Dni
Godzin
Minut
Sekund

Ilość Wolnych Miejsc:
/

Witam Cię serdecznie!

Ostatnio jeden klient napisał mi w raporcie 2 stwierdzenia, które pojawiają się u bardzo wielu uzależnionych. Z tego powodu postanowiłem napisać o tym artykuł. Te stwierdzenia to:

1. Boję się zmian i tego, że sobie z nimi nie poradzę.

2. Dodatkowo jak już coś się zmieni to boje się powrotu do starego stanu.

Dodam do tego też jeszcze jedno stwierdzenie z tego komentarza:

Gdybym uwierzył, że jestem na tyle wartościowy to bym niepotrzebnie cierpiał, niskie poczucie wartości chroni mnie przed takimi sytuacjami.

Po pierwsze – widzimy wiarę w to, że emocje chronią. Nie tylko emocje ale też generalnie negatywne nastawienie, negatywny obraz siebie – tutaj np. niskie poczucie wartości chroni przed sytuacjami jak “upokorzenie przez kobiety”.

Jeden klient w wieku prawie 30-tu lat dopiero ode mnie usłyszał i zaobserwował to w swoim doświadczeniu, że ludzie reagują na nas pozytywnie, gdy my jesteśmy pozytywni (przypominam, że żyjemy na planecie, na której masa ludzi opiera się i nawet nie chce pozytywności, więc zawsze mówimy o prawdopodobieństwie – pozytywne nastawienie drastycznie zwiększa prawdopodobieństwo pozytywnych reakcji ale ich nie gwarantuje u każdego)! Dostrzegł prawdę.

Świat pokazuje nam nas samych.

Zresztą to co widzimy to tylko nasza percepcja, a nie rzeczywistość.

Nie tylko np. zachowania ludzi są odzwierciedleniem tego jacy my jesteśmy dla siebie i innych ale też nasze życie to reprezentacja – konsekwencja – naszych wyborów, intencji, decyzji, dążeń ale też zaniedbań, etc. A nie jakiś los, w który zostaliśmy wrzuceni i z którym musimy się zmagać, dać sobie z nim radę lub się męczyć.

Niech mi ktoś powie – jak negatywne może chronić przed negatywnym? A nie można się chronić tym, co jest pozytywne?

Więc – co to znaczy “boję się zmian”? Oznacza to, że nie chcemy zmian i lęku używamy jako usprawiedliwienia i pretekstu, by zmian uniknąć. Ale dlaczego nie chcemy zmian? Tym bardziej – dlaczego nie chcemy zmian na lepsze!? Ludzie nie chcą wyjść z uzależnienia i używają właśnie tego argumentu – że boją się, że sobie nie poradzą z nowym życiem. Przypominam, że nie radzisz sobie z dotychczasowym życiem i dążysz do destrukcji. Przecież 1 krok SA mówi wyraźnie, że przyznajemy, że nie mamy kontroli nad własnym życiem – to jest prawda. Więc widzimy absurd wmawiania sobie, że nie poradzimy sobie z lepszym, dojrzalszym życiem.

Tak naprawdę ludzie boją się uczuć związanych z nieznanym, pomyłkami, błędami, etc. Boimy się czuć. Ale paradoks polega na tym, że banie się to już odczuwanie. Co rzuca cień podejrzenia, że nie jest to problem w żaden sposób racjonalny. Jest to problem urojony.

Banie się jest bardzo wygodne. Bardzo komfortowe. Unikanie dzięki temu poczucia winy i wstydu jest niezwykle popularną strategią, z którą mam do czynienia u bardzo wielu klientów.

Uważamy, że lęk nas chroni. Ale jak to? Tutaj mamy wprost powiedziane, że mężczyzna ten boi się zmian na lepsze. Więc lęk go chroni przed zmianami na lepsze? No to go lęk nie chroni, tylko prędzej sabotuje zmiany na lepsze! Ale nie dziwne, że tak widzi – jego percepcja jest totalnie odwrócona – to co pozytywne widzi jako negatywne, a to co negatywne widzi jako pozytywne.

Tak żyją uzależnieni – negatywne – alkohol, porno, narkotyki – widzą jako pozytywne, a np. problemy w życiu czy samo życie widzą jako negatywne. A przecież problem może być pozytywny – bo wymusza na nas zmianę i sam z siebie stanowi niezależny punkt odniesienia – gdy problem rozwiążemy mamy niezbity i twardy dowód skuteczności naszych działań, zmian i korekt.

Ktoś dopiero po moich obszernych wyjaśnieniach zrozumiał, że rozwiązanie problemów w życiu jest lepsze, niż ich unikanie!

Zauważmy jednak jak wielu uzależnionych niepoprawnie rozumuje swoje działania – uważają, że np. porno i wódka pozwalają im na relaks i odstresowują. Ale nie rozumiejąc ani co się dzieje, ani co to jest stres, nie rozumieją, że nie ma żadnego odstresowania. Niemniej nie rozumiejąc tego uważają oglądanie porno i picie wódki za poprawne, skuteczne postępowanie. Tak nie jest.

Tutaj mężczyzna boi się, że nawet jak coś się zmieni, to wróci do tego co stare. Przede wszystkim – samo nic się nie zmieni. To niemożliwe. Natomiast zmiana oczywiście może mieć negatywną intencję – np. próbujemy tylko, na siłę, niechętnie, gotowi jesteśmy wycofać się przy każdym dyskomforcie i liczymy, że to nasze niechętne poświęcenie magicznie i trwale odmieni nasze życie. Tak nie jest. A jednocześnie boi się, że jak już ono będzie inne, to sobie z nim nie poradzi. Więc też widzi siebie jako ofiarę jakiegoś osobnego życia, które jakieś jest i trzeba sobie z nim poradzić.

Boimy się, że nasze poświęcenie, oddanie czasu, energii, etc. pójdzie na marne. To bardzo dziecinne spojrzenie na życie, bo wynika z grania ofiary – z grania malutkiego robaczka, który jest tu przypadkiem, za karę, który nie ma wartości, który musi walczyć z innymi o ograniczone ochłapy; który musi udowadniać swoją wartość, którego każdy może zranić, wykorzystać, okłamać.

Tak jak to mówi ten drugi mężczyzna, który od szkoły podstawowej doświadcza nieprzyjemnych sytuacji z innymi. Doszedł po latach do wniosku, że niskie poczucie wartości go chroni, a rozwiązaniem na jego niedolę jest chorobliwa niechęć do kobiet. Jak choroba może być rozwiązaniem na cokolwiek? Nie może być. Ale może stanowić pretekst i usprawiedliwienie dla grania ofiary, dowód i wytłumaczenie sobie własnej percepcji, której się uparcie trzymamy.

Nie widząc faktów pomylił przyczynę ze skutkiem. Tzw. “niskie poczucie wartości” jest fundamentalną przyczyną jego wszystkich problemów, które opisał. Ono do tego prowadzi. A że nie ma intencji korekty, to oczywiście w umyśle dostrzegł racjonalizację i to najbardziej absurdalną – że niskie poczucie wartości go chroni przed tym, co stanowi konsekwencję niskiego poczucia wartości. To jakby ktoś mówił, że uderzanie ręką w ścianę aż do złamania kości chroni go przed złamaniem kości w innej sytuacji. No ale kość już jest złamana.

Tak naprawdę powiedział, że konsekwencje tego jak żyje stanowią dla niego doskonały pretekst, by się nie zmieniać i zrzucać odpowiedzialność za to jak żyje. Łatwo dostrzec, że nie mówi w ogóle o tym jak żyje. Pomija to. Za to pojawiają się nawet oczekiwania – pyta czy nie zasłużył na szczerość?

Sam nie jest szczery.

Przypomnę fundament zdrowia – zdrowie to to jacy jesteśmy i jak żyjemy. To jak żyjemy musi być integralne z tym jacy jesteśmy.

Ludzie właśnie boją się, że nie zmieniając siebie, będą prowadzić nowe życie, które zawsze będzie nowe, nieznane, bardziej złożone, w którym będą tylko dodatkowe wyzwania, większe problemy, itd. A że nie radzą sobie z dotychczasowymi, no to oczywiście lękają się, że będzie tylko gorzej.

Tak przedstawiają sobie zmiany.

Pomijają przy tym najważniejszy czynnik – siebie.

Każda zmiana zaczyna się od wewnątrz.

Jeśli jej brakuje, to ewentualnie będziemy się zmagać, poświęcać, próbować coś robić ale niechętnie – będziemy dążyć do czegoś, czego wcale nie chcemy, czemu ewentualnie nadaliśmy tylko znamiona jakiegoś magicznego wydarzenia, które np. stanie się źródłem naszej nowej wizji siebie. Nie dziwne więc, że pojawia się lęk przed powrotem do tego, co stare. Czyli to lęk przed utratą tego źródła. A takiego źródła nie ma, bo nie może być.

Stracić można co najwyżej oczarowania, przywiązanie.

Czego nie można stracić? Czego nic i nikt nie może nam zabrać? Tego czym się staliśmy.

Gdy jesteśmy, nic i nikt nie może tego zmienić. I z tego pułapu wybieramy to, co uznajemy za dobre. To tylko kwestia wyboru. A jeśli chcemy dokonać lepszych wyborów, należy wzrosnąć w świadomości.

Bez tego, pojawią się takie bajkowe obawy – że się coś zmieni, a potem to się samo cofnie. To nie jest możliwe. Bo jesteśmy jedynymi kowalami własnego losu. Dopóki my nie wybierzemy, by się cofnąć, np. w formie regularnego dbania o porządek w domu, to z czasem znowu zaniedbamy dom. Żadne życie się samo nie cofnie.

Obawy te wynikają z takiej sekwencji widzenia – np. ciężko pracujemy przez wiele miesięcy, a nawet lat, by kupić sobie drogi, ekskluzywny samochód. W końcu go kupujemy. Ale okazuje się, że bardzo dużo pali, że serwis jest bardzo kosztowy oraz wszystkie części również. Co to oznacza? Oznacza to, że kupno takiego samochodu wymaga od nas utrzymania poziomu zarobków, które umożliwiły nam go kupić. Czyż nie?

Jeśli tego nie utrzymamy, naturalnie będzie się trzeba cofnąć do sytuacji sprzed jego kupna – by przestać wydawać duże kwoty wynikające z użytkowania tego samochodu. W czym leży problem? W tym, że nie jesteśmy w stanie utrzymać takiego poziomu zarobków. Dlaczego nie? No właśnie. I fundamentalne pytanie – jaką mieliśmy intencję kupna tego samochodu? Uważaliśmy, że da on nam radość, chęci do życia, przyjemność i dzięki niemu będzie się nam chciało tak ciężko pracować? I na bazie tej ekscytacji pracowaliśmy ciężko. A gdy już osiągnęliśmy nasz cel, zmieniliśmy nasze nastawienie do życia, do pracy. I przestaliśmy tak ciężko pracować.

To jak ludzie się poznają – na początku ubierają się tak jak się już potem nie ubiorą, chodzą w miejsca, w które potem już nigdy nie pójdą, są dla siebie tacy jacy potem nigdy już nie będą. A potem się dziwią, że gdy “czar prysł” to się im związek nie układa. No pewnie, bo się okazuje, że są to zupełnie dwie różne osoby, niż dały “się poznać”. Udawały, odgrywały scenki dla dobrego “pierwszego wrażenia”. Wielu rozsądnych uwodzicieli mówi jak ważna jest szczerość, uczciwość – integralność.

Kto udaje? Ten, kto się osądza, nie akceptuje siebie i swojego życia – tego co robi i ma. Ten, kto siebie uważa za niewystarczającego. Dlatego szuka magicznych sposobów na to, by oczarować – uwieść – kobietę. Ale oczywiście zazwyczaj boi się, że te sposoby nie zadziałają, a kobieta przejrzy go na wylot. Zazwyczaj widać gołym okiem kto aktorzy, a kto jest szczery.

Albo uważamy, że jakiś super tekst na podryw zadziała? Ja sam pamiętam jak kiedyś sobie szedłem ulicą. Generalnie wyglądałem jak milion dolców. Ale zupełnie nie miałem na celu podrywu. Szedłem chyba do jakiejś knajpy popracować. Podeszła do mnie dziewczyna i mówi, że mam fajny wisiorek. Podziękowałem, zamieniłem 2 słowa. Odeszła. Dopiero potem do mnie dotarło, że to był flirt. Co dużo mi uświadomiło. Gdyby powiedziała wprost, sam też w ogóle miałbym szansę dostosować się do tego – była ładna, więc może i bym poflirtował, umówił na kawkę. A my uważamy, że podejdziemy do spieszącej się kobiety, zapodamy jakiś wyuczony tekst i ona nagle porzuci wszystkie zmartwienia dnia, to na czym jest skupiona i zachwyci się kilkoma słowami?

Dlatego też w takiej sytuacji najpierw w ogóle dobrze jest odnieść się do rzeczywistości – “Hej, widzę, że się spieszysz, zajmę Ci dosłownie minutkę” – coś w tym stylu.

Ale znowu – jeśli wykażemy się przezornością tylko raz, a potem już ani razu, to szybko wyjdzie, że byliśmy nieszczerzy. I zapewne z randki nic nie będzie. Więc cofniemy się do tego co było. Czy lęk przed tym chroni? Lęk tylko oślepia nas – wierzymy w jakieś dramaty, tragedie oraz w to, że nas emocja chroni – a pomijamy całkowicie aspekt własnej nauki, rozwoju, doświadczenia. Pomijamy również rzecz najważniejszą – intencję oraz integralność. Pomijamy odpowiedzialność. Bo niezależnie co się stanie – np. w jaki sposób zareaguje kobieta – my mamy pełen wachlarz i gradient opcji – od skrajnie negatywnych po skrajnie pozytywne.

No bo – jaka jest kontynuacja? Zauważasz, że się spieszy. Potem np. pytasz co ją interesuje. Dajesz komplement, że ma ładne włosy/nogi/sukienkę. Potem wybierasz miejsce, w którym będzie jej komfortowo. Potem np. pomagasz zdjąć jej płaszcz. Dzwonisz i płacisz za taksówkę. Etc. Kiedy jest dobry czas żeby przestać się tak zachowywać? Odpowiadam – nie ma. Więc jeśli tego nie robisz naturalnie, chętnie, to się zaczniesz męczyć. A ona zobaczy nieszczerość.

Zaś jeśli nie chcemy być np. uprzejmi, mili dla kobiet naturalnie, to najlepiej byśmy się zajęli przyczynami.

Są 4 aspekty zmian:

1. Emocjonalny.

2. Rekontekstualizacja.

3. Intencja.

4. Działanie.

Większość ludzi tylko zmaga się z pierwszym. 2 i 3 nawet nie są świadomi. Czwarty próbują na siłę, na ślepo.

Ad. 1. Emocjonalny.

Emocje to emocje. Nic więcej. To energia, na którą nasze ciało i psychika reagują w jakiś sposób. Mentalizacja (którą większość ludzi błędnie nazywa myśleniem, a siebie stawia jako autora myślenia) racjonalizuje to co czujemy. Więc gdy czujemy lęk, to oczywiście zobaczymy myśli pełne lęku, wątpliwości – jak to “nie poradzę sobie”, “wrócę do tego co stare”. I nawet wiedząc, bo o tym tu przeczytaliśmy, że każda myśl kłamie, bardzo chętnie się nimi hipnotyzujemy, wierzymy w nie, a nawet używamy jako usprawiedliwienia.

Rozwiązanie – ignorowanie mentalnego bełkotu i pełne skupienie na uwalnianiu energii emocjonalnej. A uczestniczenie w świecie rozsądne – niezależne od myśli i od emocji.

Ale to nie wszystko. Bo mówię teraz stricte o obszarze emocji. Do tego dochodzi opieranie się emocjom, demonizacja, zakochanie w emocjonowaniu się, dojenie skrywanej przyjemności z emocjonowania się, projekcji, wypierania, nakręcanie się, ekspresja emocji i każda korzyść jaką mamy z trzymania i opierania się emocji – np. manipulowania winą, próby odstraszenia gniewem i wiele więcej. Ale to nie artykuł na ten temat.

To tylko emocje. A niejednokrotnie słyszałem od klientów, że woleliby chodzić nago po centrum miasta w godzinach szczytu, niż czuć emocje. Co pokazuje, że człowiek bez problemu zrobi wszystko, jeśli nie zwiąże z tym znienawidzonej emocjonalności. ;) Dlatego projekcja jest takim błędem. I dlatego uwalnianie nas uwalnia. A uwalnianie wymaga wzięcia pełnej odpowiedzialności za to co czujemy, odpuszczenie wszelkich osądów, nie opieranie się, no i decyzja, by przestać się emocjonować. A nie fantazjowanie o gejzerach energii.

Ad. 2. Rekontekstualizacja.

Musimy być w pełni świadomi jak widzimy dane zagadnienie. Tutaj mężczyzna uważa, że boi się zmian. To nie jest prawda. Wcale nie boi się zmian. Boi się ewentualnie jakichś konkretnych scenariuszy i związanych z nimi emocji.

Może być też fantazjowanie – że samo się coś zmieni, a potem samo się cofnie do tego jak było. To nie jest możliwe. Dopóki my nie dokonamy decyzji, by wrócić do tego, co stare, to samo nic nie wróci.

Jednak osoba doświadczona czyta między słowami – mężczyzna ten mówi, że nie jest gotów zrezygnować z przywiązania do czegoś dotychczasowego. Nie chce od tego odejść lub tylko puścić się przywiązania. Bo uważa, że jak puści się tego, to automatycznie to straci. Więc od razu boi się, że do tego wróci. Ale zupełnie nie jest świadomy przyczyn.

Tak nie jest, że jeśli odpuścimy przywiązanie do czegoś/kogoś, to to stracimy. Często wręcz przeciwnie.

A poza tym – nawet, gdybyśmy popełnili błąd i wrócili do tego co stare – co za problem spróbować ponownie? No właśnie. Problem polega na tym, że wcale nie chcemy. I zamierzamy z góry zatrzymać się na obwinianiu i wstydzie. A że te emocje już nosimy stłumione, ich odczucie jest gwarantowane w tej czy innej sytuacji. Dlatego zamierzamy tych wszystkich sytuacji uniknąć. Wliczając zmiany na lepsze.

Na czym polega rekontektualizacja? Korekta tego jak widzimy każdą składową problemu – emocje, decyzje, błędy, same zmiany. To korekta nadanej wartości, znaczenia, sensu. A nie można zmienić kontekstu, w którym widzimy np. dany problem bez pełnej świadomości w jakim kontekście widzimy go obecnie. Wliczając opór i przywiązania.

Zawsze zalecam, by być jak najbardziej precyzyjnym i konkretnym.

Np. jakiej KONKRETNEJ zmiany się boimy? Jak wygląda ten scenariusz, że się to zmieniło, a potem my sobie z tym nie radzimy? Jak wygląda scenariusz, że się wszystko cofa do tego co było? No zdarzy się to wszystko i co wtedy? Co to dla nas oznacza?

Bez konkretów pozostaniemy więźniem mentalnego jazgotu i emocji.

Tym bardziej jeśli uważamy, że nas jeszcze chronią przed jakąś tragedią.

No bo oczywiście można sobie powiedzieć, że lęk przed relacją chroni nas przed cierpieniem, gdy przeżyjemy razem 40 wspaniałych lat, a ta osoba w końcu umrze… Tylko czy takie przedstawienie sobie 40-tu lat wspólnego życia jest mądre? Przecież jest dużo ludzi, którzy uważają, że nic nie ma sensu, skoro ostatecznie i tak się umiera… Kalibracja kontekstu, w którym to twierdzenie ma sens jest na poziomie apatyczności.

Ad. 3. Intencja.

Intencja jest tym, gdzie dojdziemy w życiu czy w jakimś konkretnym zagadnieniu/obszarze.

Lęk przed powrotem do tego, co stare wynika z faktu, że trzymamy się czegoś i nie chcemy się tego puścić. Najczęściej jesteśmy do tego tylko przywiązani i tyle. Ale nieraz jest jeszcze efekt projekcji na to jakiejś nadmuchanej wartości, znaczenia i umieszczenie w tym źródła np. swojego bezpieczeństwa czy przeżycia.

Tak jak ten mężczyzna uznał, że niskie poczucie wartości jest źródłem chroniącym go przed zranieniem, upokorzeniem. Nie rozumie on, że niskie poczucie wartości samo w sobie to ranienie siebie i upokarzanie samego siebie. Świat odbija nam to w formie relacji z innymi. Bo to najskuteczniejsza forma ukazania nam nas samych.

Przypominam ze świata zwierząt – drapieżniki wybierają ze stada osobniki najsłabsze. A utrzymywanie niskiego poczucia wartości to słabość. Co automatycznie przyciąga do nas atak.

Lustro nie mówi nam “Przepraszam, teraz pokażę ci pryszcza na nosie. Jesteś na to gotowy/a? Na pewno? A może najpierw przygotuj sobie melissy?” Tylko jest BUM – i już widzimy pryszcza na nosie. ;)

Czy lustro nas rani? Czy chciało nas zranić? Nie. Ale jeśli poczuliśmy ból, to efekt tego, że sami siebie ranimy – np. formie osądzania, obwiniania.

Dlaczego religia mówi – “zostawić osądy Bogu”? Bo nie jesteśmy do tego zdolni. A gdy używamy tego narzędzia, to zazwyczaj w formie ranienia siebie. Potem oczywiście uważamy, że to inni nas ranią. Tak jak rodzic chroni małe dziecko przed zabawą np. nożem. Ale jeśli dziecko się uprze i będzie nierozważne, to się porani.

Ale nikt nie może nas zranić jeśli my się na to nie zgodzimy.

Co pokazuje, że te wszystkie lęki to tylko wygodne usprawiedliwieni i niechęć do rozwoju.

Musimy zrozumieć nareszcie jak wygląda natura tego, co nieuniknione – emocjonalności i mentalizacji.

Mentalizacja to nie jest myślenie!

Wszystko co widzimy w umyśle w stanie innym, niż spokój, to kłamstwa, to projekcje, to odwracanie kota ogonem, to racjonalizacje. To bełkot nie mający wartości. Ale oczywiście możemy tę wartość nadać, wierzyć, chronić jej. Niejeden się zabił, by tę wartość udowodnić…

Czy ktokolwiek mądry, rozwinięty, życzący innym dobrze powiedział kiedykolwiek – “niskie poczucie wartości chroni przed zranieniem”? Nie. Nikt mądry, rozwinięty nigdy tego nie powiedział. Skąd się więc to wzięło w umyśle? Wzięło się z prostego faktu natury mentalizacji – mentalizacja racjonalizuje to, co czujemy. Znajdzie do tego dowolną bzdurę, absurd, dowolny pretekst, w najbardziej zawistny, obłędny sposób zdeformuje kontekst, byle tylko podać racjonalizację dla tego co czujemy.

Weźmy ten lęk przed zmianą. Np. jako dzieci chcemy nauczyć się jeździć na rowerze. I co wtedy? Czego się boimy? Że spadniemy? Ok. To możliwe. Ale miliony dzieci spadło z roweru. Ja sam jak i moja siostra, gdy się nauczyliśmy jeździć już samemu, to upadaliśmy! Ja 2 razy złamałem lewą rękę spadając z roweru. Ale nawet to mnie nie powstrzymało, bo nie użyłem tego jako pretekstu i usprawiedliwienia, by odpuścić. Siostra raz zahamowała tak gwałtownie, że przeleciała przez kierownicę i solidnie obtarła sobie do krwi łokcie i kolana. Pobolało, popłakaliśmy. Ja ponosiłem gips kilka tygodni.

A potem co? Dalej jeździliśmy, tylko już mądrzej, bezpieczniej. Choć nie zawsze. ;)

Więc – czy lęk przed powrotem do tego co stare ma jakąkolwiek racjonalną podstawę? Oczywiście nie, bo to tylko nasza decyzja. Jeśli podejmiemy decyzję, by spróbować jeszcze raz, spróbujemy jeszcze raz. Gdy podejmiemy decyzję, by odpuścić, to odpuścimy. A jeśli pomimo odpuszczenia np. po miesiącu postanowimy jednak znowu spróbować, to znowu spróbujemy. Widzimy jak wygodnie zwala się odpowiedzialność na emocje? Człowiek w świadomości ofiary nie jest nawet świadomy, że tylko on wybiera.

Ok, oczywiście nie każdy scenariusz życiowy to obtarcie łokcia.

Jednak gdy poradzimy sobie z emocjonalnością, rekontekstualizujemy problem i naszą intencją będzie jego rozwiązanie czy przekroczenie, to to osiągniemy.

Pamiętajmy – buddyzm i religie nauczają od tysięcy lat, że każdy lęk to iluzja.

A my, jak niewinne, nieświadome i naiwne dzieci, nadajemy lękowi magiczne znamiona naszego opiekuna i ochroniarza. Kogoś, kto się o nas troszczy, wypatruje zagrożenia i nas przed nimi chroni… Na pewno? To dlaczego tak wiele ludzi mówi, że ich lęk paraliżuje? Wielu nie może spać “przez lęk”! To w końcu lęk pomaga czy szkodzi?

Lęk “przed zmianami” jest właśnie największym przeciwnikiem. Bo każda zmiana wymaga od nas ujawnienia tego co nieuświadomione – np. niechęci do zmian, nadawania sobie tak niskiej wartości, że każda zmiana też w naszych oczach wydaje się mieć niską lub zerową wartość. Ujawni się nasze przywiązanie, często cały szereg wymówek, racjonalizacji i usprawiedliwień.

Trzymanie się lęku jest tym, co gwarantuje, że pozostaniemy takim samym człowiekiem.

Każdy niezrealizowany cel, zamierzenie, niedotrzymanie słowa, każdy problem będą rosnąć, kumulować się. I choć nigdy nie będzie to definitywną blokadą nie do przejścia, rosnąć będzie dyskomfort oraz czas jaki będzie potrzebny, by się z tym zmierzyć, przejść to i odpuścić.

Przypominam – lęk to lęk i nic więcej. A to “przed zmianami” to tylko urojenie, projekcja, usprawiedliwienie – dorobiona historyjka do niekomfortowego uczucia.

Kiedy staniemy się silniejsi? Gdy będziemy fantazjować o podnoszeniu ciężarów? Gdy będziemy o nich dobrze myśleć? Gdy będziemy sobie afirmować jak to się super podnosi?

Czy gdy złapiemy ciężar, stękniemy, spocimy się ale go podniesiemy z trudzie i znoju wielokrotnie? A potem czekają zakwasy. I znowu należy to powtórzyć.

A gdy boimy się, że realnie możemy nie dać rady unieść tego ciężaru, to czy to koniec możliwości? Jeśli boimy się kontuzji, to czy ten lęk nas chroni?

A co ze zdrowym rozsądkiem? Czy nie możemy ćwiczyć z mniejszym ciężarem, aż się wzmocnimy na tyle, by ten większy ciężar bezpiecznie unieść?

Co więc oznacza ten “lęk przed zmianami” i “lęk przed tym, że wszystko wróci do tego jak było”? To podchodzimy do tego nierozsądnie. Patrzymy na to przez pryzmat emocji, którym nadajemy znamiona magicznych, wspierających życie i przychylnych nam duszków. Tak samo ta myśl “boję się zmian” uważamy, że nas chroni. Ale przed czym realnie nas chroni? Przed niczym.

Tylko my przedstawiliśmy sobie sprawę tak, że najlepszym wyborem pozostaje nam emocjonowanie się – banie i to wszystko. Tego, czego się boimy – nie ma i nigdy nie będzie O ILE sami tego nie wybierzemy.

Czy lęk chroni nas przed porażeniem prądem? A może jednak nie? Czy potrzebujemy lęku, by nie wsadzić ręki do kontaktu? Czy musimy się bać dużych napięć, by nie dać się śmiertelnie porazić prądem?

Zauważmy też to – boimy się wrócić do tego, co było. Ale już to jest! Więc co za problem nawet jeśli do tego wrócimy? A bo już mamy dla siebie przygotowany cały arsenał osądzania się, odzierania z godności, szacunku, ranienia się, obwiniania, wstydu. Zamiast docenić próbę, wyciągnąć wnioski, cieszyć się z doświadczenia, my tylko boimy się tego, co sami sobie chcemy uczynić… A nie lepiej sobie tego nie uczynić i przestać się tego bać?

Oczywiście jeśli zmiany lub powrót do tego co stare uznamy za symbol naszej porażki, nieudacznictwa, źródło wstydu i winy, które jak smród skunksa przykleją się do nas na resztę życia, to oczywiście, że będziemy woleli się bać i tego unikać za wszelką cenę. Ale znowu – nie lepiej tego sobie nie robić?

Gdy pracuję z ludźmi, to zawsze proszę, by przedstawili najczarniejszy scenariusz. Ten najgorszy. To, czego najbardziej nie chcą. I zawsze to tylko lęk przed emocjami. Tylko że te emocje już noszą w sobie. I jedyne co osiągają tym lękaniem się jest to, że zawsze się będą lękać. I tylko kwestią czasu jest, aż przydarzy się coś, co nas przyciśnie i z nas to wyciśnie. Jeśli cały czas się opieraliśmy, będziemy cierpieć. A pokusa uznania, że bolesne było to wydarzenie, które nas ścisnęło, że było złe, niesprawiedliwe, etc. będzie bardzo duża. I tym bardziej usprawiedliwione w naszych oczach stanie się unikanie tego już przez resztę życia.

Błędów szczególnie unikają ludzie mający masę stłumionej winy i wstydu oraz ludzie, którzy uwielbiają się osądzać, obwiniać, potępiać. Bardzo komfortowe jest unikanie błędów i wymyślanie sobie różnych usprawiedliwień. Odczuwanie wstydu i winy nie jest komfortowe. A gdy wielokrotnie ulegaliśmy pokusie osądzania się i potępiania, no to nie dziwne, że chcemy tego uniknąć. Bo osądzanie się wiąże się z nieuniknionymi, nieprzyjemnymi konsekwencjami.

Także unikanie błędów uniemożliwi nam dokonanie zmian. Trwałych – bo to zmiany siebie.

Korekta musi zawierać te 4 aspekty, które wymieniłem. Emocjonalny – bo w życiu głównie boimy się czuć. Gdy więc zaakceptujemy uczucia, uwolnimy te stłumione, przestaniemy je demonizować i projektować na świat, ludzi, wydarzenia, to przestaniemy ich unikać. To otworzy nam drzwi do rozwoju.

Rekontekstualizacja to usunięcie z naszej świadomości błędnej percepcji np. danego wydarzenia. Przestajemy projektować na nie stłumioną emocjonalność, przestajemy widzieć je takim, jakim nie jest – np. usuwamy z niego świadomość, że sukces przywróci nam naszą wartość. Sami już na starcie rezygnujemy z osądzania siebie i ograbiania z wartości, więc i korygujemy intencję – aspekt nr 3 – daną czynność zamierzamy już wykonać z pobudek pozytywnych, np. dodać wartość światu/rynkowi/związkowi.

Masy ludzi tylko chcą się poczuć dobrze/lepiej oraz uniknąć gorszego samopoczucia. Co samo w sobie uniemożliwia rozwój, zmiany, dokonywanie korekt. No bo jak możemy skorygować coś negatywnego w życiu (przecież nie korygujemy tego, co już jest pozytywne), jeśli nawet nie chcemy się z tym zmierzyć, wypieramy to, bo czujemy się z tym źle? Niekomfortowe (co nie oznacza “złe”) doświadczenie jest nieuniknione.

Jeśli będziemy unikać przyznania, że to my osądzamy siebie i jeszcze innych ludzi – jak ten drugi mężczyzna – wszystkie kobiety uważa za swoich oprawców, nie widząc totalnie swojej odpowiedzialności – no to nasze życie oczywiście, że stanie się udręką. No bo na każdym kroku będziemy spodziewać się ataku, odwetu, nieszczerości, prób wykorzystania nas, wyciśnięcia z nas pieniędzy, czasu, zabawy naszym kosztem, itd. I żyjemy tak, że te obawy staną się naszym doświadczeniem. Zawsze tak jest.

Banie się prowadzi do tego, czego się boimy.

A potem, gdy do tego dojdzie, szybciutko wyszukujemy sobie naszego oprawcę, kata i zrzucimy na niego całą odpowiedzialność.

Czy chętnie się do tego przyznamy i weźmiemy odpowiedzialność? Pewnie, że nie! Wielu nie zrobi tego nigdy, nawet po przeczytaniu tego artykułu i upadku na dno cierpienia. Będzie cały czas wybierać swoją rację. Ma do tego pełne prawo. Każdy jest wolny i może cierpieć.

Tylko naprawdę przynajmniej nie nadawajmy cierpieniu żadnego sensu. Czy jakiekolwiek cierpienie ma sens? Oczywiście nie. Czy jest potrzebne? Nie. Ale już tak to jest – jesteśmy tak uparci, tak się opieramy spokojowi, sukcesowi, radości, że dopiero, gdy się wycierpimy, powiemy sobie – “Dobra, wystarczy”.

Staram się dotrzeć do ludzi, wyjaśnić, że to, czego się boimy nie istnieje. Czy boimy się zmian? Czy boimy się powrotu do tego, co stare? Nie. Boimy się własnego osądzania za popełnione błędy, za to, że być może znowu wybierzemy lęk i pozorny komfort, niż zmierzenie się z nieznanym. Boimy się własnej egoistycznej, narcystycznej – zwierzęcej – natury. Bo ją wypieramy, demonizujemy, bo jej nie rozumiemy i nie chcemy. Stopień tej niechęci pokazuje nam religia – wymyślono sobie Szatana, który jest jakby koronnym uduchowieniem tego, co po prostu zwierzęce i co świat zwierząt pokazuje nam cały czas, cierpliwie i kochająco. Od 2000 lat zwykłe, zwierzęce zachowania ukazywane są jako demoniczne, za które jeszcze czeka wieczne potępienie! Wow!

Czy np. pomogło gniew nazwać grzechem i bać się kary? Rozejrzyjmy się. Gniewu nie ubyło na tej planecie. A pewnie jest kolosalnie więcej, chociażby dlatego, bo i ludzie jest coraz więcej. Oczywiście wielu stara się nie gniewać z obawy przed karą boską ale zazwyczaj jest to bezowocne zmaganie. I tylko kwestią czasu jest ponowne zdenerwowanie.

A każdy, kto poradził sobie z gniewem powie to samo – pomogła akceptacja gniewu, wzięcie pełnej odpowiedzialności, rozprawienie się z każdą pozycjonalnością utrzymującą nas na poziomie gniewu. Pomogło także cierpliwie uwalnianie stłumionej, zmagazynowanej energii gniewu. Pomogła rekontekstualizacja uraz, przeszłości, błędów. Pomogło wybranie odwagi, by zmierzyć się z dyskomfortem, by rozwiązać swoje problemy, by zrealizować swoje marzenia. Bo to wszystko zmienia się w rosnącą frustrację. Nagle okazuje się, że problemu w ogóle nie było poza nami! Nagle dostrzeżemy, że nikt nas nigdy nie zdenerwował, a denerwowanie się na innych było tylko efektem naszej niedojrzałości i grania ofiary.

Robiliśmy to, bo bardzo chętnie jeszcze trzymaliśmy się naszej zwierzęcej natury, która nie ma problemu, by zrzucić nas ze skały za kapkę dumy z własnej racji. Pewnie, że lepiej wymyślić sobie Szatana i modlić się w kółko o ochronę przed tym zewnętrznym przeciwnikiem. Albo uznać, że nas emocje chronią. Choć jednocześnie boimy się ich czuć (lęk to też emocja), osądzamy się o nie, używamy ich do ranienia siebie, próbujemy manipulować innymi (zazwyczaj poczuciem winy, którego się chętnie trzymamy, a potem mówimy, że się boimy, że inni nas osądzą).

Gdy uświadomimy sobie ten cały i WEWNĘTRZNY cyrk, trudno jest nam potem się nie śmiać z tego. Bo to dziecinada.

A potem jeszcze zaczynamy dostrzegać, że być może 99% tego, co robiliśmy było uciekaniem od emocji i próbami zmiany tego co czujemy i niczym więcej… czyli próbowaliśmy wziąć ze świata lepsze samo+poczucie. Co oczywiście nie oznacza, że to co czujemy ma cokolwiek wspólnego z nami. Ale chodzi o to, że to co czujemy ma źródło w nas.

Kluczem, jak zwykle, jest radykalna uczciwość.

Dobrze, boimy się. Ale czy mimo to jesteśmy gotowi zmierzyć się z lękiem i spróbować? Lęk już czujesz. Już jest. I każda myśl jaką wtedy widzisz w umyśle – kłamie. Nie jest prawdziwa. Bo tylko racjonalizuje lęk. A gdy energię lęku uwolnisz, te myśli zmienią się automatycznie. Więc nie ma sensu się w nie wpatrywać. Ale oczywiście ten sens możesz nadać, jeśli priorytetem jest ucieczka od lęku.

Na koniec jeszcze odpowiem – czy nie poradzimy sobie ze zmianami? Oczywiście nie. Jeśli pozostaniemy takim człowiekiem jak sprzed zmiany, to po zmianie ją sabotujemy. Czasem zajmie to rok, czasem 5 lat, czasem 5 minut. A jeśli się rozwiniemy, to nawet gdy coś schrzanimy, bo przecież nowe jest nowe, odbudujemy to, naprawimy lub powtórzymy sukces.

Zauważmy, że zdanie na prawo jazdy nie czyni z nas super kierowcy. To dopiero początek realnego doświadczenia, nauki przez doświadczenie. Zawarcie małżeństwa to może już zaawansowana relacja ale to nadal początek małżeństwa – początek czegoś nowego.

Może przed małżeństwem pewne rzeczy, które nas frustrowały u drugiej strony były przez nas wypierane czy ignorowane. Ale teraz jest moment, by się z nimi rozprawić. Wielu robi to tak, że zmienia partnerkę/partnera. ;)

Rozwój świadomości to fundament.

Bowiem to nie tylko usunięcie tego, czym blokujemy energię, chęć, radość, spokój, odwagę ale też to wybór odpowiedzialności za swoje życie. Jeśli będziemy żyć na poziomie np. lęku, to oczywiście pragnienie zmiany wydaje się ok. Ale pragnienie to tylko pragnienie, nic więcej. Masy ludzi utknęły w fantazjowaniu. Można się wkurzyć na siebie, co jeszcze podniesie nasz poziom. Wielu wtedy wykonuje pewne kroki. Ale gniew się wyczerpuje. I co wtedy? Znowu spadamy na lęk. Zaczynamy pragnąć zmiany, a gdy widzimy, że nasz zryw się nie powiódł, może nawet jeszcze bardziej spadniemy, bo zaczniemy się użalać i obwiniać.

Ale jeśli rozprawimy się z tym wszystkim czym ograniczamy odwagę, to staniemy się odważni. Nie będą już potrzebne zrywy, fantazjowanie, zmuszanie, pragnienie, gniewanie na siebie za brak działań i apatię. Będziemy spokojnie żyć na wyższym poziomie.

Wbrew pozorom osoba, która mówi, że się boi zmian, nie uznaje lęku. Trzyma się go. Więc wcale się nie boi, tylko emocjonuje strachem. No niech mi ktoś wytłumaczy – jak można się bać czegoś, czego nie ma? Rozumiem jakby zmiana już była – np. budzimy się, a obok 2 piękne, nagie kobiety. Co z tym fantem dalej począć!? >:)

Mężczyzna, z którym rozmawiałem na temat jego obaw pozwolił udostępnić naszą rozmowę. Oto ona, rozbita na kilka wątków. Zwróć uwagę ile jest wątpliwości, pytań, by w ogóle zacząć. Czy człowiek, który do zdrowia podchodzi z taką rezerwą może prowadzić zdrowe, normalne, radosne, satysfakcjonujące życie?

1.

Dziękuję za ciekawe artykuły. To, co piszesz rzeczywiście ma “ręce i nogi”.
Dziękuję za miłe słowa! Nie dlatego dziękuję, że potwierdzasz mi to, tylko za to, że to w jaki sposób o tym piszę, dociera do innych.
To dla mnie bardzo ważne, że wiem, że piszę w sposób zrozumiały.
Tych elementów, które powodują wpadanie w pętlę nawyku jest naprawdę dużo.
Nic nie powoduje pętli nawyku.
To nie jest coś, co się dzieje samo.
Właśnie kluczem zrozumienia jest ŚWIADOMOŚĆ, że Ty to wybierasz. A wybierasz to, bo masz z tego korzyści.
To się tylko wydaje pętlami, mechanizmami, itd., bo tak jesteśmy nieświadomi własnych decyzji. Często nieświadomość jest strategią tego, by ukrywać te korzyści i grać ofiarę. Bo z grania ofiary też mamy korzyści.
A świadomość korzyści – rzucenie na nich światła – to jak z cieniem – cień znika. Już nie możemy np. denerwować się na kogoś, bo wiemy, że problem leży tylko w nas.
Niewyspanie,
Tutaj od razu zaznaczę – niewyspanie o ile samo z siebie stanowi problem, to ważne, by zająć się PRZYCZYNAMI.
A mogą być różne.
kac,
Tutaj też – ważne są przyczyny kaca.
Alkohol to jedna z tych rzeczy, z której trzeba koniecznie zrezygnować przynajmniej na jakiś czas.
Jeśli chcesz już nie mieć z alkoholem problemów – pijesz, gdy tego nie potrzebujesz. Gdy potrzebujesz, to nie pijesz. ;)
nerwy,
Nie ma czegoś takiego.
Nerwowość, to częsty wybór gniewania się lub ciągłe zmaganie się, by nie czuć gniewu. Co oczywiście niewiele daje.
osamotnienie,
To tylko osąd. W rzeczywistości mógłbyś być w domu z żoną i dziećmi i też sobie przedstawić swoją sytuację tak, że “czułbyś się samotny”.
Bo nie ma takiego uczucia.
Osądzasz swoją sytuację i widzisz siebie jako niewystarczającego, niekompletnego. A to co czujesz można przeanalizować i nazwać konkretnie. Wtedy można się tym zająć.
wspomnienia,
Ciągły proces myślowy. Aby żyć w spokoju, trzeba się od tego odkleić. Bo to się nigdy nie skończy.
I to nie wspomnienia, tylko “mielenie” w kółko tego samego przez mentalizację.
tęsknota i inne. Dostrzegam je u siebie, choć wyłapać je wszystkie jest niezwykle trudno.
Dlaczego trudno?
Czasem jest wręcz tak, że mam bardzo silne pragnienie sięgnięcia po filmy, a nawet nie wiem dlaczego.
Bo nie jesteś tego świadomy. :) I już od Modułu 2 właśnie tym się zajmujemy – poprzez notatki zaczynamy analizować sytuację.
I pamiętaj – nie ma “silnego pragnienia” obejrzenia porno.
TY TEGO W PEWNYCH OKOLICZNOŚCIACH BARDZO CHCESZ, BO…
Zarówno trzeba przyjrzeć się okolicznościom jak i tego, co chcesz osiągnąć przez porno.
Jak tak spoglądam na to moje uzależnienie to jestem przekonany, że już nigdy z niego nie wyjdę.
I masz rację. :)
Bo z uzależnienia się nie wychodzi.
Uzależnienie to niska jakość życia i próby nieefektywnych, szkodliwych prób radzenia sobie z konsekwencjami takiego życia – zarówno tych skumulowanych jak i biężących.
Może po prostu nie chcę?
Na pewno są aspekty, z którymi na razie nie chcesz się zmierzyć.
Nie szkodzi.
Można porównać to do tego, że zabarykadowałeś swoje drzwi radości, spokoju, zdrowia różnymi rzeczami. Pewne jesteś w stanie unieść czy przesunąć. Ale niektórych nie, bo np. za dużo ważą lub Ty osłabłeś przez lata. A niektórych nie chcesz.
I tylko próbujesz przez te drzwi przejść siłą, napierasz na nie. A one ani drgną. Dlaczego?
Bo nie otwierają się do przodu, tylko je trzeba przyciągnąć. Więc żadna siła nic tu nie wskóra, a żeby je spokojnie otworzyć do siebie, trzeba usunąć to wszytko, co przed nimi leży.
No i nie można dorzucać nowych.
Jest taka “cząstka we mnie”, która chce rozwiązać ten problem,
Nie.
Cząstka nie chce. Cały TY – chcesz.
Tylko właśnie całe życie utożsamiałeś się z tą małą cząstką, że nieograniczonego Siebie postrzegałeś jako to małe coś, słabe, bezwartościowe, etc.
a z drugiej strony przy najbliższej okazji wpadam ponownie w to samo.
Bo nieograniczony Ty jesteś na takim poziomie rozwoju, że w pełni utożsmiasz się ze swoją zwierzęcością – wliczając emocjonalność, którą zapewne zdemonizowałeś i robisz wszystko, by jej unikać i od niej uciekać.
Być może dlatego, że w głębi serca chcę to zrobić?
Nie w głębi serca. Nie ma czegoś takiego.
Serce nie ma żadnej głębi.
Problem można bardzo precyzyjnie porównać do nieba. Słońce – potężne, nieskończone – świeci cały czas. Problem stanowi to, że przesłaniają je chmury.
Nie ma tu żadnej głębi, cudów, cuda-wianków.
Nie chcesz tego robić w żadnej głębi serca, tylko na razie nie jesteś świadom w jakich okolicznościach uznajesz obejrzenie porno za najlepszy wybór, ani nie jesteś świadom korzyści jakie z tego masz.
Dopiero zacząłeś to obserwować – np. tęsknota.
Oczywiście, że nie zrezygnujesz z oglądania porno, dopóki nie rozwikłasz tematu tęsknoty.
Przede wszystkim – czy jest ona do czegokolwiek potrzebna? Nie. Ale możesz z niej coś doić. To jest tzw. pozycjonalność, którymi zajmujemy się w Module 5.
A nawet nie to jest pozycjonalność, tylko to zbiorcza nazwa dla pewnych postaw (tak jak “stres” to tylko zbiorcza nazwa dla pewnych elementów).
image.png
Zobacz tabelkę dla świadomości utrzymującej nas w żalu.
Problem stanowi to, że do elementów po lewej się przywiązaliśmy, elementom po prawej się opieramy.
Co być z tego wybrał jako tę “tęsknotę”?
Oczywiście elementy mogą być z też z innych tabelek – jest ich 8.
Ja bym wybrał tu przylgnięcie, życie przeszłością, nadzieja na zmianę, błaganie, postrzeganie straty, odmowa, zaprzeczanie, poczucie pustki. Hmm, tak na oko z 80%. ;)
Nie dziwne, że wydaje się niemożliwe wyjście z uzależnienia jeśli tak błędnie, w bardzo ograniczony i często niepoprawny sposób widzimy swoje problemy.
Szczególnie, gdy uważamy tylko, że mamy jakąś chorobę uzależnienia, którą musimy wyleczyć. Tak nie jest.
Ta tabelka pokazuje jak żyjemy, że nawet cały czas odczuwamy żal. I to JAK ŻYJEMY, należy skorygować.
Czyli np. odpuścić przywiązanie do postrzegania swojego życia czy nawet życia w ogóle jako pełnego problemów, zaprzestanie dojenia z tego skrywanej przyjemności i odpuszczenie oporu do rozwiązań. Wybór, by je widzieć. Bo życie jest pełne rozwiązań.
12 kroków uczą w modlitwie, by modlić się o to, by mieć odwagę do zmiany tego, co możemy zmienić, cierpliwość, by zaakceptować to, czego zmienić nie możemy i mądrość, by odróżnić jedno od drugiego.
Nawet to, czego zmienić nie możemy ma rozwiązanie – zaakceptować to, pogodzić się. Czego nie możemy zmienić? A tego, że pewnego dnia umrzemy. Możemy się tego bać, być przerażonym, rozpaczać, że życie jest niesprawiedliwe. A możemy to w pełni zaakceptować, zrozumieć, że to naturalny element doświadczenia w ciele i śmierć wcale nie jest związana z cierpieniem. Na co dowodem jest to, że pęknięte ulubione spodnie czasem mogą stać się źródłem cierpienia i frustracji. Jak to rozwiązujemy? Odpuszczając opór i dojenie skrywanej gorzkiej przyjemności z emocjonowania się dziurą w spodniach. Odpuszczamy nadawanie tym spodniom ogromnej wartości, odpuszczamy przywiązanie – przestajemy widzieć spodnie jako “MOJE spodnie”, tylko “TE spodnie”.
A dziura w jakichś tam spodniach nie gra żadnej roli, nie ma żadnego znaczenia.
Ale jeśli będziesz wypierał, że np. uwielbiasz odmawiać rozwiązywania jakichś problemów czy zaprzeczasz, że je masz – no to nie ma magicznej sztuczki, która tu pomoże. Jednak może pewnego dnia spojrzysz na taką tabelkę, głęboko westchniesz i powiesz – “no dobra, przyznaję to”. I bum! Znowu ruszysz dalej.
Jak bazować na woli, skoro wola nie chce współpracować?
Wola nie ma woli. ;)
Wola nie jest jakimś osobnym czynnikiem. Jesteś Ty. TY nie chcesz czegoś rozwiązać, zmierzyć się, etc.
Być może wolą nazywasz myśli. W WoP dowiesz się w pełni co to są myśli, proces myślenia i mentalizacji.
Skąd pomysł, że należy bazować na woli?
Tzw. siła woli ma taki potencjał jak poziom świadomości. Więc człowiek żyjący odważnie ma kolosalnie większy potencjał do nie ulegania pokusom, dotrzymywania słowa, etc., co można dość nieprecyzyjnie nazywać “wolą”, niż człowiek żyjący np. wiecznym pragnieniu, pożądliwości, chceniu. Wbrew pozorom pożądliwość wcale nie jest taka dobra. Zresztą sam problem uzależnienia właśnie zawiera się w pożądliwości. I jakie ma to przełożenie na poprawę? Marną. Zgadza się?
Bo jak np. żyjesz w tej tęsknocie to czy pożądliwość pomaga, czy raczej szkodzi? Oczywiście szkodzi.
Co pomoże? Odwaga, powiedzenie prawdy, gotowość, by w ogóle spojrzeć na fakty. A to na razie nie wymaga żadnej siły. Tylko decyzji.
Mam już tego serdecznie dosyć. Strasznie mnie to męczy i często wszystkiego się odechciewa.
Bo to jest też jeden z głównych aspektów utrzymujących Cię tam, gdzie jesteś.
Tym bardziej dziękuję za artykuły. Jestem zainteresowany udziałem w kursie WOP, bo wiem, że sam z tego bagna nie wyjdę.
To nie jest bagno.
To elementy zwierzęcej natury jak i konsekwencje decyzji podejmowanych o te elementy. ;)
“Bagno” może się zrobić, gdy spróbujemy wytrzeć plamę na podłodze ścierką, na której jest ta sama plama. ;) Pomoże? Niby ruchy, które powinny wyczyścić plamę, a tu się okazuje, że jest teraz dużo większa.
Czy naprawdę tak wiele osób wyszło z uzależnienia pod Twoją opieką?
Większość jest na tej drodze.
Mało osób zdaje sobie sprawę, że najtrudniejsze jest podjęcie decyzji, by zrobić wszystko, aby wyzdrowieć – aby wejść na tę drogę.
Zdrowie to nie jest “nie oglądanie porno”, tylko rozprawienie się z tym wszystkim, przez co je oglądaliśmy.
A czasem nawet po roku, jak w moim przypadku, czy więcej, mogą pojawić się elementy wyparte, zapomniane czy takie, których unikaliśmy nawet nie będąc tego świadomym, a z którymi zmierzyła nas np. jakaś trudna sytuacja jak kryzys.
WoP jest jak nauka prawa jazdy. To nie jest tak, że zdajesz egzamin i po temacie.
Zdrowie to to jak żyjesz.
WoP to nie jest jakiś kult czy organizacja, w której musisz być przez resztę życia. To masa informacji o naturze życia jako istota ludzka, rzeczywistości, każdym aspekcie jak emocje, myśli, podświadomość i wiele, wiele więcej.
Na początku poznajesz to w formie ćwiczeń i narzędzi ale z czasem zaczynasz wdrażać to jako normę w swoim życiu.
Więc np. – częsty temat – stres. Najpierw korzystasz z elementarnych narzędzi. Następnie w ogóle dowiadujesz się czym jest stres. Mając wiedzę i narzędzia, potrzebna jest jeszcze szczerość, uczciwość i decyzja, by ten temat rozwiązać.
I jeśli go rozwiążesz, to jeśli znowu wybierzesz, aby się stresować lub grać ofiarę powiedzmy – pracy, którą nadal zamierzasz uważać za stresującą – pozostaniesz uzależniony.
Powiem tak – wydaje mi się, że około połowa klientów radzi sobie bardzo, bardzo dobrze. Biorąc pod uwagę, że uzależnienie to jeden z najbardziej zdradliwych, trudnych i nierozumianych problemów na tej planecie, to bardzo dobry wynik.
A reszta?
Ważne, by zrozumieć, że każdy człowiek jest przede wszystkim na innym poziomie świadomości. Ba, wobec różnych tematów, obszarów i problemów w życiu możemy być nawet na diametralnie innych poziomach – np. wobec pracy możemy być na poziomie gniewu czy dumy, wobec seksualności na poziomie wstydu, a może raz wstydu, a raz lęku, a wobec hobby na poziomie ochoty.
Jak zmieniło się ich życie?
Zmienili tyle, ile wybrali zmienić.
Życie się samo nie zmienia. Życie to konsekwencja naszych decyzji, intencji, zaangażowania, pielęgnacji, zaniedbań, etc.
Nie ma oddzielonego od Ciebie jakiegoś zewnętrznego życia, ani tym bardziej losu, na które nie masz wpływu.
Jesteś kowalem swojego losu. Jesteś jedynym, który go kuje.
Weź pod uwagę, że to Program internetowy, wliczając współpracę jeśli ją wybierzesz. Ma to ogromne zalety, szczególnie bardzo pomaga wielu klientom otworzyć się, powiedzieć prawdę. Niejeden powiedział mi, że wyznał mi sprawy, którymi nie podzielił się nawet z terapeutą. Ale ma też duże wady, które jednak są wspólne nawet dla terapii na żywo – ani ja, ani terapeuta z nikim nie są 24/7.
Nawet gdy rozmawiamy ja nigdy nie mogę mieć pewności, że np. mówisz prawdę lub to, co robisz, robisz z dobrą intencją. Bo nawet jak kupisz dziewczynie czy żonie kwiaty na dzień kobiet ale z intencją, by nie truła dupy ;) , a nie z miłości, to prędzej czy później ta relacja, w której pozornie ROBISZ wszystko ok, może zacząć mieć kłopoty, a kobieta nie będzie zadowolona. Wielu facetów mówi, że nie rozumieją kobiet, bo robią wszystko ok, a one dalej niezadowolone. Bo problem nie leży w tym co ROBIMY ale z jakich powodów, intencji, do czego dążymy.
To oczywiście duże uproszczenie i nie jest to jakieś magiczne wytłumaczenie każdej takiej sytuacji ale generalnie od tego zawsze zaczynam analizę.
Dlatego od samego początku podkreślam i mówię wszystkim – zdrowie to nie “przerobienie WoP”. Zdrowie to to jak żyjemy.
W grupach AA mówi się – “ty mi nie mów jakimi sposobami zdrowiejesz, ty mi powiedz jak żyjesz”.
Bardzo wielu podchodzi do WoP, że porobią sobie WoP i oczekują, że się samo coś zmieni. Niektórzy mówili mi, że oczekiwali, że ja za nich wyzdrowieję. ;)
Rekord to chyba po 2.5 roku jeden mężczyzna powiedział mi, że 3 razy robił WoP i dopiero za czwartym postanowił naprawdę zacząć korygować to jak żyje, a nie “przerabiać WoP”.
Tak jak z nauką jazdy – uczysz się jeździć, a potem jeździsz. Jednak nikt przecież nie jest mistrzem kierownicy po zdaniu na prawo jazdy. Po zdaniu jesteśmy mega zieloni, niedoświadczeni. I dopiero zaczyna się prawdziwa nauka – praktyka w swoim życiu.
Z WoP jest bardzo podobnie – przechodząc przez kolejne Moduły uczymy się, korzystamy z narzędzi, obserwujemy ich wpływ, etc.
Ale najważniejsze to – obserwujemy przede wszystkim jak żyjemy. Bo tu potrzebne są korekty – w tym jak już żyjemy, jakie decyzje podejmujemy, dlaczego, w jakich okolicznościach, z jakimi intencjami, a niektórzy w ogóle dopiero zaczynają widzieć, że pewne sprawy to faktycznie ich decyzje. Masa ludzi gra ofiarę np. myśli – mówią, że myśli ciągną ich do porno. A to nie jest prawda.
Życie wcale nie musi się zmienić dużo. To, co należy zmienić to swoją percepcję swojego życia – przede wszystkim przestać je osądzać, jak i siebie, skorygować intencje, zacząć mierzyć się z emocjonalnością, której trzymaniem się lub opieraniem zaniedbujemy jakieś obszary swojego życia.
Ostatecznie celem jest spokój i zadowolenie. A wszystko co zmienimy, to kwestia spokojnej decyzji.
Nie musisz zmienić swojego życia, by żyć zdrowo – z wyłączeniem tego wszystkiego, co robisz ze szkodą dla siebie.
Więc jeśli masz pracę, w której się stresujesz, to niekoniecznie trzeba zmienić pracę. Trzeba zmienić swoje podejście do pracy, to jak pracujesz, etc.
Ale jeśli w pracy masz negatywne towarzystwo, to wtedy zalecam, by pracę zmienić. Bo bardzo trudno nie tylko szczególnie wyzdrowieć, ale żyć pozytywnie, gdy naokoło są ludzie negatywni.
Albo – granie na komputerze. Nikomu tego nie zabraniam, nie mówię, że trzeba przestać. CHYBA ŻE gramy, by unikać dyskomfortu, opieramy się, boimy czegoś i wolimy to odsuwać od siebie i aby się nie winić, zaczynamy grać, etc.
Więc wtedy warto na pewien czas odpuścić granie, by rozwiązać te problemy.
Zobacz różnicę – obwiniasz się, boisz, opierasz, stresujesz jakimś tematem i żeby od tego “uciec” grasz godzinami dziennie lub oglądasz porno.
A dlaczego by nie przyznać spokojnie, że tego tematu nie chcesz rozwiązać i zajmiesz się nim np. za miesiąc? I tyle! A przez ten czas warstwa po warstwie mierzysz się z emocjami, korygujesz swoje nastawienie, obserwujesz czego tak naprawdę się boisz, etc.
I po tym miesiącu będziesz po prostu podekscytowany, że to nareszcie rozwiążesz czy zmienisz! Ba! Zapewne i szybciej.
Ale są też tematy, że niektórzy i po roku nie chcą się ich nawet tknąć.
Efekty zależą w głównej mierze od uczciwości. Bo jest kolosalna różnica w powiedzeniu “nie mogę”, gdy prawda brzmi – “nie chcę, bo się boję”.
Jeśli uparcie będziemy twierdzić, że nie możemy, no to nie ma magika, ani sztuczki, która tu pomoże.
Co pokazuje, że “zmiana życia” i “wyzdrowienie z uzależnienia” to jedno i to samo. Tylko jak mówię – nie oznacza to, że masz wyjechać w Himalaje. ;) Zmieniasz to jak ŻYJESZ, czyli jaki JESTEŚ.
Ewentualne zmiany w tym co ROBISZ i MASZ mogą nastąpić. Ale będą naturalną konsekwencją zmiany SIEBIE.
Każde doświadczenie jest subiektywne – jeden napisał mi, że wyszedł z półmilionowego długu i nadal nie jest jeszcze zadowolony.
A drugi był w szoku i był niesłychanie podekscytowany, bo dostrzegł, że ludzie reagują na niego dużo lepiej, gdy jest uśmiechnięty i uprzejmy.
Więc przekrój doświadczeń jest kolosalny. Nie da się tu generalizować.
Gdybyśmy zaczęli współpracę, to powoli będziemy analizować właśnie to jak żyjesz, czego się boisz zmienić, czego jeszcze nie chcesz, czego się wstydzisz, za co obwiniasz, czego nie akceptujesz, co wypierasz, czego/kogo ofiarę grasz i to wszystko, czego konsekwencją są niskie emocje, negatywne myśli, ból, napięcie, nawet cierpienie. I krok za krokiem zaczniemy się z tym (Ty zaczniesz ;) ) zajmować, mierzyć.
Oczywiście to nie jest skok bez spadochronu na bańkę. ;)

2.

Boję się trochę, że kurs będzie kolidował z moimi obowiązkami (mam ich sporo). Jak zająć się wyjściem z p-grafii skoro tyle obowiązków?
Jakie są to obowiązki?
Ile z nich jest naprawdę ważnych?
Mówisz o jednej z najpoważniejszych dolegliwości. Musi stanowić główny priorytet w życiu, by wyzdrowieć.
Jednocześnie zdrowie to to jak żyjesz. Dostrzeżesz, że zdrowienie to jest to jak żyjesz. Więc “robisz to” w trakcie swoich codziennych spraw. Tylko np. zamiast “muszę iść do pracy i pracować dla tego gnojka” zaczynasz pracować z nastawieniem – “genialnie, że mam pracę, że mam pieniążki”.
W jaki sposób wg Ciebie kurs ma kolidować z obowiązkami?
W filmach wyjaśniałem, że na sam kurs, wyłączając czytanie potrzebować będziesz dziennie 15-30 minut.
A treść modułów rozbijasz sobie na to ile realnie możesz na to poświęcić. Ja zalecam np. na Moduł 4 dni lub 7. Mam jednego klienta, który uczciwie przerabia powoli i potrzebuje na każdy 3 tygodnie. I jest ok. Robi to, regularnie przysyła raporty.
Ile jesteś w stanie na spokojnie dziennie przeczytać stron worda? 5? Jeśli 5, to od razu wiesz ile Ci zejdzie z danym modułem. Piszesz mi o tym i problem rozwiązany.
A potem te 15-30 minut możesz oczywiście dalej kontynuować ale dobrze, byś wplatał to w te sytuacje, okoliczności, problemy i działania, w których pomogą.
Bo nie wyzdrowiejesz przerabianiem kursu, tylko wdrożeniem tej wiedzy i umiejętności w swoim życiu.
Dostrzeżesz też, że masę czasu marnujesz i poświęcasz na to, co jest przeciwieństwem zdrowia – np. zamartwianie się, fantazjowanie, stresowanie, męczenie, zmuszanie, odkładanie, przekładanie, męczenie się, denerwowanie, frustrowanie. rozpamiętywanie czy zwykłe uciekanie.
Więc stosując to, czego się dowiesz, być może zyskasz dużo czasu.

Skoro chodzi o zmianę życia, to faktycznie trzeba bardziej wprowadzać w nie zmiany, a nie tylko mechanicznie analizować treść programu. Najgorszą rzeczą która mnie ogranicza, by zacząć zmiany jest to, że cholernie się boję. Nie jestem zadowolony z życia, a z drugiej strony ciężko wprowadzać zmiany, bo nie wiem jak to wszystko może wyglądać w przyszłości. Boję się ryzyka. Boję się że się nie uda, że tylko stracę czas, że to po prostu kolejna obietnica lepszego życia bez pokrycia. Chcę zmian, bo ciężko mi jest żyć tak jak teraz, ale z drugiej strony tych zmian się boję. Paradoks, co nie?
Nie, to nie jest paradoks.
Tak wygląda mentalizacja – niekonstruktywny proces myślowy oparty o lęk.
Nie ma z tego wyjścia.
Dlatego trzeba uwolnić energię lęku, wejść w to, co sądzimy, że stanowi jego źródło i rozpoznać, że to była iluzja.
Gdy poradzisz sobie z samym lękiem, rozwiązanie, którego nie możesz teraz dostrzec, stanie się oczywiste.
Jak sam mówisz – boisz się. To cały problem. Nie ma tu żadnego paradoksu.
Paradoksalne wydają się myśli, bo to mentalny bełkot, który gubi się sam w sobie. Źle Ci się żyje ale boisz się zmian.
Więc przywiązałeś się do dyskomfortu, który znasz, bo opierasz się dyskomfortowi, którego nie znasz.
A obietnice? Ja Ci nie mogę obiecać decyzji jakie podejmiesz. Ty je podejmiesz. Jak ich nie podejmiesz, to ich nie podejmiesz.
Ja nie mogę Ci obiecać lepszego życia. Bo to tak jakbym ja predestynował co wybierzesz. Pojęcia nie mam jakim człowiekiem jesteś – czy np. uczciwie zaczniesz przyglądać się temu jak teraz żyjesz.
Nie mogę przewidzieć czy gdy już poznasz wiedzę i narzędzia do poradzenia sobie z lękiem, to przy następczym doświadczeniu lęku skorzystasz z nich lub nie.
W Programie poznasz całą wiedzę i narzędzia, którymi możesz przeanalizować i usunąć to, na bazie czego nie chcesz podjąć decyzji XYZ.
Ale nigdy nie będzie tak, że usuniesz wszystko. Często jeszcze się boisz ale już nie jest to tak wielki ładunek lęku, że się z nim zmagasz i poświęcasz na to całą energię.
Więc boisz się ale zaczynasz działać pomimo tego lęku. Cały czas w trakcie go odpuszczasz, odpuszczasz, a także odpuszczasz opór.
Boję się że się nie uda
To nie jest możliwe, że się nie uda.
Bo to nie jest granie w Totolotka.
Jak popełnisz błąd, to możesz wyciągnąć wnioski i dokonać zmian, spróbować jeszcze raz.
Jak czegoś nie wiesz, to możesz się dowiedzieć.
Jak czegoś nie umiesz, to możesz się nauczyć.
Co się ma nie udać? Tutaj nie ma na to miejsca, bo zdrowie to wynik rozwoju.
Wyjście z uzależnienia to nie jest jakieś jedno magiczne wydarzenie, do którego się przygotowujesz miesiącami, a potem jedna wielka próba – jak np. skok narciarski na mistrzostwach – kilka lat przygotowań i jedna próba. Jak się nie uda, to cały ten trening, czas, energia są zmarnowane.
Każdej sekundy możesz postawić linię. Zacząć coś od nowa, zmienić coś.
Jeśli uznasz, że się coś nie udało, to problem stanowi tylko, że sam podejmujesz decyzję, by przestać podejmować próby, uczyć się, wyciągać wnioski.
Zauważ – teraz się boisz i na bazie lęku nie podejmujesz decyzji.
Więc już jest to, czego się boisz.
Oznacza to, że nie w tym jest problem. Bo już jest tak, czego się rzekomo boisz.
Skoro tak, to byś zrobił wszystko, by to zmienić.
A jednak się wahasz. Co dowodzi, że problemu nie ma w tym, co mówisz.
Boisz się wstydu, winy, żalu, bólu porażki. Pewnie też straty czasu, pieniędzy, zawiedzionych nadziei. Zgadza się?
Więc boisz się czuć.
A jednocześnie banie się to odczuwanie emocji. Czyli problem jest zupełnie urojony.
Pamiętaj – każdy problem rozwiążesz, gdy wybierzesz, by go rozwiązać. Co oznacza uczciwie przyjrzenie się przyczynom, przez które go nie rozwiązujesz.
Przede wszystkim – dostrzeż, co mówisz o swoim problem – MOŻESZ wyjść z uzależnienia ale się boisz. Więc MOŻESZ ALE NIE CHCESZ.
Masa ludzi nie chce. Bo właśnie oglądanie porno czy picie wódki to wspaniały sposób odcinania na moment świadomości niekomfortowych uczuć.
Zaprzestanie oglądania porno oznacza, że pozostaniesz z tymi uczuciami. I jak uczciwie nie zaczniesz się z nimi mierzyć, akceptować, uwalniać, to z czym pozostaniesz? Z niemijającym dyskomfortem.
Jeśli się mu będziesz opierał, dyskomfort będzie rósł.
Więc będziesz się opierał coraz silniej. Wraz z tym będzie rosło napięcie, w końcu pojawi się ból.
Rozwiązanie? Poddanie się dyskomfortowi, pełna akceptacja oraz zaprzestanie zasilania go – zarówno emocjonowaniem się jak i opieraniem mu. Pozwalasz mu być, odklejasz się od niego i podejmujesz decyzję, by np. zająć się spokojnie danym problemem.
a z drugiej strony ciężko wprowadzać zmiany, bo nie wiem jak to wszystko może wyglądać w przyszłości.
Mówisz jakby przyszłość to było coś, co się pojawi samo – jakbyś rzucał nieznane zaklęcie i się bał co z tego wyniknie.
Zmiany, które wprowadzisz i “jak to będzie wyglądać w przyszłości” to jedno i to samo.
Jak sobie wniesiesz szafę do pokoju i Ci się nie spodoba, to możesz szafę przenieść, przesunąć lub wywalić/sprzedać i kupić nową. A nie męczyć się, bo postawiłeś szafę w złym miejscu i się źle żyje.
Albo bać się, że ją źle postawisz i nara.
Rozumiesz? Widzisz jak absurdalne są te myśli i dlaczego należy ten bełkot ignorować?
Rozwiązanie – napisanie w stanie spokoju planu. Zaplanowanie wszystkiego i realizacja tego planu.
Jednocześnie dzięki temu, że masz przed oczyma plan, rozpisany dokładnie i nawet nagle staniesz, od razu widzisz w jakim miejscu jest jakiś problem. Możesz się mu przyjrzeć i go rozwiązać.
A potem kontynuować działanie.
Więc oczywiście, że nie wiesz jak coś będzie wyglądać w przyszłości. Skąd masz to wiedzieć? Dowiesz się, gdy to zrobisz – wtedy zobaczysz co zrobiłeś i jak. I jak Ci się to nie spodoba, to masz pełną możliwość zmiany.
Na tym polega nauka na własnych błędach i jednocześnie pokazuje to, że błąd można widzieć w bardzo konstruktywny sposób.
Bo jak sam mówisz – nie wiesz jakie coś będzie w przyszłości.
Masz 2 opcje – zrobić to samemu i ew. skorygować, poprawić jak wyjdzie tak sobie.
Lub inspirować się tymi, którzy to zrobili już dobrze i podali konkretną drogę, napisali gdzie są błędy, jakie, jak ich uniknąć, jak je rozwiązać, bo nie wszystkich można uniknąć.
Banie się to najgorszy możliwy wybór.
Ponadto – jeśli boisz się, że z czymś sobie nie poradzisz, to przecież zrobienie tego raz oznacza, że sobie poradziłeś.
Trzy – dopiero, gdy coś zrobisz, możesz zacząć uczyć się być w tym coraz lepszy. Zgadza się?
Kiedy nauczysz się być dobrym rodzicem? Dopiero, gdy zaczniesz być rodzicem – po urodzeniu dziecka. Nie możesz być doskonałym tatą nie mając dziecka.
Kiedy możesz nauczyć się radzić sobie z emocjami – np. lękiem? Gdy zaczniesz sobie z nim radzić. I ćwiczysz, aż Ci zacznie wychodzić.
Co do WoP – podejmij decyzję. Do roboty. Bo na razie widzę tylko upartego faceta, który się złapał lęku jak tonący brzytwy i się nie chce puścić, bo uważa, że jak się puści, to się utopi.Tylko że jesteś w basenie i jak się puścisz, doświadczysz twardego dna.
Zapamiętaj też to – ani emocje, ani myśli nie gwarantują Ci przeżycia. Wręcz przeciwnie. Jeśli przeżywasz, to POMIMO tych wszystkich myśli i emocji. Co widać – boisz się zmian na lepsze. Absurd!Więc wybierasz to, przez co jest Ci źle i uważasz, że dzięki temu nie jest gorzej…

Z tego, co piszesz to pozytywne skutki przynosi to, że sami wprowadzamy zmiany.
A oczekiwałeś, że ktoś inny je wprowadzi? :)
To też nie mogą być zmiany na ślepo.
Trzeba rozpoznać w jakich okolicznościach oglądasz porno i jaką korzyść z tego masz.
A oglądanie porno to często tylko taka “wisienka na torcie” – zakończenie jakiegoś nawet rytuału, który może trwać cały dzień – np. wstajesz niechętnie, od razu narzekasz jaki to parszywy dzień przed Tobą. Idziesz do pracy jak na ścięcie.
Pracując w głowie nakręcasz się negatywnymi myślami o całym świecie. Stresujesz się, bo problem jeden i drugi. Wracając wjeżdżasz w korek, szlag Cię trafia. I porno dopiero po tym wszystkim na “ukojenie nerwów”.
To pokazuje, że praca nad sobą musi się zacząć dużo wcześniej, niż tylko na oglądaniu porno.
Te zmiany są głównie wewnętrzne czy chodzi o wprowadzanie zewnętrznych zmian? Których jest więcej?
To nie ma żadnego znaczenia, których jest więcej.
Teoretycznie wewnętrznych ale to nie jest coś, co można policzyć.
Bo czy można policzyć np. ilość i poziom współczucia dla siebie za popełnione w przeszłości błędy? Co z tego wyniknie – nie mam pojęcia. To co wybierzesz.
To też zależy czego nie robiłeś skupiając się np. wypominaniem sobie błędów.
Co przyniesie samo pozbycie się p-grafii?
Nie ma czegoś takiego jak “samo pozbycie się pornografii”. To niemożliwe, że się tylko pozbędziesz bez żadnej pracy nad sobą i swoim życiem.
Więc rozważania na ten temat nie mają sensu.
Moduł 1 opisuje dokładnie jakie zmiany zachodzą w mózgu, podświadomości podczas oglądania porno. Więc zaprzestaniesz sobie niszczyć mózg, staniesz się bardziej wrażliwy (co jest pozytywne).
Jeden przykład nawet jakbyśmy próbowali rozważać jakie zmiany przyniesie samo pozbycie się porno:
Załóżmy, że porno oglądasz, bo podczas oglądania porno przestajesz się skupiać na myślach, które można nazwać “Zamartwianiem się”. Co się stanie, gdy przestaniesz oglądać porno? Zostaniesz z myślami pełnymi zamartwiania się.
Inny przykład – porno oglądasz, gdy się nudzisz. A gdy przestaniesz, zostaniesz z nudą lub jeśli przestaniesz uciekać od nudy i próbować porno zająć czas, zostaniesz z tym wolnym czasem. Możesz z niego skorzystać mądrze lub mniej mądrze.

Powiem Ci, że cały czas chodzi mi po głowie udział w WOP. 
I będzie “chodzić”.
Bo to tylko myślenie – proces, który odbywa się samoistnie. I sam z siebie nie ma żadnego celu poza tym, by trwać.
Tak jak ludzie mają nawet całe życie myśli negatywne.
Bo myślenie jest jak wianie wiatru. Myśli się i tyle. A wiatr wieje i tyle. Nic więcej.
I to człowiek nadaje myślom znaczenie, sens, wartość i dopóki nie podejmie decyzji, to myśli się same nie podejmą.
Nic się nie wydarzy.
Dlatego fantazjowanie i pragnienie to takie pułapki – bo można w tym utknąć nawet na wiele lat i nic nie zdziałać.
Za każdym razem, gdy mówimy lub słyszymy od kogoś “myślę o tym”, to nie jest myślenie, tylko hipnotyzowanie się mentalizacją, która nie jest procesem konstruktywnym, ani nie ma przełożenia na rzeczywistość.
A zazwyczaj to robimy, bo boimy się podjąć decyzję oraz działanie.
Widzę w programie wielką szansę na realną zmianę i zamknięcie w przeszłości smutnego, pełnego zgorzknienia “świata”, w którym teraz jestem.
Nie możesz niczego zamknąć w przeszłości. Bo przeszłość to teraz.
Wiele osób właśnie również utknęło w wypominaniu sobie przeszłości, wstydzeniu się jej, obwinianiu o nią.
Tego, co przeszłe oraz to co przyszłe należy zarówno zaakceptować jak i rekontekstualizować – czyli zacząć widzieć w nowy, zdrowy, dojrzały sposób.
Niczego nie trzeba próbować od siebie odsunąć, bo to tylko nieefektywne zmaganie, które przyniesie jedynie męczenie się i ból.
Czuję i w myślach mam to, że warto spróbować na miarę swoich możliwości.
I możesz to czuć i mieć takie myśli następne 39 lat.
Dużo jest we mnie wątpliwości.
Nie ma w Tobie ani jednej wątpliwości.
Masz stłumione dużo energii lęku, a te wszystkie myśli – te “wątpliwości” to tylko racjonalizacja tej energii.
I ta racjonalizacja więc nie dotyczy w ogóle chwili obecnej.
Bo to tylko podawanie wytłumaczenia przez proces myślowy dla energii, którą możesz nosić w sobie od 10 lat.
A co lęk, który czułeś 10 lat temu ma wspólnego z WoP – z chwilą obecną? Nic.
Boję się, czy dam radę wprowadzić zmiany,
To nie jest kwestia tego czy dasz radę, tylko czy odpuścisz przed tym opór jak i przywiązanie do tego, co stare.
To się nie może nie udać. To tylko kwestia decyzji.
czy moje możliwości są wystarczające.
Oczywiście, że są. Bo to nie ma nic wspólnego z możliwościami.
A WoP to przede wszystkim nauka. Możliwość nauki masz. Gdybyś nie miał, to byś nie przeżył, bo mama nadal musiałaby Cię karmić z cyca. ;)
Boję się  że zabraknie wewnętrznej determinacji do wprowadzenia zmian.
Determinacja nie jest jakimś skończonym surowcem.
Na razie jak widzisz, starasz się wszystko przeanalizować z pułapu, na którym jesteś.
To tak jakby wspinający się na szczyt góry analizował jak to będzie wyżej. I totalnie pomijał całą drogę jaką przebył i całe związane z tym doświadczenie, by dotrzeć wyżej.
To nie ma sensu.
I jeśli wybierzesz wątpliwości, to oczywiście znajdziesz ku temu racjonalizacje.
Obawiam się, że będzie to na zasadzie, że dziś jestem mega zmotywowany i będę się starał, a jutro zapał się skończy i odechce się zmian.
Oczywiście, że zapał się skończy.
Masz to jak w banku.
Bo nie na zapale masz polegać, tylko decyzji niezależnej od stanu emocjonalnego, ekscytacji, etc.
Zdrowienie to m.in. mierzenie się z tym całym stłumionym lękiem, poczuciem winy, wstydem, żalem.
A myśli wtedy będą 100% negatywne.
Z drugiej strony, co mi szkodzi spróbować.
To, że jeśli Twoją intencją będzie “spróbować”, to tyle osiągniesz – spróbujesz.
A potem możesz wykorzystać to jako pokusę, by się obwiniać, wstydzić, zarzucać sobie, że zmarnowałeś taką szansę, że nie wykorzystałeś okazji, że jednak jesteś do dupy, etc.
Jeśli nie spróbuję to się nie przekonam, prawda?
To prawda.
Ale nawet w przypadku podrywu uczą, by nastawić się na 100, a nawet 200 podejść dziennie, z czego na początku może kilka będzie udanych.
I z każdym dniem, analizą, odpuszczaniem lęku, wstydu, winy, z każdą wewnętrzną zmianą, ten stosunek będzie coraz bardziej sprzyjający.
Ciągle gdzieś mam taką myśl, że w p-grafii siedzę już 15 lat (od dzieciaka przez większą część życia). Nie znam innego życia.
To tylko myśl. Nie ma żadnego znaczenia.
Czy rzeczywiście realną zmianę można wprowadzić już w 3-4 miesiące?
Realną zmianę możesz wprowadzić w 5 sekund – włóż rękę we wrzątek i będziesz miał pamiątkę na najbliższe miesiące lub do końca życia. ;)
15 lat uzależnienia, czyli w mózgu już są takie poważne zmiany.
I co z tego? Zmiany w mózgu nie grają żadnej roli.
Bo żadna zmian w mózgu nie odpowiada za to co teraz wybierzesz.
Nie znam innego sposobu funkcjonowania.
No i?
Nie znasz smaku szczypiorku, dopóki go nie zjesz. A jak go zjesz, to już poznałeś na resztę życia i tego doświadczenia nie można już usunąć.
Życie to kwestia wyboru.
A jeśli wyboru nie zmienimy, to albo dlatego, bo się opieramy tej nowej decyzji i/lub nie chcemy zrezygnować z przywiązania do tego, co stare/znane. Nawet jeśli jest szkodliwe.
Więc – to kwestia wyboru.
15 lat powtarzałem to samo (z coraz większą pikanterią).
Dowiesz się dlaczego.
To też mnie blokuje,
Nic Cię nie blokuje, tylko używasz tego jak usprawiedliwienia, by nie dokonać zmian, bo się tak przykleiłeś do lęku i sądzisz, że lęk to jakiś Twój wspaniały sprzymierzeniec, który Cię chroni.
bo przecież czy ja mogę funkcjonować inaczej niż tak, jak to wyglądało przez lata?
Nie jesteś odkurzaczem, który może funkcjonować tylko w jeden sposób.
Czy rzeczywiście da się z tego wyrwać już w 3-4 miesiące i zacząć stale żyć bez p-grafii.
Nie, z niczego nie da się wyrwać nawet w 30-40 lat.
Ty masz się uczyć, dojrzewać, rozwijać, wybierać coraz mądrzej, oczyszczać się z tego, co stłumione, zadbać o to, co zaniedbane, wybierać prawdę, uczciwość, odwagę, szczerość.
Wyrwać to sobie możesz włosa jak dostatecznie mocno pociągniesz. Tylko po co?
Ty masz się rozwinąć na tyle, by spokojnie, bez zmagania rezygnować z porno na rzecz np. zmierzenia się z jakimś problemem.
U mnie jest jeszcze problem troszkę inny – korzystanie z czatów erotycznych. Czy to też da się wyeliminować dzięki programowi WOP?
Nic nie można wyeliminować, tylko uświadomić sobie szczerze i uczciwie dlaczego to robisz, co z tego masz, w jakich okolicznościach uznajesz to za najlepszy wybór i znaleźć zdrową alternatywę jak i rozwiązać te problemy czy obszary, od których uciekasz i zaniedbujesz przesiadywaniem na czatach.
Pozdrawiam i bardzo dziękuję za wszystkie odpowiedzi! Są bardzo obszerne i niezwykle wyczerpujące. DZIĘKUJĘ.
Proszę!
Pora na Twoją decyzję.

3.

Dziękuję za cenny tekst! Rzeczywiście człowiek szuka wielu usprawiedliwień dla p-grafii.
Tak, dlatego jest uzależniony – bo żyje w kłamstwie.
Jednak nie zawsze kłamstwo jest świadome. Przyjrzyjmy się temu, co piszesz.
Najczęściej zwycięża ciekawość
Nie. Przede wszystkim wcale nie oglądasz przez ciekawość.
I ciekawość nie zwycięża, bo ona nie jest jakąś osobną jednostką, która z Tobą walczy.
“Ciekawość” jest tym, jak sobie tłumaczysz i usprawiedliwiasz swój wybór pornografii. I jest to strategia ukrywania prawdziwych powodów.
Bo gdy je byś ujawnił sobie, powiedział prawdę, to już byś nie mógł się okłamywać, czyli istniałoby ryzyko, że zrezygnujesz z pornografii, czego na razie nie chcesz.
i chęć odczucia przyjemności,
To też nie jest prawda.
Bo przecież przyjemność możesz odczuć np. spędzając fajny dzień z przyjaciółmi. A jednak tego nie wybierasz.
Szkodzisz sobie.
Co pokazuje, że to też nie jest prawda. Odczuwanie przyjemności to można rzec – efekt uboczny oglądania porno.
Pytanie – dlaczego nie odczuwasz przyjemności z własnej egzystencji?
ale tak naprawdę p-grafia nie ma niczego cennego do zaoferowania.
Nie ma czegoś jak “coś cennego”.
Wszystkiemu nadajemy wartość my.
Zauważ, że ja oferuję wyzdrowienie z uzależnienia – coś bezcennego. I daleko nie każdy się decyduje. Sam miałeś masę wątpliwości.
Dlatego też to, co sądziłeś, że bierze się z porno lub pornografia Ci daje – Ty temu nadałeś znamiona tej “cenności” – tą wartość, sens i znaczenie.
To bardzo ważne, bo również nadajesz to wszystkiemu innemu w Twoim życiu – wliczając innych ludzi i całemu swojemu życiu.
To zwykły “syf” zaśmiecający umysł.
To tylko teraz logicznie brzmiąca paplanina.
A w pewnych okolicznościach znowu wybierzesz porno.
Bo właśnie uzależniony zmienia zdanie w zależności od okoliczności.
Po fakcie lub przed obejrzeniem porno zawsze sobie powie – “popełniłem błąd!”, “co ja znowu zrobiłem!?”, “to przecież nic mi nie daje!”
Ale gdybyś nie miał z tego KORZYŚCI, to byś nigdy tego nie wybrał.
Więc z jednej strony dobrze, że przynajmniej logicznie rozumiesz, że w porno nie ma tej całej wartości – tego CZEGOŚ CENNEGO – co sądziłeś, że to Ci daje.
Ale dostrzeżesz, że W PEWNYCH OKOLICZNOŚCIACH nadal w to będziesz bardzo chętnie wierzył – że jednak coś cennego Ci daje.
I to trzeba sobie uświadomić.

Nie boimy się życiowych doświadczeń, tylko powiązanych z nimi uczuć. A uczucia te sami demonizujemy i nie chcemy. Na masę spraw patrzymy zupełnie niepoprawnie i dlatego nie potrafimy właściwie do nich podejść, a nasze błędne starania prowadzą do nieraz bolesnych konsekwencji.

Kto został nauczony o naturze myśli, emocji, odpowiedzialności? Czego zostaliśmy nauczeni? Od kogo? Na jakim poziomie świadomości były te osoby? Czy przekazały nam prawdę? Może same były pewne, że prawdę znają. Co nie znaczy, że tak było.

Przykład jak ludzie bezmyślnie trzymają się mentalnego bełkotu bez żadnej weryfikacji. Gdy rozmawiam o sushi, że potrafię robić, etc., to masa ludzi mówi, że “ja bym nigdy nie zjadł(a) surowej ryby”. Tu nie ma nawet ignorowania kontekstu, nadanego znaczenia, sensu i wartości – tu mamy w ogóle przyklejenie się do przekonania, że sushi zawiera surową rybę. No takie jest sushi i koniec… Skąd się to bierze? A co za problem zamówić, kupić czy zrobić sushi, w którym ryba nie jest surowa lub w ogóle bez ryby? Ludzie stawiają się w roli ofiary nawet jedzenia.

Dlatego – powrót do tego, co było możemy widzieć w sposób bzdurny, dziecinny, szkodliwy lub bardzo mądry – np. nareszcie dojrzeć dlaczego wracamy do tego co było, dlaczego nie kontynuujemy zmian lub przestajemy je utrzymywać. Aby poprawić błąd najwcześniej można to zrobić w momencie jego popełniania, a najpóźniej – gdy już go popełnimy i zrozumiemy co zrobiliśmy i dlaczego.

Ale oczywiście krytycznie ważne jest uświadomienie sobie co w naszym mniemaniu jest błędem. Bo dla wielu oglądanie porno wcale nie jest błędem – np. widzą to jako świetne ukoronowanie ciężkiego dnia poprzez danie sobie przyjemności i “przynajmniej popatrzę na kobiety, których i tak nie mogę mieć”.

Mam nadzieję, że artykuł ten pokaże jak absurdalnie podchodzimy do emocjonalności, której w ogóle nie rozumiemy. Szczególnie do lęku. Bo to tak jak z niejednokrotnie wspominanymi przeze mnie “badaniami” wpływu jedzenia ugotowanego na twardo jajka na cholesterol. Jedne badania dowodzą, że wpływ jest skrajnie negatywny, a drugie, że jest skrajnie pozytywny. Jedni mówią, że lęk ich chroni, a drudzy, że ich paraliżuje. Pewnie uważają jeszcze, że to zależy od genów. Tak wnioskuje ofiara – w ogóle odziera się z jakiejkolwiek swojej roli i tylko uważa, że jest od wszystkiego zależna.

To widać nawet w używanym języku – nie mówi ona “ja wrócę do tego, co było”, tylko mówi – “wszystko wróci do tego co było”. Używa rodzaju nijakiego – bezosobowego. Życie SIĘ zmieni, a potem zmiany SIĘ cofną. Nie ma żadnego “się”. Jesteśmy my. A błędy są po to, byśmy się rozwijali. Bo żyjemy na planecie i w rzeczywistości, w pojmowaniu której ponad 80% ludzi raczkuje. Trzyma palca w ustach i go ssie. A uważa, że wszystko już wie i rozumie i że wszystko jest takie jak oni uważają – że ich opinie i percepcje są obiektywne. Tak nie jest. Gdy wykalibrować ich poziom świadomości – jest on poniżej 200.

Ale dla nich jak coś zrobią, co WEDŁUG NICH powinno zadziałać, a nie zadziała, to rzeczywistość jest zła, niesprawiedliwa, a oni są biedną ofiarą.

No nich mi ktoś powie – jak emocjonowanie się ma przynieść cokolwiek dobrego? Emocjonujemy się, czyli robimy coś z emocjonalnością – obszarem zupełnie niezwiązanym z rzeczywistością – i uważamy, że to wpłynie na świat zewnętrzny? Boimy się porażki. Czyli trzymamy się lęku i poprzez to unikamy działania, które z góry zakładamy, że się nie uda… No to jakby założyć sobie pętlę na szyję i bać się ruszyć z miejsca, żeby się pętla bardziej nie zacisnęła. I mówimy, że lęk nas chroni…

Odnośnie uzależnienia. To naturalne jest odczuwać lęk. Może nawet w jakimś stopniu racjonalne – bo nie chcemy podejmować kolejnych prób – wkładać wysiłku, męczyć się z niską szansą powodzenia. Bo np. nie wierzymy już, że możemy żyć inaczej. Ale jak mówię – życie odzwierciedla nasze wybory. Mówiąc – “nie mogę” tak naprawdę mówimy “nie chcę”. A nie chcemy, bo wolimy np. unikać niekomfortowego poczucia winy. Wolimy się bać, bo lęk jest dużo mniej niekomfortowy. Ale błędem jest uważać, że lęk wspiera życie. Tak nie jest.

Życie wspiera odwaga, rozsądek, neutralność, miłość. Nie emocje. Bo te stany to nie są emocje.

Jeżeli więc myliliśmy spokój z apatią i unikaniem, to nie dziwmy się, że mogliśmy dojść do wniosku, że nie da się wyzdrowieć i żyć inaczej. Jeśli mylimy podłogę z sufitem, to nie dziwmy się, że żyje się nam trudno i źle.

Więc jeżeli w naszych oczach lęk jest pozytywny, to pozostaniemy w spektrum, w którym każda zmiana będzie przez nas odrzucana i sabotowana. Bo mylimy podłogę z sufitem.

Tylko prawda może nas wyzwolić. Bo prawda to rzeczywistość, to trzeźwość, to zdrowie.

Podziel się tym artykułem!

Napisz komentarz!

Zasubskrybuj
Powiadom mnie o
guest
58 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
ssssw

Witam cię!
1.      Ignorowanie myśli – ostatnio mega mi z tym ciężko. Jakoś moich myśli jest mega gówniana. Czasami mam w rana taki natłok(głównie z rana), dosłownie jak pisałeś – głupoty pogmatwane/poplątane. Nie wiem czy ja mam intencje słabą by je ignorować? Cholera mega u mnie ciężko ostatnio, niesamowicie dużo gniewu i żalu/smutku się uwalnia… Ja mam taki zyebany jakiś pogląd ze jak czuję smutek to nie mogę się uśmiechać i nie chce mi się gadać. Bo BOJĘ się że ludzie to zobaczą i nie będą chcieli mieć ze mną do czynienia(od smutasów ludzie uciekają, to jest mało atrakcyjne) co mnie blokuje by np. zacząć podchodzić do kobiet. Mimo iż zauważyłem że chyba czasami jakaś w np. autobusie zerka na mnie ale tak po kobiecemu, czyli nienachalnie. Może dlatego że jestem podobno przystojny ale ja tak uważam zależnie od mojego stanu (stan spokojny,wesoły – ale jestem ciacho!, stan smutku, żalu – ale qrwa ja mam ryło). Wiem że to nie tłumaczy mnie, że to percepcja ze względu emocji ale jak wychodzi jakaś wytłumiona emocja gniewu to zamykam się na ludzi. Odkryłem dlaczego – boję się że kogoś zranię, że nie opanuję się, że ktoś będzie czuł mój gniew i że i tak wtedy nie będzie chciał ze mną rozmawiać/obrazi się na mnie. Wiem – to są tylko myśli…
2.      Ostatnio ego zrobiło mnie w balona. Wpadłem w jakieś kretyńskie ocenianie ludzi, że ktoś brzydki, głupi, ze ja jestem lepszy. Zaczynam to korygować. Bo zauważyłem dosłownie jak bardzo mi to zmienia wibracje w ciele. Czuję się wtedy jakiś taki ciężki, moc ode mnie odchodzi. Miałeś tutaj rację – odczułem to fizycznie. Wiem skąd się to bierze – percepcja na podstawie wypartych emocji. Nie napisze że kompleksów bo sam mówiłeś że coś takiego nie istnieje (tak jak np. stres).
3.      Moja jakoś myśli jest gówniana bo miałem okres czytania internetu zamiast „bycia w życiu”. Zauważyłem że mnie ciągnie do takich rzeczy (ostatnio wpadłem w czytanie Wykopu, beznadziejna sprawa!) Czytania ludzi którzy przepisują z głowy własne MYŚLI które tworzą się na podstawie ich wypartych emocji. Czasami czuć po prostu że ten kto pisze wylewa z siebie jad bo inaczej nie może sobie z tym poradzić.
4.      Jeżeli wyparta energia gniewu jest niesamowicie silna (czuje czasami jakby coś wypierało ją z mojego ciała.. czy to dobrze?) że dosłownie jak ktoś mnie lekko dotknął to bym go połamał… Wtedy często zamykam się w sobie bo BOJĘ się że kogoś zranię. Potrzeba wygrzygania energii gniewu na świat jest u mnie niezwykle silna L, jak nią rozporządzić? Zacząć ćwiczyć wtedy? Biegać? Uprawiać sport? Czy to pomoże. Chodzi mi o to że w zaciszu domu mogę się skupić na uwalnianiu tego ale np. w pracy… no boję się że coś odwalę.
5.      Muszę też zauważyć że wpadłem w pułapkę „jak uwolnię to i to to wtedy zajmę się tematem” moja matka z którą rozmawiam o uwalnianiu i się zwierzam mi powiedziała „synku, uwalniaj tak, pracuj nad sobą ale też zajmuj się innymi sprawami bo ci życie przeleci” i ma rację uważam…
6.      Ostatnio jak byłem w górach pożarłem się z jednym gościem bo miał psa na smyczy ale bez kagańca i on się strasznie wyrywał. Dostałem rage bo wyrywał się do mojego brata, a potem do mnie (mam traumę z dzieciństwa bo groźny pies chciał mi wskoczyć na plecy) i dosłownie zwróciłem gościowi uwagę (ale po tym wszystkim wyszło chyba że za bardzo agresywnie) i gość powiedział „spierdalaj” też wkurzony. Na co moje ego mocno dostało i zacząłem się z tym człowiekiem wyzywać w najbardziej upadlający sposób. Czasami nie wiem już jak powinienem zareagować, czy pokazywać pazury czy w sposób spokojny? Byłem wychowywany w środowisku szkolnym że jak dałeś sobie popuścić to często by cię zgnoili więc mam bardzo dużą potrzebę odwetu. Wiem że czasami bezpodstawną bo ktoś sobie żartuje albo po prostu nie powinienem tak reagować bo wiem już z doświadczenia że ludzie nakręcają na siebie spiralę gniewu. Np. jakby przy kobiecie mnie nawyzywał to bym miał potrzebę pokazania mu tzw. „jaj” bo bałbym się że kobieta uzna mnie za słabego. Niestety – taka jest moja percepcja na takie coś, pewnie błędna ale w takim środowisku się wychowywałem L

Kate

Patrzy się jak zahipnotyzowany w te dziwy od wczoraj z rana. Z przerwą na jakiś sen. Zamknął pokój, zrobil sobie kawkę i heja. Ja i dzieci możemy w tym czasie nie istnieć. Z kochającego męża w mgnieniu oka stal się bezdusznym potworem. Uwielbia dziwki jak mi wielokrotnie mówił. A potem gdy się nimi nażre czuje do nich wstręt. A potem znowu uwielbienie i fascynację. I tak w kółko od – nastu lat. Nie odróżnia fikcji od rzeczywistości. Te obrazy z porno są dla niego prawdą. ” Ucz się od nich” mówił do mnie w porno amoku. Rzygam już tym calym seksem. Skutecznie mi go obrzydzil. Chcualam być kimś wyjątkowym dla swojego męża. A czuję się jak gowno.

Kate

Umawialiśmy się że nie będzie bral telefonu do ręki by nie nie wystawiać się na pokusy. Dziś z rana wziął i odwracal się tak bym nie widziala co robi. Wylaly się ze mnie: złość i gniew. Jak można mnie zamieniać na jakieś zaklamane gówno w necie? Na mnie nie spojrzy, seksualnie jestem dla niego przezroczysta. Spedzamy razem czas ale wiem że przestal na mnie patrzeć pod kątem erotycznym. Jego mysli z rana nie biegną do lężącej obok żony tylko do jakiegoś ścierwa. Nie chce mi się żyć!!!! Ciągle mnie klamie. Mówi jedno robi drugie. Idę do kościoła bo zwariuję.

Kate

Przyszedl za mną do kościoła. Napisal smsem że wybiera żonę, kocha mnie i za chwilę będzie. Po mszy w drodze powrotnej do domu powiedzial że ma dość moich oskarżeń, podejrzen i nadzoru. Odpowiedzialam że nie będę akceptowala robienia mnie w ciula i zdradzania . Jesli nie chce żyć w prawdzie i być przejrzysty orwz odrzucić syfu który nas niszczy musimy żyć w separacji. Odpowiedzial że ” no i dobrze” i poszedl inną drogą. W domu siadl w milczeniu przed laptopem. Nawet obiadu nie zrobil a dziś byl jego dzień. Mając dość tej stypy wyszlam na spacer na którym jestem od 2 godzin. Z jego strony cisza. Wyprowadzilabym się ale nie mam gdzie. No i są dzieci. Zycoe z nim to wieczna huśtawka. Raz na gorze raz na dole. Nie mogę znieść że payrzy na inne, doznaje tak8ch wrażeń które powinny być moim udzialem. Nie mogę znieść nawet tego że nawet jesli nie ogląda to swoimi myslami i sercem nadal może chcieć i pragnąć innych widokow niz moe. To doprowadza mnie do szalu! Moje cialo starzeje się, strracilo powabu młodości. Nie mogę tej sytuacji odwrócić. Zmienic…. I najgorsze ze samej siebie też nie zmienilam na milimetr. Zatluklabym jegp i te dziwy.
Odezwiesz się?

kate

Prosileś bym się wstrzymala z komentarzami ale mam taki mętlik w głowie po wszystkim co przeczytalam i czego doswiadczam, że zaraz nie będę wiedziala jak mam na imię. Piszesz że nie stwarzam mężowi bezpiecznych warunków do tego by się mógł ogarnąć. Jakie warunki masz na myśli Piotrze? Moją akceptację nalogu męża? Nie 9bwinianie go? Nie osądzanie? Nie k9nfrontowanie go z tym co mi robi? Czyli: ja siedze w innym pokoju, mąż ma porno seanse , zamiast działać z żoną woli trzepać do wirtuala. I co? Mam chodzić uśmiechnięta? Pogodzona z owym faktem? Bo on tak ma? To są te sprzyjajace warunki do otrząsniecia się? Dlaczego mialby coś zmieniać w swoim postępowaniu skoro żona nic nie mówi? Żyje jakby nigdy nic?
Gdy swoim wyjsciem z pokoju daję mu znak że nie mogę zaakceptować tego że bezczelnie w mojej obecności karmi się innymi widokami niż moje i że mnie to gniewa i boli to przynajmniej po ” nażarciu się” pornolami do odrzutu domaga się mojego powrotu. Nie potrafi być sam. Jesli się opieram i pytam po co mam wracać skoro za chwilę będzie to samo to zarzeka się że nie będzie. Jak dalej jestem oporna to straszy odejściem a przecież ja zostalabym sama bez pracy z kilkoma dziećmi. Oczywiście jego poprawa tak jak przeczuwam jest chwilowa ale moja niezgoda daje mu chociaż konkretny przekaz. Jak on wobec tego mialby się zreflektować gdybym przestala reagować w sposób dla mnie naturalny czyli poczuciem krzywdy i gniewem?
Za każdym razem on udaje że kończy z pornosyfem a ja udaję że mu wierzę. I tak tanczymy ten chory taniec od nastu lat. Paliwem do zmian zawsze jest miłość. Jesli mąż wiedząc że mnie krzywdzi nie odrzuca tego zla to znaczy że mnie nie kocha. Co mu się stanie jak odrzuci porno? Jaja mu urwie? Krew go zaleje? Podobno gotów jest umrzeć za mnie. A ja chcę by wyrzucil z serca i glowy inne baby i żyl ze mną szczęśliwie. Jest po prostu zwyklym pożądliwcem , chciwcem któremu nie wystarcza jedna kobieta i trudno mi uwierzyć że sięga po porno bo ucieka od uciązliwych emocji. Nie rozumiem tego. Dla mnie to jest kurestwo. Upodobanie w perwersyjnych i wyuzdanych do granic mozliwosci dziw. Dlatego seks z żoną jest nudny i go nie potrzebuje. Dlatego też namawia mnie do swingowania. Bo go to perwersyjnie kręci. Porno ora mózg i wywraca na drugą stronę. Przenośnia oczywiście.

kate

Przeczytalam przed chwilą coś takiego i chcialam się z Tobą tym podzielić. Bo bardzo mnie wierci kwestia gniewu i łagodności. Z jednej strony bardzo chcialabym być cicha i lagodna na wzór Chrystusa, z drugiej zastanawiam się czy do wszystkich i wszystkiego należy przykładać tę samą miarę i ten sam sposób postępowania.

“Co więcej, gniew – pomijając już jego bezpośrednie następstwa, jak straty, podstępy, ciągły niepokój w wyniku wzajemnych konfliktów – ponosi karę, kiedy ją wymierza. Zapiera się bowiem natury ludzkiej: ona wzywa do miłości, on do nienawiści; ona każe pomagać, on – szkodzić. Poza tym, chociaż gniewne oburzenie pochodzi z nadmiernej godności własnej i wydaje się przejawem wielkiego ducha, w istocie jest czymś nędznym i ciasnym. Każdy bowiem jest mniejszy od tego, kogo ma za swego wzgardziciela. Tymczasem duch naprawdę wielki, znający swą prawdziwą wartość, nie dochodzi krzywdy, ponieważ jej nie odczuwa. Jak odskakują pociski od twardej powierzchni i jak odbija się bólem rąbanie w lity materiał, tak żadna krzywda nie doprowadzi do tego, aby ją odczul ów wielki duch, bo jest bardziej krucha niż cel, w który godzi. * Zemsta jest wyznaniem cierpienia. Nie jest wielki duch, którego ugnie krzywda. Ten, kto cię obraził, jest albo silniejszy, albo słabszy od ciebie: jeżeli słabszy, oszczędź go, jeżeli silniejszy, oszczędź siebie.”
Piotrze wiem że się zagalopowalam w pisaniu ale jak zacznę wiercić dziurę i analizować to trudno mi przestać. A łapię te myśli bo same ze mnie wychodzą. To daje myślę lepszy obraz.

kate

Hej Piotrze.
Zwiedzam ostatnio nasze dolnośląskie tereny górzyste. Chciałam Ci nawet wyslać fotkę na tle gór ale mi się nie udało. Chyba za duży rozmiar zdjęcia no i nie umiem tego rozwiązać.
Po rozmowach z Tobą widzę swoją ułomność i pierwsze co chcę zrobić to wyjść z roli ofiary. Jesli mi się to uda to pociagnie to za sobą kolejne kroki jak panowanie nad sobą i emocjami szczególnie gniewem i poczuciem bycia gorszą, wybrakowaną, itp
Chcę skupić się na sobie. Wiesz….ostatnio mąż mówi, że weźmie laptop na godzinę i udowodni mi, że jest w stanie się po tym czasie od niego odkleić. Zajęłam się sobą i byłam tak zaabsorbowana czytaniem ciekawego artykułu , że gdy faktycznie po godzinie odszedł od laptopa powiedziałam: ja coś czytam teraz , możesz posiedzieć jak chcesz. Być może nie powinnam go do tego zachecać ale zareagowałam tak w zgodzie ze sobą. Nie przepływały wtedy przeze mnie żadne ,,sztormy” wewnętrzne ;)
Mąż był zdumiony i poszedł usiąść jednak gapienie się w laptop nie trwało długo. Stracił tym zainteresowanie i przyszedł do mnie.
Powiedział, że go do mnie ciagnie gdy jestem wyluzowana i nie robię mu dram. Nie czuje się wtedy jak osaczony synek ale facet który za siebie odpowiaada i w swej wolności chce dokonywać wyboru, nie pod czyimś szpiegującym wzrokiem i pod presją ale w wolności.
Jakiś czas potem gdy usiadł znów do laptopa już nie było tak łatwo.
Ponieważ bylismy przed chwilą razem blisko a on i tak usiadł to zrobiło mi się przykro. Jednak ani się tych uczuć nie wypierałam ani nie walnęłam nimi do męża jak z armaty.
Pozwoliłam sobie na przyjecie tego, co przeze mnie przechodzi.
Mąż zaczął ukierunkowywać swoje potrzeby na mnie. Praktycznie codziennie bylismy ze sobą blisko. Moja otwartość na niego i swoboda w wyrażaniu siebie pozbawiły go chęci na ogladanie porno.
Jednak wiem, że to może mieć tylko tymczasowy efekt. Nie zawsze przecież ma się ochotę na seks, zresztą gdy się to robi czesto to ciało traci wrazliwość na bodźce. I przestaje być przyjemnie.
We wszystkim potrzebny jest umiar.
Nie chcę też działać z pozycji lęku i presji, że seks musi być i że zawsze mam być gotowa żeby tylko mąż nie usiadł do laptopa.
Chcę działać w wolności i z autentycznym pragnieniem.
Dziękuję, że się tym dzielisz. Naprawdę.
Tak swoją drogą – gdy czytałem ten cytat, wzruszyłem się i pociekły mi łzy. Zawsze gdy czytam coś mądrego uwzględniającego troskę o życie (nie tylko ludzkie), to tak reaguję.
Mam podobnie. Myslę, że to reakcja na prawdę. Ona zawsze porusza serce człowieka. Prawdą jest Bóg więc pewnie to Jego głos w nas, który chce nas prowadzić drogą prawdy, miłości i szczęścia.
Jakoś intuicyjnie czułam, że to, co Ci wysłalam spodoba się Tobie i że harmonizuje z Twoim postrzeganiem świata/życia.
Bardzo mnie intryguje ostatnio łagodność więc tak sobie czytam rózne rzeczy. W niej własnie widzę siłę człowieka.
Co do Jezusa, który potrafił mówić z władzą w głosie i reagować słusznym gniewem: zgadza się jednak inne było Jego zachowanie wobec ludzi zakłamanych, cynicznych i zatwardziałych i inne wobec pogubionych i szukających prawdy. Wobec ostatnich był łagodny i cierpliwy. Człowiek szukający prawdy i nie zabetonowany w swoich racjach i postepowaniu zawsze znajdzie u Boga zrozumienie.
Posłuchaj też jesli znajdziesz czas, siły i ochotę wystapień na you tube o. Włodzimierza Zatorskiego. Słucham go czesto i nie drażni mnie ani nie odpycha. Znajduję w jego słowach potwierdzenie tego, co sama widzę, czuję i wnioskuję.
Piotrze, na dziś tyle bo uciekam do obowiązków. Odezwę się co jakiś czas co tam u mnie i jakie postepy. Wracam do Twoich komentarzy i dostrzegam w nich głębię. Pewne Twoje słowa docierają po czasie.
Więcej widzę, gdy jest we mnie spokój.
Dziękuję, że jesteś i pozdrawiam serdecznie.

kate

Jestem w chwilowej niedyspozycji seksualnej więc mąż uswiadomil mnie dziś że będzie ogladal. Złość podeszla mi pod samo gardło. Okazuje się, że jestem w tym naszym wspolzyciu tylko środkiem do jego celu. Gdy nie ma ze mnie korzyści, weźmie je sobie z porno.
Moja otwartość i wspolpraca nie mają znaczenia. Czuję złość, gniew, żal, rozczarowanie, poddanie się. Nie wyleję tego na męża ale czuję jak trawi mnie od środka.

kate

Tak jak przewidywalam męża skierowanie uwagii i energii na mnie bylo tymczasowe. Na nic erotyczna bielizna, którą kupilismy, jakieś gadżety…On woli w bieliźnie oglądać inne i patrzec jak się ludzie bawią zamiast mieć wlasne seksualne życie z żoną. Nawet tygodnia nie potrafi na mnie zaczekać by potem zregenerowany i wyposzczony przyjść do mnie. Siadl wczoraj do laptopa mówiąc że tylko godzinke. Po godzinie przypomnialam że minęła. Jeszcze trochę….jeszcze chwila. Szlag mnie trafil! Na nic moje deklaracje i postanowienia. Zrzucilam z siebie cale ubranie stojąc przed nim nago i zaczęłam krzyczeć: w czym jestem gorsza?czego mi do cholery brakuje? Mam tańczyć? Wyginać się? Wypinać? Proszę bardzo. Na życzenie. Ubrać koronki? Ponczochy? Nie ma problemu!
Krzyczalam jak dlugo bedzie mnie jeszcze upokarzal wpychając mnie jak starą ciote w kąt pokoju a sam karmil swoje potrzeby zdzirami?
Gniew wylewal się ze mnie każdą komórką ciala. Żal i smutek jadly mnie od środka. Dziś jestem wypompowanym z sil wrakuem czlowieka.
To upokarzajace żebrać o jego uwagę….o pożądanie w oczach. O pragnienie traktowania mnie jak towarzyszki życia i namietnej kochanki.
Nie rozumie, że tym co robi niszczy we mnie kobiecą energię, swobodę wyeazania siebie bo zaraz przychodzi myśl, że cóż ja mam mu do pokazania? Zaoferowania? Wszystko widzial. Czuję się jakbym nieudolnie nasladowala sceny z porno. Nie mogę być radosna i wyjątkowa bo czuję na sobie oko które mnie porównuje z tymi idealnymi cielskami. To zabija we mnie spontaniczność i pokochanie siebie.
Napiszesz pewnie że to wszystko juz we mnie jest a mąż to tylko ze mnie wybija na wierzch. Pewnie tak.
Nie czuję swojej wartości. Inaczej męża zachowanie nie wywolywaloby takich emocji i reakcji.
Jestem smiesznym, slabym wydzierającym się ludzikiem.
Tylko na tyle mnie stać.
Na nic mądre teksty które sama wyslalam. Czuję ich przekaz calą sobą a zyję jak zawsze.
Swoją miłość i cialo mogę sobie w d….wsadzić. Ja zawsze będę jedna. I ta sama. W laptopie jest ich tysiące.
Bylam na każde jego pragnienie by pokazać mu, że nie ma problemu, jedtem otwarta. Zrobię to co lubi. Co sprawia mu przyjemność.
Możemy mieć wlasne życie intymne. Zadbajmy o nie.
Cieszylo go chwilę. Znudzilo się.
Moja chwilowa niedyspozycja rzucila go szybko na stare tory.
A ja jak zuzyta zabawka mam siedzieć w kącie i czekać nie wiadomo na co.
Tak. Dalej się kiszę w roli ofiary.
Porno to wyimaginowana potrzeba. Gdyby go nie bylo mąż krecilby się wokół żony i nie mógł się doczekać aż ją zobaczy calą, dotknie….rozsmakuje się.
Żony zostaly wystrzelone w niebyt. Są niepotrzebne. Jest porno. Cała masa wygibasow cielskami. Wystarczy kliknąć i zaspokoić swój glód.

kate

Hej Piotrze. U mnie bez zmian to znaczy mąż rzadziej ogląda ale we mnie nadal kotłuje się zazdrość, zaborczość, podejrzliwość, porównywanie się. Piszę to bo nie chcę Cię zostawiać bez komentarza skoro Ty z dobrego serca piszesz do mnie. Nie wiem ile czasu musi upłynąć by we mnie coś drgnęło w pozytywną stronę albo jakiego olśnienia muszę dostać by porzucić swoją żałosną rolę.
Czuję się bardzo niekomfortowe gdy jakaś kobieta nawet mimochodem odezwie się do męża. Zwykłe ,,cześć” (jakaś koleżanka z pracy) powoduje u mnie zmieszanie i złość. Niedawno przysiadła się do jego biurka jakaś nowa. Po kilku dniach zaprosiła go na kawę w przerwie w pracy. Nie skorzystał ale sam fakt, że mąż pracuje z kobietami w biurze doprowadza mnie do szału. Przez głowę przelatuje milion wizji, pytań? czy z ktorąś rozmawia? a może wyda mu się fajna, miła….
Mąż mi tłumaczy, że pokój w którym jedno praktycznie siedzi na drugim i są to gówniane warunki dla pracy i psychiki ale moja wyobraźnia ogranicza się do jednego: siedzi z babami! Pewnie przychodzą odpicowane. Zgrywają fajne babki, itd….
To, co wyprawiam jest żałosne. Zachowuję się jak pusta nastolatka skoncentrowana na sprawach powierzchownych. Zbliżam się powoli do śmierci a zajmuję się jakimiś śmieciami. No idiotka!
Masz rację, że źródło problemu jest we mnie. Nie potrafię siebie kochać widząc w sobie wartościową i atrakcyjną kobietę.
Leżę i kwiczę przygwożdżona wielką belką własnych kompleksów i niepewności siebie.
Piotrze jeśli znajdziesz chwilkę (zapewne ciagle czytasz i odpisujesz ludziom ale poczekam ile trzeba ) napisz proszę coś o zazdrości i zaborczości. Chętnie poczytam.
Dziękuję Ci za każdy komentarz i pozdrawiam.

kate

Cześć Piotrze.
Kasiu, nie musisz odpisywać. Szczególnie jeśli robisz to z poczucia winy.
Ja Ci nie piszę tego z przeświadczeniem, że nagle magicznie podkasasz rękawy, przestaniesz męża obwiniać i grać ofiarę.
Masa ludzi zaczyna grać ofiarę moich rad – np. “bo już tyle wiedzą, a nadal nic nie zmieniają”. Itd
Nie robię tego z poczucia winy. Raczej z szacunku do Ciebie i Twojego poświęconego mi czasu. I z wdzięczności. Nie musisz wcale zajmować się moimi problemami, czytać moje wpisy i odpowiadać. Nie masz z tego żadnej gratyfikacji ode mnie. Nawet postępy moje są marne. Co z tego, że w wielu kwestiach zgadzam się z Tobą, można powiedzieć czuję ,,czaczę” ;) a zmiana we mnie wewnętrznie jest chwilowa więc finalnie żadna.
swój los kształtujesz intencją i decyzją.
No i tu się pojawia największy problem. Nie lubię siebie zazdrosnej, podejrzliwej, nieufnej, zalęknionej, zaborczej, niepewnej siebie, porywczej, słabej, rozklekotanej wewnętrznie, wkurwionej na maxa,rozmawiającej jak piszesz ze swoim wewnętrznym umysłowym bełkotem. Chcę i wybieram łagodność, spokój, opanowanie, czułość, pewność siebie, poczucie swojej wartości, odwagę, miłość, zdystansowanie do nacierających na mnie myśli i stanów. Tego chcę i pragnę a gdy przychodzi próba myślę i zachowuję się nawykowo. Czyli żyję dokładnie tak jak pisze św. Paweł, że czynię dokładnie to, czego nie chcę.
Okazuje się, że praca nad sobą czyt. nawrócenie to bardzo ciężki proces. Myślę, że dobrą metodą w pracy nad sobą będzie metoda jednego dnia czyli: DZIŚ postąpię inaczej niż zawsze a więc nie wypowiem słów i mysli które natarczywie drenują mój mózg i serce, DZIŚ będę łagodna, przyjazna, nie zareaguję emocjonalnie gdy mnie coś ukłuje. Jeszcze DZIŚ!. Czy jutro mi się to uda? Nie ma jutra! Każde jutro to aktualne DZIŚ i mam żyć tu i teraz. Nie patrzeć na te hektary pola do uprawy jakie mnie czekają zanim zbiorę plon ale zająć się DZIŚ konkretną grządką.
Wczoraj miałam na końcu języka by męża znów pouczyć jak powinien się zachować w pracy, czy i co odpowiedzieć koleżance zza biurka , męczyło mnie to okrutnie i szukało ujścia. Racjonalnie myśląc wiedziałam, że moje pouczenia nie przyniosą żadnych korzyści, mnie wewnętrznie nie zaspokoją ani nie uspokoją a wręcz przeciwnie, moje lęki jak pisałeś dadzą mojemu mężowi obraz kobiety słabej , niepewnej siebie, bez poczucia wartości.
A nic się strasznego w tej pracy nie dzieje. Wczoraj mąż powiedział, że zagadał do koleżanki, że coś do konca nie wyzdrowiała bo kaszle.
Ale mnie nawet takie krótkie wzmianki przeszkadzają. Po co w ogóle się do niej odzywa? Wyobraźnia podsuwa obrazy, że żeby do siebie mówić trzeba patrzeć sobie w oczy, uśmiechnąć się, zażartować, itp. A po co? Niech się każdy skupi na swojej pracy nie na pogaduszkach a wiem, bo mąż mi mówił, że ona bardzo dąży do kumpelskich pogawędek. Mężowi to przeszkadza bo to babskie trajkotanie go dekoncentruje gdy on musi się skupić na pracy.
I własnie wczoraj miałam na końcu języka by mu coś powiedzieć ale się zatrzymałam. Postanowiłam, że przeczekam ten jeden dzień a jutro się okaże czy emocje nadal będą we mnie się kotłować.
No i dziś jest we mnie spokój wiec decyzja na przeczekanie była dobra.
Mąż nie jest typem bawidamka. Nie lubi babskiego klimatu w pracy. Często docenia mnie za moją oryginalność i że nie jestem taka jak inne kobiety biegnące za karierą, przepychające się łokciami, przemadrzające się w każdej dziedzinie i udowadniające swoje racje.
Wiem, że z inną kobietą nie nawiązałby podobnej relacji jak ze mną ale sam fakt, że musi tam koegzystować z innymi kobietami dręczy mnie strasznie. Ogólnie dla mnie jest to sytuacja nienaturalna i wymuszona systemem. Mąż i żona powinni być razem, razem pracować i cieszyć się owocami wspólnej pracy i życia.
Weekendy jesteśmy razem, spędzamy razem czas, i nagle w poniedziałek on jest przenoszony do innej rzeczywistości gdzie musi być blisko innych bab, słuchać ich gadania, śmiechów chichów itp.
Czytam sobie różne fora na których mężowie skarżą się, że żonom w domu brakuje uśmiechu, czułości, spokoju, seksapilu ale w pracy do kolegi czy szefa tego nie brakuje. Tam stać ją na to, by się ,,odstrzelić”, pożartować, być miłą i sympatyczną, pokokietować.
W domu z mężem nic nie trzeba.
Moje wnioski patrząc na to co się dzieje są takie, że świat się skur…..ił. Wszystko niemal epatuje seksem. Patrzę jak ubrane chodzą kobiety , jak się zachowują i to wygląda tak jakby każda chciałaby być stylizowana na dziwkę. Dzisiejsze tańce to jedno wielkie kur…..wo. Patrz na bachatę, twerk, pole dance, itp.
Kobiety się rozkraczają na maxa i obecna kultura wmawia nam , że to sztuka. Dla mnie zwykłe kur….wo.
Chłam, tandeta, oszustwo.
Chciałabym w tym całym matrixie zachować siebie taką jaką jestem naprawdę. I żeby mój mąż właśnie w tej mojej odmienności dostrzegał zawsze i doceniał wartość.
Nie chcę zarazić się wirusem próżności, pychy i ladacznictwa.
Chcę być kochana za to kim jestem mimo, że daleko mi do aktualnych trendów modowych i mentalnych.
Wewnętrznie jednak toczę z sobą walkę. Czuję do siebie złość i niechęć bo nie mam dużych piersi, pięknych, lśniący włosów do pasa, gładkiej, jędrnej skóry jak dawniej i figury modelki. Wszystko co zewnętrznie najlepsze przeminęło z wiatrem. I nie wróci. Dotarłam więc do kryzysu powolnego starzenia się. Dlatego dodatkowym ciosem jest jeszcze gdy mąż karmi wzrok pięknem obcych bab (porno) lub gdy do nich zagada w pracy czy w sklepie.
Wierność i miłość to dla mnie oczy wpatrzone w żonę bez względu na wiek i otaczający , kuszący świat. Kazdy podziw wymierzony w innym kierunku to dla mnie ból i zdrada.
Od mojego ostatniego wpisu mąż nie ogląda tego syfu. Twierdzi, że go z tego leczą kobiety w pracy które nic z kobietami wspólnego nie mają. Co z tego, że powłoka ładna i miła dla oka gdy pod nią roi się brud i fałsz. Walka o siebie.
Może to nie przypadek? Może tak ma być? Ma widzieć tę dysproporcję? Odmienność?
Ja się kompletnie do tego aktualnego świata nie nadaję.
W konkurach też nie mam szans bo mam inne cele i wartości.

Dobrze. To częsty temat, również u mężczyzn.
Ach te baby, każdemu zawrócą w głowie! :)
Artykuł jest w produkcji, już sporo napisałem ale temat jest duży i jeszcze się zastanawiam nad ostateczną formą i czy go nie rozbić na kilka.
Bardzo się cieszę, że poruszysz ten temat. Dziękuję.
Z zazdrością nie da się normalnie żyć. Ona zabiera wszystko jak tajfun.
W piękny, słoneczny dzień wżera się w serce i okrywa je mrokiem i beznadzieją. Dręczy umysł. Nie pozwala spokojnie spać. Zapędza do jaskini nienawiści i potępieńczych jęków. Zamyka w grobie za życia.
Zazdrość i zaborczość to ciężka choroba duszy.

Lekiem może być wdzięczność za to, co się ma. Życzliwość wobec tych którzy mają coś więcej i lepiej od nas. Relacja z Bogiem który kocha człowieka najbardziej i daje mu zawsze to, co ma go wewnętrznie rozwinąć.
Jednak spożywanie tego leku nie jest łatwe.

Serdecznie Cię pozdrawiam Piotrze i czekam cierpliwie na Twój odzew :)

kate

To zacznij się lubić. Ja Cię taką lubię. :D
Czego tu nie lubić? :)
Bo ze mną nie mieszkasz ;) hehe
Gdybym polubiła w sobie to, co wymieniłam to nie byłoby potrzeby siebie zmieniać. A przecież to wszystko co w sobie noszę zadręcza mnie samą i jeszcze nie ale może poszerzyć krąg oddziaływania.
Ale rozumiem, że chcesz mi przekazać bym widząc w sobie to co mnie niszczy zaczęła podchodzić do siebie z empatią, zrozumieniem, życzliwością i łagodnością. I bym zaczęła zmianę z miłości do siebie chociażby. Każda inna motywacja nie przyniesie dobrych owoców.
Zauważ też, że nie uciekasz, nie zaprzeczasz, nie wypierasz, nie bagatelizujesz – to wszystko są, niezauważalne dla Ciebie, sygnały o dojrzałości. Której u wielu brakuje.
Dziękuję za dostrzeżenie pozytywów. Zawsze to jest dla mnie budujące.
To co widzimy naokoło nie jest realne. Tak jak te wszystkie pozowane zdjęcia na fejsbuczkach czy instagramach, czy gdzie tam jeszcze.
To między innymi miałam na myśli pisząc o matrixie. Zasady i wartości narzucone przez ten świat nie są moje. Szkoła, praca, różne rytuały, poglądy, sposoby życia.
Chrystus gdy się pojawił na tym świecie jasno powiedział, że nie jest stąd i Jego zasady nie są z tego świata. Podlegał im ale żył w prawdzie i dla niej przyszedł na świat. Wypełnił wolę Bożą i odszedł do swojego królestwa. Tak więc nogami stąpając po doczesności wolą i pragnieniem mamy być w wieczności. I zgadzam się z Tobą, że świat jest odpowiednim miejscem do rozwoju . Tak to należy rozegrać.
Dlatego często wkurzam się na siebie samą, że mając tę świadomość koncentruję się na kąsających wężach zamiast patrzeć tam, gdzie jest prawda i sens. I Życie.
Zamiast jechać w kółko tym samym torem powinnam przekierować się na tor inny by cieszyć się ekscytującą choć nieznaną podróżą.
Religia chrześcijańska to już w ogóle poszła na łatwiznę, bo tylko uznaje coś za grzech, czyli za złe i należy nie grzeszyć. A jak się zgrzeszy to spowiedź i pokuta. Tyle.
No grzeszymy. Ale ja ani nie przestałem grzeszyć w jakikolwiek sposób, z którego się spowiadałem, ani nie słyszałem o takiej osobie. Nie znałem nikogo takiego.
Spowiedź, pokuta i nawrócenie czyli zmiana myślenia i co za tym idzie postępowania i życia. Można powiedzieć , że działasz podobnie. Poddajesz pod refleksję, sugerujesz się uczciwie sobie przyjrzeć no i prze formatować myślenie. A potem działanie.
Nie ma sensu biegać fanatycznie z każdym grzechem do konfesjonału. Zrozumienie i szczery żal robią robotę. Bo nie chodzi o zwykły pusty rytuał. Spowiedź jest widocznym znakiem tego co w człowieku zachodzi: przyznanie się do grzechu, żal, postanowienie poprawy i czysta kartka. Podnosimy się i idziemy dalej. Bóg przebaczył i dał nowe siły.
Spowiedź pomaga człowiekowi do pokory. Skłania do refleksji kim jest on a Bóg. I kim człowiek się staje bez Boga i odniesienie do Niego.
Ale jesli się do spowiedzi podejdzie tylko technicznie i bezdusznie to nic się dobrego w człowieku nie zadzieje. Do każdej zmiany potrzebna jest prawda.
Zresztą – wystarczy generalnie rozejrzeć się po społeczeństwie – czy odpowiedzialność jest uznawana za cnotę? Czy głupotę, naiwność, coś niepotrzebnego, nieopłacalnego, może nawet złego?
Czy szczerość jest chwalona czy napiętnowana?
Czy na uczciwości kładziony jest laur rewerencji? Czy raczej słyszymy podśmiechiwanie się i widzimy gotowość, by osobę uczciwą oszukać i wykorzystać?
No i to jest dla mnie ten matrix. Życie nie po Bożemu. Tu świat ustala zasady i normy.
My np jesteśmy nieodpowiedzialni bo mamy kilkoro dzieci. Zamiast jednego któremu nalezy zapewnić bajeczną bezproblemową przyszłość.
A ja nie światu te dzieci rodziłam. One wieczności są poświęcone.
Świat mnie za to nie pochwali ani nie doceni. Wręcz przeciwnie.
Szczerość i autentyczność przegania ludzi i okazuje się, że gdy się nie wpisujesz w światowe trendy to nie istniejesz.
Uczciwość? do lamusa. Nie opłaca się. By brylować i dawać sobie radę trzeba kombinować i cwaniaczyć.
Może jutro uda mi się dokończyć.
Idę do obowiązków.

kate

Znów mam problem z wejściem na Twój serwis z laptopa więc krótko coś dodam z telefonu. Piszesz, że seksualność jest dobra. Oczywiście. Ale jak wszystko ma ona swoje normy i zasady. Jest piękna i twórcza jeśli wyraża milosc między kobietą i mężczyzną, jesli scala i pogłębia więz oraz stwarza nowego czlowieka czyli jest plodna. Cala ta pornografia to zaprzeczenie tego co wymienilam. I są takie zachowania kobiet które uważam za pornograficzne i wyuzdane z norm i wartości. Czy chciałbyś Piotrze by Twoja żona chodzila na tak ekspresyjne tańce jak bachata pole dance czy twerk? By ociwrala się o uda i penisa innego mężczyzny? By patrzyla mu z ogniem w oczy? By trzepala tylkiem przed wszystkimi i rozchylala nogi na widok publiczny? Naprawdę chciałbyś mieć tak wyrażajacą swoją seksualność żonę?
Świat się s.k.urwil. Kobieta jest kobietą pod warunkiem że ma figure modelki, ubiera wyzywajaco, jest pewna swojej zajebistosci i bezwstydna. Taki wzór do naśladowania podaje nam świat. Gdy tego nie podzielasz jesteś zazdrosną/ snym zgredą i nudziarzem.
Kiedyś ludzie kryli się z romansami i zdradami. Dziś nastala moda na 3, 4,5 żonę i patchworkowe układy.
Jak najbardziej mogę być tą, którą chcę być i wybierać wartości, które mi odpowiadają. Ale nie zmienia to faktu, że widzę to co widzę. I nie będę tego owijala w zlote papierki żeby nie okazać się glupią dla innych czy też by nieobyczajne zjawiska definiować po nowemu.

kate

Piotrze
Długi komentarz przeczytałam i zanim się do niego odniosę potrzebuję czasu. Dużo treści więc porównując Twoje wpisy do dobrego steka :) dam sobie chwilę na przeżuwanie go w spokoju a może i nawet przy dobrym winie ;)
Trzeba go jeść powoli, ciesząc się soczystym smakiem a nie ruszać szybko żuchwą , denerwując się, że się łatwo nie poddaje naturalnej obróbce i ze złością wypluwając go.
Za hasło do Twojego nowego komentarza dziękuję i oczywiście jak tylko go porządnie ,,przeżuję” to z przyjemnością się odniosę :)
Pozdrawiam.

kate

Hej
Zasiadlam do laptopa żeby napisać kilka słów a tu taka informacja: not found. The requested URL/blog/2022/04/boje-sie-zmian/was not found on this server.
Co oznacza ten komunikat?

Kate

Ok. Sprobuję więc jutro bo za chwilę muszę wyjść. A lubię pisać bez pośpiechu. W dodatku kiepsko śpię i na drugi dzień jestem ” trzepnięta” co powoduje trudności z koncentracją. Nie mogę zasnąć dlugo a ten fakt nakręca moją złość, że nie mogę zasnąć no i…..tym bardziej sen nie przychodzi bo chcę na silę spać i nerwy sięgają zenitu.
Piotrze reaktywuj swój wpis o zazdrości. Bardzo dużo treści przez co nie mogę wylapać sedna no ale pewnie muszę czytać i czytać zanim się we mnie uleży i wyklaruje jasny przekaz.
Pozdrawiam. Do napisania.

kate

Raz jeszcze – żaden fakt nie nakręca złości. Bo gdybyś widziała fakty, byłabyś spokojna. A nie jesteś. Mylisz fakty ze swoją percepcją – osądami.
Nie denerwujesz się, bo nie możesz zasnąć ale przez to jak widzisz tę sytuację. A to jak ją widzisz, to nie fakt.
Ok. Nie denerwuję się bo nie śpię ale z wyobrażenia sobie jak będę się czuła następnego dnia po bezsennej nocy. Będę się snuła na miękkich nogach jak zombiak. Moja głowa będzie ważyła tonę. Będę wypruta z sił i energii przez co ciężko wykonywać swoje obowiązki. Będę zdekoncentrowana a praca mojego mózgu będzie działała na najmniejszych obrotach. Taki stan dręczy mnie gdy nie śpię no więc nie śpię jeszcze bardziej. No, stuknięta jestem na maksa. Raz mi się kiedyś przydarzyło, że nie spałam całą noc gapiąc się w sufit i walając się z boku na bok, że teraz mały choćby symptom objawu bezsennej nocy wpędza mnie w panikę, że to znów się powtórzy. No to wtedy leżę wyczulona czy ten sen nadchodzi czy nie. No i nie nadchodzi bo odurzona jestem lękiem i adrenaliną. Wkurw osiaga poziom maksymalny gdy słyszę miarowy oddech męża i ciszę w domu. Wszyscy smacznie śpią a ja jak pokutnica jakaś leżę i walczę ze sobą.
Dziś akurat spalam w miarę dobrze dlatego też zasiadłam do odpisania Tobie. Dalszy ciąg znasz :)

Zauważ, że Twój mąż pewnie nie ma problemów ze snem.
No jasne. Mój mąż śpi jak dziecko. Przykłada głowę do poduszki i odpływa. No ale ze mną to on nie ma tak łatwo bo jesli ja się całą noc rzucam i podskakuję na łóżku to on się budzi i wie, że znów mam swoją schizę ;)
A nawet jak mu się zdarzy, że nie może spać to wstaje czyta coś albo po prostu leży spokojnie. A nie rzuca się jak ryba bez wody.
Ja tak bardzo chcę spać, że aż spać nie mogę. No absurd jakiś.
Tak. To kolejny objaw tego, że muszę mieć wszystko pod kontrolą. Ma przyjść sen i już! A jak nie przychodzi to na wchodzę w spiralę wkurwu i samoudręczenia.
Ja ogólnie śpię na czujce. Wystarczy, że mąż się ruszy a ja już w pelni obudzona.
Skoro i tak nie śpisz, to wykorzystaj to do medytacji i uwalniania. Zacznij to praktykować, bo to są fundamentalne narzędzia do dbania o zdrowie tak jak branie prysznica jest fundamentem dbania o higienę.
Bardzo dobre porównanie i sugestia. Dziękuję.

Jeszcze nie, bo go nadal piszę. Prosiłem Cię o feedback i już uwzględniam to co napisałaś. Postaram się być bardziej konkretny względem Twojego problemu/Twojej sytuacji.
Dziękuję.
Sednem jest przyjrzeć się sobie – uczciwie, odważnie, bez winy i wstydu.
Każdy, kto zazdrości, robi to z własnych powodów.
Czy w ogóle chcesz przestać zazdrościć? Czym zazdrość jest dla Ciebie? Jaki ma sens? Jaką wartość? Jakie znaczenie?
Gdybyś przestała zazdrościć – czy widzisz w tym coś złego? Np. uważasz, że przez to Twój mąż będzie już bez żadnych więżących go pęt i jeszcze mocniej się rozpasie w tym jak żyje – czyli uznanie, że będziesz też bardziej cierpieć “przez niego”?
Tak. Chcę przestać zazdrościć. Wkurza mnie to bo samą siebie stawiam niżej i sama sobie odbieram to kim jestem. Zazdrość jest jak szpila która mnie na wskroś przekuwa gdy idziemy a przed nami idzie jakaś baba w obcisłych spodniach czy spodenkach i kręci dupą. Gdy idę sama to jakoś to potrafię zdzierżyć natomiast gdy idę z mężem to zaraz z automatu porównuję się do niej, robi mi się smutno bo wiem że mąż też ją widzi i pewnie porównuje ze mną. Ja wypadam oczywiście na niekorzyść bo przecież nie noszę się tak jak niektóre kobiety czyli praktycznie wszystko wywalone na wierzch.
Legginsy noszą takie , że przedziałek między pośladkami na wierzchu i szczegóły anatomii z przodu też na publiczny pokaz.
Uruchamia się we mnie lęk, że to mojego męża może pobudzić i znów siądzie do laptopa. Albo że w myślach może podziwiać te obce kobiece wdzięki. W jego myślach, sercu i pragnieniach mam być ja. Dlatego nawet nie lubię gdy jakiejś kobiecie odpowiada czy choćby siedzi z nimi w pracy.
Sama myśl, że jakaś kobieta może mu się podobać nawet bez żadnych kontekstów doprowadza mnie do złości.
I nie pomaga mi racjonalna myśl, że przecież co druga kobieta może być ode mnie ładniejsza, zgrabniejsza tym bardziej że młodsza, że nie obejdę tego. Kiedyś taka nie byłam. Żyłam sobie spokojnie aż mąż mnie znalazł i odkrył. Myslę, że na tę zmianę duży ma wpływ porno i podziwianie tych porno bab. Coś się ze mną wtedy stało.
I nie umiem tego odkręcić. Wiem, co napiszesz: ,,umiesz ale nie chcesz”. Przecież nie powiem sobie: jesteś zajebista, piekna, itp.
Bo taka się nie czuję. Gdy zrobię sobie selfie to je szybko usuwam bo patrzeć na siebie nie mogę. Nie lubię też gdy ktoś mi robi zdjęcie.
Musiałabym czuć się piękna żeby to lubić.
Mógłbym powiedzieć, że panaceum na zazdrość jest pokora, docenianie i wdzięczność. Ale każdy, kto spróbuje być taki na siłę, tylko będzie się bardziej męczył.
Bo to jest panaceum. Ale jak widzisz nie ma we mnie ani pokory, ani docenienia tego co od Boga otrzymałam ani wdzięczności.
Nie jestem pustą lalą. Pomimo trudnego życia (bez miłości ojca i matki, izolacja i chłód emocjonalny) mam męża i dzieci. Rodzinę o której marzyłam. Nie idealną bo takich nie ma. Mam wiarę i ufność w Bogu które nadają kierunek mojemu życiu. Mam zdrowie. Ręce którymi mogę przytulać męża i dzieci. Oczy, którymi na nich patrzę.
Dużo ciepła i czułości w sobie mimo, że tego nie otrzymałam. Figura też niczego sobie mimo kilku porodów.
Ale ciągle mi mało. Ciągle patrzę przez pryzmat braków i niedoskonałości. Ciekawa jestem kiedy Bogu skończy się cierpliwość widząc taką niewdzięcznicę i grymaśnicę próżną.
Pełną pychy i buntu.
Modlę się codziennie prosząc o to bym umiała kierować swoje spojrzenie i myśli ku rzeczom wiecznym a nie patrzeć jak kura w ziarna.
Bym się wznosiła duchem do Boga a nie pożądała rzeczy skończonych.
Modlę się bo sama niewiele potrafię w sobie zmienić mimo, iż widzę swój nędzny stan.
Na dziś tyle.
Zmobilizowałeś mnie do napisania pytaniami. Lubię konkrety.
Znaczy Twoje długie komentarze też lubię, trafne porównania, przykłady innych ludzi i Twoje doświadczenia, szersze konteksty.
Jednak krótszy tekst a skondensowany bardziej do mnie trafia.
Pozdrawiam.

kate

Hej
Dotarło do mnie, że moja zazdrość, zaborczość, podejrzliwość, lęk wynikają z braku adoracji męża wobec mnie. Brakuje mi jego komplementów, dostrzeżenia atutów kobiecości. Najczęściej słyszę, że jestem kobietą mądrą i cieszy się, że taką ma ale ja składam się też z cielesności i bardzo bym chciała, by była ona dostrzeżona i doceniona. Ja od początku taka nie byłam. Gdy byłam dla męża wszystkim i widziałam błysk w jego oku na mój widok, gdy adorował mnie można powiedzieć aż do przesady to nie było we mnie tych cholernych, wyniszczających mnie emocji i zachowań. Inne baby dla mnie nie istniały bo wiedziałam, że jestem naj….
Teraz jestem stłamszona, wystraszona i pełna żalu i złości gdyż czuję się jakbym dla męża przestała istnieć jako kobieta, którą warto podziwiać. Domyślam się, że napiszesz mi, iż sama to wybieram i nie wychodzę z kokonu który sobie misternie codziennie tkam na siebie. I że siłę i wartość powinnam mieć w sobie autonomicznie a nie biegać za nią z rurką by się od kogoś tym napełnić. Jestem na siebie bardzo zła, że postawiłam sobie na ołtarzu męża i nieustannie myślę, co on myśli, co robi, z kim rozmawia i o czym, domagam się sprawozdań z pracy. Stawiam się sama w żałosnej pozycji. Wczoraj mi to nawet powiedział.
Jestem zniewolona próżną zachłannością dostrzeżenia mnie i postawienia na piedestale do adoracji.
Pozostałam wewnętrznie małą dziewczynką z głodem zainteresowania mną i podziwianiem mnie. Zostałam z tego okradziona w dzieciństwie i okresie dojrzewania i szukam tego jakby u męża. On ma mnie karmić tym czego zachłannie potrzebuję do życia.
Wiem, że to nie jego rola jednak chciałabym by mnie dostrzegł jako kobietę. Lata siedzenia w porno to też okradanie mnie z tego co mi się jako żonie należało. I mimo, że od dłuższego już czasu nie karmi się tym syfem to jednak nie widzę przekierowania uwagi i podziwu dla mnie. Strasznie mi tego brakuje.
I nie wiem jak to z tymi moimi potrzebami jest: czy one są uzasadnione czy są patologią mojego umysłu….

Kate

Hej Piotrze
Zasiadlam do laptopa by odnieść się do Twojego komentarza i znów nie ma Twojej strony. Piszę więc króciutko z telefonu. Piszesz, że w zasadzie źródłem mojego wewnętrznego cierpienia jest stawianie przeze mnie oporu. Wyjasnij mi proszę jak to się objawia w moich reakcjach? Czemu stawiam opór? Rozumiem, że to ma związek z brakiem akceptacji siebie i sytuacji tak?
Zaintrygowal mnie też pewien fragment Twojej wypowiedzi. Zaraz ” pójdę” do góry tekstu go wyszukać…..czekaj….

“Ja wiem jaka to zajebista istota się tam ukrywa za tym całym użalaniem i biadoleniem ;). Nie potrzebuję Ci nawijać makaronu na uszy. Ja to wiem, bo to jest oczywiste już od pierwszej wiadomości od Ciebie, Kasiu.”
Przyznam, że bardzo mnie zaskoczyleś tym tekstem. Co jest dla Ciebie Piotrze oczywiste od mojej pierwszej wiadomości? Chętnie przeczytam. Nie, żeby jak piszesz dość od Ciebie wartość dla siebie ale dowiedzieć się co masz na myśli.
Caly Twój komentarz tchnie życiem. Wiem, że to co chcesz mi przekazać jest prawdą, tyle że mimo iż ją teoretycznie i umyslowo przyjmuję to zaraz potem pojawiają się takie sytuacje że reaguję jak zawsze. Cholerne projekcje! ;)
Ale może tempem żółwia dotrę do mety po wieniec zwycięstwa :)
Bardzo mi się podoba to, co napisaleś że zamiast miłości wybueram jakieś ochłapy adoracji. Faktycznie: do czego mi to potrzebne?
Ale powiem Ci, że każda kobieta ma w sobie poklady zazdrości. Nie lubimy konkurencji. Nawet jesli są kobiety którym wizualnie nic nie brakuje to i tak będą zazdrosne i czujne.
Zazdrość wysusza wnętrze. Napędza lęk, niepokój, okropną podejrzliwość, brak zaufania.
Nie chcę jej a ona i tak mnie prześladuje. Wpycha w głowę gotowe scenariusze. Czasem czuję jakbym się dusiła. Nieustanne życie w napięciu wysysa wszystkie siły.
Dlaczego jestem tak głupia i próżna, że od rzeczy zewnętrznych uzalezniam swoją wartość?
Sama siebie czasem nie poznaję.
Ale powiem Ci że wspierające słowa męża i podziw potrzebne są każdej żonie. Na tym polega więz i relacja że się wzajemnie potrzebujemy i wspieramy. Nie jesteśmy samowystarczalni. Jesli brak jest oznak miłości jak czułość, podziw, adoracja to więz chlodnieje. A nie tak ma być.
Narazie tyle.
Życzę Ci Piotrze spokojnego i dobrego przeżywania czasu Swiąt Bożego Narodzenia. Trzymaj się ciepło.
Do napisania :)

kate

Piotr! Po tym jak wczoraj prosil mnie o wyrozumiałość i bym nie robila awantury gdy tylko weźmie telefon bo to chore jest. Ta moja kontrola i nadwrazliwość – zgodzilam się. Powiedzialam, że nie afirmuję swoim podpisem tego co on robi bo mnie to krzywdzi i niszczy naszą więz ale ok. Nie będę go kontrolowala. Powiedzial mi że jemu czasem wystarczy 15 min by popatrzeć na porno i wtedy nakręcony przychodzi do mnie.Zrezygnowalam ze swoich gorzkuch żali że jak to? A ja mam być podniecona bo on jest podniecony innymi babami? Nie ma żadnych 15 min bo one się przeradzają w godziny, noce…. Dziś z pracy wypisywal mi wyuzdane teksty. Zachecal do zerżnięcia się z obcymi facetami. Chętnie popatrzylby- napisał. Ja nie muszą nadawać tym schizom swouch percepcji i wizji! Ja po prostu cierpię bez myślenia. Boli jak cholera fakt że mąż doszedl do takuego stanu, że by mnie oddal byle kimu! I zawsze to powtarza gdy ma swoje jazdy. Mimo że go proszę by tego nie robił. Wiesz co mnie boli naubardziej? Nie to że spojrzy na jakaś babę ale to, że ma w dupie moje uczucia i prośby. Przyszedl dziś z pracy i zaraz wziął telefon. Wzielam głęboki oddech. Obiecalam że się nie odezwę. Po godzinie zapytalam czy tak ma wyglądać ta nowa wersja naszego malzenstwa? Odpowiedzial: ja teraz mam ochotę patrzeć. No tak. A ja na ten czas powinnam wystrzelić się w kosmos – to mój dopisek. A nocą jakby nigdy nic dać mu swoje cialo bo przeciez jak jest nakrecony porno to wtedy czuje że leżę obok. Wyszlam z pokoju. Napisalam mu tylko że nie chcę z nim żyć. Odpisal: ” jak napalisz piz……przyjdz to dostaniesz kut….do ssania”. Przeprwszam za szczegóły ale tak wygląda oblesna komunikacja męża ze mną.
Jak mam się nad nim pochylać i starać się go zrozumieć jak to JA JESTEM OFIARĄ? A mnie kto zrozumie? Nie rozumiem jak czlowiek nad którym ktoś się zneca ma znaleźć w sobie siłę i rownowagę? Nikomu o tym nie mówię w realu. Jestem z tym sama. Piszę do Ciebie i truję Ci głowę w kółko tym samym bo czuję że zarwz zwariuję!
To, że wczoraj rozmawialismy i 9biecalam mu go nie kontrolować i nie robić awantur jest tylko dla niego przenętą, zachetą do podeptania mojej dobroci. Zresztą tyle już wybaczylam….wszystko zostalo podeptane. Tak. Wiem. On jest uzależniony. Ten typ tak ma.
Nasza relacja umiera przez jego uzależnienie. Ja na to patrzę i nic nie mogę zrobić. Piotr. Jak oddajesz komuś swoje życie , to nie po to by ktoś cię maltretowal. I nie można tak po prostu chodzić po mieszkaniu obok siebie jakby nigdy nic. W kościele przysiegalam świadomie i dobrowolnie. Malzenstwo jest częścią mnie. Tu zainwestowalam to co mialam z siebie.
Gdy ono mi sie sypie , sypie się moje życie i ja sama.
Nie potrafię inaczej do tego podejść.
Widać jestem bardzo slaba i glupia.

Kate

Witaj Piotrze. Tu Kate. Ta od zakwasów w wyniku machania rękoma w gniewie i bezsilności. Minely 3 lata od naszej tu konwersacji. Dalej macham bezsilnie rękoma. Nawet mocniej bo ostatnio podarlam na męzu pornoholiku koszulkę i podrapalam go do krwi. Za jego zamrozenie i podeptanie moich uczuć i prosb. Dotarlo do mnie że go nie zmienię. Ale chcialabym chronić siebie przed tymi toksycznymi uczuciami i reakcjami. Są bezproduktywne. Zaczęłam nienawidzić inne kobiety. Irytują mnie bo uważam je wszystkie za atrakcyjniejsze ode mnie. Jestem wierną wybaczajacą zoną i co z tego? To już nie jest dla mężczyzn żadna wartość. Wyuzdane i wystrojone dziwy rzadzą umyslami meskimi. To dla mnie przerazajace.

Kate

Hej Piotrze. Bardzo się cieszę że poswiecileś mi czas i odpisaleś za co serdecznie dziękuję. Dużo treści. Muszę ją przeczytać kilka razy na spokojnie i odezwę się po dlugim weekendzie z przyjemnoscią. Mam nadzieję, że wrocileś do zdrowia. Pozdrawiam. Kate.

Kate

Dodam, że jak się z czymś nie zgodzisz, coś zaboli, to proszę nie zakładaj niczego. Szczególnie tego, co zobaczysz w myślach. Podejmij ze mną dialog. Ja się mogę mylić, bo nie jestem żadnym mistykiem, jestem zwykłym facetem i mam do analizy te kilka zdań, które napisałaś. Ja się bardzo chętnie przyznam do błędu, gdy zobaczę szerszy kontekst i jak najdokładniej opiszę co przeanalizowałem z nowego kontekstu.
Szczególnie, gdy mówię o np. Twojej niedojrzałości czy naiwności – to w żaden sposób nie jest osąd Ciebie, ani ocena, ani umniejszanie.
Spokojnie. Nie obrażę się. Dojrzalam do przygladania się sobie i mam ochotę zmienić to na co mam wpływ więc fochy mnie nie interesują ;) Sam fakt, że czytasz to co ze mnie wychodzi i komentujesz próbując mi pomóc jest dla mnie ważne. Doceniam ludzi, którzy nie tylko słuchają innych ale jeszcze ich słyszą. Dlatego tak bardzo bym chciała by mnie usłyszał mój mąż. Nie tylko uszami ale i sercem.
I by zechciał wybrać to, co służy naszej relacji.
No ale doszłam do etapu, że on to on a ja to ja i mamy swoje, odrebne problemy. Jesli on jest zniewolony porno korzyściami to ja w jakimś sensie wiszę na nim i uzalezniam swoją wartość i ocenę oraz sens życia od niego. A tak być nie powinno.

Kate

Hej Piotrze. Nie będę cytowała tylko odniosę się do całości Twojego komentarza . Słusznie zauważasz, że mam problem sama ze sobą a dokladniej z poczuciem swojej wartości we własnych oczach. Z domu wyniosłam porównywanie się do innych i rzecz jasna zawsze na swoją niekorzyść. Moje reakcje wybuchów gniewu strzelają ze mnie jakby z automatu. Są rozpaczliwą odpowiedzią na odrzucenie mnie jako kobiety, tak przynajmniej w danym momencie to odczuwam. Nie do pomyslenia dla mnie jest wizja, że wspólnie z mężem chodzimy na zakupy, jezdzimy na wakacje, robimy remont, planujemy rózne wydarzenia, jemy razem obiad, idziemy na piwo, rozmawiamy, spimy w jednym łózku a potem…..on gapi się na inne kobiety. Godzinami. Nocami. Często z samego rana przed budzikiem. W naszym łóżku. Czuję się jakbym była wybrakowana. Na poziomie rozumowym wiem, że jestem zadbaną , zgrabną kobietą po 40- stce, zwykłą, nie wyróżniającą się ale jako kobiecie nie sądzę, by mi coś brakowało. A gdy mąż kieruje oczy gdzie indziej niż na mnie czuję, jakbym dostała komunikat: nie wystarczasz…znudziłaś się….opatrzyłaś. Moje impulsywne i silne reakcje to odzew mojej bezsilności w obliczu całej masy gołych bab wyłaniających się z komputera. Chcę być dla męża alfą i omegą czyli bodzcem, podnietą i finiszem konczącym nasze intymne spotkanie. Chcę by jego oczy, myśli i serce skierowane było tylko na MNIE! Takie są moje oczekiwania i chyba nawet żądania. Tylko, że nie wiem czy mam do nich prawo. Napisałeś coś, co mnie zakłuło w oczy: że nie warto być dla nikogo kimś wyjatkowym. A ja tego własnie chcę. Na szali połozyłam całe swoje życie, przyszłość, dałam mężowi kilkoro dzieci, oddałam się cała bo czułam, że tak chcę. I tego samego oczekuję z drugiej strony. Dociera do mnie, że tego nie otrzymam. Wykańcza mnie zycie w ciągłym napięciu bo nawet jak jest między nami dobrze, to oczekuję, że za jakiś czas on i tak weźmie laptop. Stałam się czujna , właściwie to oddycham czujnością, śledzę każdy ruch męża, obserwuję go czy już go ,,nosi”. On się dusi w tym terrorystycznym klimacie i chce ode mnie uciec w świat ,,wolności i relaksu”. Piekielne koło. Irytuje mnie nawet jak zagada do jakiejś ekspedientki czy innej kobiety. Pytam: po co to robi? Nie może zwyczajnie wziąć pakować zakupów do torby tylko musi urządzać konwersacje? Wszędzie dookoła widzę kobiety atrakcyjniejsze ode mnie, zastanawiam się o czym mysli mój mąż widząc je.
Czego bym chciała? Umieć zaakceptować, że mój mąż nie spełni moich oczekiwań i nauczyć się żyć obok niego i z nim takim jaki jest. Wiem, że są kobiety które nie robią dramy z tego że maż obejrzy sobie porno. Ja taka nie jestem. W moim odczuciu on nie ma do tego prawa. Ma swoją kobietę więc wszystkie swoje fantazje powinien realizować ze mną. A nie odtwarzać sceny z porno planu. Do tego w tym całym porno amoku namawiać mnie bym się z kimś umówiła i zerż…..bo on dalej by mnie kochał. Kim ja w takim razie dla niego jestem skoro chciałby się mną dzielić z innymi? No bo tam na filmikach odważne żonki bawią się z obcymi , wszystko jest super i nic złego się nie dzieje. Dlatego napisałam, że zaciera mu się granica między rzeczywistością a wirtualnym światem, między prawdą a kłamstwem.
Zohydza mi seks w tym sensie że po tym swoim zafiksowaniu na dziwach czuję do niego odrazę i jego dotyk sprawia mi psychiczny ból. Czuję, że nie ma on konatktu ze mną tylko ze swoimi scenami z filmów i fantazjami. Mam poczucie, że gdyby leżała zamiast mnie obca kobieta on nie widziałby róznicy. I to poczucie, że nie chodzi o MNIE i o NAS w seksie doprowadza mnie do zaniku przyjemności i satysfakcji z intymnych kontaktów.
Nasuwa mi się pytanie: czy gdybym miała zdrowe poczucie swojej wartości to to, co robi mój mąż nie powinno mnie boleć? W małżeństwie mimo odrebności osób jestesmy jakby jedno ciało w tym sensie, że gdy jedno nawala i krzywdzi to drugie to odczuwa na sobie.
Nie wiem jak mam do tego wszystkiego podejść by przestalo mnie to tak wyniszczać i odbierać radość życia. Jakich granic męża nie powinnam przekraczać? Na razie tyle. Jesli coś jeszcze zacznie mi kołatać w myslach to dopiszę. Pozdrawiam majowo.

Kate

Piotrze zanim odniosę się do Twoich komentarzy chcialabym Ci zadać osobiste pytanie: Piszesz o sobie że byłeś uzależniony od porno. Czy aktualnie nie masz z nim nic wspólnego? Zero oglądania?
Sytuacja z dziś: Rano mąż ” dobieral” się do mnie. Nie protestowalam ale też nie wykazalam ochoty i podniecenia. No więc mu się odechcialo kontynuacji pieszczot.
Byl rozgoryczony i powiedzial że zawsze wracamy do tego punktu gdy zaczynamy żyć duchem czyli zgodnie z Bożymi prawami. Cielesność i jej potrzeby znikają, stajemy się ” kołkowaci” i namiętna i rozpalina ja znikam. No więc odpalil sobie laptopa i powiedzial że bez tego porno nie ma luzu. Zapytalam : a jaką korzyść z porno mamy MY? Odpowiedzial że jako my żadną ale to go chociaż relaksuje.
Czuję się trochę pod presją i jakby bez wolności bo czuję jakbym musiala mieć zawsze ochotę na seks. A jak nie mam to on się obraża i leci do laptopa.
Co tym myślisz? Jeszcze wczoraj patrzyl mi w oczy z radoscią że jestem jego żoną. I że cieszy się patrząc na mnie szczęśliwa. Dziś mu przeszlo :(

Kate

Będąc nadal uzależnionym jak mógłbym twierdzić, że wiem i rozumiem cały problem oraz rozwiązanie?
Z ciekawości zapytam – gdybym nadal sporadycznie obejrzał porno – to czy by to zmieniło wartość tego, co Ci przekazuję? Czy straciłoby to na znaczeniu?
Nie zapytałam czy jesteś nadal uzalezniony bo mi to nawet przez myśl nie przeszło czytając to co piszesz. Zapytałam tylko czy nic już nie masz z ogladaniem wspólnego. Bo napisałeś wczesniej że w porno nie ma nic dobrego więc rozumiem że nawet sporadyczne spojrzenie na porno jest pomyłką i bezproduktywnym aktem.
Mąż mi czasem proponuje obejrzenie razem dla podkrecenia klimatu.
Nawet już nie raz to robilismy ale ja nie dawałam rady bo koncentrowałam się na tych idealnych ciałach i dostawałam szału xd.

Kate

Hej Piotrze. Z tego co napisałeś zrozumiałam, że aby uzależnienie męża przestało mnie boleć i wyniszczać powinnam do niego podejść z sercem, zrozumieniem i akceptacją tego, co robi oraz z perspektywą pozwolenia upaść mu na samo dno. Zastanawiam się co jest tym dnem. Widzę przed sobą dwie wizje: nie reagując na to co robi stworzę mu przestrzeń do totalnej swobody i zaspokajania swoich zachcianek albo otworzą mu się oczy, że ten zakazany owoc jednak nie smakuje znakomicie a nawet ma w sobie truciznę. A więc mąż wybierze realne dobro.
Wiem na pewno, że ja za każdym razem reaguję bólem i gniewem. Strzelam tym jak wspomniałam z automatu. Nie widzę nic prócz rozkraczonych nad nim obcych bab. To doprowadza mnie do wściekłości. Nawet jesli potem na spokojnie sobie to uzasadnię, że tu nie chodzi o mnie i że następnym razem już tak nie zareaguję to powtarzam swoje reakcje perfekcyjnie za każdym razem. Być może jest tak jak piszesz, że oboje jestesmy zafiksowani na sobie. On na swoim wirtualnym świecie w którym znajduje jakieś ukojenie a ja na swoim bólu jakby wszystko co robi było wymierzone we mnie by mnie zniszczyć. Za każdym razem mąż pyta: co to cię tak boli? Ja bym palcem nie kiwnął gdybyś ty patrzyła na innych. Po co ta drama?
No dlatego że spadłam z piedestału. Powinien mnie adorować i zachwycać się do starości z pomarszczonym ciałem ;)
A tam w kompie ciągle nowe młode ciała.
Jestem na siebie wściekła, że daję się sprowadzać do samego ciała jakbym była tylko nim. To, co mojego męża we mnie urzekło to moja skromność a jednoczesnie okazałam się kobietą mądrą. Można ze mną porozmawiać na każdy temat. Nie byłam pusta i próżna. Nie chciałam od niego nic prócz miłości. Do tego kokieteryjnie potrafiłam zawładnąć jego umysłem. Wiedziałam czego chcę. Nie byłam pruderyjna.
A teraz oceniam siebie tylko fizycznie jakby to nadawało mi imię.
Głupie to a jednak trwam w tej głupocie.
Ostatnio po tym jak mąż się pogapił w telefon a umówiliśmy się, że ma na to godzinę i być może wtedy mnie to tak nie ruszy , niestety utknal w telefonie na ok.3 godziny z przerwami. Połozył się do łózka i myslał że będę tam czekała podniecona. Nie pozwoliłam się dotknąć. Powiedziałam, że sama się już zaspokoiłam więc nie potrzebuję jego pieszczot. Odpowiedział, że w takim razie on będzie się gapił . Ja na to: To się gap.
No jakoś mu się odechciało. Na drugi dzień w rozmowie dodałam, że może się gapić a ja nawet mogę siedzieć z nim w pokoju. Ale relacji między nami nie będzie i ja nie będę udawała, że jest wszystko ok. Nic zabronić mu nie mogę ale on jednoczesnie nie zmusi mnie do udawania. Albo jest między nami wszystko ok albo nie.
Powiedział, że chce relacji. Tyle, że takich deklaracji słyszałam już tysiące.
Dziękuję za Twoje komentarze i pozdrawiam Cię.

Kate

Przemyśl to. Zastanów się co w jego przypadku jeszcze utrzymuje i zasila jego iluzje i co jeszcze daje mu pretekst, by się ich dalej trzymać?
Zadaj też sobie pytanie – “kim jest mój mąż”? W jakim kontekście to rozważysz?
Wiesz jak tak dłużej myslę i wsłucham się w męża to sądzę, że wpływ na jego pociag do porno może wynikać też z poczucia odrzucenia go jako mężczyznę. W jego przekonaniu oczywiście bo ja go nie odrzucam ale intensywność i częstotliwość naszego pożycia bardzo zmalala. Jesteśmy ze sobą – naście lat i przestaliśmy reagować na siebie fizycznie. Patrzymy na siebie jak brat na siostrę i odwrotnie. Oboje to niedawno stwierdziliśmy. Nie chodzi o to jak piszesz, że przestaliśmy się sobie podobać ale nie ma w nas tych intensywnych reakcji seksualnych na siebie nawzajem i myslę, że jest to problem wielu małżeństw jak nie większości. Stąd jakaś próba reaktywacji doznań wchodząc w zwiazki pozamałżeńskie czy ratując się porno. Ma wtedy czlowiek poczucie że żyje bo doznaje intensywności wrażeń. Rzecz jasna nie o to chodzi w życiu ale myślę, że jest to pewien problem. Być może mój mąż nie czuje się jak stuprocentowy facet gdy nie pociaga swojej żony i gdy ta żona nie biegnie już otwarta i chętna jak na poczatku w jego stronę. Przy porno można sobie pofantazjować, znów poczuć się jak ktoś ważny. Stąd ten relaks o którym mówi mąż. Porno daje mu to, czego ja mu nie daję. Być może jest tak jak mówisz, że ucieka w ten fantastyczny świat od tych trudnych i bolesnych dla niego uczuć i wniosków. Gdy pojawia się porno ja zaczynam o niego zabiegać gdyż czuję się odrzucona jako kobieta i jakaś lafirynda w moim odczuciu wchodzi na moje miejsce. Daje to taki skutek że czuję jakbym męża traciła i wtedy włącza mi się tryb gonienia go. Jak porno nie ma czuję się bezpiecznie, nic mi nie zagraża i wtedy też nie mam zbytnio skłonności seksualnych wobec męża. Żyjemy sobie jak brat z siostrą. Widocznie mojemu męzowi to nie wystarcza i do tożsamości męskiej seks i doznania z niego wypływające są dla niego bardzo ważne. Żyjąc ze sobą naście lat logiczne jest że patrzenie na jedno i to samo ciało nie spowoduje mocnych reakcji. Gdybym była podniecona każdego dnia i ochoczo biegała za mężem pewnie bym go tym zaspokoiła ale naturalnie nikt nie chodzi nakręcony codzień. Takie cuda to tylko w porno bajkach.
Pamiętaj – nie to co robisz ma znaczenie ale to jaka jesteś.
To że nie reagujesz może wynikać z wielu zupełnie innych fundamentów – winy, lęku, oporu – zewnętrznie możesz udawać niewzruszoną, a w środku możesz się gotować lub doświadczać rozpaczy.
Tak własnie jest jak piszesz. Zmuszam się do obojetności czyli braku reakcji ale do czasu bo w moim wnetrzu już kipi lawa i wydobywa się na zewnatrz w postaci wściekłości i smutku.
Zupełnie nie wiem jak ta moja akceptacja pasji meża ma wygladać. Mogę rzecz jasna uświadomić sobie, że jego problem mnie nie dotyczy, nie wynika ze mnie (choć może jednak wynika jak to Ci opisałam wyżej? ) ale świadomość tego, że w danym momencie mąż nie wybiera mnie a więc nie kocha powoduje we mnie żal, winę i w końcu agresję. Jasne, że powinnam kochać bezinteresownie i z tego czerpać radość i spokój ale przecież taka jednostronna miłość to nie relacja. A przecież dla niej wyszłam za mąż: by kochać i być kochaną.
Człowiek bez miłości usycha. I bez przynalezności do kogoś: bez względu na to czy przynalezy do drugiego człowieka czy do Boga.
Wiem, że jestem dzieckiem Boga stworzonym z miłosci i dla miłości ale jak widzisz ta wiedza mi nie wystarcza. I wynika z tego że miłość Boga mi nie wystarcza bo potrzebuję jej realnych i widocznych oznak od męża.
No i być może po to jest to wszystko. Ten cały porno syf. Bym odnalazła fundamenty. Boża miłość powinna być napędem do życia w pełni. A tak ze mną nie jest. Zresztą z mężem też nie.
I tak kulawo i koślawo idziemy przez to życie.
Bo zło nie istnieje.
Nawet gwałciciel uważa, że czyni dobrze. Putin też uważa, że czyni dobrze.Człowiek nie jest w stanie wybierać złego. Każdy, nawet uzależniony, który okłamuje swoich bliskich, czyniąc to uważa, że czyni dobrze – w pewnym kontekście.
Istnieje. Zło to brak miłości. Brak miłości powoduje cierpienie i krzywdę. I nic to nie zmienia gdy sobie zaczniemy to jakoś w glowie uzasadniać. Głod, wojny, zdrady, okradanie, mściwość to jest zło i wynika z braku miłości. Nieistotne, że sobie człowiek w swoim chorym umysle wybiera niby dobro. Dobro rodzi dobre i smaczne owoce, zło zaś trujące nawet jesli wygladają smakowicie. Trują i niszczą.
Ale właśnie to jest Twoje oczekiwanie, którego on nie spełnia. Bo nie w nim jest problem, tylko w jego przyczynie. Dlaczego powinien Cię adorować?
Bo chcesz być dla kogoś wyjątkowa? Dlaczego? Po co?
A jesteś taka w swoich oczach? Nie. Wiemy, że w swoich oczach jesteś mniej atrakcyjna od reszty kobiet, np. tych młodych aktoreczek.
Jesteś dla siebie bardzo surowa i niesprawiedliwa. Jest dużo osądu, obwiniania, odrzucania. Jest mało miłości i łagodności.
Ale widzisz jak wygodnym to jest – “mąż powinien mnie adorować!” A jak nie to jaki zły! Wrrrr! ;)
A to jacy my jesteśmy źli dla siebie – to pomijamy, zbywamy. A w tym cały sęk.
Tak. Głupie to i obłudne. Samą siebie widzę gorzej od innych a chciałabym sobie to poczucie zrekompensować mężem.
Nie wyszłam z pieluch, masz rację ;)
Ha!
Skromność! Faktycznie. :)
Tylko miłości chciałaś od niego. :D Śmieję się na głos (nie cynicznie).To jedyne czego nie powinnaś chcieć od nikogo, tylko kochać sama dla samego kochania.
I widzisz jak dużą ceną zapłaciłaś za to małe życzenie – “byle tylko on mnie kochał”. Doszło, że przymykałaś oko na wielki problem i dałaś się sprowadzić do ciała.
Cieszę się że spowodowałam u Ciebie śmiech :) To zawsze lepiej niż łzy czy złość :)
Rzeczywiście chciałam od męża wszystkiego bo MIŁOŚĆ to wszystko.
A nie otrzymałam tego w domu bo byłam totalnie odtrącona więc ze swoimi głodami przyszłam do męża. I nie chciałam nic więcej: wysokiego statusu materailnego czy społecznego, pałaców, prezentów, drogich kolacji, na autach się nie znałam i nie znam xd . Pragnęłam tylko żyć bo bez miłosci wegetowałam a nie żyłam.
Ten porno problem pojawił się póxniej bo przecież na poczatku były same fajerwerki seksualne więc mąż poczuł się ze sobą dobrze. On mi coś dał, ja jemu też i żyliśmy długo i szczęśliwie ;) no jednak nie jak się okazuje bo ani nie długo ani nie szczęsliwie bo mąż cierpi i ja cierpię. Choć prawda jest taka że oprócz tego problemu mąż wszędzi eindziej staje na wysokości zadania. Pracuje, po pracy przychodzi zaraz do domu, zajmuje się obowiązkami, dziećmi, itp.
Byłabym nieuczciwa gdybym odebrała mu to dobro które czyni.
Problem w tym, że w penym momencie ja męża widzę tylko przez pryzmat porno syfu.
Ok, na koniec – może przyniesie Ci ulgę, że z uzależnieniem męża nic nie musisz robić. Tylko się nie opieraj, nie graj ofiary. Zajmij się tym, przez co cierpisz, przez co ten cały gniew i żal.
Przestań wymagać tego, czego nie może Ci dać, ani jaki nie może być.
Czyli rozpoznaj to, co zmienić możesz od tego, czego nie możesz. Zmień co możesz, resztę zaakceptuj
Tak. Czytając to czuję ulgę. I chcę tę myśl zmaterializować. Życz mi powodzenia :) Zresztą….na pewno życzysz :)
Kończę bo się boję, że zaraz coś przypadkowo nacisnę i cały mój tekst wyleci w niebyt ;)
Pozdrawiam.

kate

Piotrze. Ponieważ ,,wyparował’ mi cały mój tekst i pomimo tego, że chciałam się wziąć do pisania jeszcze raz to mam pustkę w głowie. To tak jakby to co miałam przelać na klawiaturę już przelałam , powiedziałam co miałam w sercu i w głowie i teraz już klops. Najbardziej lubię pisać gdy odczuwam dane emocje czy widzę w głowie wnioski i spostrzeżenia. Wylało się to ze mnie i nie ma już nic.
Prawie bo w skrócie napiszę już nie cytując Ciebie, że o prawdę z mężem walczę od nastu lat. Nie zamiatam jej pod dywan. Walczę krzykiem, płaczem, rękoma i całą swoją emocjonalnością. Ta forma ekspresji ani nie dociera do męża na sposób motywujący ani nie pomaga mi. To już stwierdziliśmy (ja i Ty). Nawet jak chwilowo próbowałam się zakłamać i zobojętnieć na to co robi mąż to i tak za jakiś czas cała emocjonalna lawa wydobyła się ze mnie z całą mocą.
Tak więc udawać nie potrafię.
Ustalilismy też że mam w sobie pokłady kompleksów, niedowartościowania , masę żalu, zazdrości i zaborczości. To moje pole do orania. Nie odejdę od męża bo nie po to zawierałam związek małżeński.
Nie po to zbudowaliśmy razem rodzinę by to burzyć i uciekać.
Chcę zostać na swoim stanowisku , wziąć ster w swoje ręce i wyznaczyć dobry kurs. Mąż niech zrobi to samo. I będzie ok.
Jezus mówił: ,,Jeden drugiego brzemiona noście” więc dobrze znał kondycję człowieka i wiedział, że tylko prawdziwa miłość może dać radę usensownić to życie. I wcale nie zamierzam podejść do tego męczeńsko ale ze świadomością , że sama potrzebuję Boga by kochać więc idąc do Niego po siły i wiarę .
Co do zła i diabła…..myslę, że niebawem go ujrzymy wraz z jego Nowym PORZĄDKIEM ŚWIATOWYM.
Chrystus uwalniał ludzi od złych duchów wypedzając je. Diabeł to szeptacz zła, kłamca, mąciciel, i zwodziciel. Jak ostrzegał Chrystus : ,, krąży i szuka kogo by pożreć…”.
I nie chodzi o to, by na niego zrzucić odpowiedzialność za swoje błędy i złe życie ale mieć świadomość, że nie idąc za Najwyższym Dobrem i Miłością jestesmy skazani na współpracę z demonem.
Wiem, że się ze mną nie zgodzisz i masz swoją ideologię ale jako chrześcijanka przyjmuję Jezusa jako jedynego Zbawcę i nie postawię go obok Buddy.
Odchodząc już od kwestii teologicznych bo uważam, że nie ma sensu ich na tym blogu kontynuować chcę Ci powiedzieć, że Twoje wpisy mają na mnie pozytywny wpływ i skłaniają do głebszego przyjrzenia się sobie i temu co mnie otacza. Jesteś otwarty na drugiego człowieka i nie lubisz obłudy i zakłamania a to są cechy dla mnie priorytetowe. Nie ze wszystkim się zgadzam ale sporo do mnie przenika. Szczególnie gdy czytam to samo któryś raz.
Pozdrawiam serdecznie.

Kate

Hej Piotrze. U mnie w miarę stabilnie. Od ostatniego mojego wpisu mąż nic nie ogląda więc nie ma wojny i łez. Jest jednak we mnie wewnętrzna nieufność,podejrzliwość, złość…..bo się gorąco zrobilo i się kobiety porozbieraly xd
Nie potrafię być do końca szczęśliwa. Jest we mbie wrośnięty korzeń smutku który blokuje swobodną radość we mnie i wdzięczność za to, co mam.
Z mężem od lat spędzamy dużo czasu razem, wlasciwie od mimentu gdy tylko on przyjdzie z pracy. W tej kwestii nie jest zle. Choć z tego właśnie mąż robil mi zarzut: że tyle czasu spedzamy razem więc on chce oddechu ode mnie.
Ja to rozumiem i nie widzę problemu gdy robil coś do pracy czy czytal. Natomiast spedzanie czasu z golymi babami z neta jest dla mnie nie do zaakceptowania. Ale to już przerabialismy….tak tylko przypominam
Mieszka obok nas przez ścianę sąsiadka której mój mąż kiedyś pomogl wnieść graty gdy się wprowadzala. Przy okwzji kilka rwzy zwierzyla mu się ze swouch problemów, jest po rozwodzie. Zdarzylo się kilka razy że potrzebowala pomocy by coś tam w domu przykręcić itp. W pewnym momencie zbuntowalam się i zabronilam mężowi pomagać gdy przyszla któryś raz. Trzeba bylo trzymać męża przy sobie a nie posługiwać się moim tym bardziej że nie stronila od męskiego towarzystwa. Ma jej więc kto pomagać.
Ona jest z moim mężem na “cześć” a ze mną na ” dzień dobry”. Powoduje ta sytuacja we mnie złość i sieje podzial bo albo jesteśmy wszyscy na”ty” albo na “pani/pan”.
Rozmawialam o tym z mężem i jest gotowy mówić jej dzień dobry na moją prośbę. Jednak po czasie zrezygnowalam z tej prośby. Co mi to da? Dam jej tylko poczucie że jest kimś ważnym skoro zaszly zmiany przy witaniu się. Nie wiem jak powinnam do tego mądrze podejść. Masz jakiś pomysł? Mąż zaproponowal bym sama z siebie zaczęła jej odpowiadać” cześć” ale nie wiem czy mi się tak chce.
Pozdrawiam Cię i życzę przyjemnego wypoczynku. Lato jest fajne ale bez przesady z tymi tropikami ;)

kate

Zacznę pisać i jutro dokończę.

Bo zawsze się kapkę martwię, gdy człowiek przestaje się odzywać – czy nie zrzuciłem za dużej bomby.
Gdyż moja praca to pomoc w mierzeniu się z najbardziej wrażliwymi punktami, bolesnymi tematami, etc.
To się nie martw. Nie zawsze mogę od razu odpisać, ot życie i obowiązki, teraz wyjazdy. Poza tym czasem nie do końca Cię rozumiem więc gryzę się z Twoim tekstem jakiś czas. No i kolejny aspekt to taki, że zmian we mnie ciagle nie widać więc nie ma się czym chwalić i dzielić ;) Mimo, że dużo w sobie widzę to i tak moje reakcje są jak beton. Nawet jesli uda mi się je pohamować to żyję sobie jak słusznie zauwazyłeś z energią lęku i gniewu wewnątrz. Trudno wtedy faktycznie być szczęsliwym i spokojnym.
Ale to wrze jak wrzątek we włączonym i przykrytym szybkowarze.
A przecież na pewno są okoliczności, w których wcale nie jesteś stabilna, spokojna. I pewnie też uważasz, jak w przypadku męża, że COŚ to powoduje.
Czyli oddajesz odpowiedzialność.
Takich okoliczności nie brakuje. Ostatnio w pociągu gdy jechalismy rodziną dosiadła się do przedziału kobieta w naszym wieku (pierwsza polowa 40- stki ;) ) i miała wykupione miejsce naprzeciwko mojego męża. Zagotowało się we mnie gdy po pewnym czasie chciała od niego zaczerpnąć informacji dlaczego pociąg jest spózniony. Mąż grzecznie odpowiedział a ona dalej prowadziła konwersację i wiedziałam, że zapowiada się jazda z moim wk…..em. Napisałam krótko mężowi w komunikatorze że ma skończyć tę rozmowę bo nie musi tej kobiety zabawiać.
Być może przewracasz teraz oczami na to, co czytasz ale zbyt dobrze znam kobiety by nie mieć swiadomości jaką frajdę im sparwia zaczepianie żonatego faceta szczególnie przy żonie. Kobieta dobrze wie, co odczuwa druga kobieta. Czuje podskórnie ten wkurw i poczucie zagrożenia. Jak na dłoni widać niestabilność sytuacji, skrepowanie i dyskomfort. Jeśli mąż cudzej żony okaże zainteresowanie to jest sukces zaczepialskiej i dowartościowanie się czyimś kosztem. Podobnie działa moja sąsiadka. Normalnie jako kobieta powinna raczej zwierzać się mi, drugiej kobiecie ale nie , ona wybrala mojego męża, postawiła się w roli potrzebującej sąsiadki i w dupie miała co ja o tym sądzę. Jej dwuznaczna postawa czyli dzień dobry dla mnie a cześć dla męża to klin między małżonkami.
Rozumiem, że mąż może być na cześć z koleżankami z pracy a ja z nimi kulturalnie na dzień dobry ale to nie ta sytuacja. Oprócz tego zapraszała go na kawę. Czy ktoś normalny tak postępuje? Jesli już to zaprasza się małżonków czyli sąsiadów a nie samego małżonka. Cele dla mnie są jasne: Próba dowalenia kobieta kobiecie, dowartościowanie się i włożenie klina. Od jakiegoś czasu spotkalismy się mijając i ja na jej dzień dobry odpowiedziałam: cześć. Nastepnym razem znów mi powiedziała ;dzień dobry a ja konsekwentnie ;cześć. Zobaczymy co będzie za trzecim razem :)
Mąż mówi bym się z tego nie wycofywała bo to ona wychodzi na idiotkę skoro bardzo chce podkreslać to swoje: dzień dobry dla mnie.
Tak więc w obliczu takiego jej zachowania od poczatku nie jestem do niej pozytywnie nastawiona i uważam, że mam do tego prawo.
Ogólnie nie ufam kobietom.

a nie oglądałem porno przez ponad rok, a potem wszystko znowu nabrało rozpędu. Dlaczego?
Bo nadal BYŁEM tym samym człowiekiem.
Wierzę Ci. Mój mąż też jakiś czas resetował mózg od porno i jakiś czas temu znów zaajrzał. Szybko się ogarnął bo obyło się bez kilkugodzinnnych czy kilkudniowych seansów ale jednak wdepnął.
I też uważam, że ciągle jest tym samym człowiekiem. Bez ujrzenia w prawdzie czym jest porno i jakie skutki ono ze sobą niesie zmiana jest niemozliwa. Trzeba by mieć wstret do tego co robią ci ludzie. A to co robią owiniete jest w złoty papierek pieknych ciał i cięzko o ten wstręt. To nadal jest atrakcyjna podnieta i pokusa.
Ja też się męczę jak wychodzę i widzę te porozbierane baby. Wiem, że męskie oko one ciesza w tym pewnie i Twoje ale my żony mamy cięzki los. Idzie taka z półdupkami na wierzchu przed naszymi mężami i co? To ma być fajne ? Normalne?
Nie ucieknę na marsa (albo na wenus ;) ) ani nie zamknę się w domu żeby te baby nie szarpały moich nerwów więc pozostaje mi…no własnie…co? Pogodzenie się z tym, że są?
I moja na to obojetna reakcja? Na dzień dziesiejszy nie potrafię.
Jutro cdn….
Pozdrawiam.