretwienia rak i nog, to jakas grozna neuropatia, zaczalem szukac w internecie sposobow, aby temu zapobiec. Stosowalem diety przeciwko jaskrze, naczytalem sie o ketonach, glodowkach itd. Metode BSM stosowalem caly czas. Wpadlem w jakas paranoje. W miedzyczasie moj stan psychiczny sie pogarszal. Ja mieszkam z mama i z bratem, a mam ponad 40lat. Ale przychodzilem z pracy i wyplakiwalem sie jej, ze gdy ona hipotetyczne umrze, to ja sobie nie poradze w zyciu. Gdyz ona nadaje sens naszemu domowi i mojemu zyciu. Plakalem i uzalalem sie jej. I balem sie, co bedzie gdy ona umrze. Ten moj stan sie poglebial, az w koncu dostalem jakichs lęków, ze trudno mi sie funkcjonowalo w zyciu. Z rygorystycznych diet zrezygnowalem. Ale tracilem chec do zycia i mialem te stany lękowe. Za namowa mamy poszedlem do psychologa i do psychiatry. Dostalem leki, gdzie juz po zazyciu jednej tabletki, dostalem znowu tych piskow w glowie(to bylo dwa dni temu). Wzialem tylko dwie tabletki i wiecej nie wzialem. Piski troche ustaly, ale dalej sa, a ja jestem tym zalamany i boje sie nocy, poniewaz w ciszy one sie uwydatniaja. Nie moge przez nie spac. Dzwonilem na nastepny dzien od wziecia tych tabletek, do tej pani psychiatry, ktora mi je przepisala, ale bezskutecznie. Nie moglem sie dodzwonic, a dzwonilem przez caly dzien. Ze 30-40 razy. Od rana do popoludnia. Na drugi dzien rowniez probowalem i moja mama tak samo, ale bezskutecznie. I tak oto jestem w tym miejscu, ktore ci opisalem. Rozpacz, depresja itd. Najbardziej boje sie tych piskow w glowie, gdyz czytalem, ze ludzie potrafia z tego powodu popelnic nawet samobojstwo. Jestem zalamany. Mama mmie namawia zebym sie zglosil do szpitala psychiatrycznego, zeby mnie doprowadzili do porzadku. Ale ja sie boje juz wziasc jakiekolwiek srodki. A bylem juz prawie zdecydowanu, zeby mi dali cokolwiek, zebym zaczal widziec swiat pozytywnie. I teraz im blizej nocy, tym bardziej sie boje, ze bede musial.przezywac gehenne. Co do tych piskow, to ludzie ktorzy sobie z tym jakos radza, pisza zeby to ignorowac, aby nauczyc mozg, ze to nie jest wazne. Zeby przestal sie na tym skupiac. Natomiast pan Hawkins radzil w przyadku bolu, aby sie na nim skupic. Poddac sie mu. Czy wedlug ciebie Piotrze, gdy przestane sie opierac tym piskom i sie im poddam, to one mina. Jestem zalamany. Juz do tej pory nie radzilem sobie ze swoim zyciem, a te piski w glowie przelaly czare goryczy chyba. Nie wiem co mam robic.
Aha. I jeszcze wrzucalem sobie, ze bede inwalida i rodzina bedzie miala klopot ze mna itd. Wpadalem w poczucie winy. Sam sobie to robilem. Co robic Piotrze. Zglosic sie do tego szpitala jednak? Eh…
A z tym uwalnianiem emocji, to chodzilo mi o uwolnienie emocji stlumionych, bo pan Hawkins pisal, ze one zaburzaja uklad meridianowy, nerwowy itd i powoduja choroby i ze jak sie je uwolno, to cialo zdrowieje. I dlatego chce uwolnic stlumione emocje, z nadzieja ze mi przestanie piszczec w glowie. Dlatego sie tak pytalem, czy podczas medytacji i snu sa uwalniane. Czyli nie ma innej drogi na uwolnienie stlumionych emocji, niz ich przezycie i poczekanie az ich energia sie wyczerpie?

Last edited 1 rok temu by Anonimowy
Anonimowy

Bo z tego co ja rozumiem, to w tym stanie poddania, gdzie akceptujemy wszystko takie jakie jest, to emocje uwalniane sa na bierzaco, ale te, ktore powstaja na bierzaco. A mi chodzi o te stlumione, ktore odkladaja sie m.in. na organach i zaburzaja funkcjonowanie ciala. Czy w tym stanie poddania, one tez sa uwalniane? Bo domyslam sie ze tak, ale z drugiej strony pan Hawkins pisal:
“Kiedy jest się w stanie poddania, nic nie może wzbudzić w nas silnych emocji: „jeśli się to wydarzy, to dobrze, a jeśli się nie wy‐ darzy, to też dobrze”
Czyli tu chyba nie chodzi o uwalnianie stlumionych emocji, poniewaz z tego co ja rozumiem, to stlumiona emocje nalezy przezyc, az jej energia sie nie wyczerpie. A jezeli nic nie jest w stanie wzbudzic w nas silnych emocji, to te stlumione beda w czlowieku zalegaly caly czas. Chyba za ja cos zle rozumiem. I tak- masz racje Piotrze. Nie rozumiem emocji. Nie rozumiem czym sie roznia stlumione emocje, od tych ktore powstaja w czlowieku na bierzaco. I idac za panem Hawkinsem:
“Kiedy regularnie stosować będziemy Technikę Uwalniania, pozbędziemy się pokładów stłumionego gniewu i bardzo trudne, wręcz niemożliwe będzie, by ktokolwiek czy jakakolwiek sytuacja sprawiła,
że się zdenerwujemy.”
Tego tez nie rozumiem, poniewaz piszesz Piotrze, ze emocje to wynik pozycjonalnosci, przekonan itd. Zderzenie swiata wew. z zew. I podales kiedys przyklad, ze gdy mamy podejsc do kobiety, to czujemy strach, dlatego ze uwazamy sytuacje za niebezpieczna. Ja to rozumiem inaczej. Czujemy strach, bo mamy w sobie duzo stlumionego strachu i gdy ten strach uwolnimy, to nie bedziemy sie juz bali podejsc do tej kobiety. Bo uwolnilismy poklady strachu. Tak jak pan Hawkins, gdy uwalnial strach zwiazany z jakims wydarzeniem w zyciu, a potem spostrzegl, ze moze podejsc blizej do wodospadu. Czy on zaczal uwazac wodospad za mniej niebezpieczny i dlatego mniej sie bal i dlatego mogl podejsc blizej? Mnie wydaje sie ze nie, poniewaz on nie uwalnial strachu przed podejsciem do wodospadu. Uwolnil stlumiony strach, a przez to mniej sie bal. I podszedl do wodospadu, bo mozliwe ze zaczal go uwazac za mniej niebezpieczny, ale to uwazanie za mniej niebezpieczny tak jakby wydarzylo sie samo. Bylo wynikiem uwolnienia stlumionych emocji. Przynajmniej ja to tak zrozumialem. A ja to zrozumialem wprost- tak jak pisze dr. Hawkins.

Anonimowy

Robie to tak, ze jak czuje smutek, to wydaje mi sie, ze sie trzymam tego smutku i staram sie go puscic. Staram sie nie byc smutnym, ale czuc w tym czasie jakas energie w ciele. Czyli jestem smutny, mam smutna mine i postanawiam puscic sie tego smutku i tak jakby, staram sie zebrac w sobie, siadam wyprostowany, usuwam smutna mine i odczuwam cos w ciele. Nie wiem czy to dobrze robie.

Patryk

Dziękuję, że dalej piszesz dla nas takie wartościowe i rzetelne artykuły. Ostatnio mam gorszy okres, a nie mam nikogo, komu mógłbym się przysłowiowo wygadać, więc jeśli pozwolisz napiszę trochę, co u mnie słychać ostatnio. Po miesiącach wysłuchiwania od rodziny, że nic nie osiągnę i na pewno się nie dostanę na żadne studia, bo ponoć jestem dziwadłem i nieudacznikiem okazało się, że dostałem się na bardzo fajny kierunek na polibudzie. Teraz z każdym dniem czuję ogromny niepokój, że spotkam kogoś z mojej przeszłości na uczelni. Żałuję, że nie zdecydowałem się na wyjazd do innego miasta. Chciałem zacząć wszystko od nowa, czysta karta, sami nowy ludzie, bez żadnych osób, które mi źle życzą. Ostatnio dowiedziałem się, że na tą samą uczelnię dostała się osoba, która mnie kiedyś skrzywdziła i boję się, że będzie nastawiać nowych ludzi przeciwko mnie oszczerstwami i znowu będę całkiem sam jak zawsze. Kto wie, kto jeszcze się tam dostał. Może takich osób będzie więcej z moim szczęściem. Czarno to widzę. Czuję się bardzo samotny, przestałem chodzić na terapię od kiedy mój “kochany” pan terapeuta zaczął na jednej z sesji ostentacyjnie ziewać i powiedział że ” Nie dziwi się, że ludzie ode mnie uciekają, bo nawet jego zanudzam”. Na pierwszych spotkaniach był bardzo miły i myślałem, że w końcu znalazłem kogoś kto mnie wesprze, ale coraz częściej zaczął rzucać w moją stronę kąśliwe komentarze i żartować sobie ze mnie. Kilka miesięcy temu wziąłem ślicznego psiaka że schroniska, który sprawia, że czuję się mniej samotny. Zamiast samotnie przed komputerem przy znanej tutaj każdemu wątpliwej “rozrywce” spędzam czas na zabawie z nim, spacerach i karmieniu i bardzo to lubię, ale chciałbym bardzo w końcu zacząć mieć jakiekolwiek życie społeczne, jakichś znajomych, przyjaciół, dziewczynę. Zacząć żyć jak normalny chłopak w moim wieku. Natomiast bardzo dużo stresu kosztuje mnie każde wyjście z domu, ostatni raz kiedy próbowałem wyjść ze znajomym na dyskotekę uciekłem stamtąd, bo wystraszyłem się bardzo tak dużej ilości osób w jednym miejscu, moje serce zaczęło bić jak szalone i nie mogłem złapać tchu, myślałem że dostałem zawału i zaraz zemdleję. Jak doszedłem do siebie było mi bardzo wstyd przed tym znajomym, chociaż ogarnął mnie wtedy później patrzył na mnie jak na wariata, bo nie rozumiał mojego zachowania. Sam go nie rozumiem. Tamten terapeuta twierdził, że to był jakiś atak paniki, czy jak to się tam fachowo nazywa. Nie wiem, może. Wiem, że w miejscu gdzie ludzie się bawią i są radośni, a w tle leci wesoła, przyjemna muzyka nie powinno odczuwać się lęku jak przy spotkaniu ze stadem bizonów. Ciągle wydawało mi się, że ktoś mi się przygląda, albo podśmiechuje ze mnie pod nosem albo że jest tu ktoś kto mnie dręczył w szkole. Skończyłem edukację już w kilku różnych szkołach, kilka razy się przenosiłem w gimnazjum, a nigdzie nie znalazłem miejsca, wiele osób mnie dręczyło, każdego dnia bałem się iść do szkoły, bo nie wiedziałem, co mnie tam czeka. Nigdy nikomu nic zrobiłem złego, a czułem jakbym był za coś karany całe życie. Z każdym rokiem dziwaczeję coraz bardziej, rzeczy które kiedyś nie sprawiały mi jeszcze problemu dzisiaj są barierą. Może już nie oglądam tego co oglądałem kiedyś przed komputerem, ale dalej nie czuję, żeby mi się poprawiało, wręcz przeciwnie, już nie mam gdzie tłumić wypartych emocji.

Paweł

Chcialbym cie Piotrze szczerze i z calego serca przeprosic. Prosze wybacz mi. Nie chcialem cie urazic, ani cie zaatakowac. Przezywam ostatnio ciezkie dla mnie dni. Nie wiem czy to depresja, czy nerwica, czy Bóg wie co i szukam ratunku. Mierze sie z zamiarem pojscia do psychiatry, bo ju nie daje rady psychicznie. Wiem, ze pisales setki razy na tym blogu, jak uwalniac, ale mi to nie wychodzi. Gdy czuje emocje, to nie wiem czy ja wlasnie stworzylem, w oparciu o moja percepcje, czy jest to emocja stlumiona. Czy w kontekscie uwalniania, ma to w ogole jakies znaczenie? Czy po prostu uwalniac i nie starac sie zrozumiec pochodzenia emocji? Beton jest ze mnie, ktory nic nie rozumie. Nie rozumiem i nie potrafie tez rozroznic, ktore sytuacje wyciagaja ze mnie stlumione emocje, a ktore sytuacje tworza we mnie emocje. Przepraszam cie Piotrze jeszcze raz za swoje zachowanie. Ty chcesz pomoc i pomagasz, a ja sie tak wzgledem ciebie zachowuje. Jak ostatni skur… Przepraszam jeszcze raz. Szczerze. Naprawde.

Paweł

Witaj Piotrze. Ostatnio wykupilem sobie konto na veritaspub i tam jest mnostwo wykladow dr. Hawkinsa, ktore z zaciekawieniem ogladam. Jesli nie znasz tej strony, to szczerze polecam. Miesieczna subskrybcja kosztuje 20$, ale mysle ze warto. Ale do sedna. Otoz w jednym z wykladow pt.” Handling major crisises”, dr. Hawkins mowi, ze nie mozemy zaakceptowac danej sytuacji, ktora sie wydarzyla, tylko mozemy zaakceptowac naszw odczucia, ktore w zwiazku z ta sytuacja wystapily. Mi to sie kloci troche z tym, co ty piszesz o akceptacji (lub zle to rozumiem), poniewaz piszesz, ze emocje wynikaja z oporu, z niezgody na dane wydarzenie i ze gdy zaakceptujemy dane wydarzenie, to emocja nie pojawi sie. Przynajmniej ja to tak zrozumialem. Dr. Hawkins natomiast mowi, tak jak wyzej- ze nie mozemy zaakceptowac wydarzenia, tylko nasze odczucia, ktore wystapily w zwiazku z tym wydarzeniem.
Piszesz rowniez, ze emocja to energia w ruchu i podczas odczuwania i uwalniania, mamy skupic sie na emocji, natomiast pan Hawkins mowi, zeby nie zajmowac sie emocja, tylko energia ukryta za emocja. Czyli tak jakby zejsc jeszcze glebiej. Skupic sie na odczuciu w ciele, a nie na samej emocji. Przyznam, ze jestem troche rozkojarzony, poniewaz ciagle czytam twojego bloga( teraz troche rzadziej) i uwazam go za skarb, jednak JA widze rozbieznosci miedzy tym, co ty piszesz Piotrze, a tym, co mowi dr. Hawkins. Gdybys mogl sie jakos do tego odniesc i mi to wyjanic, bylo by to dla mnie bardzo pomocne, poniewaz juz sie w tym pogubilem. Dzieki i pozdrawiam

Last edited 1 rok temu by Paweł
ssssw

Cześć :)
Chciałbym do Techniki Uwalniania dołączyć jeszcze Terapię Richardsa, słyszałeś może o niej?
Jest to praca nad myślami, by zastępować myśli negatywne – pozytywnymi i budującymi. To jest terapia na fobię społeczną itp.
Tak wiem, mówiłeś by ignorować emocje ale sądzę że jeżeli ktoś ma tak słabej jakości myśli w niskich stanach to sądzę że to może pomóc by troszeczkę iść dalej. By poczuć się pewniej…

Wiele ludzi wychodziło z fobii społecznej dzięki tej metodzie.
Uwalniam z rok już, wiele już uwolniłem ale czasami jak nadchodzi fala wypartych emocji to trudno mi ignorować te “złe” myśli (chociaż jestem w tym coraz lepszy).
Niestety muszę być w dniu nawet jak odczuwam smutek, żal, strach dosyć sprawny i sądzę że podważanie tych myśli bez jakiegoś mocnego skupiania się na nich – może pomóc. BO jak wiadomo te myśli wychodzą automatycznie itp.
Co o tym sądzisz?
Pozdrawiam

ssssw

OK. Czyli jak przychodzi jakaś myśl “jestem do niczego” “jestem aspołeczny i nieatrakcyjny” to kompletnie nie reaguje na to i traktuje to jak mówiłeś “piosenkę w radiu” ignoruję czy mogę powiedzieć sobie w duchu takie lekko lekceważące “aha” bez oceniania i robić dalej co mam robić i na czym mam cel?
A nie kontrować “nieprawda! nie jestem do niczego! dzisiaj ogarnałem kilka spraw i jestem do czego!” ? Prawda?
Tak jak mówiłeś, miewam już okresy “spokoju” gdzie nie ma żadnych myśli, gdzie jestem zadowolony “że istnieje” że jestem tu i teraz. Trudno to opisać ale to bardzo przyjemne uczucie…

Ostatnio na wycieczce wyszło ze mnie multum wypartych emocji. Załączyli mi nieświadomie 2 ludzie którzy byli bardzo pewni siebie, zabawni i towarzyscy… Wyszła stłumiona zazdrość i żal. Ale nie było już w tym agresji jak dawniej. Gniewu. Strasznie mi imponowali po prostu i zazdrościłem im że gadają jak stand-uperzy jacyś. Że mają pewną charyzmę. I ich obserwowałem, pogadałem z nimi jak z kumplami itp.

ssssw

Jeszcze napiszę że zauważyłem że mam jakiś opór by zagadać do dziewczyny, boję się że mnie zleje… czuję taki dyskomfort, fizycznie w twarzy takie napięcie nawet by się uśmiechnąć, zaryzykować itp/ jeżeli uwolnię ten opór i strach to będzie mi łatwiej? Czy lepiej przemóc się , podchodzić, uwalniać w trakcie, zrobić z siebie czasami debila ale działać?

Last edited 1 rok temu by ssssw
ssssw

ok dziękuję za odp. :3
Ja niestety przez długi czas czytałem internet, redpille i inny syf. Teraz wiem dlaczego. Dawało mi to UKOJENIE, po prostu takie “uff to nie ze mną jest problem tylko z tymi p0lkami” i zauważyłem że do takich negatywnych treści mnie ciągnie… gdy jestem w żalu, smutku, wstydzie. Dokładnie się wszystko pokrywa. Gdy jestem na wyższych emocjach – nie mam POTRZEBY to czytać.
Tak jak mówisz, percepcję muszę zmieniać i podważać ten syf co sam sobie zafundowałem do głowy…
Ja najczęściej z myślami mam tak, ostatnio testuję że jak myśl się “wymyśli” jakaś głupia to mówię sobie ze spokojem “ta myśl nie jest twoja, to jest coś przeczytanego z Internetu albo obejrzanego w filmie/telewizji” i raz dostałem olśnienia jak przyszła jakaś myśl i odczułem FIZYCZNIE że TO NIE MOJA MYŚL. Tylko coś przeczytanego w Internecie z 5 lat temu!!!
Albo myśli na jakiś temat. Dużo zauważyłem to jakieś automatyzmy się zrobiły. W sensie coś przeczytałem jak ktoś uważa coś na jakiś temat i ja to przyjąłem za swoje. Tylko że to NIE JEST MOJE :3

Co do oporu do dziewczyny – masz rację. To jest opór. Ja zauważyłem że przez poprzednią pracę gdzie mnie mobbingowali ja hmm odepchnąłem w pewnym sensie bezinteresowną POZYTYWNOŚĆ. W sensie zorbiłem sobie opór przed DAWANIEM. Dawaniem czegoś światu, ludziom. I dlatego czuje OPÓR przed uśmiechem do nieznajomej dziewczyny… nie chce jej czegoś DAĆ, nie idę z intencją MIŁOŚCI.
I tak, boje się odmowy bo będę CZUŁ się po tym źle… boje się EMOCJI a nie reakcji dziewczyny. Masz absolutną rację… boję się bardzo publicznego upokożenia bo w szkole miałem pewien okres że klasa się ze mnie wyśmiewała. Potem jak poszedłem do innej szkoły chcieli ze mnie zrobić debila klasowego. To chyba wtedy powstało u mnie wiele wypartych emocji żalu, smutku, gniewu i wstydu…

ssssw

a czy może miałbyś techniczne rady jak np. zagadać w autobusie, pociągu, na ulicy?

Podobne Wpisy:
Boję Się Zmian i Tego, Że Sobie z Nimi Nie Poradzę

Boję Się Zmian i Tego, Że Sobie z Nimi Nie Poradzę

Witam Cię serdecznie! Ostatnio jeden klient napisał mi w raporcie 2 stwierdzenia, które pojawiają się u bardzo wielu uzależnionych. Z tego powodu postanowiłem napisać o tym artykuł. Te stwierdzenia to: 1. Boję się zmian i tego, że sobie z nimi nie poradzę. 2. Dodatkowo jak już coś się zmieni to boje się powrotu do starego… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 58
Jakie są KORZYŚCI z nauki odczuwania przedstawionej na Blogu i Newsletterze?

Jakie są KORZYŚCI z nauki odczuwania przedstawionej na Blogu i Newsletterze?

Witam Cię serdecznie! Przed Tobą nietypowy artykuł. Jest długi ale poświęć proszę na niego swój czas i czytaj go bardzo uważnie. Wiem dobrze jak to jest czytać nawet bardzo wartościową wiedzę (nie znając tej wartości – nie rozpoznając jej) i nie mieć pojęcia co z nią zrobić lub cały czas zastanawiać się czy warto poświęcić… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 4
Facebook – Czyli 2 uzależnienia w 1

Facebook – Czyli 2 uzależnienia w 1

Dzisiejszy wpis poświęcę bardzo niepokojącemu zjawisku, mianowicie – większość mężczyzn, z którymi współpracuję powiedziała mi, że nakręcają się lub pornograficzny amok rozpoczyna u nich obejrzenie zdjęcia ładnej dziewczyny na Facebooku. Wszyscy wiemy jak działa fejs – uruchamiasz go i na dzień-dobry natrafiasz na ścianę – ścianę “newsów” różnego typu – od niegroźnych wpisów przez aktualizacje… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 19
Gorsze dni [WAŻNE!] (Część 2) – Rozwinięcie

Gorsze dni [WAŻNE!] (Część 2) – Rozwinięcie

Witam Cię serdecznie! Oto druga część serii o gorszych dniach. Część pierwszą znajdziesz klikając na link poniżej: ► Gorsze dni [WAŻNE!] (Część 1) – Wprowadzenie. Gorsze dni to coś zupełnie normalnego i spodziewanego. Ten, kto uważa, że tylko kobiety mają to raz w miesiącu, jest w błędzie. Ponadto – ból w okresie miesiączki jest bezpośrednio… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 2

WOLNOŚĆ OD PORNO