Dni
Godzin
Minut
Sekund

Ilość Wolnych Miejsc:
/

Witam Cię serdecznie!

Rozpoczynamy trzecią z trzech serii dotyczących dróg do pokoju, szczęścia i sukcesu! Dzisiaj zaczniemy podążać w stronę sukcesu!

Link do artykułu wprowadzającego znajdziesz poniżej:

► Seria „100 Dróg” – Wprowadzenie.

Zaczniemy od rozważania czym w ogóle jest sukces. Bo oczywiście nie ma jakiejś nadrzędnej definicji.

Każdy z nas sam wybiera, co dla niego znaczy sukces i czym jest.

I w tym jest właśnie niebezpieczeństwo – bo jak za sukces uznamy napicie się wódki po trudnym dniu czy zemszczenie się na kimś, no to dla nas sukcesem będzie zrobienie czegoś niesprzyjającego własnemu życiu. Będzie nas cieszyć niszczenie swojego życia. I będziemy do tego dążyć z uśmiechem na ustach. I jeszcze sądzić, że to inni nam szkodzą…

Czy nie tak postępują uzależnieni? Np. ekscytują się, że obejrzą porno, choć konsekwencje tego są kolosalnie negatywne? Nie uważają, że to np. dzień ich stresował?

Bardzo podobają mi się 2 znaczenia tego słowa:

1. Korzystny wynik.

2. Postęp.

Pierwsze znaczenie podpowiada, że sukces to to, co sami uznajemy za korzyść. Zauważmy, że sukcesem może być zjedzenie fast-fooda, gdy nie mamy możliwości zjeść niczego lepszego. Choć powinniśmy rozumieć, że w szerszym kontekście fast-food to nie jest zdrowy posiłek. Jednak w pewnych okolicznościach możemy sobie na niego pozwolić. Ale jeśli będziemy fast-foody jedli cały czas, to konsekwencje dadzą o sobie znać.

Drugie znaczenie mówi, że sukcesem wcale nie musi być osiągnięcie celu ale postęp w kierunku tego celu. I tym także może być popełnienie błędu. Bo widząc co nie działa, rozumiejąc konsekwencje własnych uczynków, możemy postępować w stronę pożądanych konsekwencji. Przykładowo – jeśli często się kłócimy z bliską nam osobą, możemy wybrać zrozumienie, że kłótnie nie przynoszą tego, czego chcemy i zaczniemy szukać lepszej drogi. Drogi do czego? No właśnie to sami musimy określić i wybrać.

Zastanówmy się PATRZĄC NA WŁASNE ŻYCIE co dotychczas było sukcesem dla nas. Bez świadomości tego gdzie zmierzamy, nie można dokonać korekt. Każdy sobie może poczytać dziesiątki mądrych definicji i przykładów sukcesów ale dopóki nie dostrzeże do czego sam(a) zmierza i że oraz jakie ma z tego korzyści, no to nigdy tych dążeń nie zmieni. Może się męczyć, próbować na siłę ale będzie to teatralne. Bo naprawdę wcale nie będzie chciał(a) nic zmienić.

Jak zawsze – zmiana zaczyna się wewnątrz.

Przykład takiej zmiany – przewartościowanie i wybór nowego celu. W przypadku uzależnienia – już nie “rozładowanie stresu”, tylko przyjrzenie się swoim uczuciom, akceptacja ich, wzięcie odpowiedzialności, uwolnienie i korekta swojego nastawienia względem tego, co uznaliśmy za źródło stresu. Gdy to zrobimy, automatycznie zmienimy swoje działania.

Najpierw zobacz co sam(a) już robisz. Bo jeśli nie zobaczysz czego się trzymasz i czemu stawiasz opór, to zmiany, o ile w ogóle jakieś wprowadzisz, będziesz wprowadzać w trudach i męczarniach. Na tym polega tzw. “zmuszanie się” – próbujesz zrobić coś, czego wcale nie chcesz i/lub próbujesz zrobić coś, co wymaga zrezygnowania z czegoś, czego się trzymasz; ale nie chcesz się tego puścić. Bo coś z tego masz. I wielu wtedy zaczyna wierzyć w bzdurne stwierdzenia typu – “życie jest trudne”, “trzeba się męczyć”, “życie gniecie”, etc. Nie, tak nie jest. To my jesteśmy trudni, my się męczymy na własne życzenie, my gnieciemy coś w sobie.

Najbardziej powszechnym przykładem tego jest próba “przełamania oporu”. Co jest oczywistą strategią, by nic nie zmienić. A staje się to jasne, gdy nareszcie zrozumiemy co to jest opór. Opór to Twoje nastawienie wobec czegoś. Nastawienie niechęci. Nie chcesz czegoś i robisz wszystko, by tego nie zrobić czy nie doświadczyć, uniknąć. A gdy doświadczysz, to jak najszybciej pozbyć się za wszelką cenę.

Jak można liczyć na przełamanie tego? Niechęć to niechęć. Albo wybierasz niechęć, albo chęć.

A ludzie zamiast zmienić swoje nastawienie, zamiast w ogóle uczciwie przyznać, że czegoś nie chcą, stawiają się w roli ofiary uczucia, które nazywają oporem. Mówią – “nie mogę tego zrobić, bo czuję opór”. Ale nie rozumieją, że to nie uczucie, tylko doświadczają konsekwencji oporu nazywanej napięciem.

I zauważmy jakie to jest “szlachetne” – wymyślamy sobie, że tak bardzo chcemy coś zrobić, no ale nie możemy, bo czujemy opór. No opór nam nie pozwala… Ojej. Mówią “czuję opór”. Więc jeszcze lepiej – uczucie im nie pozwala! I zaczynają się z nim męczyć… No to jakby zacisnąć dłoń i mówić, że nie możemy otworzyć drzwi i wyjść, bo nam zaciśnięta dłoń nie pozwala. Albo jakby wstrzymać oddech, mówić, że czujemy napięcie w klatce piersiowej i nie możemy przez to wziąć wdechu, ani wydechu. Oczywiście, że możesz ale trzeba zrezygnować z niechęci/zaciskania dłoni/wstrzymywania oddechu. Jak się uprzesz, to nie ma mocnych. Bo nikt do niczego nie może Cię zmusić. Nawet jakby ktoś przyłożył Ci pistolet do głowy mówiąc “rób albo cię zastrzelę!”, to równie dobrze nadal możesz nie wybierać działania. Jeśli jednak wtedy zdecydujesz się na działanie, to nie spowodował tego pistolet, ani strach, tylko jeszcze bardziej nie chcesz tego co się stanie po wystrzale, niż np. dyskomfortu. Więc zrezygnujesz z oporu i pozwolisz sobie na działanie.

Ale jeśli jedynym motywatorem w Twoim życiu jest strach, niechęć czy poczucie winy, no to dopóki nie doświadczysz naprawdę bolesnych konsekwencji, nic nie będziesz zmieniać, nawet na lepsze. Bo jeśli boisz się zostać osądzonym lub odrzuconym przez kobietę, to co musiałoby się stać w Twoim życiu, czego bałbyś się jeszcze bardziej żeby odpuścić opór przed podchodzeniem do kobiet?

Setki razy słyszałem od wielu obcych sobie osób – “lepiej nic nie zmieniać, bo może być gorzej”. Ale jak już doświadczymy bardzo bolesnych konsekwencji, to bardzo trudno będzie nam zmienić to, czego unikaliśmy nawet latami. Nie dlatego, że jest to trudne, tylko bo tak się będziemy opierać.

Nie bez powodu mówi się – “lepiej zapobiegać, niż leczyć”.

Inny przykład – jeśli Twoim nadrzędnym celem jest unikanie dyskomfortu, no to nigdy nie osiągniesz nic nowego, niż do tej pory. Bo nowe zawsze wiąże się z ujawnieniem niekomfortowych uczuć, a im przecież się opierasz. Jeśli nie żyjesz jeszcze odpowiedzialnie, to od razu wyprojektujesz te uczucia np. na ten nowy cel.

Więc pamiętaj –

masz to, co wybrałeś/aś. Gdybyś tego nie wybrał(a) to, byś tego nie miał(a).

Masa ludzi totalnie nie chce zrozumieć konsekwencji. Np. nie chcą przestać grać ofiary ale chcą przestać cierpieć i chcą żeby uzależnienie zniknęło. Albo chcą kontrolować kiedy oglądają pornografię – czyli chcą tylko usunąć czynnik braku kontroli kiedy to robią i jak długo. Przykro mi, nie da się. Wybór grania ofiary czy stawianie oporu wiąże się z konsekwencjami, których nie da się uniknąć. Nie da się oddzielić jednego i drugiego.

Ostatnio jeden klient napisał mi:

Bardzo bym chciał mieć już wszystko za sobą, nie oglądać pornografi, nie mieć złych i negatywnych przeżyć których doświadczyłem. chciałbym mieć udane dzieciństwo aby nie musieć robić tego co robie. fajnie by było mieć za dziecka wyuczone odpowiednie postawy i zachowania, a nie teraz uczyć się nowych rzeczy, leczyć i wszystko zmieniać w wielkim trudze Bo naprawde na moduł 6 nie miałem chęci przez ilość emocji niskich jakich czułem.

Widzisz? Priorytet to nadal niechęć do nauki, do rozwoju, do oczyszczenia. Wszystko co robi z WoP, robi na siłę, niechętnie, bo “musi”, bo “trzeba”. Jak sądzisz – jak mu idzie? Odpowiem – fatalnie. No chciałby dalej żyć nieświadomie i cały czas zwala odpowiedzialność na rodziców, że go nie nauczyli “odpowiednich postaw i zachowań”…

To dla niego sukces – fantazjowanie, że gdyby przeszłość była inna, to wszystko byłoby inne. Totalnie nadal nie chce pojąć odpowiedzialności za własne życie. I tego, że wszystko może zmienić, jeśli zmieni swoje nastawienie wobec tego. Czy zmienia? Na razie nie. Nie rozumie rozwoju świadomości, przewartościowywania, poszerzania kontekstu, porzucania pozycjonalności, rezygnowania z oporu, intencji, wyboru.

Mówi m.in. – “na Moduł 6 nie miał chęci przez ilość emocji”. Widzisz? Nawet niechęć na czytanie WoP zwala na coś. Tutaj na emocje. Rodzice nie nauczyli go postawy chętnej do nauki, więc już nie może się chętnie uczyć? Czuje jakieś emocje i nagle nie ma chęci na edukację w tym, co przecież w ogromnej mierze skupia się na tym, by nauczyć się odpowiednio postępować z emocjami, by przestały być problemem.

I jeszcze mówi, że teraz wszystko trzeba leczyć i zmieniać w wielkim trudzie…

…no ale ten trud to właśnie konsekwencja niechęci, grania ofiary, zwalania odpowiedzialności.

Jak mówiłem – każdy kuje swój los. Nie tylko przez własne decyzje ale też nastawienie do wszystkiego, intencje, pozycjonalności, etc. Problemy tego mężczyzny wynikają z jego wyborów, a nie “wychowania”. Jest mu źle przez to jak sam żyje, a nie przez to co mu przekazali rodzice. Nie jesteśmy nakręcanymi pacynkami. Jak Ci coś nie pasuje, to to zmień! Tylko to wymaga wzięcia odpowiedzialności i porzucenia przyjemności z obwiniania rodziców.

Równie dobrze mógłby wszystko leczyć i zmieniać ochoczo i radośnie. Ale tego nie wybrał. Woli wracać do przeszłości, czyli cały czas wpatrywać się w mentalny bełkot. Bo i na rzeczywistość patrzy tak jak patrzył przez całe życie. Jeszcze się nie rozwinął. A rozwój to też wybór.

Jeśli zamierzasz np. zazdrościć, to niektóre konsekwencje tego to zmęczenie, niezadowolenie ze swojego życia, tworzenie sobie wrogów, konfliktów; to napięcie i wiele więcej. Nie możesz liczyć na szczęśliwe życie i dalsze utrzymywanie w nim zazdrości. Tak samo z graniem ofiary i obwinianiem. Co nie znaczy, że zazdrość jest zła. Nie jest. Ale nie jest też dobra.

Wszystko może istnieć tylko w odpowiednich do tego warunkach.

Od ładnych pomidorków po prosperującą firmę czy orgazm. Czarną herbatę zaparzysz w wodzie o temperaturze 100 stopni. A są gatunki herbaty, które wymagają innej temperatury. I żadne zmaganie i użalanie się, że herbata się nie parzy nie pomoże. Jeśli będziesz próbować zaparzyć czarną herbatę w 50 C, to będą problemy i sobie nie skosztujesz smacznej herbatki. Trzeba rozpoznać jakie warunki zapewniliśmy, a jakich faktycznie wymaga ten gatunek herbaty. Na tym “polega” trzeźwość.

Widzisz rzeczywistość. Dzięki temu możemy dokonać zmian – zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych. A osoba, która gra ofiarę nie widzi rzeczywistości i dalej brnie w urojenia.

Chęć nie może istnieć, gdy zapewniamy warunki dla niechęci. Albo jedno albo drugie.

Więc nie można się do niczego zmusić, ani przełamać.

Tak jak nie da się osiągnąć sukcesu dążąc w przeciwnym kierunku. No bo każdy oczywiście może chcieć, pragnąć, fantazjować, spędzać godziny dziennie na hipnotyzowaniu się myślami. Ale tyłka nie ruszy. A jak ruszy, to z intencją by coś porobić, aby mieć usprawiedliwienie i uniknąć obwiniania. No ale sukcesu nie osiągnie, bo go nie wybrał. Gdyby wybrał, to by go osiągnął. Bo cały czas wyższy priorytet ma niechęć do czegoś, niż osiągnięcie sukcesu. I gdy tego doświadczy, to od razu zmieni kierunek.

Dlatego podkreślę – pragnienie sukcesu to NIE jest kierunek w stronę sukcesu. Sukces to wybór. Równie dobrze możesz pragnąć sukcesu, a nadal go nie wybrać. I zamiast tego wybrać np. unikanie dyskomfortu czy oglądanie seriali. Nie rób się w jajo sądząc, że jak pragniesz, to wykonujesz jakąś magiczną/tajemniczą pracę, która Ci da sukces.

Wiesz, siedząc w domu na pewno nie potrąci Cię samochód ale też nie doświadczysz niczego nowego, nic nie zmienisz. I czy przypadkiem też większość problemów nie wynika z siedzenia w domu jak i żadnego nie rozwiążesz siedząc w domu? Czy opór przed zmianą jest dobry? Nie jest.

Z drugiej strony ludzie non stop pragną, nadmuchują swoje pragnienia – np. pragnienie jakiejś osoby. W ich oczach osoby te urastają do takich rozmiarów, że zaczynają sobie wyobrażać, że ta osoba zbawi ich i rozwiąże wszystkie ich problemy. Pamiętaj, że im większą wartość nadasz komuś lub czemuś, to coraz mniejszą nadajesz sobie. Bo gdybyś miał(a) swój obraz zdrowy, to nie byłoby potrzeby nadmuchiwania obrazu kogokolwiek innego lub czegokolwiek. To nie miałoby miejsca. Bowiem to projekcja, a ona jest mechanizmem automatycznym, gdy nie akceptujemy, wypieramy, demonizujemy, nie chcemy wziąć odpowiedzialności za coś w sobie.

Prosty przykład – kupno samochodu. Możesz się zakochać w nadmuchanym obrazie samochodu, sądzić, że tyyyyyyyyyyyyyle radości “da” Ci jeżdżenie nim. Być może także zapewni podziw innych, szacunek, itd. A tu się okaże, że połowa znajomych pochwaliła, powiedziała “o, super samochód”, druga połowa skrycie zazdrości. I z czym zostajesz? Z rozczarowaniem i własnym obrazem samego/samej siebie. Oraz z masą wydanych pieniędzmi i być może jeszcze ze strachem przed zarysowaniem i kradzieżą.

Jeśli więc nakręcamy się czymś, uważamy to za niesamowite, wyjątkowe, niezwykłe, itd., to zawsze powinna nam się zapalić czerwona lampka. Bowiem zaczynamy brnąć w nietrzeźwość. I z nietrzeźwością też nie ma nic złego. Poza tym, że żyjąc tak ogromnie ryzykujemy i raczej nic nie osiągniemy.

Tym bardziej jeśli dotyczy to innych ludzi. Bo wystarczy, że taka osoba zrobi coś, co nam nie będzie odpowiadać – np. zwiąże się z kimś innym i nagle to całe “zakochanie” pokazuje czym w rzeczywistości było – oczarowaniem, projekcją, ukrytym poczuciem braku, strachem, próbami kontroli i manipulacji oraz nienawiścią skierowaną do siebie, która teraz zostaje przekierowana na zewnątrz (co nie znaczy jej usunięcia), na tę osobę. Wiele osób nawet mówi, że miłość prowadzi do nienawiści. No tak, tylko to nie ma nic wspólnego z miłością, bo odróżnia je od siebie ponad 300 punktów kalibracji (skala logarytmiczna). Albo nawet ponad 400. Na tej skali 400 punktów odróżnia np. Stalina, Husseina, Hitlera (wszyscy wykalibrowani na 90) od Platona (485), Arystotelesa (495), muzyki Brahmsa, czy nastawienia, by szpadę nazywać szpadą (490) oraz Metody Sedony (również 490).

Doświadcz tej różnicy. Obejrzyj zdjęcia po tym, co osiągnęli Hitler czy Stalin. A potem włącz np. “Kołysankę” (“Lullaby”) Brahmsa. Oczywiście zdjęcia nie oddadzą w pełni zniszczenia (a to nie tylko zniszczenie – jeszcze śmierć, cierpienie, kłamstwa, nienawiść, pogłębienie nieufności międzyludzkiej i masa innych konsekwencji). Ale będziesz mieć przynajmniej pojęcie o czym mówię.

Dla przypomnienia czym jest skala logarytmiczna. Różnica między 0 i 1, to jak różnica między 1, a 10. Czyli 9. Różnica między 1 i 2, to jak różnica między 10, a 100. Czyli 90. Różnica między 2 i 3, to jak różnica między 100, a 1000. Czyli 900. A teraz pomyślmy jaka jest różnica między powiedzmy 150 (przywiązanie, oczarowanie, zakochanie), a 550 (Miłość).

Weź do ręki banknot 10 zł i 100 zł i poczuj różnicę. A potem weź zgniłe jabłko (kalibracja poniżej 80) i piękne, zdrowiuśkie jabłko (kalibracja 201). Gdy naprawdę doświadczymy miłości, to nie da się jej już pomylić z np. oczarowaniem i przywiązaniem. Bo miłość to stricte wewnętrzna jakość bycia. Kochamy dla samego kochania. Co nie znaczy nietrzeźwości, stanu jak po naćpaniu lub upiciu się. Miłość jest potężna jak dąb. Dębu nie złamie żaden wiatr. Musiałaby się wydarzyć naprawdę wielka katastrofa. A jednocześnie dąb jest łagodny i stanowi schronienie dla setek czy nawet tysięcy istot. Pod dębem możesz się położyć i zdrzemnąć się w jego cieniu. Dąb nie zrobi nikomu krzywdy.

Tak jak gdy raz weźmiesz do ręki zgniłe jabłko i świeże, zdrowe, to też różnica będzie oczywista. Widzisz różnicę ponad 100 punktów kalibracji. A cały czas na relatywnie niskim poziomie (im wyżej, tym różnica 1 punktu jest coraz bardziej znacząca).

A teraz wyobraź sobie, że człowiek jest na poziomie świadomości np. 130 czy 180 (ten przekrój to największa ilość ludzi uzależnionych), a jakość życia potrzebna do wyzdrowienia z uzależnienia to 350. No, to różnica jak z jedzenia ze śmietnika, na prowadzenia własnej przytulnej knajpki dla całej rodziny. I TĘ DROGĘ NALEŻY PRZEJŚĆ.

Cały czas w raportach czytam od klientów, że uważają, że kochają kobiety. A następnie piszą, że cierpią przez nie. No to jasna sprawa, że to z miłością nie ma nic wspólnego. To oczarowanie i granie ofiary, a nie miłość. Pomyliłeś/aś zgniłe jabłko ze zdrowym.

I z tego poziomu nie podejmują również żadnych zdrowych działań. Nie pójdą powiedzieć dziewczynie, że im się podoba, nie zaproszą na randkę. Tylko kombinują. A to oznacza, że nie są nawet na poziomie odwagi, nie mówiąc o miłości, która jest jeszcze 300 punktów nad odwagą. Zaś odwaga to dopiero początek nauki miłości. Bez odwagi nie mamy szans osiągnąć żadnego sukcesu. Bez odwagi nawet nie umówisz się na randkę. No chyba, że sukcesem dla nas będzie się upić. Bez odwagi nie kochamy. Niezależnie co nazwiemy miłością, to nią nie będzie.

Z poziomu wpatrywania się w mentalny bełkot i grania ofiary nie podejmiesz decyzji o rozprawieniu się z własnymi negatywnymi cechami, nie podejmiesz decyzji o nauce. A jeśli podejmiesz to jak ofiara, niechętnie, z musu, a tak naprawdę będziesz marzyć, by tego nie musieć robić i będziesz szukać pretekstu, by przestać. Tak jak mój wspomniany klient.

Pamiętaj, że jeśli nie masz ogródka i przez to nie urosły żadne chwasty, to nie czyni z Ciebie doskonałego ogrodnika. Ani czytanie o prowadzeniu ogródka, ani fantazjowanie o tym, ani pragnienie, ani chcenie. Tylko realne posiadanie zadbanego ogródka, o który dbasz Ty, a nie ktoś za Ciebie.

Tak jak tylko to, że nikogo nie pobiłeś/aś nie czyni z Ciebie dobrego człowieka. Jak i próby pomocy innym na siłę nie są żadnym dowodem, że jesteś dobrym człowiekiem. Nie oznacza też, że jesteś złym człowiekiem. Bo dobro i zło to takie spłycenie rzeczywistości, że bardziej się chyba nie da. Po raz kolejny – postaraj się wyobrazić sobie jak kolosalny przekrój jakości to chociażby różnica między 180 (duma), a 200 (sam początek odwagi). Ba! Różnica między 200, a 201, to różnica jak między 10 podniesionym do potęgi 199, a 10 podniesionym do potęgi 200. To 10 RAZY więcej. I nie tylko to zmiana ilościowa ale przede wszystkim – jakościowa.

Żeby sobie to wyobrazić to pomyśl, że to różnica w obszarze między jedną Polską, a dziesięcioma Polskami. A nie mówimy tylko o zmianie ilości ale przede wszystkim o zmianie jakości. Bo różnica między 199, a 200 to jak różnica między miliardem zgniłych jabłek, a 10 miliardami świeżych jabłek. Zjedzenie kilku zgniłych jabłek zabije Cię lub zatruje. Zjedzenie 100 świeżych jabłek wzmocni Cię i orzeźwi.

W moich oczach sukcesem jest wybór tego, co faktycznie sprzyja życiu. Czyli wybór tego, co kalibruje się powyżej 200. I nie tylko wybór tego ale też rozpoznanie tego, świadoma decyzja. No bo każdy może poczytać sobie, że np. wybaczanie jest ważne i próbować wybaczać na siłę. To wcale nie musi być sukces. Sukcesem jest, gdy sami zrozumiemy istotność wybaczenia i je wybierzemy, bo chcemy przestać cierpieć jak i nie chcemy, by inni cierpieli z naszego powodu.

Uzależnieni dobrze wiedzą, że jeśli próbują wyzdrowieć tylko ze strachu, z niechęci do cierpienia, to nie wyzdrowieją. Konieczne jest, przynajmniej po drodze, skorygowanie swoich motywacji. Strach zabierze Cię do jakości życia maksymalnie 124. A poziom niezbędny do wyzdrowienia to 350.

Weź to pod uwagę. Zawsze zastanów się jaki poziom reprezentuje to co nazywasz sukcesem. I czy jest to droga do góry czy w dół.

A jak nie będziesz rezygnować z tego, co negatywne, to tak jakbyś stał(a) na ruchomych schodach jadących w dół i raz na jakiś czas pokonał(a) kilka szczebli do góry. To też nie zabierze Cię nigdzie.

Ponadto – jeśli nigdy nie zrobiliśmy odważnej i uczciwej inwentury moralnej, to zapewne kierujemy się dokładnie tym, co nasi rodzice, nasi znajomi i wszystkie osoby, z którymi regularnie przebywaliśmy. Tylko to mogło być dobre dla nich. Dla nas niekoniecznie.

Czy tego chcesz czy nie chcesz – cały czas nieświadomie naśladujesz ludzi, z którymi przebywasz.

I potem obwinianie ich za to, że Cię tego “nauczyli” (nikt niczego Cię nauczy – uczenie się to proces bezosobowy), to tylko dalsze trwanie w tym, co negatywne i odrzucanie możliwości poprawy. A dla wielu ludzi znalezienie kogoś do obwiniania to sukces.

Ok, tyle słowem wstępu i obrysu kontekstu. Pora na konkretne drogi.

1. Wewnętrzne vs zewnętrzne.

Sukces nie jest czymś, co zdobywamy ze świata. Sukces nie bierze się ze świata. Sukces to nasza percepcja. My nadajemy temu sens, znaczenie, wartość. A to oznacza, że każdy inny również to robi.

Uzależnieni boją się żyć bez wódki czy pornografii. Dla nich sukces to dalsze picie/oglądanie porno.

Potrzebny jest naprawdę poważny rozwój, by dokonać tej krytycznie istotnej korekty.

To co dla nas może stanowić sukces, dla kogoś innego może być nawet głupotą i porażką. Weź to pod uwagę. Łatwo zauważyć na tym świecie, że np. milionerów się nienawidzi i zazdrości. Zazdrości się też i skrycie nienawidzi pięknych kobiet. Sukces się zawstydza. Znajdź ludzi, którzy będą Cię wspierać, a nie blokować. Unikaj tych drugich. Jak najczęściej przebywaj z tymi pierwszymi i sam(a) ich nie blokuj.

Zdrowiejący z uzależnienia tym bardziej musi zrozumieć co naprawdę stanowi sukces. Dla większości jest to tylko coś zewnętrznego – przestanie oglądania pornografii. Ale wyjaśniam cierpliwie, bo to nie dociera, że zaprzestanie oglądania pornografii ma stanowić konsekwencję wewnętrznej pracy, czyli wewnętrznych sukcesów – osobistych i duchowych. Przykład takiego sukcesu – zaprzestanie osądzania kogokolwiek, wliczając siebie samego/samej.

Tym samym po pierwsze musisz oddzielić sukcesy wewnętrzne od zewnętrznych. Zresztą to jeden z warunków wyzdrowienia z uzależnienia – totalne oddzielenie świata zewnętrznego od wewnętrznego i wzięcie pełnej odpowiedzialności za ten drugi.

Jeśli chcesz wyzdrowieć, to konieczne jest np. porzucenie grania ofiary innych ludzi i gniewu.

Od dzisiaj nie ma już “ktoś mnie zdenerwował”. Tylko “czuję gniew, bo tę osobę widzę jako XYZ”.

To może też uwzględniać sukcesy zewnętrzne jak wybór odwagi, by postawić się osobie negatywnej, nakreślić swoje osobiste granice i chronić je w razie potrzeby.

Większość ludzi ma oczekiwania względem innych. Nasi bliscy oczekują, a może nawet wymagają czegoś od nas. Być może nasze posłuszeństwo będzie dla nich sukcesem, bo w ich oczach oznacza to, że poprawnie nas wychowali.

Bez oporu i bez obwiniania zacznij rozsądnie przesiewać oczekiwania innych od zdrowia.

Jeśli widzisz, że np. Twoi rodzice chcą, byś był(a) taki/a jak(a) nie chcesz być, to nie musisz być posłuszny/a. Jednocześnie nadal możesz kochać swoich bliskich. Oczywiście nie jesteś zwolniony/a ze zdrowego rozsądku. Jeśli rodzice chcą od Ciebie dyscypliny, to pamiętaj, że dyscyplina jest cnotą i będzie wspierać Twoje życie. To mądre żyć zdyscyplinowanie. Ale sam(a) nadaj dyscyplinie znaczenie. Nie praktykuj jej tylko dlatego, bo chcą tego inni. Również nie opieraj się. Nie unikaj dyscypliny tylko dlatego, bo ktoś kogo nie lubisz żyje zdyscyplinowanie. Szczególnie tylko, aby robić na złość swoim rodzicom.

To fundamentalny błąd – wybór np. oporu względem czegokolwiek w świecie zewnętrznym. Bo w sobie robimy coś szkodliwego i sądzimy, że coś jest nie tak ze światem. Ale ani ból, ani cierpienie nie biorą się ze świata, tylko to konsekwencje oporu. Opór również wymaga od nas ciągłego poświęcania energii i wszystko czemu stawimy opór będziemy blokować – ani nie minie, ani się nie rozwinie. Tylko ew. zdegraduje. Tak jak zablokowane koryto rzeki w końcu zapełni się brudem i śmieciami. Będzie w nim przybywać, tylko nie to, co chcesz.

Nie buduj opinii, percepcji, osądów na bazie emocjonalności. Najpierw zadbaj o swoje wnętrze. Oddziel je od zewnętrza. To fundament zdrowia.

Jeśli będziesz używać świata zewnętrznego jako “lekarstwa” na wewnętrzne bolączki, to się nazywa uzależnienie i prowadzi do destrukcji i zdrowia, i życia.

Szukaj ludzi, którzy pomogą Ci zrozumieć co możesz zmienić, a co zaakceptować takim jakim jest, bez obudowywania tego w dramat.

Przykładowo – nigdy już nie sądź, że coś jest takie jakim Ci się wydaje. Nie mów już “TO JEST ekscytujące/straszne/trudne/smutne/przygnębiające/pełne nadziei/wspaniałe”. To wcale takim nie jest, niezależnie o czym mówisz.

Jeśli byłeś/aś na koncercie i twierdzisz, że był super, to znajdziesz ludzi, którzy twierdzą, że był ok, przeciętny, taki sobie, słaby. Jak czytam sobie recenzje płyt muzycznych, to w zależności od człowieka jeden daje 10 gwiazdek, drugi 1. Więc płyta nie jest ani taka, ani taka. Jednak oczywiście można wykalibrować poziom tej płyty. A człowiek w im niższej świadomości, tym bardziej zmierza w stronę niskich jakości i opiera się wyższym.

Zauważ, że jeśli stwierdzisz, że sukcesem będzie zjedzenie czegoś słodkiego, bo czujesz jakiś brak i chcesz sobie osłodzić życie, to jest to sukces czy porażka? Oczywiście zależy od kontekstu. W wąskim kontekście to będzie się wydawało sukcesem, bo poczujesz się lepiej. Ale w szerszym to porażka na kilku poziomach. Przede wszystkim – brak radości to wybór. Brak jaki odczuwasz to efekt percepcji, wiary i oporu. I jeszcze uzależnienie samopoczucia od słodyczy. Gdy zjesz coś słodkiego i stwierdzisz, że to załatwia temat, to pozostajesz ślepym/ślepą na cały problem. Dlatego jest to porażką na całej linii. Nie mówię, by unikać słodyczy. Ale mówię, by żyć trzeźwo – nie opierać się, ani nie przywiązywać.

W ten sposób unikniesz dążenia do tego, co sądzisz, że jest sukcesem ale w rzeczywistości prowadzić będzie do negatywnych konsekwencji.

Wszystko ma zastosowanie w pewnym wymiarze. Bez wody nie przeżyjesz. Ale rozlej ją i już pojawia się problem. Polej wodą chleb i stracisz chleb (przynajmniej na kanapki). Wylej wodę na urządzenie elektroniczne i zapewne też je zniszczysz.

Weźmy jedno z najczęstszych przeświadczeń uzależnionych – “porno pozwala mi zapomnieć o problemach i uciec od nich”. Nie, porno na nic Ci nie pozwala.

Po pierwsze – Ty decydujesz na czym się skupiasz. Jeśli cały czas wracasz do czegoś myślami, to znaczy, że powinieneś/powinnaś się tym zająć w sobie. Ale nie chcesz. I używasz porno jako wymówki, by tego unikać. Uważasz, że inaczej nie potrafisz przestać myśleć o problemie. No tak, tylko że nie myślisz. Myślenie odbywa się samo, a Ty się w nie bezwolnie wpatrujesz tak jak bezwolnie wpatrujesz się w pornografię. Bo dzięki temu masz pewność, że będziesz tego unikać.

Po drugie – jeśli wobec problemów czujesz się bezsilny/a, to tylko efekt Twojej percepcji – grania ofiary, niechęci, wmawiania sobie bezsilności.

Po trzecie – oglądanie porno wyrzuca Cię na relatywnie wysoki poziom pożądania (ale sztucznie i tylko na czas jej oglądania). Ale Twoją intencją nie jest skorzystać z tej energii, tylko w niej trwać jak najdłużej się da. W tym czasie nie korygujesz swojej percepcji problemu, nie uwalniasz oporu, nie uwalniasz przywiązania. Tylko jeszcze bardziej wmawiasz sobie kłamstwa, że porno na coś Ci pozwala, na co sam(a) sobie nie pozwalasz w realnym życiu. Co więcej – przecież nie możesz np. pracować jednocześnie oglądając porno.

Po czwarte – oglądanie porno niszczy mózg, tłumi emocje, czyli Twoją energię.

Po piątek – po każdej sesji z porno upadasz jeszcze niżej, niż byłeś/aś przed.

A co Cię podniesie wyżej? Zmierzenie się z problemem i jego rozwiązanie.

Więc ja się pytam – na co Ci pozwala porno? Obejrzenie go to nadal dla Ciebie sukces? Tylko jeśli realne życie postrzegasz jako straszne, złe, bolesne, niesprawiedliwe, itd. Ale to wszystko przerzucanie swojej wypieranej, niechcianej i demonizowanej emocjonalności. Ważne na co Ty sobie nie pozwalasz w realnym życiu i na co sobie pozwalasz. Bo na razie przerzucasz odpowiedzialność na pornografię i jeszcze nadajesz jej cechy, których nie posiada. Bo nie rozumiesz wpływu porno na swoje życie, ani konsekwencji jego oglądania.

To nie porno pozwala Ci się poczuć lepiej, tylko Ty nie pozwalasz sobie tak się czuć. Nie tylko uważasz, że porno daje Ci możliwość zmiany samopoczucia na lepsze ale jeszcze uważasz, że złe samopoczucie bierze się np. z problemu, który masz i gdy go unikniesz, to to złe samopoczucie też zniknie. Jeszcze uważasz, że myślisz o nim i też przez myśli źle się czujesz. I próbujesz myśli tłamsić, kontrolować, zdusić i co to daje? Nic, poza zmaganiem, napięciem, bólem i cierpieniem.  A że emocje to konsekwencja percepcji, której nie korygujesz, no to i samopoczucie nie ulegnie zmianie na lepsze.

Najpierw obwiniasz problem za swoje cierpienie, a potem obwiniasz siebie, że obejrzałeś/aś porno. A to to samo poczucie winy. Czyli się go trzymasz, nie chcesz z niego zrezygnować.

Może więc wydawać się sukcesem znalezienie kogoś lub czegoś, kogo/co można obwinić. Ale czy to sukces – znalezienie wytłumaczenia i racjonalizacji dla już istniejącego poczucia winy?

Czy to sukces – robienie lub znalezienie czegoś w świecie, dzięki czemu unikniemy odczuwania winy lub przerzucimy odpowiedzialność za nią? Tylko jeśli paradygmat życia mamy bardzo ograniczony.

Widzimy, że to co w świecie uznamy za sukces jest pochodną tego jak wygląda nasz świat wewnętrzny. Jeśli strach uważasz za swojego przeciwnika, wroga i potencjalne źródło cierpienia, to wszystko, co odetnie jego odczuwanie będzie w Twoich oczach dobre. Ale to kolosalny błąd. To droga niszczenia swojego życia.

2. Osobiste, duchowe, w świecie.

Warto podzielić sukces na 3 osobne obszary: osobisty, duchowy oraz ten dotyczący świata.

Pamiętaj, że żyjesz na planecie Ziemia. Każdy tutaj ma swój poziom świadomości, a z niego wynika czemu nadajemy wartość, znaczenie, sens i jakie. Każdy człowiek ma więc swoje własne cele. To co dla Ciebie może być niezwykle ważne, dla innej osoby będzie śmiechu warte. To normalne i nie należy ani brać do siebie toksycznej krytyki, ani też nie być ignorantem na krytykę konstruktywną. Należy też rozumieć, że 80% ludzkości jest w świadomości nieintegralności. Więc i ich cele będą zazwyczaj typowo zwierzęce – zjeść, spać, wypróżnić się, przeżyć, rozmnożyć się. Niewiele będzie miało dla nich większe znaczenie, a i osiąganie tych celów odbywa się każdym sposobem. Nawet nie zważając na konsekwencje i dobro innych.

Czy nie tak żyje uzależniony? Uważa np., że cały świat jest straszny i lepiej się trzymać z daleka? I emocje są niebezpieczne, więc też robi wszystko by ich nie czuć – pije, ćpa, ogląda porno albo ucieka na rozmaite różne sposoby.

Są ludzie, którzy za własne niepowodzenia obwiniają innych, nawet cały świat!

Dlatego też pamiętaj – jeśli jesteś na niskim poziomie świadomości, czyli na niskim poziomie rozwoju duchowego, to znaczenie może mieć dla Ciebie napicie się wódki za każdym razem, gdy się “zestresujesz”. A to naturalnie kolosalny błąd. Dla Ciebie może to mieć ogromne znaczenie, sens i będzie to dla Ciebie ważne. Ale weź pod uwagę konsekwencje oraz to, że piciem, ani żadną inną używką, wliczając porno, nie rozwiążesz żadnego problemu.

Pamiętaj też, że to nie jest ważne, bo to Ty nadałeś temu to znaczenie i wartość.

Być może też pijesz/ćpasz/oglądasz porno, bo uważasz się za bezsilnego/bezsilną, by rozwiązać Twoje problemy lub boisz się, wątpisz czy się uda, etc.

Z tego powodu rozwój duchowy jest najwyższej wagi.

Zazwyczaj pierwszym krokiem rozwoju jest uświadomienie sobie, że “każde ‘nie mogę’ to nieuświadomione ‘nie chcę'”. A nie chcesz, bo masz korzyści z unikania tego wyzwania – np. nie narażasz się na poczucie winy w przypadku popełnienia błędu. Rozwój świadomości wznosi Cię ponad to poprzez mierzenie się z tym w sobie.

Wybierasz prawdę. Rezygnujesz z osądów.

Co dla osoby rozwijającej się będzie niezwykle istotne – jak zaprzestanie obwiniania, sięgania po używki, by “poradzić sobie” z różnymi wewnętrznymi bolączkami – dla wielu innych będzie nawet naiwne i głupie. No bo wypijasz piwo i już “mija wstyd/opór/lęk i można się bawić”.

Więc znowu – jeśli wybierzesz rozwój świadomości (a w przypadku pragnienia wyzdrowienia jest to sam fundament), to szybko okaże się, że Twoje cele będą zupełnie inne, niż ludzi naokoło. Współpracownicy mogą np. spotykać się na piwo i głównie obwiniać szefa, zazdrościć innym z “lepszą pracą”. Dla Ciebie to już będzie nie do przyjęcia, gdy wybierzesz integralność. Możesz oczywiście iść na piwo ale z innym towarzystwem i w innym celu. A jeśli wybierzesz po staremu, to wybierasz to świadomie i odpowiedzialne i rozumiesz konsekwencje. Nie grasz ofiary.

Nagle stanie się jasne dlaczego mówi się, że “droga do sukcesu jest pusta”. Dostrzeżesz jak mało ludzi naprawdę wybiera sukces, zdrowie, spokój. Naturalnie powtarza się w kółko powiedzonka typu “zdrowie jest najważniejsze” ale zobaczysz, że ci ludzie interpretują zdrowie kolosalnie niepoprawnie i raczej używają tego do usprawiedliwiania siebie – np. jedzenia słodyczy, gdy poczują się źle. No bo przecież “zdrowie jest najważniejsze”, czyli w ich mniemaniu np. “nie czucie się źle”. Albo “rodzina jest najważniejsza”, choć dostrzeżesz, że wcale nie, tylko posłuszeństwo, kontrola, dojenie dumy, gdy inni robią to, czego od nich oczekujemy. Dostrzeżesz masę nieintegralności.

Jeśli opuścisz dotychczasowe negatywne towarzystwo (negatywne nie oznacza złe), to możesz nawet być zawstydzany, obwiniany, itd. Tego też nie bierz do siebie i rozum, że każdy wybiera to, co uważa za najlepsze ze swojego poziomu. Jeśli ktoś wybiera nienawiść, obwinianie, to nie jest to jednostka rozwinięta. Współczuj jej i po prostu nie słuchaj. IGNORUJ ją.

Ale pamiętaj, że sukces zewnętrzny to reprezentacja sukcesu wewnętrznego. Jeśli w przypadku obwiniania Ciebie Ty będziesz ignorował(a) to ale tylko na zewnątrz, a wewnątrz się męczył(a), wstydził(a), gniewał(a), to zauważysz, że na zewnątrz nic nie ulega poprawie. Sytuacja się nie poprawia.

Jeżeli bolą Cię słowa innych, to dlatego, bo sam(a) masz taki obraz siebie.

Masa ludzi mówiła mi, że w przypadku zaczepiania ich nie reagowali, a to tylko jeszcze bardziej nakręcało innych, by im dokuczali. Po przeanalizowaniu WNĘTRZA sprawa była prosta i oczywista – wewnątrz te osoby wcale nie były spokojne. Emanowały poczuciem ofiary, wstydem, żalem, oporem. Słabły przez to. Ta słabość stanowiła pretekst do kontynuowania, a nawet nasilenia ataków. To nie był spokój. Bo jego nie można udawać. Dopiero, gdyby ta osoba przestała słabnąć i była spokojna, czyli silna, to spowodowałoby, że osoby te zaczęłyby słabnąć. Bo nie byłoby czego doić, a na bycie negatywnym zużywałyby własną energię. Z czasem przestałoby się im to opłacać. W świecie zwierząt to normalne, że drapieżniki wybierają ofiary najsłabsze. Bo dzięki temu same nie ryzykują zranienia, przez co mogłyby nawet umrzeć. Drapieżnik potrzebuje mięsa. Dla niego mięso słabej ofiary nie jest gorsze od silnej. Ludzie natomiast poprzekręcali niemal wszystko co się da w bzdurny sposób. Sądzisz, że lwica zaryzykuje upolowanie wielkiego bawoła z lśniącą sierścią nad mniejszego bawoła, którego sierść nie lśni?

Jeśli wybierasz np. granie ofiary czy użalanie się, no to sam(a) dajesz innym zachętę do ataku.

Czy nie to daje np. pijanemu ojcu pretekst do wyżywania się, a nawet bicia? Dziecko się kuli, płacze, prosi o to, by ojciec zostawił je w spokoju. Często mama też. A ojca to tylko jeszcze bardziej rozjusza. Bo widzi słabość, którą wypiera w sobie, którą stara się stłumić, odciąć, zapomnieć. Przychodzi do domu i widzi dokładnie to, co starał się zapić. I to atakuje. Gniewem ucieka od wstydu, winy, żalu, strachu i bezsilności. Uważa, że atakiem pozbędzie się słabości. A to nie działa. Tak jak i granie ofiary sądząc, że to uchroni przed atakiem.

Bez sukcesów wewnętrznych, trudno lub niemożliwych jest odnieść sukces w świecie.

Bo nawet jak dostaniesz awans ale nie przestaniesz się opierać i męczyć w sobie, to większe obowiązki i większa ich ilość nie polepszą sytuacji. I wyższa płaca wcale nie będzie wydawała się sukcesem. Dodatkowo jeszcze inni będą Ci zazdrościć. Przecież wiadomo, że powszechnie nienawidzi się ludzi odnoszących sukcesy, zazdrości, chce się im zabierać pieniądze. Być może Ty też tak żyłeś/aś i nadal zamierzasz. Jeśli tak jest, to przecież potępiasz sukces. Jakże więc zamierasz go osiągnąć? A wiesz co robią ludzie z dużą inteligencją finansową i dobrym sercem? Nie płacą dużych podatków, bo np. przeznaczają duże kwoty na cele charytatywne, które następnie odpisują od podatku. Naturalnie ci z mniejszą inteligencją sądzą, że się migają, oszukują, że prawo jest na ich rękę, że to niesprawiedliwe. Więc zanim zaczniesz nienawidzić bogatych, bo zapłacili np. kilkaset złotych podatków, a zarobili miliony, to zastanów się czy tylko nie szukałeś/aś pretekstu do przelewania własnej toksyczności na niezwykle inteligentnych i kochających ludzi? Oni są na tyle mądrzy, że nawet sami decydują na co pójdą ich podatki.

Przykłady można mnożyć – jeśli INTENCJĄ awansu będzie nareszcie lepsze zdanie o sobie, zwiększenie poczucia wartości, czyli tak naprawdę duma, no to automatycznie wiązać się będzie z tym wstyd i poczucie winy po popełnieniu błędów, wstyd i obwinianie, gdy ktoś nie doceni tego awansu i oczywiście strach i zazdrość, gdy ktoś osiągnie jeszcze więcej czy będzie Ci zagrażał zajęciem tego stanowiska. I wiele, wiele więcej.

Pamiętaj też, że dla Twojego szefa sukcesem są REZULTATY Twojej pracy i być może również Twoja efektywność. Dla Ciebie może to być nie tylko zrobienie tego, czego szef oczekuje ale też robienie tego chętnie, spokojnie, radośnie. Jeśli tak nie jest, to rozwinięcie się na tyle, by przestać się męczyć i grać ofiarę.

Więc dla szefa liczą się efekty i koszty. Dla Ciebie też powinny. Nie graj ofiary. Rozwiązuj swoje problemy. Jeśli się męczysz, to RADYKALNIE UCZCIWIE przeanalizuj co nie gra i zajmij się tym.

Jeżeli jednak będziesz ignorować to, co dla szefa ma znaczenie i tylko skupiać się np. na zaprzestaniu męczenia się ale Twoje wymagane rezultaty nie będą osiągane wystarczająco efektywnie, to chociaż możesz osiągać sukcesy na płaszczyźnie duchowej, to na płaszczyźnie świata możesz nawet stracić pracę. ;) Jeśli z miłością nie wywiążesz się ze swoich obowiązków, to z miłością nie dostaniesz wynagrodzenia.

Każdy ma swój poziom świadomości i dla każdego liczy się co innego. Ty odpowiadasz za swoje dążenia. Dobrze, żeby były mądre. Nie głupie, nie naiwne, nie opierające się na kłamstwach jak np. “stresuje i męczy mnie praca, a porno daje mi rozluźnienie”.

Jako osoba uzależniona przede wszystkim powinieneś/powinnaś zrozumieć, że najważniejszy jest dla Ciebie wzrost świadomości.

Bez tego każdy inny rodzaj sukcesu będzie przychodzić Ci w trudach i najczęściej będzie to sukces tymczasowy. Szybko wrócisz do tego, co znane i w Twoich oczach “bezpieczne”, bo to znasz, bo to kontrolujesz. I nadal ignorować będziesz realne zagrożenia. A że nie przewartościowałeś/aś świata zewnętrznego, to nadal będziesz go postrzegać tak samo i np. czegoś się bać, wstydzić, czegoś będziesz pragnąć uniknąć za wszelką cenę, itd.

Jeśli jesteś na poziomie, na którym uważasz picie wódki, ćpanie czy oglądanie porno jako dobre, to przecież największe niebezpieczeństwo jakie istnieje. Robisz sobie krzywdę sądząc, że sobie pomagasz. Niszczysz sobie zdrowie i życie sądząc, że je ratujesz. To całkowite odwrócenie “biegunów”. Mylenie sufitu z podłogą.

Weźmy za przykład 12 kroków i rozważmy każdy z nich jako jeden z tych obszarów sukcesu. Od razu zobaczysz, że są to punkty odnoszące się do nas jako osoby oraz do duchowości rzeczywistości. Niewiele mają wspólnego ze światem zewnętrznym w sensie robienia. Choć oczywiście sukcesy te przeplatają się z życiem i zawsze dokonamy zmian w tym jak żyjemy, gdy się rozwiniemy.

A skoro tak, to od razu staje się jasne jak wielkim błędem są próby ROBIENIA czegoś, by poradzić sobie z emocjami, a nawet wyzdrowieć z uzależnienia bez rozwoju świadomości. Ludzie cały czas próbują ROBIĆ – powstrzymują się, wychodzą z domu, starają się nie myśleć, odwracać uwagę, instalują różne blokady, zaczynają się czymś zajmować, pracują, spotykają się. Cały czas tylko robić, robić, robić. Nie ma w ogóle pracy osobistej ani duchowej, czyli wewnętrznej nad świadomością.

Dlatego przyjrzyjmy się 12 krokom, bo one skupiają się na wnętrzu.

1. Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec pornografii – że nasze życie stało się niekierowalne. Powiedzenie prawdy powinno być dla nas sukcesem duchowym oraz osobistym, czyli sukcesem najwyższej wagi. Dotyczy to przecież naszego życia, czyli konsekwencji naszych decyzji. Dzięki powiedzeniu prawdy możemy zmierzyć się z faktami i dokonać zmian. Bez powiedzenia prawdy (wyboru tego, co sprzyja życiu) utkniemy w naszym życiu z problemem, którym będziemy degenerować swoje życie, zdrowie i każdy inny obszar. No bo przecież możesz coś zrobić tylko z tym, co istnieje, prawda? Jeśli powiesz sobie kłamstwo, a następnie będziesz próbować na jego podstawie coś zmienić, to skazujesz się na bezowocne zmaganie.

Zauważmy, że sukcesem może być to, co w naszych oczach może na razie wydawać się porażką. No bo przyznajemy, że nie kierujemy własnym życiem i jesteśmy bezsilni wobec pornografii czy alkoholu. A jednak jest to sukces. Sukces, bo zaczynamy widzieć i poruszać się w rzeczywistości.

Powiedz – nad czym tak naprawdę masz kontrolę w swoim życiu? Co zjesz na kanapce? Jaki film obejrzysz? Nie masz kontroli praktycznie nad niczym – od oddychania po każdy proces w ciele. Nawet nie Ty siadasz. Ciało siada samo, gdy taką wybierzesz intencję. Przecież nie powiesz mi, że kontrolujesz każdy mięsień, nerw, ścięgno, gdy “siadasz”? Nie myślisz, nie jesteś autorem myślenia, nie tworzysz myśli. Nawet nie doświadczasz i nie czujesz – to się dzieje samo. Ty się z tym zupełnie niepotrzebnie identyfikujesz, stawiasz w roli ofiary, próbujesz to kontrolować, etc. Ale nie o tym mówimy. Mówimy o ciągłym wybieraniu tego, co degeneruje życie.

Porównaj swoje życie ze swoimi marzeniami. Czy kierujesz swoim życiem pozytywnie, odważnie, chętnie, przedsiębiorczo? No, jeśli nie, to nim nie kierujesz. Wybierasz na bazie emocjonalności, myśli, podświadomych programów, z których być może 99% totalnie nie sprzyja ani Twojemu życiu, ani zdrowiu, ani szczęściu, ani sukcesowi. A jednak uważasz je za najlepsze, a potem narzekasz, że jest inaczej, niż tego pragniesz. Czego pragniesz?

Każdy może kłamać, że nie wybrał tego co zrobił. Ale gdybyśmy się temu przyjrzeli radykalnie uczciwie, to widzielibyśmy, że intencją było wybranie tego, bo uznaliśmy to za faktycznie najlepszy wybór. Intencją tego mogła być ucieczka od czegoś innego. Jeśli tak, to swoim życiem nie kierujesz na pozytywne tory. Odpowiadasz za swój kierunek ale nie jesteś świadom ani tego kierunku, ani też nie jesteś na tyle odpowiedzialny/a, by mieć pewność jak zareagujesz, gdy zmienią się warunki na drodze. Czyli gdy np. poczujesz strach lub wstyd.

Więc jesteśmy bezsilni, bo tu siła nic nie pomoże. Nie kierujemy swoim życiem, tylko wybieramy w oparciu o to, co nie sprzyja naszemu życiu sądząc, że się chronimy. Wierzymy w masę kłamstw i urojeń, których jeszcze chronimy. A nawet nie chcemy się do nich przyznać.

No bo wystarczy jakieś zdarzenie – np. krytyka ze strony innych i już zaczyna się mentalizacja, emocjonowanie się, nakręcanie, a potem ucieczka w porno. Nie tak? Przecież to się dzieje w życiu uzależnionego w kółko nawet od wielu lat. Czy to kontrola nad własnym życiem? Nie. A mentalizacji i odczuwania nie możesz przerwać, bo to się dzieje samo. To procesy bezosobowe. Nie Ty jesteś ich autorem i nie masz nad nimi kontroli.

Paradoksalnie właśnie przyznanie się do prawdy, że nie mamy nad swoim życiem kontroli, pomoże nam przywrócić życie na tory sprzyjające mu.

Ciekawym jest to, że większość moich klientów to ci, którzy rąbnęli już na tyle mocno, że wykonali ten krok nawet bez świadomości jego wykonania. Ci, którzy powiedzieli sobie “a spróbuję” czy “pewnie to i tak ściema”, “porobię coś”, “żona mi kazała” mają małą szansę na wyzdrowienie. Bo nie wykonali tego kroku. Dopóki uzależniony sam nie dostrzeże prawdy na temat swojego życia, niemożliwym jest by wyzdrowiał. Żadne logiczne argumenty tu nie wystarczą. Ani podchodzenie do tego jak do malutkiego problemu, czyli jego bagatelizowanie.

Nawet jeśli bliska Ci osoba – mąż/żona przekona Ci do pomocy sobie, to czy dla Ciebie to będzie wystarczająca motywacja, by zmierzyć się z tym wszystkich, od czego możesz uciekać od 20-30-40 lat? Z tym całym dyskomfortem, który jeszcze pewnie zdemonizowałeś/aś? Czy wybierzesz uczciwość, odwagę i odpowiedzialność tam, gdzie wybierałeś/aś frustrację, obwinianie kogoś, opór, wymówki i usprawiedliwienia? Wybierzesz nareszcie docenianie siebie, a nie umniejszanie sobie i traktowanie się gorzej, niż robaka?

Jeśli zrobisz to z niskiej motywacji – np. żeby inni dali Ci spokój, bo Cię poprosili i chcesz być miły/a, etc., to też zatrzymasz się na pierwszej poważniejszej przeszkodzie.

Ten krok to nie tylko zaobserwowanie faktów ale też spalenie za sobą mostów. Bo jeśli zostawisz sobie “furtkę”, to oczywistym jest, że w pewnych okoliczności z niej skorzystasz. Bo sam fakt, że sobie taką furtkę zostawiasz oznacza, że są tematy, z którymi nie chcesz się zmierzyć za nic na świecie. A one są najważniejsze. Jeśli Twoją intencją nie będzie przepracowanie głównie ich, to cała reszta i tak nie da Ci zdrowia.

Jeśli sobie złamiesz rękę, to bez nastawienia kości cała reszta też nie ma sensu. A jej nastawienie będzie najbardziej bolesne.

2. Uwierzyliśmy, że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowy rozsądek. Tutaj jest mowa o sukcesie stricte duchowym. A duchowość może być (i zazwyczaj jest) czymś nawet sprzecznym względem tego jaką osobą jesteśmy i czego oczekuje od nas świat. W tym cały sęk. Odróżnienie tego co wewnętrzne od tego co zewnętrzne.

A poza tym mówimy o rzeczywistości. Radykalnej rzeczywistości, a nie tej zaprogramowanej od pierwszych minut naszego życia. Np. powtarzania w kółko naszego imienia, utożsamienia nas z ciałem, etc. Nikt przecież nie zdaje sobie sprawy, że świadomość zamieszkująca ciało jest na jakimś poziomie, czyli już przebyła pewną ścieżkę. Nie urodził się nam zlepek genów. Nie my daliśmy mu życie. My stworzyliśmy warunki, by świadomość mogła zamanifestować się w ciele. Tak naprawdę więc żadne dziecko nie jest swoich rodziców. “To moje dziecko”, “to moi rodzice” to racjonalizacje przywiązania ale nie jest to prawda.

“To moje dziecko” ale w rozumieniu odpowiedzialności za życie w młodym wieku oraz karmicznych powiązań kalibruje się powyżej 200.

“To moje dziecko” ale w rozumieniu, że my jesteśmy jego właścicielem i autorem życia kalibruje się poniżej 200.

Duma “nakazuje” nam sądzić, że sami sobie poradzimy z każdym problemem. Najczęściej przy użyciu siły, dzięki walce. No bo tak wyglądała historia ludzkości – walka przez ponad 90% zapisanego czasu. No ale jak zabijanie innych ma przełożenie na konsekwencję niedojrzałego, oderwanego od miłości życia? Nijak. To kontynuacja niedojrzałego, oderwanego od miłości życia.

Co to jest ta “Siła większa od nas samych”? To Rzeczywistość. Czyli to wszystko z czym się nie identyfikujesz, nie opierasz, nie przywiązałeś/aś się, to nie Twoja percepcja, osądy, pozycjonalności, przekonania. Tego nie jesteś świadom. Każdy problem jaki masz wynika z tego, że wybrałeś/aś coś oddalonego od miłości. To tak jakbyś zamiast jeść ze stołu zbierał(a) odpadki pod nim i dziwił(a) się, że wiecznie jesteś głodny/a i boli Cię brzuch. No ale jeśli jednym z Twoich osądów potwierdzonych przez percepcję Twoich doświadczeń jest to, że Rzeczywistość to nie miłość, tylko np. strach i poczucie winy, to nie dziwne, że robisz wszystko, by pozostać nietrzeźwym/nietrzeźwą.

Uważasz np., że “rzeczywistość jest trudna”? No ale przecież każdy problem jaki masz lub to z czym się męczysz to nie rzeczywistość. Dlaczego? Bo przecież są osoby, które mają te problemy i je rozwiązały sprawnie i bez zmagania oraz robią to co Ty nie męcząc się przy tym. Gdyby rzeczywistość była trudna, to to samo dla wszystkich byłoby takie samo.

Dlatego powtórzę – każdy kuje swój los. Dla nas nasze doświadczenia są jakie są, bo my je takimi dla siebie tworzymy.

No bo czy to nie jeden z najczęstszych powodów sięgania po pornografię – ucieczka od jakichś problemów, pragnienie zapomnienia o nich? Ludzie potem mówią, że życie ich boli i dziwią się, że mają coraz więcej problemów, gdy od nich uciekają. Oczywiście, że będzie coraz gorzej. Bo non stop wybierasz opór, strach, poczucie winy, frustrację, a nie odwagę, chęć, spokój, miłość. Zdrowia nie da Ci to, co nim nie jest.

Są zgwałcone kobiety, które nie grały ofiary i szybko poradziły sobie z wewnętrznymi pozostałościami tego wydarzenia, a są kobiety, które będą grały ofiarę przez resztę życia.

Są mężczyźni, którzy po byciu zostawionym przez partnerkę szybko się ogarną, rozwiną i znajdą nową, a są mężczyźni, którzy będą pić, grać ofiarę, użalać się, nienawidzić i nie poprawią swojej sytuacji latami cały czas zwalając odpowiedzialność na byłą partnerkę.

Twoje życie, Twoje doświadczenia są Twoje. Jeśli masz problem tak poważny jak uzależnienie, to NIC ze świata zewnętrznego nie da Ci zdrowia. Ani nic, co możesz próbować osiągnąć z poziomu na jakim obecnie jesteś. Jako obecna osoba nie poradzisz sobie z tym. Bo gdybyś był(a) w stanie, to byś tego problemu nie miał(a).

Siła Wyższa to Ty po porzuceniu wszystkich utożsamień, pozycjonalności i oporu. Przykładowo – identyfikacji ze swoją historią, przekonaniami, nawet narodowością. No bo powiesz – “Jestem Polakiem”. I co to znaczy? Jakie znaczenie temu skrycie nadajesz? Jaką wartość temu przypisujesz? Jaki sens temu narzucasz? To wszystko przecież osądy, własne widzimisie. “Jestem Polakiem” nie ma żadnego znaczenia. To puste zdanie. To jak powiedzieć “noszę niebieski t-shirt”. No fajnie, że go nosisz ale tym nie jesteś.

Naturalnie urodzenie się w Polsce wiąże się z realiami życia w tym kraju. Należy je rozsądnie brać pod uwagę. Jeśli się uprzesz, możesz nie używać języka polskiego, tylko np. francuskiego. Ale tylko trudniej Ci się będzie żyło w Polsce.

Gdy zaczniesz się rozwijać i poznawać różne osoby, wliczając różne narodowości, to dostrzeżesz, że narodowości to tylko metki. Odwaga wszędzie wygląda tak samo. Radość wszędzie wygląda tak samo. Wstyd, wina, żal, strach, gniew, duma, chęć, spokój również. Każdy człowiek wewnętrznie doświadcza ich tak samo. Różne są tylko formy ekspresji. Np. jeden ciesząc się będzie tańczył, inny śmiał się, jeszcze inny będzie emanował tą jakością w ciszy, jeszcze inny spotka się z przyjaciółmi i się tym podzieli. To nie zależy od narodowości. Naturalnie radości można się opierać, wstydzić, a nawet obwiniać się za nią i mówić sobie – “W Afryce dzieci nie mają co pić, a ja się cieszę z nowych butów! Jestem złym człowiekiem!”

A skoro każde doświadczenie wewnętrznie jest takie samo, to i Prawda jest taka sama, niezależnie od miejsca i czasu.

Gdy przyjrzysz się esencji tych kroków, to dostrzegamy przede wszystkim od razu wejście na poziom świadomości 200 – mówienie prawdy. To nie jest praca, która rozwinie Cię jako osobę, która da Ci coś w świecie. Mówimy stricte o rozwoju duchowym. Co oczywiście może, i zazwyczaj tak jest, przełożyć się na Ciebie jako osobę, na Twój charakter, na Twoje życie. Mówię o tym, że nic ze świata nie da Ci odwagi. Ewentualnie umożliwi Ci doświadczenie takich okoliczności, które będą dla Ciebie możliwością poddania lęku i oporu czy będą odpowiednim pretekstem, by wybrać odwagę. A gdy wybierzesz ją raz, dlaczego nie wybrać jej kolejny raz i kolejny? Dlaczego kiedykolwiek miał(a)byś wrócić np. do dumy, frustracji czy wstydu?

Sama intencja przejścia dwóch pierwszych kroków zacznie wyciągać z Ciebie lęk, by umożliwić Ci wybór odwagi. Tak jest u każdego człowieka. Odwagi nie można sobie wymyślić, ani fantazjować o niej. Bo sama intencja fantazjowania już jest przeciwieństwem realnej odwagi.

Dlatego zaleca się mieć tzw. sponsora we wspólnotach, bo jest to osoba, która już przeszła to, przez co przechodzić będziesz Ty – przez mierzenie się z emocjami, pokusy, opór, pozycjonalności. I jest to osoba, która przestała z tym walczyć i wybrała poddanie. I jest żywym dowodem, że poddanie nie zabiło jej, tylko wzmocniło. Która powie Ci, że bezpiecznym jest przestać walczyć i przestać uciekać. Czyli porzucić zwierzęce próby radzenia sobie z problemami, które w Twoich oczach mogą być zagrożeniami, i wybrać wobec nich jakości wyższe – właśnie takie jak np. odwaga. Która będzie Cię zachęcać do mówienia prawdy i jej wymagać. Bo Ty możesz jeszcze nie wymagać od siebie szczerości i uczciwości.

Są ludzie, którzy reagują gniewem na postawienie ich w obliczu faktów.

Ten krok kieruje nas w stronę prawdy – faktów. Np. tego, że nie myślisz, bo myślenie to proces samoistny, ciągły, nieskończony i bezosobowy. Tylko ludzie są tak w tym zakochani i tak dumnie stawiają się w roli autora “swoich” myśli, że za nic na świecie nie chcą się odkleić od myślenia i przyznać, że wcale za nie nie odpowiadają. W rzeczywistości żadna myśl nie jest Twoja. To zwykła bzdura. No powiedz – czy promienie słoneczne są Twoje, bo padają na ciało, z którym się identyfikujesz? Czy wiatr jest Twój, bo czujesz go poprzez ciało, które nazywasz swoim lub sobą?

Dlaczego więc uważasz jakąkolwiek myśl za prawdziwą? Np. “rodzice mnie skrzywdzili”. Na pewno? A kiedy to było? Przypadkiem nie 10 lat temu lub dawniej? Ile jeszcze będziesz używać tej myśli do pobłażania i usprawiedliwiania siebie? To nie są postawy sprzyjające życiu. Szkodzą i Tobie, i Twojemu życiu.

W punkcie tym jest też mowa o braku zdrowego rozsądku. To prawda. Żyjemy tak daleko od Rozsądku (poziom kalibracji 400+), tak daleko od zdrowia, bo na razie nie rozwinęliśmy się wyżej. Właśnie utożsamiliśmy się z tym wszystkim czego się trzymamy, czemu stawiamy opór i w ten sposób utknęliśmy. Co nazwaliśmy sobą, swoim życiem i swoim losem. Zapewne też rzeczywistością.

Ale my sami to wybraliśmy. Bo sami nadaliśmy sens takiemu życiu. Jesteśmy do niego przywiązani i jednocześnie opieramy się zmianie. No, kto z Czytelników jest gotów do życia odważnego i śmiałego bez żadnego wyjątku? W każdej sytuacji i okoliczności wybierasz wyłącznie odwagę i śmiałość. Nie opór, nie lęk, nie gniew, nie dumę, nie żal, nie winę, nie pożądanie, nie obwinianie, nie biadolenie. Jak czegoś pożądasz, to od razu podnosisz 4 litery i idziesz to zrealizować. Co nie znaczy, że to zrealizujesz jedną próbą, ani nie popełnisz błędów. Ale już wybrałeś/aś gotowość, by się z tym zmierzyć.

Jeśli nie jesteśmy na to gotowi, to ten krok jest dla nas szczególnie ważny.

Przyjrzyjmy się naszym próbom zmian negatywnych, destruktywnych nawyków. Ile czasu już się męczymy? Z czym nie dajemy sobie rady?

3. Podjęliśmy decyzję, aby powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, tak jak Go rozumieliśmy. Mało ludzi potrafi zrozumieć znaczenie tego punktu. No bo mało kto rozumie naturę Boga.

Bóg to miłość i moc (wykalibrowane na 843). Bezgraniczne, nieograniczone. W tym punkcie nie chodzi o to, byś służył jakiemuś bóstwu jak niewolnik. Przede wszystkim musisz rozpoznać czemu oddawałeś swoją wolę, czemu ją powierzałeś oraz z jakich powodów. Dostrzeżesz, że kierowałeś/aś się głównie lękiem poczuciem winy, wstydem, niechęcią do czegoś. Twój kierunek mógł nawet cały czas być negatywny.

Dlaczego tak ważne jest powierzenie i zaufanie opiece Boga? Bo nasza siła woli jest na poziomie naszego poziomu świadomości. Poddanie woli Boga to poziom 800+. Siła woli nie zawiera w sobie mocy, by wyciągnąć Cię z problemu nazywanego uzależnieniem.

A teraz to poddajesz. Dokonujesz zmiany. Samo to stanowi ogromny sukces, bo zaczynasz zwracać się w stronę tego co pozytywne – co sprzyja życiu. Już trzeźwiejesz, bo rozumiesz, że do tej pory sądziłeś/aś, że to czym się kierujesz pomaga Ci, choć Twoje życie mówiło Ci inaczej. Rozumiesz? Co więc poddajesz? Obwinianie i ukrytą przyjemność, którą doiłeś/aś z obwiniania siebie i innych. Zawstydzanie siebie i innych i ukrytą z tego przyjemność. Opieranie się i wmawianie sobie bezsilności. Itd. Poddajesz też każdą iluzję na swój temat – np., że masz niskie poczucie wartości, że nie zasługujesz na sukces, radość, zdrowie, spokój, szczęście. Poddajesz to wszystko bez wyjątku. Nie opierasz się, nie walczysz, nie trzymasz, nie wypierasz, nie udajesz, że tego nie ma. I robisz to OD RAZU, gdy sobie uświadomisz, że się tego trzymasz.

Naturalnie dla wielu ludzi ten krok jest szczególnie podejrzany, bo na temat Boga jest tak wielka masa bzdur, urojeń, mitów i kłamstw, że nie sposób tego wszystkiego nawet wymienić, nie mówiąc, by przez to przebrnąć. Tym bardziej, że Boga postrzega się przez pryzmat separacji – Bóg jest gdzieś w miejscu i czasie. A jak się nawet wierzy, to w Boga gardzącego, pamiętliwego, potępiającego, lekceważącego, karzącego, odmawiającego, mściwego bądź obojętnego.

Większość ludzi dlatego wybiera sądzić, że Bóg nie istnieje i wszystko to tylko kwestia genów i ew. praw przyrody. To powiedz mi – skoro dopiero Einstein (poziom świadomości 499) powiedział nam, że materia to tak naprawdę nie materia tylko energia, czyli pusta przestrzeń, wibrująca z taką częstotliwością, że jest rejestrowana przez nasze zmysły, to z jakich jeszcze faktów nie zdajemy sobie sprawy? Einsteina się szanuje przez wzgląd na to, że był naukowcem. Ale fundamentalnie znamienite Prawdy powiedział nam m.in. Jezus 2000 lat przed Einsteinem. I nie da się przeprowadzić badań, które potwierdziłyby, że np. modlitwa “działa” i jak. Dopiero kalibracja pokazuje, że tak.

Najskuteczniejsza modlitwa jest bezsłowna i “polega” na takim życiu jakie pragnęlibyśmy widzieć.

Jeśli pragniesz na świecie pokoju, to wybierz pokój w sobie i utrzymuj go niezależnie od świata.

A poziom kalibracji Świadomości Chrystusowej to 1000. To najwyższy poziom możliwy do doświadczenia w ciele ludzkim i na tej planecie.

A skoro każda cząsteczka non stop wibruje, co zapewnia jej do tego energię? Skąd się ona bierze? Przecież atomy nie jedzą jeszcze mniejszych atomów brokułów, ani mikroskopijnych batoników owsianych.

Różnica między nauką, a prawdami duchowymi jest taka, że wszystko co materialne można zbadać, zmierzyć, zaobserwować. I dlatego nauka może poznać rzeczywistość co najwyżej do poziomu 499.

Tego, co wewnętrzne można tylko doświadczyć. Nikt Ci tego najpierw nie zbada, nie pokaże. Tym samym nigdy nie doświadczysz odwagi – nie staniesz się osobą odważną – dopóki TY nie zmierzysz się z tym, czym ją przesłoniłeś/aś. Nikt nie zrobi tego za Ciebie. Nikt nie zrezygnuje z pokus za Ciebie, nikt za Ciebie nie ustali intencji, nikt za Ciebie nie podda lęku czy wstydu, nikt nie podejmie decyzji za Ciebie. Ty jesteś zarówno tym co “mierzy” oraz “bada” oraz Ty jesteś tym “mierzonym” oraz “badanym”. Ty JESTEŚ (świadomość, że istniejemy to poziom w okolicach 600+; większość ludzi nie ma tej świadomości; Ty też możesz to wiedzieć na poziomie logicznym ale nie jesteś tego świadom).

Nikt nie doświadczy za Ciebie smaku, zapachu, spokoju, radości. Nikt nie zje koperku i przekaże Ci jak smakuje.

Nikt nie pójdzie za Ciebie na spacer i nikt za Ciebie nie odpocznie. Ale może np. zbudować za Ciebie dom.

Masa ludzi sądzi nawet, że upokarzającym jest zwrócenie się w stronę Boga, prośba o pomoc, poddanie, przyznanie własnej bezsilności. No cóż, to tylko wstyd gada. A wstyd należy poddać. Większość ludzi nie widzi różnicy między pokorą, a upokorzeniem. I non stop wybierają to, co nie sprzyja życiu. A w czym taki gorszy Bóg, niż np. przyjaciel czy terapeuta? A, bo nadal powątpiewamy czy Bóg w ogóle istnieje i wstydzimy się prosić o pomoc “wróżkę zębuszkę”. To zrozumiałe – ten lęk, ta niechęć. Ale z drugiej strony dlaczego to wybieramy chętnie, a nie poddajemy wątpliwościom tych właśnie wątpliwości? Skąd pewność, że Twój obraz Boga jest słuszny, prawdziwy?

A. Bo “to JA wierzę”. Więc ważniejsze jest dla nas NASZE przekonanie – tylko dlatego, bo uznaliśmy je za nasze – niż prawda.

Łatwo zobaczyć w tym lęku jedną ze strategii pozostania tym samym człowiekiem. Nazywa się to przeżyciem ale tu nie chodzi o przeżycie, tylko o brak zmian. Czyli tu chodzi o przeżycie tego, co uważasz za siebie – np. dotychczasowego obrazu siebie. No bo dlaczego ludzie się boją wziąć odpowiedzialność za swoje życie? Bo to by zmieniło ten obraz. A w rzeczywistości przecież nie można zrezygnować z tej odpowiedzialności. Każdy już jest odpowiedzialny za swoje życie czy mu się to podoba, czy nie. Nawet małe małe dziecko jak się zatnie nożem, to jest za to odpowiedzialne. Bo poniesie tego konsekwencje i możliwe, że zostanie blizna do końca jego życia.

Gdybyś naprawdę chciał(a) przeżyć, to zrobił(a)byś wszystko, by tak się stało. Więc nie okłamywał(a) się, tym bardziej robiąc coś niesłychanie szkodliwego i nazywając to “sposobem na relaks” czy inną bzdurą. Gdybyś chciał(a) przeżyć, to pracował(a)byś chętnie, wytrwale, radośnie. Nie opierał(a) się, nie grał(a) ofiary pracy czy szefa, nie narzekał(a), nie biadolił(a), że “musisz” pracować. No chcesz przeżyć, a narzekasz, że musisz pracować? Absurd.

Ludzie też próbują używać Boga dla swoich celów, jak pilota od telewizora – “Pomodlę się o coś, to Bóg mi to na pewno da. A jak nie to jest draniem, bo innym przecież dał”.

Rozpoznaj próby kontroli Boga i manipulacji. Pamiętaj, że żadna ilość prób kontroli i manipulacji Słońca nie da Ci nawet kapki więcej promieni słonecznych. Co Ci je “da”? Zdrowy rozsądek.

Zauważ fundamentalną rzecz tego kroku – “podjęliśmy decyzję”. Oczywiście podjęcie decyzji zajmuje sekundę. Tylko większość ludzi potrzebuje nawet lat, by tę decyzję rozważyć, nie mówiąc o jej podjęciu. Krok należy wykonać, a nie fantazjować o nim, ani zostawić go na potem. Należy go wykonać.

Przykład jak możemy żyć daleko od rozsądku – masa ludzi osądza cały świat. Być może Ty również uważasz świat za X, gdzie X jest czymś negatywnym jak “świat jest niesprawiedliwy”. I na podstawie czego osądzasz tak cały świat? Własnych doświadczeń? Tego, co sam(a) znalazłeś/aś w wiadomościach? Ok ale przecież każdy słyszał, że telewizja kłamie. Oczywiście w naszych oczach przestaje kłamać, gdy to, czego słuchamy pokrywa się z naszym punktem widzenia.

A o Bogu wiesz od kogo? Od kogoś, kto miał doświadczenia Boga/z Bogiem? Na pewno? Skąd pewność? Uważaj skąd czerpiesz informacje. A ten lęk skąd masz? Te przekonania? Od rodziców? A co oni o tym wiedzą? Skąd to wiedzą?

Skąd pewność, że Twoje doświadczenia (A) stanowią dowód tego, że świat jest taki jak uważasz (B), a nie są tego konsekwencją? Jak jest? A doprowadziło do B czy B doprowadziło do A?

Przypominam fundamentalny fakt – Twoje zmysły, praca umysłu dostosowują się do Twojej percepcji, intencji, poziomu świadomości i stanu emocjonalnego. Jeśli uznasz, że świat jest niesprawiedliwy, to zaczniesz dążyć do takiej jakości doświadczeń. I sam(a) będziesz tak żyć. Naturalnie są na tej planecie ludzie albo żyjący jako ekspresja niesprawiedliwości, albo będą próbować nas przekonać, że życie jest niesprawiedliwe. I ty będziesz takich ludzi wszędzie widzieć. Co NIE oznacza, że są tylko tacy.

No ale gdy już wiesz, że Ty odpowiadasz za swoje doświadczenia, reakcje, interpretacje i jedną decyzją możesz przestać cierpieć i doświadczyć spokoju, a nawet wdzięczności i radości, to gdzie jest ta niesprawiedliwość? Wiesz przecież, że ludzie cierpią tak samo żyjąc w skrajnym ubóstwie i niebywałym dostatku. Cierpienie to wybór. Niedostatek dostarcza tylko pretekstu chętnie wybieranego przez większość, by cierpieć.

Jeśli nie stać Cię, by Twoje dzieci jeździły autobusem do szkoły i musisz je samemu zawozić, to możesz to robić w skrajnej świadomości ofiary jak i robić to chętnie i z radością. Twój wybór. Możesz obwiniać swoje dzieci i potem je karać za to, że je w ogóle masz, nawet bić; a możesz z miłości do nich każdego wyboru w życiu dokonywać odważnie. Nawet by dodatkowo pracować przez całe weekendy.

Nie daj sobie wmówić, że nie masz tego wyboru.

Ale też nie popadnij w dumę, że poradzisz sobie sam(a). Nie przy tej ilości dezinformacji, pokus, przeszkód, rozpraszaczy, programowania. I nie z Twojego obecnego poziomu świadomości. Nie jeśli już żyjesz jak osoba uzależniona. To już za późno na dumę.

4. Zrobiliśmy wnikliwą i odważną osobistą inwenturę moralną. Ponownie sukces stricte duchowy. No bo zamierzamy przyjrzeć się wszystkiemu w sobie od czego mogliśmy uciekać latami, co demonizujemy, czego się wstydzimy, boimy, za co się obwiniamy, czego nienawidzimy, co wypieramy, etc. Zaczynamy się przyglądać temu jak żyjemy i jakim człowiekiem jesteśmy. Z poziomu osobistego to może wydawać się porażką – ukazanie sobie w pełni tego jakim jesteśmy człowiekiem. A to krytyczny błąd uznać to za porażkę.

I ROBIMY TO.

Ten krok nie bez powodu zapisany jest w czasie dokonanym.

Innymi słowy – ten krok wykonasz, gdy radykalnie uczciwie, i najlepiej na papierze, przeanalizujesz to jak żyjesz. Przykład – jeśli włączasz prognozę pogody nie bo jesteś ciekawy pogody, tylko dlatego, bo prezenterka jest ładna, to zapisujesz to. Bo nie jesteś integralny/a – mówisz “obejrzę pogodę” ale nie robisz tego, by dowiedzieć się jaka będzie pogoda, tylko podniecić się panią. A powód nie jest Ci nawet znany ale będzie zaniedbany.

Jeśli wiesz, że powinieneś/powinnaś zrobić X, by np. osiągnąć sukces finansowy, a tego nie robisz, to również wybierasz prawdę. Większość ludzi wymyśla sobie różne bzdury – np. “nie mogę”, “to za trudne”, “i tak mi się nie uda”. Ale prawda jest inna. Ludzie głównie boją się odnieść porażkę. Czyli tak naprawdę boją się poczuć wstyd i poczucie winy. Więc oczywiście, że MOŻESZ, tylko nie chcesz narazić się na niekomfortowe uczucia.

Drugim najczęstszym powodem jest totalnie nieracjonalny upór, by nie podejmować działań. Nie i tyle.

Jeśli nie podchodzisz do dziewczyny i wmawiasz sobie “pewnie i tak ma chłopaka” to zapisujesz to. Ale nie, że nie podszedłeś, bo uznałeś, że ona ma chłopaka i dobrze robisz, bo jej nie będziesz zawracał głowy. Tylko zapisujesz, że bałeś się usłyszeć “nie”, a nawet nie to, tylko bałeś się związanych z tym uczuć. Niejeden za sukces uznał, że nie podszedł do ładnej kobiety, bo by jej jeszcze zepsuł humor…

Robimy więc coś, co mogło się nam wydawać całkowitym przeciwieństwem sukcesu.

Szczególnie jeśli sukcesem było napić się wódki lub obejrzeć pornografię, by właśnie to znowu wyprzeć do podświadomości i/lub zwalić na innych.

No bo kto do tej pory za sukces uznał np. przyznanie się, że nienawidzimy, umniejszamy innym, zazdrościmy, by samemu poczuć się lepiej, bo dowalamy sobie na każdym kroku i traktujemy jak robaka? :)

Ten krok mówi wprost, że już decydujemy się na odwagę. Nie wstydzimy się tego jak żyjemy i jacy jesteśmy, nie obwiniamy się za to, nie użalamy się, nie boimy, nie opieramy, nie gniewamy, nie wypieramy, nie wstydzimy. Na tym etapie pracy duchowej już żyjemy odważnie.

Przypominam też, że synonimem odwagi jest odpowiedzialność.

Bez odwagi, bez uczciwej wnikliwości raz, że nic z tego nie będzie, dwa – wybór odwagi sam w sobie to spektakularny sukces! Bo człowiek odważny to już człowiek, którego działania będą sprzyjać jego życiu. Oczywiście nadal może popełniać masę błędów (i będzie) ale jeśli będzie wykonywał 12 kroków, to zawsze te błędy weźmie na klatę i dokona korekt. Nie będzie ślepo, szaleńczo brnął w negatywność. Każdy w tym momencie powinien sobie uświadomić jak bzdurne jest obwinianie się za błędy. Karanie się za błąd jest przeciwieństwem jego korekty. Albo kara, albo korekta. Wybieraj.

Jeśli do tej pory uznawałeś/aś przyglądanie się temu za porażkę, a nie sukces, to widzisz jak błędnie interpretowałeś/aś to co ważne.

Jeśli już raz zrobiłeś/aś odważną inwenturę moralną, to nie będzie problemem przeprowadzić ją kolejny raz. Czyli też na bieżąco przyznawać się do popełnionych błędów bez wstydu i winy.

5. Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów. Ponownie coś, co może nam jako osobie, a nawet światu wydawać porażką, a nie sukcesem. No właśnie to pokazuje nam jak ślepi mogliśmy być, jak fatalnie rozumieliśmy rzeczywistość.

Zauważ, że mowa to o wyznaniu istoty naszych błędów Bogu, drugiemu człowiekowi jak i sobie. Dzięki temu nie tylko całkowicie zaprzestajemy projekcji wstydu i winy ale też znika lęk przed byciem osądzonym. Zyskujemy wewnętrzną moc, bo im mniej winy, wstydu i lęku, tym więcej odwagi, pewności siebie, zdrowia, szczęścia, spokoju. Również przestajemy problemy wypierać i od nich uciekać. Przyglądamy się im. Stajemy się ich ŚWIADOMI.

Świat mówi np. “chłopaki nie płaczą”, mówi, by ukrywać swoje wady, grać twardzieli, itd. A teraz mamy przyznać, że np. uwielbiamy się użalać, tarzać w winie i wstydzie, grać ofiarę przy każdej okazji, etc. Podkreślam – zdrowia nie można udawać, nie można go “zagrać”. A jeśli podejmujesz niezdrowe decyzje, to przyjdą konsekwencje.

Nie ukrywasz przed partnerką/partnerem tego, że masz pożądliwe myśli odnośnie innych ludzi. Wyznajesz to zarówno bliskiej osobie, Bogu jak i sobie. Każdy kto miał/ma takie myśli i je ukrywa(ł), wie doskonale ile wysiłku kosztuje walka z tym, opieranie się, wypieranie. I wie też, że cały czas rośnie wstyd, wina i strach, że do tego dojdzie. I często dochodzi. Co jeszcze potęguje wstyd i winę.

Ale jeśli zaczniemy to zrobić, zniknie również strach przed karą Boga. Bo nie ma kary Boga ale jeśli zdradzimy naszą partnerkę, to sami dążymy do destrukcji własnego związku. A jeśli uznamy, że popełniliśmy niewybaczalny błąd, to sami skazujemy się na degradację własnego życia.

Przestajemy okłamywać i siebie, i innych. To kierunek w stronę zdrowia, uzdrowienia i naprawy.

A ludzie robią inwenturę moralną, tylko nie sobie, a innym… Mówią co inni robią źle, rozmyślają nad tym, osądzają to i ludzi, dramatyzują, grają ofiary niesprawiedliwości, itd. Nie wykonują kroku 10 lub wydaje im się, że go wykonują, tylko… błędy wypominają innych, a nie przyznają się do własnych. Naturalnie też wypominają Bogu wszystkie krzywdy tego świata, które nie mają nic wspólnego z Bogiem. To dzieło człowieka. Jednak pytają wtedy – “Jak Bóg mógł do tego dopuścić, jak mógł pozwolić na to?!” Na to pytanie niemożliwym jest odpowiedzieć z tego kolosalnie ograniczonego kontekstu, w którym jest ono zadawane. To nie ma nic wspólnego z Bogiem, bo Bóg ani na nic nie pozwala, ani niczego nie zabrania. Zaś Wielcy Nauczyciele od zawsze przypominali, że jesteśmy w świecie KONSEKWENCJI. Inne słowo – karmy.

W podobny sposób ludzie pytają o innych. Np. “Jak moje dziecko mogło mi być takie niewdzięczne za tyle lat poświęcenia?” Ten punkt dlatego jest tak ważny, bo przestajemy zadawać pytania, na które nie sposób odpowiedzieć, bo wynikają z totalnie nieprawidłowego kontekstu. Zamiast tego pytamy siebie – “Na jakiej podstawie gram teraz ofiarę? Jakie miałem/am intencje posiadania i wychowania dziecka? Jakie miałem/am oczekiwania względem niego i dlaczego?” To pokazuje nam, że problemu nie ma w dziecku, tylko w naszej percepcji.

Żadna ilość wymagań, obwiniania, kar, itd. nie zmieni dziecka na lepsze. Bo nawet jeśli dopasuje swoje zachowania do naszych oczekiwań, to nie zrobi tego, bo zrozumiało, bo chce, bo widzi w tym sens. I gdy tylko my znikniemy z jego pola widzenia lub nasza kara, przestanie być posłuszne. Być może nawet nie wiedząc co zrobić z zakumulowanym poczuciem winy, zacznie robić nam na złość – czyli żyć totalnie inaczej, niż tego byśmy chcieli. Nawet jeśli będzie mu to szkodzić. Być może właśnie Ty tak żyjesz względem własnych rodziców.

Uzależnienie m.in. dlatego jest ogromnym darem, bo widzimy co jest potrzebne do realnej zmiany na lepsze. Widzimy jakim błędem jest obwinianie się, zawstydzanie, karanie, etc. Jeśli to zrozumiemy i wykonamy odpowiednią pracę, by się zmienić, zaczynamy rozumieć jakie ma to przełożenie na świat. Niejednokrotnie pracowałem z takimi osobami. I były to przeróżne formy tego problemu – od problemów z pieniędzmi, po posiadanie dziecka. Rodzice pragnęli wnuka, a człowiek trzymając się urazy nie pozwalał sobie na to, choć sam pragnął synka/córeczki. Ale nie, bo by tym uszczęśliwili rodziców, których uszczęśliwiać nie chcą.

6. Staliśmy się całkowicie gotowi, żeby Bóg usunął wszystkie te wady charakteru. Ponownie niezwykle ważny sukces. Zauważ, że mowa o całkowitej gotowości, by usunąć wady charakteru, których staliśmy się świadomi, których istotę wyznaliśmy sobie, Bogu i drugiemu człowiekowi. Ale znowu – jeśli nie zrobiliśmy odważnej, uczciwej inwentury moralnej, ani nie wyzwalaliśmy istoty naszych błędów, to znaczy, że nadal pewnych swoich wad nie chcemy usunąć. Wolimy je ukrywać, wypierać, udawać, że ich nie ma, projektować na świat, na bliskich. To raz. Dwa – punkt ten mówi, by zarówno przestać się im opierać jak się ich trzymać.

Więc – uważasz, że nienawiść na ojca, że Cię nie nauczył ważnych rzeczy jest cnotą? Dostrzegasz w nienawidzeniu wadę czy zaletę? No bo jeśli mylisz podłogę z sufitem i uważasz gniew za coś dobrego i nie będziesz gotowy, by go przekroczyć, to oczywiście dalej będziesz brnąć w negatywność. Pamiętaj, że emocje to konsekwencje percepcji. Jaka jest więc percepcja taty, że pojawia się gniew? Może niespełnione oczekiwania, może wymagania względem niego? Może wyobrażanie go sobie jako innego człowieka, niż w rzeczywistości był?

Jeżeli będziesz się trzymać np. urazy, czyli emocji ale też negatywnej percepcji i interpretacji, to Twój wybór. Bóg niczego nie zrobi za Ciebie. Jeżeli wybierasz nadal się tego trzymać, no to nikt Ci tego siłą nie wyrwie. Jeśli się go nie puścisz, to nawet nie wyślesz listu na poczcie. Trzeba go dać pani w okienku.

Przypominam – moc niczego nie robi. Moc trwa. Tak jak pole elektromagnetyczne. Pole nic nie robi. A to jak będzie się w nim zachowywał metalowy przedmiot zależy nie od pola, tylko tego przedmiotu. Reszta jest automatyczna.

Przeczytaj uważnie ten krok – “staliśmy się całkowicie gotowi”. Dr Hawkins zwracał uwagę, że zaskakiwało go jak głęboko człowiek może poddawać się Bogu. “Całkowicie gotowy” oznacza brak zgrywania się, brak odgrywania. Całkowitą szczerość i uczciwość. Jeśli nie jesteś gotowy/a np. przestać się obwiniać czy narzekać, to zapisujesz, że tego jeszcze nie chcesz poddać. Zacznij uwalniać przywiązanie, opór przed zdrową alternatywą i przyjrzyj się korzyściom jakie z tego masz.

Wybierz jakiś temat, wobec którego nie jesteś pogodzony/a, spokojny/a, na który nie patrzysz z poczuciem humoru. Czego się trzymasz? Czego nie chcesz? Co próbujesz zmienić siłą? Czemu się opierasz? Jakie znaczenie, sens, wartość, rangę temu nadajesz? Co z tego masz?

Zacznij się temu przyglądać. Wykonaj listę. Dopisuj do niej kolejne elementy i analizuj czy się im opierasz i z jaką siłą lub czy się do nich przywiązałeś/aś i z jaką siłą.

Człowiekowi może się wydawać, że narzekanie na innych jest dobre, BO… i tu podaje powody, których się trzyma, korzyści jakie z tego ma. Ale narzekanie nie jest zdrowe, niezależnie jak sensowne się może wydawać. A są ludzie, którzy użalają się kilkadziesiąt lat. To jest ich norma. Usłyszą coś złego – biadolą, że jest źle. Usłyszą coś dobrego – biadolą, że tego nie mają. Usłyszą, że mogą coś zmienić – biadolą, że już za późno, że dlaczego dopiero teraz to usłyszeli, itd.

Są ludzie, którzy dosłownie kleją się do każdej negatywności. Nawet tego szukają. Ja sam tak żyłem. Gdy usłyszałem, że ktoś się śmieje, sądziłem od razu, że ze mnie. I od razu się wstydziłem, napinałem. Sądziłem, że cały świat szuka tylko okazji, by mnie wyśmiać, wytykać palcami. Cały czas uznawałem, że inni nie zwracają uwagi na nic innego, tylko na mnie. Szukają we mnie jakichś dziwactw (które oczywiście wierzyłem, że istnieją, bo sam się obwiniałem i zawstydzałem za wszystko), które mogliby obśmiać. Że gdzie się pojawiam, od razy staję się centrum plotek, obgadywania, obśmiewania. I oczywiście moje doświadczenia to potwierdzały – niektórzy mnie wyśmiewali, inni wytykali palcami, inni nie szanowali.

Dopiero po latach dowiedziałem się, że nie przez to jaki byłem, tylko przez to jaki wybierałem być i jak żyłem. To ja byłem dla siebie sadystą i katem. I to ja innym dawałem pretekst do okazywania mi swoich słabości, czyli negatywności.

Bez gotowości, by poddać np. osądzanie siebie, traktowanie jak kogoś gorszego, poprawa nie byłaby możliwa.

Gdy dzisiaj słyszę jak ludzie się śmieją, sam się uśmiecham i cieszę, że inni mają powód do śmiechu. Jest mi dobrze z dobrem innych. Kiedyś zazdrościłem i wcale nie było mi dobrze.

Ale gdybym zazdrość uznawał za dobrą, to bym się jej trzymał. I jeszcze zwalał odpowiedzialność na innych czy nawet na Boga usprawiedliwiając siebie, że mnie takim Bóg stworzył. Ale tak nie jest. Bóg nikogo nie stworzył zazdroszczącym. To jest coś, czego nauczyliśmy się od innych, czemu sami nadaliśmy wartość i znaczenie, do czego się przywiązaliśmy i co sami wybieramy.

Na tej planecie są szaleńcy, którzy są np. w stanie uderzyć się młotkiem i mówić – “Gdyby Bóg nie chciał, żebym się nie uderzył młotkiem, to by mnie powstrzymał”. Ale Słońce nie przestanie świecić, bo się ktoś za długo opala i dostanie udaru. Masz wolną wolę. Korzystaj. Jeśli nie chcesz sobie zrobić krzywdy, to sobie jej nie zrób. Ale masz też pełne prawo przyp*** sobie młotkiem w co chcesz.

Co to znaczy “stać się całkowicie gotowym”? To znaczy być wolnym od przywiązania i oporu. Oraz ustalić intencję przekroczenia tego. A przywiązanie oraz opór to osobne energie, które utrzymujemy. Ponownie wymagana jest radykalna uczciwość. Bo z logicznego punktu widzenia możemy nie chcieć już biadolić nad sobą ale gdy zapytamy siebie czy jesteśmy gotowi żyć bez biadolenia, odpowiemy, że nie. Konieczna jest cierpliwa praca nad energią oporu i przywiązania. Nigdy nie wiemy jak silnie się czegoś trzymamy i jak silnie się opieramy czemuś co jest nad tym.

7. Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki. Mówimy o drogach do spokoju, szczęścia i sukcesu, które są praktycznie stricte wewnętrzne. Oznacza to, że każdy brak w jaki mogliśmy wierzyć jest iluzją. I jeśli jest jakieś takie uczucie, oznacza, że sami się tego trzymamy. Trzymamy się czegoś i opieramy czemuś innemu – zazwyczaj czemuś wyższej jakości, niż to czego się trzymamy.

Raz jeszcze powtórzę – uczucia to konsekwencje percepcji. To co odczuwasz, czyli Twoje wewnętrzne doświadczenie oraz jakość i zasób energii nie bierze się ze świata, ani go nie dotyczy. To stricte wewnętrzne. Gdyby dane miejsce pracy było źródłem frustracji, to wszyscy byliby tam sfrustrowani. Ale wystarczy jeden “wyjątek” i już mamy dowód, że tak nie jest.

Posadzenie tyłka na igle jest źródłem bólu ale nie narzekania, ani bezsilności. A ból to nie cierpienie. I będzie Cię tak długo boleć, aż nie podniesiesz zadka i nie wyjmiesz z niego igły.

Bóg nie usunie tego, co my osądzamy jako brak – np. brak dostatku w Afryce. Zajmujemy się własną percepcją. Co możesz powiedzieć o ubóstwie w Afryce? Nic. Wiemy natomiast, że wysyłają tam pomoc od wielu lat, setki milionów dolarów. I nic się nie zmieniło. To że my to osądziliśmy jako złe, nie oznacza, że takie jest. Jakieś jest ale nie wiemy jakie, ani nie wiemy dlaczego. Ani nie powinno, przynajmniej na razie, być dla Ciebie ważne dlaczego.

Jeśli uważasz, że jesteś gorszy/a, to czy zwrócisz się w pokorze, by ukazana została Ci prawda? Czyli, że sam(a) trzymasz się wstydu i winy, które projektujesz na siebie w tej formie? Czy jesteś gotów się tego puścić i poddać Bogu jakbyś oddawał(a) list na poczcie? Czy jednak wolisz sobie pobłażać i umniejszać i czerpać z tego skrywaną gorzką przyjemność? To że sam(a) siebie osądziłeś/aś jako złego/złą, nie oznacza, że tak jest.

Zauważ, że mowa o zwróceniu w pokorze. Dla ilu osób życie pokorne jest sukcesem? Raczej mówi się o życiu jak “młody gniewny” pełnym dumy, pychy, etc. A tu nie tylko mówimy o pokorze ale jeszcze o usunięciu tego, o co inni walczą, nawet się zabijają. Niemal każdy film promuje zabijanie jako formę rozwiązywania problemów. A nie pokorne zwrócenie się o zmianę własnej percepcji.

Bo czy tzw. “samotność” jest realnym brakiem? Nie. Gdybyśmy ten temat wnikliwie przeanalizowali, to dostrzeglibyśmy, że problem leży w tym, że samych siebie postrzegamy jako niekompletnych, niewystarczających, wybrakowanych. Oraz są pewne aspekty siebie, których nie chcemy, które wypieramy, osądzamy, których się wstydzimy. I dlatego chcemy drugiej osoby, która tych wad nie ma i która rzekomo ma nam te “pustki” wypełni. Często też szukamy osoby, którą osądzimy jako “złą”, w której chętnie będziemy widzieć wszelkie wady i niedoskonałości i pysznie się bawić nienawidząc jej.

Gdybyśmy nie przeskoczyli poprzednich 6-ciu punktów, to byłoby dla nas oczywiste i wiedzielibyśmy, że ta pokorna prośba wcale nie oznacza, że Bóg nam ześle jakąś cudowną osobę.

Po pierwsze – nie, bo Bóg nikomu niczego nie zsyła. Bóg to nieograniczone pole i moc, które obejmuje wszystko w perfekcyjnej harmonii i sprawiedliwości. Tym samym jeśli chcesz zmian w Twoich relacjach, Ty zmień siebie względem relacji. Automatycznie zacznie Cię to kierować na ludzi tak samo otwartych na relacje. A jeśli pozostaniesz taką samą osobą, to licz na takie same rezultaty jak dotychczas.

Dwa – nie, bo w ten sposób także uczyniłby nam krzywdę. Gdyż zapewne każdy uciekłby od tej niezwykle ważnej pracy duchowej w objęcia drugiej osoby. A potem co – nadal czulibyśmy się źle, balibyśmy się utraty tej osoby, zaczęlibyśmy wątpić dlaczego taka wspaniała osoba jest z kimś takim jak my. Zaczynalibyśmy kontrolować taką osobę, może nawet nie pozwalać jej spotykać się samej ze swoimi znajomymi. A gdyby szła, to stresowalibyśmy się, dramatyzowali, wyobrażali sobie jak nas zdradza, itd. Pracowałem z masą ludzi, którzy dokładnie tak przeżywali swoje relacje.

Pamiętaj – pokora to nie upokorzenie.

Masy ludzi nie widzą różnicy.

Po pierwsze pokora to cnota. A więc jakość, która wspiera życie. Nie może więc być naiwnością, bo naiwność jest szkodliwa.

Wiele źródeł wymienia pokorę jako świadomość własnej niedoskonałości i jednoznacznie nie jest umniejszaniem sobie. Nie jest też pobłażaniem.

Pokora jest świadomością. Niejednokrotnie na tym Blogu zaznaczałem w jak wiele przesądów, mitów i kłamstw wierzymy odnośnie ludzkiej natury. Np. czym jest myślenie, jak odnosi się do świata zewnętrznego oraz wewnętrznego. Ludzie boją się co inni sobie o nich (po)myślą. Więc nieświadomość czego tak naprawdę się boimy prowadzi do cierpienia. Wcale nie boimy się myśli innych ludzi, bo człowiek nie myśli. Natomiast opinia drugiego człowieka może być dla nas bardzo wartościowa. Więc tak naprawdę boimy się przyjrzeć sobie, czyli zrobić obrachunek moralny. Bo wiąże się z nim wstyd i poczucie winy. Dlatego boimy się usłyszeć od innych to, co w sobie staramy się zdusić. A nawet chcemy, by inni nas osądzali, bo wtedy możemy sobie ich wygodnie nienawidzić i unikać swojego wnętrza.

Gdy wykonamy już opisane kroki, przestaniemy się bać oceny innych. Bo już sami siebie przestaliśmy osądzać.

Pokora może przejawić się jako – “Wiem, że kłamię i lubię to. Mam dużo korzyści z kłamania. Na razie nie jestem gotowy/a z nich zrezygnować”. O ile nie wybieramy poprawy, to przynajmniej przestajemy się obwiniać i wstydzić za kłamstwa. A skoro już nie poniżamy siebie, to automatycznie korzyści z kłamania przestają być dla nas tak wartościowe. Bo często kłamiemy, by coś zyskać lub ukryć. A dlaczego mamy cokolwiek ukrywać, jeśli już się nie obwiniamy i nie wstydzimy? Jednak też rozumiemy wady kłamania.

Innymi słowy pokora to widzenie rzeczywistości – ani jej nie nadmuchujemy, ani nie degradujemy. Pokora to brak porównywania się z innymi. Ani nie potrzebujemy pocieszać się nieszczęściami innych, ani nie ujmujemy tym, którym się powodzi, bo już nie umniejszamy sobie. Współczujemy tym, którym pogodzi się lepiej i inspirujemy się tymi, którym powodzi się lepiej.

Zaczynamy ignorować słowa ludzi negatywnie usposobionych i otwieramy się na słowa ludzi mądrych. Zaczynamy widzieć kto swoim życiem i działaniami wspiera życie w każdym jego przejawie, a kto nie. Wybieramy towarzystwo tych pierwszych.

W tym wszystkim zwracamy się pokornie do Boga, by usunął to i pomógł nam puścić się tego, co stoi na drodze, byśmy sami w tym jak żyjemy wspierali życie – zarówno swoje jak i innych.

Zwracamy się pokornie do Boga.

Nie dumnie – “Ty Boże zrób to dla mnie, to będę cię wielbił”. Nie ubijamy interesu. Nie negocjujemy. Nie prowadzimy polityki. Nie kombinujemy. Nie prosimy, by Bóg zmienił coś w świecie, co sami osądziliśmy. Nie rozkazujemy chłopcu na posyłki. Pokorna oznacza też, że przyjmujemy do wiadomości, że to może się nie stanie od razu. Ponadto warto mieć na uwadze, że nasza intencja np. przekroczenia obwiniania spotka się z doświadczeniami, w których będziemy mieli pokusę obwinić.

Bardzo spodobał mi się ten artykuł: https://aktywnechrzescijanstwo.pl/czym-jest-prawdziwa-pokora

Możemy tu przeczytać m.in.:

Prawdziwa pokora jest gotowa odrzucić wszystko, co pochodzi ze mnie samego, aby być posłusznym Bogu i czynić Jego wolę. Prawdziwa pokora to nastawienie, którego mogę się uczyć od Jezusa: „(…) nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie.” (Ew. Łukasza 22,42)

Warto zaznaczyć jak to pokrywa się z 11 krokiem, w którym prosimy Boga o poznanie Jego woli wobec nas.

Problem pojawia się, gdy nasz obraz Boga to nadal obraz raczej demona, szaleńca, egomaniaka, którego cieszy cierpienie ludzi czy konkretnie nasze. W artykule nieco dalej podano przykład, gdy uważamy za mądre kogoś skarcić czy pouczyć. Jeśli tak postępujemy, przeanalizujmy jaka intencja temu przyświeca?

Z historii wiemy, że w imię Boga prowadzono nie tylko wojny ale też wyrządzono (i nadal wyrządza) tak wielki ogrom bestialstw, że wykracza to poza wszelką granicę tego co możemy nazwać zdrowym. Bóg zawsze był świetnym pretekstem, by żyć przeciwieństwem pokory. Musimy też rozumieć ograniczenia ludzkiej natury – przede wszystkim to, że nie mamy zdolności odróżnienia prawdy od fałszu oraz że programowanie podświadomości jest ciągłe i nie można się przed nim zabezpieczyć.

Sadyści III Rzeszy to zauważyli i nawet udowodnili – oczywiste kłamstwo powtarzane dostateczną ilość razy w umysłach ludzi przestawało być poddawane wątpliwościom, a nawet racjonalizowane i chronione. Stawało się prawdą. Dokładnie tak samo jest z oglądaniem pornografii. Nawet jeśli człowiek po jej obejrzeniu zacznie się obwiniać, wstydzić, nienawidzić, wkrótce znowu to wybierze. A nawet bardzo szybko, by przestać się obwiniać, wstydzić i nienawidzić chociaż na chwilę.

Niemniej mowa tu o porzucaniu wszystkiego co pochodzi z nas. To bardzo mądre i bardzo ważne. Ileż razy słyszałem jak ludzie zwalali na Boga i rodziców odpowiedzialność za to jacy są i jak żyją. A to na wychowanie, a to na rzekomą swoją naturę, wybory, itd. Są ludzie, którzy mówią wprost, że np. zrobili komuś krzywdę, bo Bóg im kazał… To pycha, ignorancja, pogubienie lub zwykłe kłamstwo.

Co jeszcze pochodzi z nas – percepcja, osądy, opinie, pozycjonalności i tego pochodne – emocje, myśli. Do tego wszystkiego możemy się przywiązywać, opierać.

Ludzie np. obwiniają Boga za cierpienie swoje i innych, za nieszczęścia. No ale to nie pochodzi od Boga. To z Bogiem nie ma nic wspólnego. Inni pytają dlaczego Bóg pozwala i dopuszcza różnych złych rzeczy na świecie?

Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Cierpienie to wybór. A ból to bardzo istotny sygnał, że pora zwrócić się do wewnątrz i wykonać duchową pracę (czy Ci się podoba to określenie, czy nie).

Nie ma innej drogi, by przestać cierpieć, niż zacząć rozwijać się w świadomości.

Bo cierpienie to konsekwencja decyzyjności opartej o niskie pola świadomości jak wstyd, wina, apatia, żal, strach, pożądanie, gniew i duma. A każdy z opisywanych kroków opiera się na odwadze. Co gwarantuje zaprzestanie cierpienia zarówno obecnego jak i przyszłego. O ILE wykonasz te kroki i wykonasz je również w przyszłości.

Jeszcze jedno – skoro nie jesteś autorem myślenia, to czy rozumiesz już jakim błędem jest opieranie się myślom, które Ci się nie podobają? Opór kosztuje Cię ogrom energii, drenuje siłę woli i kompletnie nic nie daje. Bo właściwą drogą jest ignorowanie z poddaniem. A nie opór czy przywiązanie, tym bardziej pycha ze stawiania się jako autora myśli. Myślenie się myśli i będzie myśleć. Nie możesz tego zatrzymać, ani zmienić. Możesz natomiast poddać swoje przywiązanie i interesowanie się nim.

Kolejny cytat z artykułu:

Wybieranie własnej woli – życia według własnych pragnień, rozumowania i mniemań – zamiast Bożej woli, jest pychą. Taki wybór mówi przede wszystkim, że ja wiem lepiej, niż Bóg. To nieuchronnie prowadzi do uczynków ciała, ponieważ wtedy moje czyny nie są prowadzone Duchem. (List do Galacjan 5)

To niezwykle istotne. Przestajemy osądzać ten świat – wojny, choroby, kataklizmy, mniejsze i większe nieszczęścia, ludzi, siebie, swoje życie. Rozumiemy, że to wybrali ludzie ze swojej ignorancji. Budda mówił, że jest tylko jeden grzech – ignorancja. Przestajemy osądzać zachowania ludzi. Zostawiamy to Bogu. My wybieramy akceptację tego co możemy zaakceptować, jak i pokorę wobec własnych ograniczeń – niemożności zrozumienia wielu aspektów rzeczywistości przez zwykłą naturę umysłu. Umysł nie jest zdolny do poznania Prawdy. Może operować co najwyżej do poziomu kalibracji 499, czyli górnej granicy poziomu świadomości zwanego Rozsądkiem. Przykłady poziomu 499 – Albert Einstein, Sigmund Freud, Isaac Newton, Stephen Hawking, Arystoteles (498).

Co ciekawe – poziom najczęściej nazywany Miłością (500-539) ma też inne określenie – męstwo. Czyli odwaga by być Sobą. Odwaga bycia Sobą. Bo to wymaga odwagi. Odwaga nazywana jest pierwszymi lekcjami miłości. Bo to świat, w którym dopiero rozwijamy się do tej świadomości. Mamy tu tę możliwość. A nasza intencja wzrostu będzie zawsze testowana. Sama ilość pokus na tej planecie jest kolosalna. Nie ma drugiego takiego miejsca we wszechświecie.

Rozumiesz dlaczego wstyd (20) i wina (30) są tak nisko? Dlaczego lenistwo, zwane też apatią (50), jest grzechem głównym (czyli najpoważniejszym błędem jaki możemy popełnić)? Bo wynikają z kłamstw na swój temat. Z wyboru, by nie być Sobą, tylko grać marnego robaka, którym Bóg gardzi lub się w ogóle nie interesuje. Z tego też powodu zazdrość i pragnienie bycia jak inni są też błędami. Chyba, że mówimy o inspirowaniu się cnotami jak odwaga.

Żadne zwierzę mięsożerne nie osądza się, że zżera inne żywe istoty (choć nie ma mięsożernego zwierzęcia wykalibrowanego powyżej 200). A jako ludzie opieramy się nawet radości i gramy przez dziesiątki lat ofiary jakichś błahych, nadmuchanych przez nas wydarzeń.

Poziom samej Odwagi reprezentują np. samochody i ludzkie ciało (oba wykalibrowane na 205). Wegetarianizm to również poziom 205. Więc o ile nie są jakoś kolosalnie wysoko, to są po stronie integralności. Czyli po stronie Prawdy.

Jednak co z nimi zrobimy zależy od nas. Samochodem możemy zwiedzić świat i się niezwykle rozwinąć, kształcić. Możemy zawozić chorych do szpitali. A możemy wjeżdżać w tłum demonstrantów i przewozić narkotyki.

Seksem możemy się cieszyć i urozmaicać swoje życie, a możemy niszczyć sobie nim relacje, cierpieć bez niego. To samo tyczy się masturbacji. Problemu nie stanowią ciało, seks czy masturbacja ale przywiązanie do nich i opór względem czegoś innego.

Co ciekawe – po Soborze Nicejskim w 325 r. n.e. chrześcijaństwo spadło z poziomu 840 na 485. Czyli jest już niżej od prawdy zdolnej poznać przez największe umysły. M.in. dlatego ludzie tak bardzo zaczęli polegać na umyśle (nie rozumiejąc ani natury umysłu, ani znaczenia poziomu świadomości) i drwić z religii, uważać ją za bełkot, narzędzie głupców, itd.

No bo rolą religii było m.in. prowadzić człowieka dalej, niż umysł był w stanie zrozumieć i dostrzec. A taka degradacja prawdy uniemożliwiała to. Niech będzie to jasne – religie oczywiście nadal mają ważną rolę. Ale wdarło się do nich masa niezrozumienia i kłamstw. A jak je przesiać od prawdy? Przykład – Apokalipsa. Wszystko co związane z Apokalipsą to poziom 70. Czyli nie ma nic wspólnego z prawdą. To w ogóle nie dotyczy doświadczanej przez nas rzeczywistości.

Druga ciekawostka – mruczenie kota, machanie psiego ogona, śpiew ptaków kalibrują się na 500. Co automatycznie pokazuje ograniczenie umysłu, w tym, by rozumieć dlaczego. Ale wystarczy porozmawiać z ludźmi, którzy mają psy i koty i od razu stanie się jasne, że gdy kot leży nam na nogach i mruczy lub piesek macha ogonem, człowiekowi jest dobrze. A gdy spacerując zatrzymasz się, by posłuchać ćwierkania ptaszków, też niczym dziwnym będzie wynik tej kalibracji.

Gdy staniesz przed lustrem nagi/naga i osądzisz swoje ciało, Twoje doświadczenie będzie negatywne. A gdy odpuścisz osądzanie na rzecz doceniania, natychmiast zmieni się Twoja percepcja. A przecież ciało się nie zmieniło. Więc jak jest po prostu nie wiesz. Widzisz tylko swoją percepcję.

8. Zrobiliśmy listę wszystkich osób, które skrzywdziliśmy, i staliśmy się gotowi zadośćuczynić im wszystkim. Punkt 8 i 9 stanowią sukces w każdym wymiarze – wliczając ten dotyczący świata zewnętrznego. Nie tylko konieczna jest pokora ale też odwaga, porzucenie egoizmu, by zrobić coś dobrego dla innych, którym mogliśmy uczynić coś złego. Zadośćuczynienie oznacza, że też pytamy się tej osoby czego ona potrzebuje, by samemu odpuścić winę i gniew. Pomagamy jej wrócić do zdrowia i szczęścia. Dzięki temu pomożemy sobie. Wyjątek stanowią te osoby, które mogą mieć wobec nas tak dużą urazę, że nie chcą nas nawet widzieć, ani słuchać. W takim wypadku niezwykle ważne jest, by pracować nad tym duchowo – np. w formie modlitwy, wysyłać jej pozytywne myśli, przepraszając i prosząc o wybaczenie ten aspekt tej osoby, który nas słyszy pomimo odległości i braku słów wypowiadanych na głos.

Niemniej – najpierw robimy listę osób i popełnionych im krzywd. To również zmierzy nas z własnym poczuciem winy, wstydem, żalem, strachem (m.in. strachem przed odwetem/karą).

Następnie ponownie wybieramy zadośćuczynienie im. Wybieramy gotowość, by to uczynić. Oczywiście również tym, których skrzywdziliśmy mszcząc się za coś. To też krzywda niezależnie jak wydaje się nam usprawiedliwiona.

Nie może być w tym żadnych wyjątków.

I jeśli uznamy, że komuś nie zadośćuczynimy, to ta osoba jest najważniejszą, by to uczynić. Tak jak w przypadku furtki, o której pisałem wcześniej – to czego unikamy najbardziej i/lub najdłużej jest najważniejsze.

9. Zadośćuczyniliśmy osobiście wszystkim, wobec których było to możliwe, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych.

Dzięki tej pracy sami oczyszczamy się z własnych pokładów stłumionego wstydu i winy. Jeśli mamy, to także z nienawiści – “O, jaki/a jestem zły! Jak mogłem/am to komuś zrobić!?” Przestajemy sobie pobłażać i zaczynamy realnie korygować to co mogliśmy schrzanić.

Nie mamy monopolu na błędy. Masy ludzi sławnych miało problemy z alkoholem czy narkotykami. I też przez to przechodzili – nie tylko przez osobiste problemy czy, można rzec – piekło. Ale też robili problemy innym, mogli po pijanemu coś zniszczyć. Niektórzy zabili innych ludzi. I dzięki tej pracy przestawali trwać we wstydzie, winie, samo-nienawiści. Oczywiście nadal czekają konsekwencje prawne, społeczne, etc. Ale dzięki wybranej/odkrytej wcześniej pokorze, bierzemy je na klatę. Możemy jeszcze żyć szczęśliwie. I/ale na pewno dużo mądrzej.

10. Prowadziliśmy nadal osobistą inwenturę, z miejsca przyznając się do popełnianych błędów. Inwentura moralna to ogromny sukces sam w sobie. Jednak mowa tutaj o tym, by z miejsca przyznawać się do popełnianych błędów. Dlaczego jest to sukces? Bo nie pozwalamy sobie na gromadzenie się w podświadomości wstydu, winy, żalu, lęku. Gdy popełnisz błąd, od razu wyznajesz sobie jego naturę i bierzesz odpowiedzialność. Bo pojedynczy błąd nie jest aż tak istotny jak dążenie.

Każdy człowiek sukcesu mówił jak ważne są błędy, bo można z nich wyciągnąć krytycznie ważne wnioski. To chyba Edison miał następujące podejście do błędów – “Super! Kolejny krok bliżej sukcesu, bo poznałem kolejną rzecz, która nie działa!” Dla niego było to troszkę jak gra w “statki”. Strzelasz i pudłujesz. Strzelasz i pudłujesz. Ale z każdym pudłem zmniejsza się ilość możliwych pudeł. Jeśli nie przestaniesz strzelać, w końcu trafisz i “zatopisz statek”.

Jeśli jednak przestaniesz strzelać, to przegrałeś/aś. M.in. na tym polega kolosalny błąd wypierania błędów, niechęci do wzięcia za nie odpowiedzialności, obwiniania się i “wstydzenia się za nie”. Jeśli nie przyznasz się do popełnienia błędu, to nie tylko zwrócisz się w stronę inną, niż sukces ale też dołożysz sobie bagażu wstydu i winy, które następnie Twój umysł wyprojektuje na świat i innych ludzi.

A najczęstszym celem projekcji lęku i winy jest sam błąd. Więc coraz bardziej bojąc się popełnienia błędów i związanego z tym poczucia winy, tym trudniej będzie Ci podejmować słuszne decyzje, działania, dążyć do jakiegokolwiek konkretnego celu. I, wbrew pozorom, będziesz popełniać coraz więcej błędów. Np. mając do wyboru 2 koszule, wybierzesz taką, która nie spodoba się Twojej partnerce lub koszulę, z którą jest coś nie tak – np. ma za krótkie rękawy. I słysząc słowa krytyki poczujesz wstyd i winę. Choć oczywiście w Twoich oczach ta koszula wydawała się ok.

Poza tym mądrzy ludzie bardzo szanują szczerość. Bo sami są już po stronie prawdy i kierują się dalej/wyżej. Tym samym cenne jest to, gdy inny człowiek również obiera ten kierunek. Bo on sprzyja życiu. Gdy błąd i jego konsekwencje weźmiesz na klatę, to możesz się z nimi uporać. W przeciwnym wypadku skazujesz się nie tylko na zmaganie ale też ponowienie tego błędu w przyszłości.

11. Staraliśmy się przez modlitwę i medytację poprawiać nasz świadomy kontakt z Bogiem, tak jak Go rozumieliśmy, prosząc jedynie o poznanie Jego woli wobec nas oraz o siłę do jej spełnienia.

Porównaj ten krok z tym, o co mogłeś/aś się modlić, prosić, oczekiwać od Boga.

Jest tu mowa o poprawianiu ŚWIADOMEGO kontaktu z Bogiem przez modlitwę i medytację. Oraz o prośbę, byśmy poznali Jego wolę wobec nas oraz prosimy o siłę do jej spełnienia. Nie modlimy się o nic innego. Nie medytujemy w innym celu. Zauważ, że prosząc Boga o poznanie Jego woli oraz siłę do jej spełnienia POPRAWIAMY nasz kontakt z Bogiem.

A o co proszą ludzie? A np., by Bóg zabrał chorobę bliskiej osoby, by dał nam pieniądze, etc. Więc nie tylko ignorujemy wolę Boga, nie mamy intencji jej poznać (a czym taką intencję mają chorzy?) ale też osądzamy to co widzimy i czego doświadczamy lub doświadczają inni i na podstawie tego osądu prosimy Boga o zmianę.

To nie tylko nie poprawia kontaktu z Bogiem ale też jest drzwiami do jego pogorszenia. Bo gdy Bóg nie spełni naszych próśb, zaczynamy Go obwiniać, żalić się, gniewać. A w końcu dochodzimy do wniosku, że Bóg albo nie istnieje, albo ma ludzi głęboko gdzieś. Błąd wynika z samego przekonania, że to Bóg zsyła ludziom choroby, co jest kolosalnym nieporozumieniem.

Pamiętaj też o wzięciu odpowiedzialności za swoje życie. Czyli pamiętaj o świadomości, że tylko Ty odpowiadasz za swoje życie czy tzw. “los”. Tylko Ty jesteś tego autorem. Nie Bóg. Bóg Ci niczego nie zabrania, ani nie umożliwia czegoś specjalnie Tobie. Na tej planecie nie ma ani wybrańców Boga, czyli ludzi szczególnie lubianych/kochanych przez Boga oraz nie ma ofiar Boga, czyli osób, wobec których Bóg ma jakieś urazy czy ich po prostu nie lubi.

Tym samym masz to, co sam(a) wybrałeś/aś i doświadczasz tego konsekwencji.

Wola Boga wobec nas to nasze Najwyższe Dobro. Zauważ, że np. uzależniony sądzi, że obejrzenie porno czy wypicie wódki jest dla niego najlepszym wyborem. Czy tak jest? Nigdy. Prosząc Boga o poznanie Jego woli wobec nas, to prośba, byśmy zrozumieli co jest dla nas naprawdę najlepsze (kalibracja tego stwierdzenia przekracza 720).

Ludzie boją się, że stracą wolność. Nie, wolności nigdy nie możesz stracić. To jeden z darów świadomości – wolna wola. Ty modlisz się o poznanie rzeczywistości, która jest niezależnie od Twoich percepcji, osądów, przeświadczeń, przekonań, uporu.

Niezależnie jak się super czujesz, co zeżarłeś/aś, wypiłeś/aś czy wstrzyknąłeś/wstrzyknęłaś sobie do krwiobiegu – Twoje ciało fizyczne nie będzie lewitować. I żeby przetrwać i poprawnie funkcjonować, potrzebuje wody oraz pożywienia.

Możemy się teraz zastanowić – czy zdrowie fizyczne i pieniądze są naszym najwyższym dobrem? Człowiekowi w świadomości <200 wydaje się, że oczywiście tak. Ale już człowiek na poziomie odwagi wie, że odwaga nie zależy ani od zdrowia, ani od pieniędzy. Nie można jej kupić, sprzedać. “W oczach odwagi” pieniądze i zdrowe przestają mieć jakieś ogromne znaczenie. No bo gdy żołnierz mężnie biegnie w stronę wroga zasuwającego w niego z ostrej amunicji, to nie obchodzi go jakie choroby ma i przeszedł, ani ile ma pieniędzy. Liczy się tylko odwaga tego czynu.

Zauważmy jak blokujemy w sobie odwagę, by np. poznać kobietę. Wstydzimy się tego kim jesteśmy i co mamy. Bo nie wybieramy odwagi. Wybieramy wstyd, winę, żal, strach. I sądzimy, że tzw. “pewność siebie” dałoby nam dopiero bogactwo. Ale przecież i to ograniczyliśmy przez brak śmiałości.

Co więc z perspektywy rozwoju duchowego będzie dla nas wyższym dobrem – trochę kasy czy problem, który wymusi na nas nareszcie wybór odwagi i odpowiedzialności i ruszenie do działania?

12. Przebudzeni duchowo w rezultacie tych kroków staraliśmy się nieść to posłanie innym pornoholikom i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach.

Zacznijmy od ostatniej część – “stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”. To pokazuje, że 12 kroków czy jakiekolwiek zasady sukcesu mają przełożenie na każdy obszar życia, na każdy temat i problem. I ci, którzy je stosują i których każdy obszar życia zaczął się poprawiać, mogą o tym zaświadczyć. Zresztą o tym mówi też ten krok – by ci, którzy stanowią już żyjący dowód, inspirowali innych do wyboru drogi duchowej.

Zauważ, że nawet jeśli raz zrobisz super jajko na miękko, a potem nie będziesz przestrzegać tych kroków, no to już nie wyjdzie takie super kolejnym razem. Nawet w gotowaniu jajka potrzebna jest dyscyplina i powtarzanie tego, co działa. A gdy już potrafisz zrobić pyszne jajko na miękko, to możesz to przekazać innym bez zmagania.

Ale przede wszystkim – wykonanie tych kroków raz nic nie zmieni. Bo już sam fakt, że nie stosujemy ich zawsze i wszędzie, pokazuje, że wcale nie zależy nam na zdrowiu, tylko nadal wybieramy coś innego.

O 12 krokach można mówić długo. I w zależności do tematu czy problemu, wobec którego je odnosimy, będziemy mówić trochę inaczej.

Rozmawiałem już z ludźmi, którzy wykonywali 12 kroków i przechodzili “Kurs cudów” ale zignorowali ten krok – “stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”. Słowem – liczyli na jakieś magiczne wydarzenie, które zmieni ich oraz ich życie tylko dlatego, bo sobie przez to przeszli.

Dlatego raz jeszcze zaznaczę –

mniejsze znaczenie ma to, co robisz. Znaczenie ma to jaki/a jesteś.

Robienie Cię nie zmieni. Są ludzie źli bogaci, są ludzie dobrzy bogaci. Są nauczyciele wredni i nienawidzący uczniów, a są nauczyciele kochający uczniów. Są lekarze wywyższający się nad pacjentami, a są lekarze obejmujący swoich pacjentów troską, zrozumieniem, opieką. Są księża pedofile, są księża niezwykle dojrzali, mądrzy, kochający, których kazań warto słuchać.

Pamiętasz przysłowie – “Nie szata zdobi człowieka, lecz człowiek szatę”? To nie tylko dotyczy ubrań ale wszystkiego co robisz i masz. Zdobi to to kim jesteś. Nie odwrotnie. Nie jesteś lekarzem, piekarzem czy tynkarzem. To tylko Twój zawód.

Jeden z przykładów pułapek tego, co uznajemy za sukces – liczenie dni trzeźwości. Liczymy dni i na co liczymy? A, bo poczytaliśmy sobie, że w jakimś okresie zregeneruje się nam mózg i osłabną ścieżki odpowiadające za nałogi. No, to nie jest prawda, że to pomoże w uzależnieniu. Możesz nie oglądać porno nawet tytanicznym wysiłkiem i 1000 dni, a nic to nie da. Bo pojawi się wystarczający pretekst – np. zestresujesz się i znowu włączysz porno. Potem się za to obwinisz i znowu wrócisz do tej szaleńczej “karuzeli”. Nic nie osłabia ścieżek w mózgu. Mózg to REPREZENTACJA. Do pewnego etapu może wydawać się przyczyną pewnych rzeczy (ciało ludzkie to poziom 205, a większość ludzi w swojej świadomości są poniżej tego). Ale Jeśli zależy Ci na wyzdrowieniu z uzależnienia, to masz mierzyć w poziom 350.

Sukcesem nie jest to ile dni nie oglądasz pornografię ale to jak żyjesz poza oglądaniem pornografii.

Mózg REPREZENTUJE, a nie determinuje. Gdyby Twoje życie zależało od mózgu, to bylibyśmy niezdolni do nauki i rozwoju. No bo dziecko nic nie potrafi. W jaki sposób miałoby się cokolwiek wytworzyć w mózgu – np. ścieżka odpowiadająca za sprzątanie w pokoju? Gdyby najpierw musiał się zmienić mózg, a dopiero potem bylibyśmy zdolni do działania, to rozwój nie byłby możliwy. Ścieżki nie są determinantem niczego, tylko reprezentacją.

Mózg więc się sam nie zmieni. Zregenerują się pewne obszary, tak. Co oznacza POTENCJAŁ nowego wyboru ale go nie determinuje. Bo jeśli przywiązałeś/aś się do porno i nadałeś/aś mu dużą wartość – to się samo nie zmieni niezależnie ile czasu minie i tylko dlatego, bo się w jakimś stopniu odbudował mózg.

Poza tym – to, co przyspiesza regenerację mózgu i wspomaga jego rozwój, to właśnie nauka i robienie nowych rzeczy.

Zastanów się – jeśli złamałeś/aś rękę przez nieuważne życie, to nastawienie kości, zrośnięcie i zdjęcie gipsu zmieni to jak żyjesz? Równie dobrze możesz minutę po wyjściu od lekarza znowu ją złamać.

Liczenie dni trzeźwości może mieć sens ale tylko wtedy, by upewnić się, że to co stosujesz uczciwie, rzetelnie, każdego dnia i kiedy trzeba – działa. Wtedy wiesz, że idziesz dobrą ścieżką. Ale jeśli tylko się męczysz i za nic na świecie nie chcesz np. zająć się jakimś tematem, wobec którego czujesz masę wstydu, to nie jest dobry kierunek niezależnie do jakiej wartości doliczysz.

W przypadku uzależnień ludzie właśnie za sukces uznają kontrolę nad uzależnieniem. Wcale nie chcą wyzdrowieć. Nadal chcą pić czy oglądać porno ale tylko wtedy, gdy to wybiorą. To naprawdę niezłe robienie się w wała (nie mówię tego w formie pochwały).

Krok, który ma to wyeliminować i zabezpieczyć to odważna inwentura moralna przeprowadzana cały czas.

3. Przeczytaj “5 Principles for a Successful Life: From Our Family to Yours” Newta Ginhricha; oraz “Knockout Entrepreneur” Georga Foremana.

Dodałbym jeszcze przeczytanie książki samego dr Hawkinsa – “Sukces jest dla Ciebie” niedawno wydanej w języku polskim. Niewiele tu można dodać. Kupić je, przeczytać i stosować.

Naturalnie książek, które warto przeczytać jest dużo. Ale też dużo więcej jest pułapek – książek przekazujących fałszywe informacje.

W Module 12 WoP polecam ponad 50 wartościowych książek. Ale tylko jako rozwinięcie poruszanych tematów i dla ludzi z zamiarem realnego wdrażania tej wiedzy w swoje życie. Czytanie dla samego czytania nie ma sensu. Co z tego, że coś wiesz? Nic, jeśli tego nie stosujesz. Może i zabłyśniesz jakąś wiedzą na imprezie ale to też ma marginalne znaczenie.

4. Sukces jako zwyciężanie.

Tutaj dr Hawkins zwraca uwagę, że sukces to zwycięstwo. A żadnym zwycięstwem nie jest siedzenie przed telewizorem czy komputerem, picie alkoholu czy oglądanie porno.

To zwycięstwo nad dotychczasowym sobą. Możemy np. zwyciężyć pokusę ale nie przez walkę z pokusą, tylko przez praktykowanie cnót, życie uczciwe, szczere, etc.

Nie masz więc walczyć z pokusą, tylko ją poddać oraz poddać korzyści jakie z niej masz.

12 kroków uczy nas, że zwycięstwem jest poddanie, a nie walka.

Prosty przykład takiego sukcesu – odpuszczenie oporu przed tym, by robić zakupy nieco dalej, niż zwykle. Znaleźć np. nowy sklep ze świetnym pieczywem i zacząć tam kupować. W ten sposób widzimy jaką pułapką jest tzw. “strefa komfortu”, która jest tak naprawdę więzieniem iluzji. Zwyciężamy to, co mogliśmy uważać za swojego sojusznika. Bo wszystko może nam służyć do pewnego momentu. Potem zaczyna nas tłamsić.

Najlepiej to widać na przykładzie emocji. Gniew na pewno jest lepszy, niż wstyd ale z drugiej strony, dzięki wstydowi wiemy, że nabroiliśmy. A dzięki gniewowi nie czujemy się bezsilni. Ale i wstyd, i gniew, same z siebie są destruktywne. Emocje, jak ogień, potrzebują paliwa. Coś muszą “spalać”.

Więc co robisz z oporem? Nie próbujesz go przełamać, zwyciężyć, wygrać, tylko poddajesz go. Bo opór to Twój wybór. A dokonujesz go, bo masz z tego korzyści. Poddaj je.

Dobrze to zrozum – nie poddajesz swoich starań, nie poddajesz się; tylko poddajesz to, czym starania lub postęp ograniczasz, odpuszczasz, odwlekasz. Poddajesz wątpliwości, lęk, poczucie winy, wymówki, pokusy, korzyści. Poddajesz “rozważania” ‘co może być?’ i zamiast tego wybierasz, aby tego doświadczyć.

Nieraz oczywiście trzeba będzie “wejść w ogień” – zmierzyć się z jakimś “szczególnym” lękiem, czyli takim, którego się albo najsilniej trzymamy, albo któremu się najsilniej opieramy.

Pamiętaj, że już sam fakt walki jest błędem. Tym bardziej jeśli sądzisz, że walczysz z samym/samą sobą. Bo jak można walczyć ze sobą? Musiał(a)byś istnieć w dwóch osobach, które toczą ze sobą bój. A tak nie jest. Ludzie walczą nie ze sobą, tylko z myślami i emocjami, z którymi się identyfikują. Ewentualnie miotają się między dwoma lub więcej wyborami. Bo również boją się podjąć decyzję i boją się poczuć winę, gdyby ten wybór okazał się zły/gorszy.

Ta droga mówi nam, że sukces to faktyczne zwycięstwo. Pokonanie czegoś – nawet dosłowne pokonanie dystansu maratonu – czyli przebiegnięcie całego dystansu.

Jeszcze raz – z niczym nie walczysz. To zwycięstwo nie jest efektem walki z czymkolwiek, bo każda walka to tylko strategia, by nigdy nie wykonać kroku do przodu.

To z czym walczysz, nie walczy z Tobą.

Ani lęk, ani opór, ani wstyd, ani gniew; ani pokusa, by zrezygnować z wyjścia ze znajomymi. Zwyciężasz, gdy zamiast ulec pokusie, wybierasz spędzenie czasu w grupie bliskich. A nie walczysz z pokusą. Gdy będziesz z nią walczyć, pokusa będzie rosła, a Ty będziesz tracić siły, w tym siłę woli. Porzucasz walkę, porzucasz pokusę i wybierasz cel.

5. Sukces jako osiąganie celów.

Wiele razy mówiłem, że każdy odpowiada za swoje życie. Odpowiada za to, co w nim ma i czego doświadcza. Bo to, co mamy, wybraliśmy. Od percepcji po cierpienie, bądź szczęście.

I ten punkt mówi nam, że aby osiągnąć sukces rozumiany jako osiągnięty cel, trzeba najpierw ten cel wybrać, ustalić. Powtórzę – masz to, co wybrałeś/aś i będziesz mieć to, co wybierzesz. Jeśli nie ustalisz, nie wybierzesz celu, to go nie osiągniesz.

A to wiąże się z ujawnieniem i koniecznością poddania np. korzyści z braku działań, by ten cel osiągnąć.

To fundament każdego wyboru – wybór zawsze zaczyna z podświadomości “wyciągać” to, co stoi na drodze – np. lęk, którego się łapaliśmy i używaliśmy jako wymówki.

Cel trzeba wybrać, ustalić, przeanalizować, nadać mu odpowiednią wartość i znaczenie, poddać pożądanie i opór, nie przywiązać się, rozpisać kroki jakie do niego prowadzą, śmiało je realizować, uczciwie rozliczać się z tych działań, praktykować cnoty, jak dyscyplina.

Dostrzeżemy, że aby odnieść jakikolwiek sukces w świecie, najpierw musimy odnieść go w sobie. Czyli np. dzięki analizie i wewnętrznej pracy zaczynamy widzieć, że osiągnięcie tego celu jest jak najbardziej możliwe. Dzięki temu oraz rozpisanym krokom i przezorności, że pojawią się problemy, wyzwania, lęki, wątpliwości, pokusy – możemy być przygotowani i dojdziemy do celu – zrealizujemy go. Bo nie użyjemy pokus czy utraty komfortu oraz poczucia bezpieczeństwa jako usprawiedliwień, ani wymówek. Będziemy na nie gotowi. Jeśli otworzysz dni i zawieje chłodem, to ich nie zamkniesz. Bo będziesz mieć już na sobie ciepłe ciuchy. Przekroczysz próg i wyjdziesz w świat.

Ale ludzie robią to na ślepo. Takie dziecinne – “Hurraaaa!” Takie podejście było dobre, gdy siedziałeś/aś na koniu z lancą, a przed Tobą było wrogie wojsko. Nie dało się spudłować szarżując nawet z zamkniętymi oczyma.

Podam Ci przykład jak wygląda dążenie do celu – pragnienie go, a co ludzie mylą z tym – wiecznym tylko fantazjowaniem i chceniem. Gdy ja zaczynałem mój serwis, non stop o nim myślałem. Ale nie mentalizowałem jak fajnie byłoby go mieć. Tylko non stop planowałem co zrobię, jak to zrobię, kiedy, czego brakuje. Wizualizowałem to jak inni to  robili. I oczywiście edukowałem się o tym od ludzi, którzy prowadzili ten typ biznesu od lat z fantastycznymi efektami. Nie działałem na ślepo, ani nie wymyślałem koła na nowo. Co oczywiście nie znaczy, że to co czytasz to marketing w rozumieniu – próba nakręcenia, manipulacji i kłamstwa, bym sprzedał, a raczej wcisnął coś Tobie. Dojrzały marketing to edukacja. A produkt jest najwyższej możliwej jakości i rozwiązuje realny życiowy problem.

Gdy szedłem do ubikacji, to w tym czasie myślałem co zrobię, gdy wyjdę. Nakręcałem się tym. Jak jechałem metrem na imprezę, to w tym czasie też myślałem co zrobię następnego dnia lub w jaki sposób mogę rozwiązać problem klienta. Cały czas wracałem do tego. Na imprezie oczywiście skupiałem się na imprezie. Trzeba zachowywać balans. Gdy odpoczywasz, to odpoczywasz. Gdy się bawisz, to się bawisz. A gdy pracujesz, to pracujesz.

Ale poza tym – planujesz i działasz, analizujesz, korygujesz, uczysz się, cały czas rozwijasz. Dr Hawkins powiedział o sukcesie takie zdanie – “Chcesz sukcesu? A spałeś dzisiaj?” Są ludzie, którzy tak są skupieni na osiągnięciu celu, że potrafią nie spać, bo tego nie potrzebują. Działanie ich nie męczy, a wręcz energetyzuje. Więc nie muszą się regenerować, nawet jeść.

Czytałem o jakiejś wokalistce dość znanego zespołu – Pink lub Gwen Stefani. Gdy pracowała nad jednym ze swoich albumów ZAPOMNIAŁA JEŚĆ PRZEZ 3 DNI. Rozumiesz? Tak była na tym skupiona, że zapomniała to, co dla większości ludzi to fundament istnienia i przez Masłowa uważane za podstawową potrzebę. Ona o tym zapomniała. Zjadła po 3 dniach, gdy dopiero ktoś zauważył, że nie je i jej o tym przypomniał.

Takie wartości nadała, takie znaczenie. I pracowała z takiego poziomu, że zasilała się pozytywną energią. Nie potrzebowała jej z zewnątrz, nawet w formie posiłku. Oczywiście tego nie można udawać. Nie próbuj tak pracować, bo sobie zrobisz krzywdę. Normalnie zaleca się robić 5-10-minutowe przerwy każdej godziny i jedną dłuższą i jeść 3-4 razy na dobę. Ale nawet to trzeba ustalić, zaplanować i realizować. Jeść również mądrze, rozsądnie i odpowiednio do swoich potrzeb.

Osiąganie celów wymaga od nas praktyki cnót, np. dyscypliny. Żaden znaczący sukces nie powstał w kilka godzin lub bez popełnienia masy błędów. Tzw. “talent” to rezultat pracy chętnej, zdyscyplinowanej i przez kilka-kilkanaście tysięcy godzin. Więc mówienie np. “do tego trzeba mieć talent” to tylko wygodna wymówka, by unikać działania, praktyki i popełniania błędów. Talent to efekt mądrej pracy, a nie jakaś magiczna cecha, którą dał nam Bóg czy wzięła się z jakichś specjalnych genów.

Jeden z moich Klientów zadał mi pytanie – “Dlaczego nie mogę mieć tego co chcę robiąc to co chcę?” Mówił o np. oglądaniu telewizji i graniu na komputerze i posiadaniu pieniędzy, dziewczyny, spokoju, etc. Odpowiedź jest taka – “Bo tak wygląda rzeczywistość i jest to bardzo mądra rzeczywistość”. Bowiem mamy i robimy to jacy sami jesteśmy. Bo jesteśmy jedynymi autorami naszego życia i tzw. “losu”, czyli konsekwencji własnych wyborów doświadczanych w przyszłości.

Nie ma nic złego w oglądaniu telewizji ale jeśli robimy to z niskiej intencji jak niechęć do czegoś, to popełniamy błąd. Żadne tłumaczenie sobie, że lubimy oglądać TV lub akurat leci program, który się nam podoba to zazwyczaj kłamstwa, by uniknąć zmierzenia się z faktami. Zapytani czy gdybyśmy mogli się w tym czasie spotkać z seksowną kobietą na randce lub mężczyzną zawsze spotyka się z odpowiedzią – “Zrobił(a)bym to zamiast siedzieć przed telewizorem”.

Kolejnym elementem osiągania celów jest uczciwe rozliczanie się z efektów własnej pracy. Najlepiej do tego wykorzystać zewnętrzny punkt odniesienia w postaci innej osoby. I takiej, która nie boi się powiedzieć nam prawdy prosto w oczy. Przykład – mąż wraca po ciężkim tygodniu do domu i chwali się na ile pieniędzy podpisał kontrakty. Żona niewzruszona pyta – “Dlaczego tak mało?” Zadaniem tego pytania nie jest irytować, ani podważać osiągnięcie ale ukazać je z innej perspektywy – być może dało się zrealizować więcej ale uniknęliśmy tego ze względu na lęk czy poczucie winy. Jeśli po takim pytaniu faceta szlag trafia, to znaczy, że prawdę ukrył. Gdyby osiągnął wszystko co mógł, to to pytanie nie odebrałoby mu spokoju i odpowiedziełby zgodnie z prawdą oraz spokojnie, a nawet radośnie.

Następny ważny element – deadline-y. Czyli ustalamy do kiedy zrealizujemy dany cel i/lub krok, który do niego prowadzi. Zrealizowanie tego USTALAMY jako priorytet. A nie szukamy wymówek i usprawiedliwień. Nawet miliarderzy ustalają sobie deadline-y. A skoro robią to nawet oni, to powinno dać nam do zrozumienia jak jest to istotne.

Masa moich klientów, a więc ludzi, którzy kupili Program Wolność od Porno, wcale nie nadało temu priorytetu. Cały czas słyszę wymówki co to im nagle wypadło, co “musieli” zrobić jako pierwsze, itd. Tak zachowujemy się jako dzieci. Każdy może sobie powiedzieć, że zrobił wszystko co mógł. I wielu tak mi mówiło. Ale praktycznie zawsze za tymi słowami kryła się inna prawda – “Zrobiłem wszystko co było dla mnie komfortowe”. Zazwyczaj to bardzo niewiele oraz –

nic, co komfortowe nie da Ci innych rezultatów, niż dotychczas.

Wliczając wyzdrowienie z uzależnienia.

Co ciekawe, jeden z najnowszych klientów napisał mi (uwaga! przekleństwa!):

Przeczytałem tego maila z raportem do modułu 2 jeszcze raz i ilośc złości, wkurwu i poczucia , że “to ja mam rację” przeraża mnie. Złoszczę się na Ciebie, że muszę robić WOP. Niesamowite.

Dlaczego się złości? Bo gniewem ukrywa strach. Strach przed czym? Przed wstydem, poczuciem winy, przed popełnieniem błędów, przed emocjami, przed działaniem, przed radością, etc. Czyli gniewem ukrywa to wszystko z czym nie chce się zmierzyć. A że WoP jest skonstruowany tak, że to wszystko ujawnia, wyciąga (a moje pytania i komentarze to jeszcze potęgują), no to reakcje są różne. Rzadko jest to radość i wdzięczność. ;) Zresztą sam mówi, że się “przeraził”. Nie przeraził się, tylko banie się to kolejna strategia unikania tego, czego nie chcemy. Z różnych powodów.

Bardzo istotne jest to, że dostrzegł absurd, że złości się na mnie, że “musi” robić WoP. Przecież wcale nie musi. To co mówi naprawdę to “muszę zmierzyć się z tym, z czym nie chcę”.

W innej wiadomości napisał też (uwaga! przekleństwa!):

Strasznie się wkurwiałem pisząc ten raport – pytania z dupy, czego on chce ode mnie, skąd mam to kurwa wiedzieć itp. itd…. Mam teraz ciężki okres i moim problemem głównym na ten moment są obezwładniające mnie emocje, a nie jakieś zasrane porno i program do robienia (tak sobie cały czas myślę).

Mamy tu kolejny przykład jak wygodne jest hipnotyzowanie się bezustannym mentalnym bełkotem. Widzimy, że wystarczy uznać, że myśli stanowią rzeczywistość i tyle. Nagle zapomniał w ogóle co sami pisał, np. (uwaga! przekleństwa!):

Wczoraj czytając moduł 2 zdałem sobie sprawę, że ja tak naprawdę nie chcę porzucać swojego starego życia.
gdyby nie to, już dawno bym miał cudowne życie…. :)
Przecież sobie radzę jakoś w życiu, to tylko kwestia wypadku, chorób, chujowej pracy , pojebanej matki itp.. itd… gdyby nie to, już dawno bym miał cudowne życie…. :)   Takie to myśli krążą w mojej głowie, ale TAK , ja mam problem , ucieczka w porno wpłynęła na wiele aspektów mojego życia.

Widać jak łatwo jest robić się w jajo. Najpierw odrobina uczciwości i widzimy fakty. A gdy pojawi się dyskomfort, mówimy sobie coś zupełnie innego. I tak właśnie uzależniony nigdy nie dociera do żadnego nowego miejsca w życiu. Bo wycofuje się, zawraca, gdy pojawi się to, czego nie chce. Co sam osądził jako złe. Ale nie tylko. Również osoba uzależniona opiera się odwadze, śmiałości, spokojowi, radości, etc. Naturalnie odpowiedzialność zwalana jest na coś/kogoś w świecie. Tutaj na mnie i pytania z Raportów. Widzimy też jak postrzega emocje – uważa, że go obezwładniają. Ale to on obezwładnia emocje – tak się im opiera, tak z nimi walczy, że blokuje ich energię w sobie uniemożliwiając jej wyczerpanie. Do tego się “przeraża”, denerwuje, frustruje, czyli sam sobie ich dokłada.

I pomimo, że sam się ich trzyma, używa ich jako wymówki. Nawet pornografię, którą niszczył sobie zdrowie i życie, nagle uznał, że nie jest problemem… Choć kilka maili wcześniej napisał wprost, że wie, że ucieczka w porno wpłynęła kolosalnie na jego życie. Z mojej perspektywy dużo lepszym jest, że denerwuje się ale mówi jak jest. Byłoby dużo gorzej, gdyby tylko przeciągał raporty, nic nie mówił, ukrywał to i jeszcze wypierał gniew. Bo np. tłumaczył sobie, że jest miły i gniew jest zły czy grzeszny.

Podsumowując ten punkt – jeśli nie wiesz co robisz, jak należy to zrobić i nie będziesz tego uczciwe wykonywać, to tego nie osiągniesz. Ludzie potrafią stać przed szafą pół godziny i zastanawiać się co na siebie włożyć. Dlaczego? Bo nie mają co? Zazwyczaj mają dużo ubrań. Problemem jest opieranie się podjęciu decyzji, bo się wstydzimy lub boimy się popełnić błąd. Lub zwyczajnie opieramy się działaniu.

Nawet mycie się wlicza się w ten punkt. Aby pozostać czystym/czystą (cel), potrzebna jest dyscyplina, decyzja, działanie. Wymaga to od nas codziennego dbania o higienę – np. codziennego prysznica przed snem. A jeśli trzeba, to należy się umyć częściej. Szczęście, zadowolenie czy spokój to taka sama decyzja jak wzięcie prysznica. Tylko zazwyczaj nie opieramy się myciu, ani nie mamy korzyści z pozostania brudnym. A jeśli np. opieramy się, bo boimy się rachunku za wodę, to w pewnych okolicznościach i tak odpuścimy lęk, bo większe znaczenie nadamy byciu czystym na spotkaniu ze znajomymi, choć dopóki do niego nie dojdzie możemy się nie myć nawet kilka dni. Innymi słowy – bez podjęcia decyzji nic się nie wydarzy.

6. Sukces jako rozgłos, medialny powab, status celebryty.

Nie ma w tym oczywiście nic złego. Ale musimy mieć na uwadze, że tzw. glamour – blask, splendor, czar – takie nadmuchanie np. statusu, to coś, do czego możemy się niezwykle mocno przywiązać. Ma to swoją osobną energię, której ludzie łakną i którą się oczarowują.

A co mówiła pokora? Poddawać to wszystko co pochodzi z nas. Czyli właśnie m.in. ten czar, ten glamour – te energie. Nie projektujemy ich na świat. Dzięki temu unikniemy wycyckania nas przez innych.

Na tym bazuje każda reklama dowolnego produktu. Na nadaniu mu tej energii splendoru. Np. “ten mikser uczyni cię szczęśliwą w kuchni!”

Czy znana marka gwarantuje lepszą jakość produktu? Oczywiście nie. Buty Nike za 500 zł wcale nie muszą być lepsze od butów za 100 zł nieznanej firmy. “Lepsza jakość” to może być wyłącznie racjonalizacja dla oczarowania glamourem znanej marki.

Już wiemy z dróg do szczęścia, żeby wszelkie łaknienia od razu poddawać Bogu, bo stanowią niezaspokajalne poczucie braku. Które oczywiście prowadzi do frustracji, zmagania i wielu innych problemów osobistych, socjalnych, zdrowotnych. W przypadku marki, która nie gwarantuje dobrej jakości produktu, może prowadzić do zwykłego wykorzystania i naiwności, gdy wydajemy na buty 400 zł więcej, niż moglibyśmy. To że nas na takie buty stać nie przekreśla faktu, że zwyczajnie daliśmy się wykiwać. Nie lepiej byłoby te 400 zł wydać np. na cele charytatywne?

Bez tej energii glamouru wszystko jest tym, czym jest. Nie jest ani złe, ani dobre. Można to doceniać, wspaniale się z tym bawić, radośnie korzystać. A można gromadzić z nieprzemijalnym wrażeniem, że aby poczuć się XYZ (szczęśliwym/szczęśliwą, spokojnym/spokojną, atrakcyjnym/atrakcyjną, etc.) musimy zdobyć coś jeszcze. I oczywiście jakaś reklama nam w końcu “podpowie” co to jest.

Odnośnie sławy – inni ludzie o Tobie wiedzą i o Tobie mówią. To może być zarówno przyjemne, nawet pomocne. A może być też niezwykle uciążliwe. Może nawet wpłynąć na relację z bliskimi osobami.

Dr Hawkins zauważył, co potwierdziło niezależnie wielu innych ludzi sukcesu, że osiągnąć sukces jest relatywnie łatwo. Prawdziwy test przychodzi po sukcesie – by go przetrwać. Nie upaść, nie zachłysnąć się, nie zacząć zaniedbywać, nie odpuścić, etc.

Jeśli jesteś uzależniony/a, to być może wielokrotnie odpuszczałeś/aś pracę nad sobą, gdy kilka dni czułeś/aś się lepiej. Zgadza się?

A wiemy, że wielu celebrytów np. popełniło samobójstwo, popadło w problemy narkotykowe, alkoholowe i masę innych. Na co ludzie wymyślili sobie durność nad durności – “władza/sukces/pieniądze korumpują”. Otóż nie. Właśnie niewiele ludzi rozumie, że ulega się tej energii splendoru – tego nadmuchania np. sławy i przywiązania. A że glamour to osobna energia, no to należy popracować nad własną projekcją, uwalnianiem przywiązania i oczarowaniem.

Lekiem na to są cnoty – np. pokora i poddanie.

Inny przykład tego, że o sukces łatwo, “gorzej” z tym, co dalej – związek. Poznajecie się. 2-3 randki i już może być związek. Jeśli ktoś marzył o związku to naprawdę nie jest to żaden problem. Natomiast pamiętaj, że związek to coś, co tworzone jest i utrzymywane cały czas z takimi jakościami jakie do niego dodajecie. To nie kwiatek doniczkowy, który wystarczy podlać raz na kilka dni, postawić go w słońcu i wystarczy.

Jeżeli samemu związkowi nadałeś/aś jakieś wielkie znaczenie i będziesz to przeżywać ale żyć nierozsądnie, nieodpowiednio do celów tej drugiej osoby, to relacja wcale nie będzie ani kwitła, ani nie będzie satysfakcjonująca.

Innymi słowy – stworzenie związku to najmniejsze wyzwanie. Bo to tylko decyzja dwójki ludzi względem siebie. A to czy będzie trwał i się pogłębiał lub degradował zależy od każdej decyzji podejmowanej każdego dnia. Jeśli wizerunek jakiejś osoby rozdmuchaliśmy i uważamy, że związek z nią będzie najwspanialszą rzeczą pod Słońcem, to tak naprawdę zachwycamy się własnym oczarowaniem. Aby ta ekscytacja trwała, musimy utrzymywać iluzję. Wszystko co ta osoba zrobi, co nie wpisuje się w wyidealizowany wizerunek, będzie przez nas odbierane jako osobisty atak, jako zawiedzenie nas. Będziemy grać ofiarę, grać cierpiętnika, manipulować poczuciem winy, żalem, strachem i gniewem. I czy w ogóle jesteśmy wtedy z tą osobą czy raczej z naszym jej wyobrażeniem?

Zamiast oczarowania, ekscytacji, etc. zalecam pokorę, docenianie, wdzięczność, cieszenie się szczęściem bliskiej osoby (bez poświęcania się). Oraz otwartą, szczerą, zdrową komunikację.

Pokora generalnie jest uniwersalnym lekarstwem na wiele bolączek. Szczególnie związanych z glamourem.

Możesz doceniać firmę, której produktów używasz ale nie oznacza to, że są jedyni na świecie. Okazjonalny wadliwy sprzęt możesz zwrócić bez manipulowania wymyśloną wartością tej firmy. Żyj trzeźwo. Patrz na fakty.

W przypadku statusu celebryty – masa ludzi marzy o tym. Ale dlaczego? Cóż wspaniałego miałoby to przynieść? O sławie i wyjątkowości wizerunku marzą ludzie, którzy siebie postrzegają negatywnie. Bez akceptacji, bez szacunku. Ludzie, którzy sobie ujmują. Dlatego tak łatwo dają się oczarować energią glamouru. Dochodzi do absurdów, że ludzie za moment sławy są w stanie nawet wyrządzić krzywdę sobie i innym albo zrobić coś biegunowo odległego od rozsądku – np. wybiec nago na stadiom podczas meczu transmitowanego na żywo.

Więc to, co łatwo można pomylić z sukcesem, wcale nim nie jest, bo nie jest wykalibrowane nawet na poziom integralności.

Niejeden raz mówiłem, że bazowanie swoich percepcji na uczuciach i fantazjach jest kolosalnym błędem. Bo programowanie, projekcje odbywają się cały czas. To się dzieje samo. Nie można tego zatrzymać, ani kontrolować. Ktoś powie przy Tobie zdanie i Twój umysł zapamięta to na wieki i użyje kiedy będzie to pasowało do Twojej intencji i poziomu świadomości odnośnie jakiejś sytuacji. A Twoja intencja prowadzi do doświadczeń zgodnych z nią. W ten sposób mylimy rzeczywistość z własnymi dążeniami i konsekwencjami własnych wyborów, których nawet nie jesteśmy świadomi.

Nie da się zatrzymać odczuwania, ani doświadczania. M.in. z tego powodu uciekanie i wytłumianie uczuć jest krytycznym i niebezpiecznym błędem. Jeśli opieramy się temu co czujemy i doświadczamy, będziemy cierpieć. Odczarowanie z zaczarowania – np. rozczarowanie jakąś osobą, bo w rzeczywistości jest inna, niż sądziliśmy, także prowadzi do cierpienia. Emocjonowanie się w każdej formie od ekscytacji po narzekanie, gniewanie i pożądanie również. To czemu się opieramy trwa i rośnie. Rosnąć będzie także ból, a to, co nas rzekomo boli, nie minie.

Dodatkowo – myślenie odzwierciedla stan emocjonalny, poziom świadomości oraz intencję. Jeśli uciekasz od jakichś uczuć, to automatycznie będziesz je projektować na świat, a więc widzieć coraz więcej percepcji zbudowanych o te uczucia. To jakby nosić przyciemniane okulary i twierdzić, że świat jest ciemnym miejscem. A potem przychodzi noc, a my uznajemy, że mamy rację.

Każde pragnienie wynika z poczucia braku. Jeśli jesteś głodny, to zupełnie inna sytuacja, niż wiara w jakiś brak. Zjeść możesz, gdy już nie masz siły, a możesz jeść rozsądnie. Możesz jeść ze strachu przed śmiercią lub ciesząc się wspaniałymi posiłkami z zachowaniem rozsądku.

Jeżeli więc pragniesz sławy – po co Ci ona? Sława może być pomocna w przypadku prowadzenia biznesu – wtedy więcej ludzi o Tobie wie, co w konsekwencji zwiększy ilość sprzedaży. Sława ma więc wymiar praktyczny. Wtedy traktujemy ją z pokorą i wdzięcznością. Szczególnie jeśli nasz produkt czy usługa są wysokiej jakości i polepszają życie.

Jeżeli jesteś sławną osobą – tancerzem/tancerką, piosenkarzem/piosenkarką, etc., to równie dobrze możesz się zmagać, bać występów, od których uzależniłeś/aś swoje poczucie własnej wartości. A możesz ciężko pracować i dzielić się owocami swojej pracy z ludźmi. Ludzie nie przychodzą zobaczyć napuszonego grajka, tylko człowieka oddającego się muzyce. Pokora podpowiada nam też, że nie my stworzyliśmy wibracje, dźwięki, uszy, ani nie jesteśmy autorem swojego ciała, które wykonuje ruchy nazywane tańcem. Człowiek, który wspaniale tańczy i jest pokorny, rozumie i dostrzega, że ciało jest tańczone. Taniec odbywa się samoistnie.

Kucharz może przygotować wspaniały posiłek ale przecież nie jest autorem składników. Mięso ma od zwierzęcia, owoce i warzywa urosły dzięki własnej naturze. Nasza praca to tylko wycinek sukcesu. Niezbędny, ważny. Ale na pewno nie jest to jedyne, co przyczyniło się do odniesienia sukcesu.

Jeżeli jako strażak uratowałeś komuś życie, to pamiętaj, że niebezpośrednio brała w tym udział masa innych ludzi – ci, którzy zbudowali sprzęt, wliczając samochody, którzy przemyśleli i wybudowali budynek z uwzględnieniem zagrożenia pożarowego, ci, którzy Cię wyszkolili, ci, którzy zbudowali drogi, dzięki którym w ogóle zdążyłeś dojechać i więcej. Tak, Ty wyniosłeś tę osobę na swoich rękach. Ty wybrałeś odwagę i wszedłeś do płonącego budynku. Ale to umożliwiło wielu ludzi.

Podsumowując pierwszy artykuł o osiąganiu sukcesów – dwie sprawy. Po pierwsze przemyśl czym dla Ciebie do tej pory był sukces? Bo jeśli było to “odstresowanie się” po ciężkim tygodniu piciem wódki czy oglądaniem porno, przy czym “ciężkość” tygodnia wynikała z opierania się, grania ofiary, biadolenia, no to starasz się osiągnąć to, co nie sprzyja Twojemu życiu i pogłębi w nim problemy.

Po drugie – radykalnie uczciwie patrz na to, co realnie robisz. Bo jeśli chcesz jednego, a nie robisz tego, co konieczne, by to osiągnąć, no to niczym dziwnym jest, że będą trudności, by to osiągnąć. Większość ludzi robi “wszystko” ale ukrywają, że to “wszystko” to tak naprawdę “wszystko to, z czym czują się komfortowo”. Ale gdyby to, czego chcesz dało się osiągnąć w sposób komfortowy, to już byś to osiągnął/osiągnęła. Trzeba więc zmierzyć się z dyskomfortem i zarówno przestać się opierać nowościom jak i puścić przywiązania do tego “komfortu”, czymkolwiek jest.

Przykładowo – jeśli chcesz więcej zarabiać, to jest sporo możliwości. Jednak każda wiąże się z wartością jaką dajesz rynkowi. Możesz albo tę wartość zwiększyć, albo zapewnić ją większej ilości odbiorców. Zwiększenie wartości bierze się albo z podrasowaniem produktu jaki sprzedajesz czy wzięciem większego zakresu odpowiedzialności i obowiązków. To może wymagać podjęcia się egzaminów, czyli też przygotowania do nich lub jakiejś innej formy uprawnień. Albo najprostsza rzecz – kontaktu z większą ilością klientów, czyli wykonaniem większej ilości telefonów, napisania większej ilości maili, etc. Dlaczego więc już tego nie robisz? Co stoi na przeszkodzie? Może sama niechęć do pracy? Jakaś uraza, np. nie chcesz pomagać obcemu człowiekowi – swojemu szefowi – zarabiać więcej? A może się boisz? Może się karzesz za jakiś zły uczynek gorszymi zarobkami, niż mógłbyś/mogłabyś mieć?

No ale jeśli mówisz sobie coś w stylu “trudno jest godziwie zarabiać” lub “zarabiam mało, bo inni zarabiają więcej i to przez nich” lub “mam zdziercę za szefa”, no to oddajesz odpowiedzialność, grasz ofiarę i wybierasz świadomość ubóstwa. W takiej sytuacji pozostaniesz z tym, co masz.

Uzależnieni mają o tyle wspaniałą sytuację, że muszą wziąć pełną odpowiedzialność za swoje życie. Inaczej nie wyzdrowieją. Ci, którzy wolą dalej trzymać się swojej racji, nic na lepsze nie zmienią. Bo gdyby chcieli, już by to zrobili lub robili.

Zobacz co wczoraj napisał do mnie Klient, który WoP zaczął ponad rok temu i zaprzestał pracy już na pierwszym Module:

Przechodząc pierwszy Moduł 1, który mniej więcej pamiętam wystraszyłem się tego, że na wszystko co myślałem i Tobie napisałem miałeś odmienne zdanie. Byłem na Ciebie wściekły, bo myślałem że nie liczyłeś się z tym że było mi źle, ale tak naprawdę byłem wściekły bo zaburzyłeś mój schemat myślenia.

Wnioski, do których doszedł sam są niezwykle ważne. Jednak potrzebował do tego roku. Czy to długo? Uważam, że tak i nie. Tak, bo w każdej chwili mógł odpuścić dumę i opór. Nie, bo są ludzie, którzy nigdy do nich nie dojdą. Niemniej wspaniale zakańcza to ten artykuł.

Pokazuje, że ludzie nawet są gotowi denerwować się na innych, bo pokazują im inną, lepszą drogę. Nie są wdzięczni, nie są nawet chętni, by dostrzec i zrozumieć, że MOGĄ żyć lepiej. Tylko nie chcą. Każdy ma swoje powody i każdy ma własne korzyści z utrzymywania dotychczasowej jakości swojego życia.

Napisałem on również:

Ja chcę przejść cały program, bo uważam że jest cenny i wiem że nie mam innego wyboru jeżeli chcę “wrócić” do normalności, której nigdy nie miałem.
Uciekałem, bo czułem że WOP mi pomaga i jest mi lepiej, a ja to odebrałem jako anomalię i coś co mi się nie należy. Takie błędne myślenie mi towarzyszyło przez ostatni rok.

Ja naprawdę sobie tego nie wymyślam.

Ale jedna uwaga – jeśli “nigdy nie miałeś/aś normalności”, to nie próbuj do niczego wracać. Bo to tak jakbyś próbował(a) wracać do tego, co doprowadziło do obecnej sytuacji (która zakładam, że Cię nie zadowala).

Tylko zacznij się rozwijać.

Normalność to taka jakość życia, której kalibracja jest na poziomie 300. A podkreślałem wiele razy, że 80% ludzkości nie przekroczyło nawet poziomu 200. Więc zapewne nie wiesz jak to wygląda, ani nie spotkałeś/aś nikogo, kto by żył z taką jakością. Ja spotkałem wiele takich osób. I zawsze są to osoby ciepłe, przyjemne, pełne radości i energii, pomocne, troskliwe ale też silne. Takich osób nie pokazuje się w telewizji. Dlaczego? Bo ludzie nie chcą tego. Wolą kogoś nienawidzić, obwiniać, sądzić, że źle się im żyje przez nich. Dlatego media skupiają się np. na ludziach sukcesu, których da się ukazać z takiej strony, że wykorzystują biednych, żerują, nie są uczciwi, itd.

Tym samym nie masz ani konceptu, ani drogi jak dokonać zmian. Jak to napisała ta osoba – “potrzebuję poukładanego programu”. Ale nawet to nie wszystko. Bo to tylko informacje. Zaś Ty jesteś osobą, która z nich skorzysta lub nie.

Możesz WIEDZIEĆ O tym, że nie jesteś autorem myślenia. Ale czy to powstrzyma Cię od hipnotyzowania się nim?

Potrzebujesz uczciwości, rzetelności, dyscypliny, odpuszczania pokus. Potrzebujesz normalności. A ona nie bierze się ze świata. Bo nawet jeśli Twoi rodzice się kłócą każdego dnia, nienawidzą, to możesz względem tego być normalnym/normalną. A ludzie, z którymi rozmawiałem zamiast tego brali to do siebie, obwiniali siebie i jeszcze naśladowali rodziców – sami nienawidzili innych i siebie, obwiniali, denerwowali  się, etc. I to uważali za normalne. A co wiemy z religii? By osądy pozostawić Bogu, bo sami nie jesteśmy do nich zdolni. Tysiąckrotnie lepiej wyjdziesz nie osądzając czegoś jako np. strasznego czy niesprawiedliwego, tylko mówiąc “nie wiem jakie to jest i nie wiem dlaczego to jest”. Masz wtedy potencjał, by współczuć, a nie obwiniać.

Czy normalny jest obwiniać się za błędy, wstydzić się, opierać, nie podejmować kolejnej próby, nie próbować nowych rzeczy, nie wyciągać konstruktywnych wniosków i zamiast tego wmawiać sobie bezsilność? To nie jest normalność. Błędy to takie prezenciki, które sami sobie dajemy. Tylko mało ludzi zagląda do środka. I dziwią się co mają robić z tyloma pudłami. No, pudła się otwiera, bierze to, co w środku i pudło wyrzuca. :) A nie gromadzi w domu, że potem trudno jest się nawet poruszać, ani nie bierze się ich ze sobą gdziekolwiek byśmy nie poszli. Nie bój się zaglądać do środka. A gdy już wyjmiesz z pudła wszystko, możesz je wyrzucić.

Podziel się tym artykułem!

Napisz komentarz!

Zasubskrybuj
Powiadom mnie o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Piotr

cześć Piotrze

ja w ramach sukcesu i rozwiązywania problemów wreszcie znalazłem sobie pracę – zmywak w restauracji.
Jest to praca ciężka ale w środę dobiłem wymiar godzin tak że na rękę dostanę 3000 zł + to co wyrobię w nadchodzącym tygodniu.

poza tym przygotowuję się do pisania książek na Amazona bo znalazłem dwie potencjalnie zyskowne nisze.

Chciałem zauważyć jednak pewną rzecz:

od kiedy poszedłem do pracy to mam dużo silniejsze ciągoty do porno w dni wolne… masakra jakaś. YouTube mnie mało obchodzi, Twitch wogóle mnie nie obchodzi – za to porno – dużo mocniej niż gdy nie pracowałem..

Druga rzecz:

Praca jest wymagająca fizycznie i nie raz byłem apatyczny – pozwalałem sobie to odczuć i mówiłem sobie: “mimo to jednak tu zostanę!” i po jakiś czasie miałem przypływ energii do pracy na kilka godzin..

Pozdrawiam

Piotrek

Podobne Wpisy:
O Emocjach – Wstyd (Część 1)

O Emocjach – Wstyd (Część 1)

Tym artykułem rozpoczynam serię Wpisów dotyczących emocji, ich niezrozumienia, przyczyn występowania, wpływu na człowieka, związanych z nimi negatywności, aspektów pozytywnych oraz w jaki sposób z nimi postępować. Postanowiłem, że na Blogu zajmę się wyjaśnieniem czym jest dana emocja, jej aspektami negatywnymi, zaś Newsletter opisze aspekty pozytywne, a filmy na kanale Youtube wyjaśnią co z daną… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 41
100 Dróg do Pokoju (19-21)

100 Dróg do Pokoju (19-21)

Witam Cię serdecznie i spokojnie! ;) Kontynuujemy pierwszą z trzech serii dotyczących dróg do pokoju, szczęścia i sukcesu! Zajmujemy się pokojem. Link do artykułu wprowadzającego znajdziesz poniżej! ► Seria „100 Dróg” – Wprowadzenie. Części 1-6 znajdziesz klikając na poniższe linki: ► 100 Dróg do Pokoju (1-3) – Przestań próbować zmieniać i kontrolować innych, Przestań chcieć… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 0
Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 2)

Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 2)

Witam Cię serdecznie! Kontynuujemy bardzo istotny temat świadomości, kontekstu i subiektywności. Część 1 znajdziesz klikając na link poniżej: ► Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 1) Świadomość – co to jest? Zacznę, że jest to coś o czym pojęcia nie ma przytłaczająca większość ludzkości i coś kompletnie pomijanego, a nawet wyśmiewanego przez naukę. Nie jest praktycznie… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 78
Choroby charakteru (Część 2)

Choroby charakteru (Część 2)

Witam Cię serdecznie! Kontynuujemy temat chorób charakteru. Część 1 znajdziesz klikając na link poniżej: ► Choroby charakteru (Część 1) Przypomnę szybko w jaki sposób warto patrzeć na chorobę. Choroba – informacja o braku spokoju (czyli rezultat braku spokoju). Mówię więc o takich postawach i jakościach stanu naszej psychiki, które można określić wspólnym mianownikiem – brak… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 24

WOLNOŚĆ OD PORNO