Dni
Godzin
Minut
Sekund

Ilość Wolnych Miejsc:
/

Witam Cię serdecznie!
Dzisiaj rozpocznę temat, który bardzo często pojawia się w pracy z uzależnionymi. Ale nie tylko. Jest to problem powszechny na całym świecie.
Naturalnie wiąże się z nim masa niezrozumienia w temacie emocji, oporu, projekcji oraz samego nazywania czegoś “samotnością”.
Dzisiaj zacznę. Na pewno będzie jeszcze jedna część, a może i więcej. Najpierw kwestie ogólne, a w następnej części bardziej konkretne przypadki.
Przede wszystkim – samotność nie istnieje. Bum!
Nie ma czegoś takiego.
Bo każdy zawsze w sobie jest “samotny”. Więc problem nie jest w tym, że nie ma przy nas drugiej osoby. “Samotność” nie jest problemem zewnętrznym, tylko wewnętrznym. Składa się na niego głównie to jak podchodzimy do sytuacji wewnętrznej oraz zewnętrznej.
Więc sprawą nr 1 jest konceptualizacja samotności.
O tym będziemy rozmawiać na łamach tego artykułu.
Problemem tego, co powszechnie nazywa się “samotnością” są POWODY, przez które nie mamy przy sobie bliskiej osoby lub osób. I to oczarowanie oraz niezrozumienie powoduje, że ludzie sądzą, że jak kogoś poznają i przy sobie zatrzymają, to problem zniknie. W większości przypadków nie znika.
Zewnętrze to zawsze reprezentacja wnętrza. To informacja zwrotna o tym, co jest do korekty W SOBIE.
Każdy przez “samotność” ma na myśli coś innego! Co? Nie wiadomo! Więc dopóki nie staniemy się świadomi, co MY przez to rozumiemy – jaka jest nasza konceptualizacja, jakże możemy liczyć na to, że ktoś/coś nam w tym pomożę?
Problemem w głównej mierze jest niedojrzałość emocjonalna.
Ludzie CAŁY CZAS używają określenie – “czuję się samotny/a”. Ale NIE MA TAKIEGO UCZUCIA!
Powtarzają w kółko RACJONALIZACJĘ tego, co czują nie zdając sobie sprawy z tego, co to jest. Nie potrafią nazwać swoich uczuć, więc używają tego, co się przyjęło. Ale to co się przyjęło nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.
Człowiek coś czuje i nazywa to samotnością. To jakby coś poczuć i nazwać to kanapką z pomidorem.
Ale to, że coś nazwaliśmy nie oznacza, że to tym jest.
Czytam sobie o samotności i od razu ludzie nazywają to, etykietkują, stwarzają różne definicje, nawet typy dla samotności. Tak jakby to był kolor lakieru na karoserii.
Tak jakby to nie zależało od człowieka.
Nawet możemy przeczytać stwierdzenia, że uczucie samotności potrafi dopaść człowieka! Eh… Tak, tak, uczucia dopadają i zaskakują jak zima drogowców co roku. Samotność to nie jamnik myśliwski, a Ty nie jesteś łasicą łowną…
To co czujemy jest zależne w 100% od nas.
Gdziekolwiek nie poszukam informacji jak radzić sobie z samotnością, od razu mamy setki porad ale wszystkie sprowadzają się do jednego – (Z)RÓB coś. NIGDZIE nie znalazłem – zaakceptuj to uczucie, przestań się mu opierać, przestań od niego uciekać, bądź z nim. Praktycznie nigdzie nie ma o BYCIU ze sobą, akceptacji siebie i akceptacji tego co czujemy.
Nigdzie nie znalazłem też rozważań na temat dlaczego doprowadzamy w naszym życiu do sytuacji, którą można nazwać “samotnością”. Jedyne co się pojawiło, to strata partnerki/partnera. Słowem – stawiani jesteśmy w roli ofiary i tyle.
Kiedyś na jednym forum człowiek napisał, że zaczyna robić różne rzeczy i szybko zaczyna się nimi nudzić. Poprosił o pomoc. Napisałem mu co jest na rzeczy – nieuświadomiony opór, że to nie ma nic wspólnego z tym, co robi. Napisałem, by stał się świadomy oporu, odpuścił go także przed radością i zaczął ją dodawać do tego co robi. Mój komentarz nie zyskał nawet jednego “plusika”. Natomiast ludzie masowo zaczęli mu dawać rady co może zrobić, jak inaczej, etc. Te komentarze zyskiwały dziesiątki plusików. Taka jest gotowość ludzi do porzucenia ogólnie przyjętych iluzji i urojeń. Podobnie sprawa miała się w przypadku nofap – tysięcy ludzi daje sobie rady, które nie działają i dopingują się w ich przestrzeganiu…
Także oczywiście cały czas zrzucana jest odpowiedzialność za subiektywne uczucie samotności na warunki zewnętrzne – relacje z innymi lub ich brak, jakość i głębię relacji, coś co się stało (np. wspomniana strata bliskiej osoby).
Ale to tak żenująco ubogie postrzeganie, że nie dziwne, że samotność staje się wręcz pandemiczna.
Ok, tracimy kogoś. I co – tyle? NA ZEWNĄTRZ stało się coś strasznego i to koniec historii? A co z przywiązaniami, oczarowaniami, stanem zaniedbania podświadomości, oczekiwaniami i wiele, wiele więcej?
Co z całym światem WEWNĘTRZNYM – setkami czynników?
Ot tak można je porzucić? Tak łatwo od razu postawić się w roli ofiary i zacząć się użalać?
Sądzimy, że strata osoby jest jakaś? Nie! To jaka jest i jakie będą jej następstwa to w 100% konsekwencja tego, jaki ten związek stworzyliśmy dla siebie. Przywiązanie prowadzi do bólu i cierpienia po stracie. Do bólu i cierpienia po stracie też można się przywiązać i cierpieć latami!
A jednak niemal wszyscy się tak chętnie przywiązują! Oczarowania prowadzą do rozczarowań i cierpienia. A jednak wszyscy chętnie się oczarowują! Sentymentalność jest stanem chorobowym, a jednak ludzie tak chętnie rozpamiętywują przeszłość…
Jeśli więc robimy coś niezdrowego, dlaczego dziwi nas, że w naszym wnętrzu, a także życiu jest coś nie tak?
Widać też od razu jak cały czas programowani jesteśmy tym, że nasze samopoczucie zależy od świata zewnętrznego i innych ludzi, a kompletnie nie od nas. I aby je poprawić, można tylko coś robić, za czymś/kimś gonić, starać się coś osiągnąć… A to ślepy zaułek.
Od dziecka słyszymy – “Słuchaj się mamusi, bo mamusia będzie się martwić” albo “Bądź grzeczny, bo tatuś się pogniewa”! Stawiani jesteśmy w roli ofiary i kata jednocześnie – przez nasze działania nasi rodzice cierpią. To sadystyczna kontrola, a jednak społecznie uznana za mądre wychowanie…
Dlatego też w kolejnym artykule dotyczącym roli uzależnień w życiu człowieka, będę pisał o konieczności dojrzenia w wielu aspektach – w tym na gruncie emocjonalnym oraz psychicznym, mentalnym i świadomościowym.
Przeczytałem kilka artykułów na pierwszej stronie Google na temat samotności. Odniosę się do fragmentów.
W tym artykule mamy ciekawe informacje:
https://michalpasterski.pl/2018/03/samotnosc-jest-nauczycielem/
Jesteśmy stworzeniami stadnymi” – to (nie)oczywista bzdura. Nie jesteśmy. Tzw. “stado”, do którego się przyrównuje ludzką naturę to nic innego, niż sposób na dojrzewanie świadomości – budowę działającego i opartego o współpracę z innymi społeczeństwa. Jako, że raczej nie dasz sobie rady z zadbaniem o każdą swoją potrzebę, są ludzie, którzy się tym zajęli – piekarze, rolnicy, budowlańcy i tysiące innych. Stwórz z nimi odpowiednią relację, a będzie Ci lepiej w życiu. Np. zapłać im za ich produkt czy usługę i mądrze z tego skorzystaj.
Więc to “stado” jest to “troszkę” bardziej skomplikowany i głęboki “system”, niż w przypadku zwierząt. Warto więc wziąć odpowiedzialność za to co uważamy na temat ludzkiej natury. Nie wszystko jest oczywiste.
Ludzie mają problem z odnalezieniem się w związku dwójki osób i takie życie, by związek ten działał i był zdrowy. A co dopiero z 6 miliardami ludzi. Dlatego nieraz mówiłem, że ta planeta to szkoła.
“Stadność” nawet w kontekście relacji nie jest odpowiednia. To zbyt poważne uproszczenie i spłycenie.
Jakoś największe sukcesy osiągają na tej planecie ludzie, którzy opuścili “stado” i zajęli się odpowiedzialnym, świadomym, dojrzałym życiem. Każdy człowiek sukcesu mówi, że na “szczycie” jest pusto. Więc “stado” to jedynie racjonalizacja dla strachu, oporu i braku odpowiedzialności za swoje wybory. “Stadna” jest więc nieświadomość, a nie ludzie w swojej naturze.
Bo umysł szuka na zewnątrz potwierdzenia tego, w co uwierzył.
Znajdzie więc szybciutko inne pełne strachu i oporu osoby – ich jest większość na świecie. I one będą trzymać się razem. Powstały i tego racjonalizacje – że trzeba krakać jak inne wrony, etc.
Ale jako, że społecznie rozumiana samotność jest rezultatem zaniedbań na przynajmniej kilku poziomach, nie oczekujmy, że w społeczeństwie i proponowanych rozwiązaniach znajdziemy solucję.
Ludzie dzwonią do znajomych i narzekają, użalają się. Nazywają to, że “muszą się wygadać”. Czyli wywalają swój syf na innych zamiast wziąć za niego odpowiedzialność i przepracować w sobie gniew, frustrację, stres, itd. Ale wolą dać to swoim najbliższym… A bliscy zamiast kopnąć w zadek taką osobę, by dojrzała chętnie słuchają i nazywają to troską… nawet miłością. Nazywają to brakiem samotności – bo z kimś rozmawiają, z kimś są…
Jest wiele dorosłych osób, które wydzwaniają do rodziców i rozmawiają codziennie nawet godzinami… Oczywiście mówią, że to dlatego, bo tak kochają rodziców. A wystarczy leciutko nacisnąć taką osobę i już wylewa się gniew, niechęć, duma, opór, żal i co popadnie. I OCZYYYYYYYWIŚCIE dzwonią, bo ich tak kochają… wcale nie ma to nic wspólnego z uciekaniem od swoich uczuć… wcale nie uciekają od “uczucia samotności”… I sądzą, że jak nazwą to miłością do rodziców, to jest to miłość… ale tak nie jest.
Mówię o tym, by pokazać tylko kilka społecznie uznawanych za normę działań, które wynikają z nieświadomości i niedojrzałości i ją pogłębiają. Jeśli będziemy “krakać” jak inni, to nie liczmy, że sobie wykrakamy coś lepszego.
To że ludzie mają setki znajomych i wrzucają co weekend dziesiątki zdjęć z jakichś imprez, na których szczerzą zęby nie oznacza, że są TAK szczęśliwi… jakoś nie spotkałem jeszcze szczęśliwej osoby, która chwali się wszystkim co robi innym ludziom…
Od tysięcy lat Awatarowie nauczyali nas, by pamiętać, że znajdziemy to, czego szukamy.
Jeśli szukasz potwierdzenia, że z Tobą jest coś nie tak – znajdziesz je. Jeśli szukasz potwierdzenia, że wywalanie swojego syfu na bliskich jest oznaką “miłości”, też to znajdziesz. Ludzie by uciec od uczucia pustki wezmą śmiercionośne narkotyki, a nawet je przedawkują. Tym chętniej przyjmą syf i trucizny swoich bliskich. Tylko że to nie miłość, a głupota.
Ok, wracamy do artykułu.
Jedno z badań przeprowadzonych na Ohio State University wskazuje, że samotność działa na nasze ciało jak stres. Osłabia system immunologiczny, zwiększa wrażliwość na ból i powoduje stany depresyjne. Może również wywoływać stany zapalne, które mogą być źródłem najróżniejszych chorób.” – O, mamy perełkę… wow. 3 zdania, a takie pomieszanie z poplątaniem, że łatwiej będzie to ciachnąć nożyczkami, niż starać się rozwiązać.
Przede wszystkim – “badania uniwersytetu Ohio”… i co? Ma mnie to wprowadzić w podziw? Sorry ale nie. Jak czytam, że rzekome badanie doprowadziło do wniosku, że samotność działa na ciało i psychikę, to powiedzcie mi kto to przeprowadzał? Pijani gimnazjaliści?
O tych trzech zdaniach i poziomie ich absurdu można napisać kilka obszernych artykułów.
Autor pewnie mówił o tym:
https://news.osu.edu/loneliness-like-chronic-stress-taxes-the-immune-system/
Odniosę się tylko do tych 3 akapitów, bo to wystarczy:
“It is clear from previous research that poor-quality relationships are linked to a number of health problems, including premature mortality and all sorts of other very serious health conditions. And people who are lonely clearly feel like they are in poor-quality relationships,”
“One reason this type of research is important is to understand how loneliness and relationships broadly affect health. The more we understand about the process, the more potential there is to counter those negative effects – to perhaps intervene. If we don’t know the physiological processes, what are we going to do to change them?”
“The results are based on a series of studies conducted with two populations: a healthy group of overweight middle-aged adults and a group of breast cancer survivors. The researchers measured loneliness in all studies using the UCLA Loneliness Scale, a questionnaire that assesses perceptions of social isolation and loneliness.”
Tłumaczenie (by me):
“Jest oczywistym z poprzedniego badania, że relacje niskich jakości są połączone z wieloma problemami zdrowotnymi, wliczając przedwczesną śmierć oraz mnóstwo innych, bardzo poważnych schorzeń. I ludzie którzy są samotni jasno odczuwają, że są w relacjach niskiej jakości.” – No to spoko ale nie róbmy z tych ludzi ofiar! To w jakich są relacjach to ich wybór. Sami wybrali z kim stworzą związek i ten związek tworzą każdej sekundy. Warto zrozumieć, że niska jakość związku oraz problemy zdrowotne mają to samo źródło. Jedno NIE wynika z drugiego. Więc te badania były przeprowadzone z kompletnie niewłaściwej strony.
Ale kto by się tym przejmował… Jest badanie? Jest. Na sławnym uniwersytecie? Na sławnym uniwersytecie. No, to wystarczy!
“Jednym z powodów, dla którego ten typ badań jest ważny jest zrozumienie jak samotność i związki szeroko wpływają na zdrowie. Im więcej rozumiemy na temat tego procesu, zwiększa się potencjał przeciwdziała negatywnym efektom – i być może interwencji. Jeśli nie znamy psychologicznych procesów, co zrobimy, by je zmienić?” – A tu widzimy, że mylone są skutki z przyczynami. To, co czujemy ma tą samą przyczynę co tzw. samotność. To jakby sądzić, że człowiek apatyczny, który się nie ogolił jest apatyczny, BO widzi swoją nieogoloną twarz lustrze. A uczucie apatii i brak zadbania o twarz mają to samo źródło.
“Rezultaty bazują na serii badać przeprowadzonych na dwóch populacjach: zdrowej grupie dorosłych w średnim wieku z nadwagą oraz grupą ludzi, którzy przeżyli raka piersi. Badania zmierzyły samotność we wszystkich badaniach z użyciem skali samotności UCLA – kwestionariusza, który ocenia percepcję socjalnej izolacji i samotności”.
Oto link do tego kwestionariusza:
https://fetzer.org/sites/default/files/images/stories/pdf/selfmeasures/Self_Measures_for_Loneliness_and_Interpersonal_Problems_UCLA_LONELINESS.pdf
Przyjrzyjmy się tym pytaniom:
1. I am unhappy doing so many things alone – Jestem nieszczęśliwy/a robiąc tak wiele samemu.
2. I have nobody to talk to – Nie mam nikogo do rozmowy.
3. I cannot tolerate being so alone – Nie mogę tolerować bycia samemu/samą.
4. I lack companionship – Brakuje mi koleżeństwa/towarzystwa.
5. I feel as if nobody really understands me – Czuję, że nikt mnie nie rozumie.
6. I find myself waiting for people to call or write – Dostrzegłem/am, że oczekuję, by ktoś do mnie zadzwonił lub napisał.
7. There is no one I can turn to – Nie mam nikogo, do kogo mógłbym/mogłabym się zwrócić.
8. I am no longer close to anyone – Nie jestem z nikim blisko.
9. My interests and ideas are not shared by those around me – Moje zainteresowania oraz pomysły nie są podzielane przez tych wokół mnie.
10. I feel left out – Czuję się opuszczony/a, pozostawiony/a.
11. I feel completely alone – Czuję się kompletnie sam/a.
12. I am unable to reach out and communicate with those around me – Nie mogę nawiązać relacji i komunikować się z tymi naokoło mnie.
13. My social relationships are superficial – Moje relacje społeczne są powierzchowne.
14. I feel starved for company – Czuję się głodny/a towarzystwa.
15. No one really knows me well – Nikt tak naprawdę mnie nie zna dobrze.
16. I feel isolated from others – Czuję się wyizolowany/a od innych.
17. I am unhappy being so withdrawn – Nie jestem szczęśliwy/a będąc tak wycofanym/ną.
18. It is difficult for me to make friends – Trudno mi tworzyć przyjaźnie.
19. I feel shut out and excluded by others – Czuję się zamknięty/ta i wykluczony/a przez innych.
20. People are around me but not with me – Ludzie są naokoło mnie ale nie ze mną.
Wow. Po prostu wow. Ilość iluzji i urojeń wpisane w te pytania obezwładnia… Mamy tu też zrzucanie odpowiedzialności na innych.
Mamy oczekiwanie od innych, że nas zrozumieją. A czy my się rozumiemy? Czy rozumiemy własną emocjonalność? Oczywiście, że nie! I oczywiście oczekujemy, że inni zrobią to za nas i nas wesprą!
Mamy programowanie się bezsilnością… A gdybyśmy każde “nie mogę” potraktowali jako “nie chcę”?
A co z naukami mającymi kilka tysięcy lat? Kiedy do nas dotrą, że widzimy w oczach innych źdźbło, a belki w swoim nie dostrzegamy? Co z naukami ludzi dojrzałych, że nie możemy z nikim stworzyć głębszej relacji, niż mamy z samymi sobą (na co ogromny wpływ ma obszar emocji)?
Te badania i wyciągane na ich bazie wnioski pokazują w jakiej mentalnej i emocjonalnej piaskownicy siedzimy jako rasa ludzka.
Oczekujemy od siebie dojrzałości ale po prostu nie jesteśmy dojrzali i powinniśmy to zaakceptować. Nie tylko jesteśmy niedojrzali ale też dramatycznie zaniedbani i emocjonalne oczyszczenie powinno stanowić priorytet w powrocie do zdrowia i dojrzewaniu.
No ale jeśli zakładamy, że wszystko ROBIMY dobrze i z nami jest wszystko ok i tylko z emocjami i innymi ludźmi czy “czasami” jest coś nie tak, no to będziemy mieli co robić do końca życia ale nie oczekujmy jakiejkolwiek poprawy.
Nie jest z nami ok i im szybciej przystąpimy do codziennej medytacji, uwalniania stłumionej emocjonalności, tym lepiej dla nas! Ludzi prawdziwie zdrowych jest na tej planecie kilka procent.
Inny artykuł:
Kolejne powtarzane bzdurne programowanie:
Oznaką samotności jest skoncentrowanie się człowieka na wąskim kręgu własnych spraw, poczucie pustki wewnętrznej, która sprawia, że nie nawiązujemy kontaktów z innymi, bo nie mamy wspólnego gruntu, na którym by można stanąć.
Co to znaczy “skoncentrowanie się”? A może konkretniej? Zahipnotyzowanie nieskończonym mentalnym bełkotem będącym rezultatem wewnętrznych zaniedbań, którymi nigdy się nie zajmujemy? Uciekanie od odczuwania w robienie czegoś? Jaka jest intencja tych “własnych spraw”? Dlaczego nie mówimy o tym, co krytycznie ważne?
Dlaczego wciskamy sobie kit, że jakieś uczucie coś sprawia?
Żadne uczucie nic nie sprawia!
To my zostaliśmy zaprogramowani, by na bazie uczuć podejmować jakieś decyzje. Zazwyczaj ich intencją jest ucieczka od tego uczucia, co jest decyzją prowadzącą do chorób, a nie rozwiązań.
Poniżej link do artykułu, w którym pani psycholog zdrowia i wykładowca na Uniwersytecie Stanforda opowiada jak LATAMI podczas swojej klinicznej praktyki nieświadomie robiła pacjentom krzywdę poprzez mówienie im, że emocje są szkodliwe (konkretnie strach). Wreszcie dojrzała i zrozumiała, że
to jak pewną emocję, czyli ENERGIĘ traktujemy, zmienia to KOMPLETNIE “jej wpływ” na ciało i psychikę.
Różnica ta polega na dostaniu zawału lub wiedzeniu wspaniałego, zdrowego, pełnego radości życia. Powiedziała, że w zależności jak potraktujemy tę energię, odczujemy ją jako obciążający stres lub energetyzującą ekscytację!
Oto link do wspomnianego artykułu:
Załamanie Nerwowe.
Ilu psychologów i psychiatrów dojrzało tak jak pani McGonigal? Bardzo niewielu.
No więc – jak my traktujemy rzekome “uczucie/odczuwanie samotności”? Jako coś dobrego czy złego? Jeśli złego, to nie dziwmy się, że jest nam źle!
W poprzednim artykule dodano jeszcze jedną warstwę bzdurności – że samotność powoduje stany depresyjne i działa na ciało jak stres… a co to jest stres? Dlaczego autor artykułu zakłada, że każdy zna poprawną definicję? Bo mało kto zna.
Stres to rezultat opierania się emocjom, szczególnie emocji strachu. Oznacza więc nagromadzenie w podświadomości i psychice dużych ilości emocji i nieprzerwane stawianie im mentalnego oporu. Więc stres to rezultat niedojrzałego podejścia do własnej emocjonalności. Stres nic więc nie powoduje, tylko to jeden z rezultatów niezdrowego, wewnętrznego postępowania.
Tak więc i “uczucie samotności”, ani samotność nic nie powodują, tylko to jak do nich podchodzimy, jak je interpretujemy i co robimy z powstałymi na bazie tych interpretacji emocji.
Czasami się zastanawiam jak ci wszyscy psychiatrzy i psychologowie, doktorzy, doktoranci, badacze żyją. Badają wszystko i wszystkich, tylko nie siebie… A 5 minut wystarczy, by zdać sobie sprawę z tysięcy niezrozumień na temat emocjonalności…
A czy zajmujemy się cały czas innymi i światem zewnętrznym, a nie sobą?
Kolejna perełka… Tym razem artykuł:
https://deon.pl/inteligentne-zycie/psychologia-na-co-dzien/nie-martw-sie-nie-jestes-skazany-na-samotnosc,219870
W ogóle ten artykuł ma ciekawy tytuł – “Nie martw się, nie jesteś skazany na samotność”. A, czyli dochodzi jeszcze martwienie się! Wow!
Jeśli się martwimy samotnością, to polecam najpierw zapoznać się z artykułem:
Jak przestać się martwić.
“Doświadczenie samotności jest szczególnym przeżyciem człowieka. Każdy z nas w jakiś sposób ją przeżywa.”
Znowu mamy jakąś “ją”… A więc KOMPLETNE niezrozumienie tematu odczuwania i emocji.
TO CO CZUJESZ JEST REZULTATEM TWOICH POSTAW.
Więc to co przeżywasz w sobie zależy jak interpretujesz i podchodzisz do swojej sytuacji i tego, czego doświadczasz na zewnątrz.
“Doświadczyć jej może bowiem już dziecko pozostawione samemu sobie, pozbawione dobrych odniesień, pozbawione dobrego myślenia o sobie,”
To ostatnie – “pozbawione dobrego myślenia o sobie”… Hę?
Więc mamy oczarowanie, że mamy wpływ na swoje myśli, że my myślimy i od myśli zależy to jak mamy się traktować i co czujemy? To może jeszcze od myśli zależy czy zawiążemy sobie buty przed wyjściem z domu? A zdrowego rozsądku przypadkiem nie warto “zaprząc” do swojego życia? Wszystko musimy opierać o mentalny bełkot?
Jak nam rodzice i inni ludzie wcisnęli setki bzdur, to znaczy, że jesteśmy na to skazani? Jak wdepniemy w g***, to jesteśmy skazani na smród? Nie. No chyba, że buta nie oczyścimy. A już z tego Bloga wiemy, że myślenie to proces bezosobowy, ciągły i nieskończony, zasilany przez emocje i stanowi wyłącznie ich racjonalizację na bazie tego, co zasłyszeliśmy w swoim życiu.
Mamy w życiu to co wybieramy. Jeśli wybierzemy, by się nie oczyścić i wierzyć mentalnemu bełkotowi, no to liczmy się z konsekwencjami! Bo jesteśmy za to odpowiedzialni.
Jedziemy dalej.
“broniące się przed tym uczuciem zamknięciem wewnętrznym,”
AHA!
Mam Cię! Ty przebrzydłe programowanie!
OBRONA PRZED UCZUCIEM! – Oto główna przyczyna psychicznych nagromadzeń, bólu i cierpienia. Staramy się bronić przed uczuciami. A wiemy jak to wygląda? Stawiamy im opór. Dlatego nie mijają i doświadczanie ich staje się bolesne.
Jedyną “obroną przed” uczuciami jest ich akceptacja. Czyli to czego Jezus i inni starali się nas nauczyć już tysiące lat temu.
Jeśli to zrozumiesz i wprowadzisz do swojego życia, pożegnaj się z cierpieniem już na zawsze!
Może wtedy dotrze do nas znaczenie nauk duchowych mających wspomóc nasz rozwój, zapobiec popełnianiu błędów, właściwego postępowania w przypadku ich popełnienia, etc., a nie prowadzić do kontroli, oczarowań i innych dziecinnych bzdur.
“tworzeniem własnego świata. Jest to często samotność ludzi bezsilnych, bezsilnych wobec otoczenia, które jest nieprzyjazne, zamknięte,”
A tutaj mamy wciskanie ludziom poczucia bezsilności… I jeszcze programowanie, że otoczenie jest nieprzyjazne i zamknięte. No i? A niech sobie będzie! Co ma to wspólnego z Tobą?
Rozejrzyj się troszkę. Ludzie prowadzą wojny przez 97% czasu, 80% ludzkości jest poniżej granicy pozytywności. Ludzie się boją, siedzą wpatrzeni w telefony i książki, uciekają w co popadnie od odczuwania… Czego od nich oczekujesz? Że akurat względem Ciebie i dla Ciebie znajdą w sobie radość istnienia, miłość, docenią Cię, obsypią wszystkim co pozytywne? Jaaaaasne.
Jeśli więc masz niedojrzałe oczekiwania względem ludzi, no to będziesz się rozczarowywać i w efekcie cierpieć. Aż nie przestaniesz się oczarowywać.
Tak, Ty tworzysz SWÓJ świat. Sam(a) możesz w tym momencie wybrać czy to co powiedziałem to coś negatywnego lub pozytywnego… a może kompletnie neutralnego? Ty w tym momencie decydujesz jak się poczujesz z tymi informacjami. Ja tam się cieszę!
Warto więc zrobić listę swoich oczekiwań, wymagań i oczarowań. Jak staną się świadome, no to i ból będzie mniejszy w przypadku roz(od)czarowania.
“albo wobec przyszłości, która jest niepewna i dlatego wzbudza lęk.”
Ach! Przyszłość jest niepewna! Przyszłość wzbudza lęk! Wow! A to paskudna przyszłość! A kysz! Paszła!
Przede wszystkim – przyszłość nie jest żadna. Wiesz dlaczego? Bo jej nie ma. Przyszłość nie istnieje. I nie da się jej przewidzieć. Można mówić co najwyżej o prawdopodobieństwie, na które mamy realny wpływ.
Zaś to jak podchodzisz do przyszłości powoduje co poczujesz TERAZ i gdy dojdzie do tego. Jak mówiłem w artykule o martwieniu się – martwienie się to samospełniająca się przepowiednia.
Przyszłość niczego nie wzbudza. Tylko Twoje nastawienie wobec niej staje się przyczyną zmiany Twojego stanu emocjonalnego. Jeśli więc nie ocenisz przyszłości negatywnie, zachowasz spokój. A w stanie spokoju najlepiej i najłatwiej podjąć takie działania, by tzw. “przyszłość” była dla nas jak najlepsza.
“Lęk jest naturalną reakcją, która pojawia się w sytuacjach wielkich zmian czy przeczucia ich.”
O żesz…
Naprawdę??? Orly?
Co to za bzdura? Dlaczego tak trudno jest ludziom dojrzeć, że nasza reakcja zależy od nas? Jak jest nieświadoma, to nasza odpowiedzialność, byśmy reagowali świadomie. Lęk pojawi się TYLKO, gdy np. tu wspomniane “wielkie zmiany” postrzeżemy jako coś złego!
Ale wystarczy, że nasze nastawienie/przeczucie  wobec nich będzie pozytywne, to zamiast lęku pojawi się ekscytacja!
Dlaczego Z GÓRY ZAKŁADAMY, że zmiany będą na gorsze??? A poza tym co zrobimy zależy od nas. Więc jeśli nastawimy się na coś gorszego, czyli sami to wybierzemy, no to tak będzie.
I co wtedy robi umysł osoby nieświadomej? Używa tego jako argumentu do dalszego trzymania się negatywności i dokonywania na ich podstawie decyzji…
A poza tym już wiemy, że pani McGonigal udowodniła, że strach nie jest naturalną reakcją na zmiany. Strach to reakcja na postrzeganie niebezpieczeństwa/zagrożenia w np. rozważanych zmianach. A równie dobrze możemy odczuwać ekscytację, bo ZALEŻY TO OD NASZEGO PODEJŚCIA. Jak jest głupie, no to będzie nam trudno.
Negatywne nastawienie nie chroni przed rozczarowaniem. Przed rozczarowaniem chroni brak oczarowania. Zdrowy rozsądek, to nie sceptycyzm, ani żadna inna negatywność.
“Dotyczy to szczególnie okresów przełomu – przejście z przedszkola do szkoły, do szkoły średniej, przejście na studia, małżeństwo.”
No to same straszne rzeczy! Szczególnie małżeństwo! ;)
Ale jakoś znałem pełno dzieciaków, które nie odczuwały stresu, tylko radość i wspomnianą ekscytację na zmianę szkoły, pójście na studia… dla wielu dzieciaków studia to nareszcie wolność od rodziców! Swoboda! Ale równie dobrze mogły to postrzegać jako coś złego… to osobisty wybór każdego człowieka.
Czyli autor artykułu kompletnie zaniedbuje sprawę krytyczną – odpowiedzialność człowieka.
No bo kiedy zrozumiemy, że jeśli całe życie zaniedbywaliśmy się emocjonalnie, to wszystko co naturalne, zdrowe, korzystne, pozytywne zacznie z nas to wszystko wyciągać! Więc to nie stres, bo bierzemy ślub, tylko to detoks z emocjonalności i oporu, by nasze małżeństwo było ich pozbawione! No ale jeśli wolimy wierzyć, że stresujemy się lub martwimy CZYMŚ… szczególnie czymś dobrym…
“Czasami ten lęk może paraliżować.”
Aaaaaaach, znowu ten paraliż lękiem czy paraliżujący lęk… I jeszcze autor dodaje “czasami”. To nie tylko lęk paraliżuje ale jeszcze jakimiś czasami…
Otóż lęk nie paraliżuje, tylko stawiony mu opór. Ale jeśli człowiek żyje tak nieświadomie, że nie dostrzega swojego podejścia do własnej emocjonalności, no to nawet nie zda sobie sprawy z rzeczy najwyższej wagi – tego co zaczął robić z emocją lęku. Naparł na nią, skupił się na zmaganiu z emocją, której ładunek/ładunki ujawniły się z podświadomości, w której tkwiły nawet dziesiątki lat. A że opieranie się jest od dawna nawykowe, czyli nieświadomie, no to zawsze wraz z lękiem “pojawi się” opór. A człowiek zwali odpowiedzialność na emocję…
A przecież OCZYWISTYM jest, że biologicznie strach to energia mająca WSPOMÓC DZIAŁANIE – walkę lub ucieczkę.
Strach nie paraliżuje, bo to byłoby coś z gruntu głupiego, a NIC w ludzkim organizmie i psychice nie jest głupie. Tylko nasze wybory.
“To doświadczenie samotności jest naznaczone bezsilnością.”
Bo sami sobie tą bezsilność wmówiliśmy. Jak nie dostrzegamy, że większość energii przeznaczamy na opieranie się emocjonalności (i nie tylko lęku powstałego przez negatywne postrzeganie np. przyszłości), no to nie dziwne, że nagle brakuje nam jej na podjęcie działań zaradczych.
A poza tym – co z poziomem naszej świadomości, w tym świadomości własnej decyzyjności? Kto jest pewien swoich decyzji, ich intencji? Kto jest gotowy i chętny, by decyzje podejmować i brać za nie PEŁNĄ odpowiedzialność? To przecież fundament dorosłego życia.
Naprawdę lepiej zwalić odpowiedzialność na coś lub kogoś?
A co w ogóle doprowadziło do samotności?
A co z wewnętrzną rzeczywistością takiej osoby, od której zależy doświadczanie? Co z intencjami? Co z poziomem odpowiedzialności? Co z tysięcami przeszłych decyzji? Wystarczy to olać i powiedzieć, że samotność nas dopadła, sparaliżowała i spowodowała cierpienie? Oczywiście możesz tak uznać ale potem nie narzekaj, że Ci trudno w życiu.
Następny artykuł:
https://portal.abczdrowie.pl/samotnosc
“Gdy straciłeś kogoś bliskiego lub niedawno zakończyłeś związek, daj sobie czas. Na bazie przeszłych doświadczeń zastanów się, czego musisz unikać, tworząc nową relację.
Dać sobie czas… ale czas nic nie daje! Nic nie zmienia! Jeśli nie zmienimy naszych decyzji, intencji, nie oczyścimy się WEWNĘTRZNIE, to co ma się zmienić po tym czasie? Samo nic się nie zmieni!
A ludzie dają sobie czas. Pewnie! Dają sobie 4 lata, 10 lat, 29 lat. I przez ten czas cierpią i zwalają odpowiedzialność na innych ludzi i świat. Lub się obwiniają i użalają. Projektowana emocjonalność w nich rośnie. Tłumiony gniew zmienia się we frustrację, a w końcu na nienawiść nawet do całego świata i Boga.
Więc najpierw nadaliśmy jakieś chore znaczenie wydarzeniu zewnętrznemu, a następnie usprawiedliwiamy tym codzienne dziesiątki jeśli nie setki dalszych chorych decyzji – zarówno zewnętrznych jak i wewnętrznych…
“Zastanów się czego musisz unikać”… do jakich wniosków dochodzą ludzie? Że muszą unikać relacji, bo wierzą, że relacja była źródłem ich cierpienia! Nie oczekujmy racjonalnych i sensownych wniosków od ludzi zaniedbanych i niedojrzałych emocjonalnie! Bo rozstanie wyciągnie z nich to wszystko, a ich umysł będzie bełkotał wszelkie negatywności jakie te osoby usłyszały przez całe swoje życie.
Jeśli tak było w Twoim przypadku, to warto wziąć pod uwagę, że wszelkie wnioski jakie mogłeś/aś wyciągnąć nie będą dla Ciebie korzystne.
Czas nie da spokoju, dopóki się nie oczyścimy wewnętrznie. Bo tzw. czas, czyli przyszłość, od której oczekujemy cudów, to kalka chwili obecnej. A co robisz w chwili obecnej? Trzymasz się żalu, oporu, bólu, winy, gniewu? No to co spodziewasz się doświadczyć w którejś tam kolejnej chwili obecnej? Czegoś innego? Niby dlaczego?
“Ucz się na własnych błędach!” – to rada dobra dla ludzi dojrzałych emocjonalnie. Ale nie dla 80% ludzkości. Przede wszystkim nauki nie są wyciągane mądrze. Zazwyczaj to bzdurne, negatywne, nieraz chore i absurdalne wnioski. Najczęstszy to – “Ja/ktoś jest zły”, “Stało się coś złego i muszę teraz tego unikać”, “Źródłem mojego cierpienia jest świat zewnętrzny, a ja jestem bezsilny/a”. Itp.
Wyciąganie wniosków jest istotne ale muszą być to wnioski właściwe. Byle jakie wnioski doprowadzą nas w byle jakie miejsce.
Czyli – to w jakim miejscu się znaleźliśmy/znajdziemy, to reprezentacja tego, jakie wnioski wysiągnęliśmy i jakie decyzje podjęliśmy.
“Popracuj nad własną samooceną i wzmocnij samoakceptację. Twoja samotność nie może zasadzać się na przekonaniu, że jesteś nikim i nie zasługujesz na miłość. Doceń swoje zalety i mocne strony. Potrzeba miłości tkwi przecież w każdym człowieku.”
A tutaj widzimy nieświadome namawianie do ucieczki, do wypierania, ignorowania swoich negatywnych cech i emocjonalności.
Przede wszystkim akceptacji nie można wzmocnić! Mamy zmierzyć się z tym, czym ograniczyliśmy akceptację i to porzucić oraz korzyści jakie z tego doiliśmy! Mamy zarówno doceniać swoje zalety i mocne strony ale-
CO NAJMNIEJ TAK SAMO WAŻNE jest ZAAKCEPTOWANIE swoich słabych stron!
Bo jeśli im stawimy opór, to ten opór już w nas jest. Bo co da Ci zjedzenie zdrowego posiłku, jeśli przepijesz go dużą ilością wódki?
Ponadto – dżizas! Jeśli wierzymy w przekonanie, że jesteśmy nikim, no to nie dziwmy się, że jest nam źle! Bo kto nam to robi? Ktoś? Świat? Nie! Sami sobie wciskamy jedną z największych bzdur na swój temat! Czyli sami traktujemy się gorzej, niż gówno, tak się postrzegamy, a potem dziwimy się, że świat też nas tak traktuje… no fizyka biomolekularna!
Po raz kolejny wracają nauki Awatarów sprzed tysięcy lat – przestań zmieniać świat, zacznij zmieniać siebie. Zmiana zaczyna się w Tobie.
A my dalej – uparcie jak osioł, arogancko wolimy po swojemu – świat jest ważniejszy ode mnie. A jak już zaczniemy siebie traktować jako kogoś ważnego, to z kolei zaczynamy umniejszać innym, wywyższać się… i to niczym się nie różni od traktowania siebie jako kogoś gorszego.
Dobrze się zastanówmy czy potrzebujemy miłości, bo prawie na pewno tak nie jest. Czym innym jest potrzeba DZIELENIA SIĘ miłością, czyli odczuwanie jej w sobie, a czym innym jest zaniedbanie i zadręczanie się wewnętrzne i życie oczarowaniem, że skądś z zewnątrz, od kogoś weźmiemy na to lek.
Jak żyjesz i postępujesz niedojrzale, to będzie Ci trudno, będziesz odczuwać ból i być może też będziesz cierpieć… Dlaczego oczekiwać, że jak walniemy pięścią w ścianę to nas nie będzie boleć? Jak postępujemy głupio, konsekwencje będą bolesne. Tak było zawsze i tak zawsze będzie. I nie ma ludzi pobłogosławionych. U każdego to tak działa.
Więc spójrz na to z drugiej strony – skoro coś Cię boli, to znaczy, że względem tego postępujesz głupio. Zmień swoje postępowanie, a ból zniknie.
“Siedząc w domu i kontemplując własną samotność, możesz przegapić szansę na nową interesującą znajomość. Nie musi to być od razu bliski, intymny związek. Kontakt z drugim człowiekiem to często dobre lekarstwo po stracie kogoś bliskiego. Ucz się powoli otwierać na ludzi.”
Rozróżnijmy świadomą kontemplację mającą na celu znalezienie rozwiązania problemu i własne uzdrowienie od hipnotyzowania się mentalnym bełkotem, który będzie się odbywał napędzany przez zaniedbaną emocjonalność.
Oraz nie mamy zacząć od otwierania się na ludzi, tylko na własne emocje. Porzućmy przed nimi opór. Wypłaczmy się, wykrzyczmy co w nas zalega ALE Z INTENCJĄ UWOLNIENIA, a nie zrzucenia na świat! Jeśli dalej wybierzesz, by się emocji trzymać lub się im opierać, nic się nie zmieni. I na innych ludzi będziesz się otwierać przez wiele lat, a nie kilka-kilkanaście dni.
Średnio kobiety po rozpadzie związku wracają do stanu radości po kilkunastu dniach. Mężczyźni zazwyczaj cierpią latami. Bo kobiety porządnie się wypłakują, a faceci piją i palą, by nie czuć.
Musimy wybrać czy chcemy problem(y) rozwiązać szybko i skutecznie czy użalać się i rozpaczać nad nimi latami.
Autorką tego artykułu jest
To potwierdza fakt, że dziś za osobą zdrową uznaje się człowieka podzielającego urojenia reszty społeczeństwa i terapeuty.
Nie mówię, że psycholog, szczególnie nie byłby Ci w stanie pomóc. Oczywiście byłby w stanie! Nie neguję znaczenia tych osób. Mają ogromną rolę w pomocy ludziom!
Ale pewnych kwestii nie rozwiążemy, gdy będziemy wierzyć w poważne urojenia na temat rzeczywistości, a szczególnie odnośnie emocji. Tutaj każdy powinien się dokształcić niezależnie jak wiele lat doświadczenia już ma. Nie zrzucajmy za to odpowiedzialności na terapeutów, bo oni również robią co mogą z tym, czego się nauczyli.
Wszystko co trzeba masz na tym Blogu. A jak jesteś uzależniony/a, to zachęcam do Programu Wolność od Porno.
Drugie określenie, które niezwykle często słyszę – “Czuję się pusty/a w środku”. Takiego uczucia również nie ma! Właśnie problemem jest niechęć do odczuwania. I to czego doświadczasz w ciele i psychice to rezultaty opierania się wypartej i stłumionej emocjonalności.
No bo jeśli ubrudzimy sobie dłonie, to jak mamy się pozbyć brudu? Robiąc pyszny obiad? Ściskając dłonie 100 fantastycznych osób? Nie. Trzeba sprawdzić gdzie jest brudne i dokładnie umyć dłonie. Czyli należy odpowiednio zająć się brudem, a nie próbować robić coś “pozytywnego” na siłę, byle tylko “obejść” ten brud. Aby było czysto w domu, to nie masz czyścić tego, co jest czyste, tylko usunąć brud. To też nie jest fizyka termo-biologiczno-mikro-makro-expecto patronum-jądrowa.
Więc ta “pustka” to efekt zamierzony – niechęć do odczuwania.  Przecież o to chodzi osobie opierającej się swoim emocjom! Cierpienie natomiast wynika z oczarowania, że możemy pozbyć się odczuwania niskich stanów i jakoś magicznie poczuć te wysokie… A że ich nie ma, przychodzi rozczarowanie. I dalszy opór.
O emocjach nie będę się już rozpisywał, bo poświęciłem im OGROM miejsca na tym Blogu, więc jak ktoś chce podejść do tematu poważnie, to sobie wyszuka tych informacji.
Skąd się bierze “uczucie samotności”, czyli przekonanie, że potrzebujemy przy sobie drugiej osoby? Z niskiej świadomości. Dzieci, które nadal są w niskiej świadomości przywiązują się do fizycznej obecności matki. Jeśli nie dojrzeją emocjonalnie i w świadomości, zawsze będą odczuwały brak fizyczności drugiej osoby. M.in. dlatego porno jest tak popularne. Bo skupia się na “zdobywaniu fizyczności” drugiej osoby. Często też wielu naraz. Co oczywiście nie usuwa poczucia braku. Prostytucja oferuje to samo – połączenie fizyczne ale nic poza tym. M.in. dlatego nie jest zalecane jako pierwsze doświadczenie seksualne. Powodów, przez które nie jest mądrym pójść do prostytutki jako pierwszej kobiety jest dużo więcej.
Dzieci, które już wzrosły do wyższej świadomości przywiązują się do energii miłości matki. Tym samym nie cierpią bez jej fizycznej obecności. Wystarczy im telefon, pocztówka i czują się świetnie. Tak samo z innymi ludźmi. Może przy nas nikogo nie być ale nie cierpimy z tego powodu.
To po raz kolejny pokazuje znaczenie wzrostu świadomości i wewnętrznego oczyszczenia.
Nie ma nic złego w chęci spędzania czasu z innymi ludźmi. To jak najbardziej naturalne i zdrowe. To co nienaturalne i niezdrowe, to poczucie “pustki” bez innych ludzi, poczucie bycia kimś niewystarczającym, niepełnym, niezasługującym na innych ludzi. Nienaturalne i niezdrowe jest traktowanie innych jako lepszych od siebie (lub gorszych), a następnie na tej podstawie podejmowanie decyzji o swoim zdrowiu i życiu.
Słowem – jeśli sami ze sobą czujemy się źle, to jest to stan choroby, z którego trzeba się uzdrowić, a nie uciekać w ramiona innych.
Żadnego uczucia nie powoduje i nie generuje nic zewnętrznego. Ani pozytywnego, ani negatywnego. To nasza postawa względem tego, czego doświadczamy znajduje odzwierciedlenie w stanie energetycznym. I dopiero na tej podstawie – emocjonalnej – umysł zaczyna szukać racjonalizacji dla odczuwanego stanu. A że każdy z nas usłyszał pojęcie samotności, to umysł zazwyczaj wybiera je. Pojawiaj się też inne jak – “co jest ze mną nie tak?”, “dlaczego mi wszystko przychodzi z trudem?”, “dlaczego życie mnie nie cieszy?”, “co robię nie tak?” i inne.
Krytyczne jest przestać się opierać. Jeśli sądzimy, że to jakaś sztuczka, to przetestujmy to na czymś prostszym od samotności. Przetestujmy to na zimnym wietrze, zimnym prysznicu, na bólu po uderzeniu się w coś, etc. Stańmy się w pełni świadomi, w pełni uznajmy i zaakceptujmy to doświadczenie, potraktujmy je jako część siebie. Przestańmy je nazywać, etykietkować, oceniać, wypierać, odrzucać, odcinać od siebie. Bo to je wzmocni. Po prostu BĄDŹMY w nim i pozwólmy mu trwać takim jakie jest. Bum! Zmiana na lepsze!
Jeśli chcesz przestać cierpieć “przez samotność”, to ją zaakceptuj, zgódź się na nią. Porzuć dumę, bo niechęć do samotności, tylko ją zasila, pogłębia i zatrzymuje w Twoim życiu. To głupie, negatywne, utrzymujące Cię w tym samym punkcie programowanie, że jak czegoś nie będziesz chcieć, to się tego pozbędziesz.
JEST ZUPEŁNIE ODWROTNIE!
Dlatego niechęć, tak jak i każda negatywność, jest po prostu głupia. GŁUPIA! Poczuj się dobrze z samotnością – WYBIERZ TO, bo to kwestia wyboru i decyzji, a zobaczysz jak szybko pojawi się chęć, by kogoś poznać. I inni zaczną reagować na nas dużo pozytywniej, gdy podświadomie nie wyczują oporu i oczekiwań.
Jeszcze wiele osób twierdzi, że to inni ludzie ich nie akceptują. I ZAWSZE, gdy zaczynamy się przyglądać temu stwierdzeniu wychodzi, że:
– Ta osoba nie akceptuje innych. Negatywnie ich ocenia, ma niedojrzałe oczekiwania i oczarowania.
– Ta osoba nie akceptuje siebie.
Ale sądzi, że problem jest poza nią i jeszcze się zmaga z zastaną rzeczywistością… a to utrzymuje pogłębia problem.
Często pojawia się też stwierdzenie – “samotność mnie dopada” albo “depresja dobija”… to również pokazuje kompletne niezrozumienie emocjonalności. Żadne uczucie nie dopada, ani nie dobija. Albo ujawniło się z podświadomości, czyli ta energia już w osobie była, albo postawa tej osoby względem czegoś spowodowała pojawienie się jakichś form energii nazywanych emocjami. A to czym sami się dobijamy, to nasz własny opór.
Ale jeśli żyjemy nieświadomie, no to oczywiście będzie się nam wydawać, że dopadają nas jakieś uczucia i że nas dobijają w najmniej odpowiednich momentach! Dopadają znienacka jak tygrysy szablozębne naszych praprzodków! Ach, ależ straszne i bezlitosne są uczucia! (sarkazm)
Właśnie momenty, gdy się tak czujemy są PERFEKCYJNE – bo nie tylko mamy możliwość oczyszczenia, zaakceptowania tych uczuć ale też zdania sobie sprawy z własnego podejścia do tego, czym się aktualnie zajmujemy.
Wiele osób mówi, że czują się zazwyczaj samotni, gdy jest weekend, gdy mają dużo wolnego czasu, gdy niczym nie są zajęci.
Naturalnie – bo gdy umysł nie koncentruje się na niczym, świadomość automatycznie zaczyna koncentrować się na wnętrzu, co rozpoczyna proces wewnętrznego detoksu.
To bardzo ważne, by to zrozumieć.
Pojawia się też poczucie samotności za granicą… I niejedna osoba pisała mi, że to z powodu poczucia wyobcowania, bycia źle traktowanym przez obcokrajowców, etc…
A tak nie jest.
Przede wszystkim INTENCJĄ wyjazdu nie było nic pozytywnego, tylko w głównej mierze sądziliśmy, że przyczynami naszych problemów było coś na zewnątrz. Więc sądziliśmy, że jak zmienimy wszystko na zewnątrz, to zmieni się wszystko w nas… A to oczywiste oczarowanie.
Mówią, że tęsknią za domem. Ale to nie jest tęsknota. Bowiem tęsknota nie powoduje cierpienia. A to, co czują oni to opór, żal, strach, wstyd, winę. Opierają się im, a ich umysł fantazjuje, że tym razem źródłem ich złego samopoczucia jest obecne otoczenie i oczarowuje ich, że jak wrócą do domu będzie im lepiej… ale zapominają, że przecież uciekli z domu przed tym samym. Niektórzy, z którymi pracowałem i nadal pracuję wyjeżdżali i wracali do Polski po kilka razy.
A więc “odbijają się” od kraju do kraju sądząc, że to rozwiąże problem, którego źródło jest stricte WEWNĘTRZNE. Gdyby przestali uciekać i zmierzyli się ze swoim wnętrzem, mogliby rozwiązać problem. To ich decyzja. Bez niej nic się nie zmieni.
Możemy przeczytać w różnych artykułach stwierdzenia typu:
1. Życie na emigracji nie jest łatwe. Człowiek musi pokonać wiele barier.” Znowu wraca temat walki, pokonywania… A co z akceptacją, odpuszczeniem oporu? Co z tym, co pozytywne? Dlaczego w ogóle mamy z czymkolwiek walczyć? Dlaczego liczymy, że wybierając negatywne postawy osiągniemy cokolwiek pozytywnego? Czy to nie głupota?
2. “Depresja na emigracji to bardzo częste zjawisko, szczególnie w przypadku osób, które nie mają w swoim otoczeniu bliskich i przyjaciół, a którzy dodatkowo mają problem z nauką języka. Ludziom takim brakuje wsparcia i bliskości drugiego człowieka.” Ależ oczywiście, że brakuje im wsparcia, bo całe życie uciekali od własnej emocjonalności w “pomoc od bliskich”. Nie zmienia to faktu, że uciekali. I to od czego uciekali cały czas w nich jest. I gdy nie ma przy nich NARESZCIE nikogo, do kogo by mogli uciec po raz tysięczny, mogą się wreszcie z tym zmierzyć. A że nie chcą i opierają się temu, pojawia się depresja jako rezultat REPRESJI uczuć.
Mam nadzieję, że po tej bombie informacyjnej zaczynamy rozumieć realia wewnętrzne i ich zewnętrzną reprezentację?
Odpowiem teraz na kilka powtarzających się pytań:
1. Czy jestem skazany/a na samotność?
Tak.
Dopóki nie zmienisz swoich decyzji, będziesz miał(a) to, co do tej pory. Samo nic się nie zmieni.
Konieczne jest przyjrzenie się wielu aspektom samego/samej siebie.
2. Czy zasługuję na miłość?
Nie.
Miłość nie ma nic wspólnego z zasługiwaniem. I właśnie to programowanie, że się na nią zasłużyło lub nie jest jednym z warunków, przez które nie czujemy się dobrze sami ze sobą.
Nikt więc nie zasługuje na miłość, bo po prostu to nie jest coś zaczepionego w rzeczywistości.
Czy zasługujesz na wiatr? Nie? Tak? To absurdalne pytanie. I takie samo jest to pytanie w odniesieniu do miłości.
3. Czy kogoś potrzebuję, by być szczęśliwy/a?
Tak.
Bo nie wciśniesz mi kitu, że już uczciwie zaakceptowałeś/aś siebie i brak kogokolwiek w Twoim życiu kompletnie nie wpłynie na Twoje dobre samopoczucie…
Droga do poznania kogoś i stworzenia z tą osobą głębokiej, pozytywnej, zdrowej, dojrzałej relacji zawierać będzie w sobie wszystkie elementy terapii niezbędnej, by poczuć się szczęśliwym.
Słowem – nie unikniesz wychodzenia z domu, rozmów z obcymi ludźmi, spędzania z nimi czasu sam na sam.
RUSZ DUPSKO!
Jeśli sądzisz, że terapie wyglądają, że sobie siedzisz lub leżysz wygodnie na kanapie i narzekasz, to się GRUBO mylisz. Tak może wyglądać terapia ale taka terapia w niczym Ci nie pomoże.
Bez gotowości, by zmierzyć się z emocjami, oporem, by wziąć odpowiedzialność za swoje życie i problemy jakie w nim masz – czego oczekujesz? Na co liczysz? Że się magicznie odmieni jakiś science-fiction los? No to sobie dalej dziecinnie bimbaj w fantazjach…
Ten “los” to konsekwencje Twoich decyzji. Dopóki więc nie zmienisz decyzji, nie zmienią się konsekwencje.
Twoje problemy to Twoje lekcje, rozwiązując które odbędzie się Twój największy wzrost i oczyszcznie! Twoje problemy to DAR dla Ciebie!
Wiemy jak wygląda życie dzieci, którym we wszystkim ktoś pomagał? Wyrastają na niezaradne, niepewne, przerażone z dramatycznie niskim poczuciem wartości. A to oznacza, że trzeba wrócić do podstaw i zacząć praktykować odpowiedzialność.
Już jeden, nawet minimalny krok postawiony w stronę niewygody, strachu, wstydu – w mierzeniu się z nimi – to krok w stronę zdrowia, dojrzałości i zdrowej dorosłości. Oraz odpowiedzialności. Choćbyś się miał(a) spocić podczas 10-minutowego spaceru ale jeśli pójdziesz na niego – odnotuj to jako wielki sukces!
Nawet gdy latami szkolony astronauta wróci na Ziemię, potrzebuje długiego czasu na rekonwalescencję. Nic nie da mu trening, przygotowanie, iloraz inteligencji, ani technologia, etc. Nie przeskoczy etapu powrotu organizmu na Ziemię.
A jeśli Ty całe życie przesiedziałeś/aś w umyśle, czyli w majakach na temat rzeczywistości, no to też daj sobie czas na powrót na Ziemię. Ale czas spędzony NA odpowiednią rekonwalescencję.
Nie ma to być czas spędzony na siedzeniu przed telewizorem z paczką czipsów, tylko czas spędzony na mierzeniu z niewygodami psychiki podczas WYKONYWANIA różnych czynności i wielu z nich NOWYCH – których nigdy nie wykonywałeś/aś. W tym także zajmowaniu się problemami i obowiązkami w swoim życiu.
4. Czy jestem do niczego, bo mając X lat nikogo nie mam?
Ty decydujesz.
Możesz zdecydować, że tak i możesz zdecydować, że nie.
Rozważ plusy i minusy obu decyzji i podejmij najlepszą dla siebie.
Dodam, że nie widzę żadnych plusów uznania, że jesteśmy do niczego ale mogę się mylić… może jakieś są?
5. Jak kogoś poznam, to poczuję się lepiej?
Nie.
Przede wszystkim – Ty decydujesz co poczujesz i kiedy.
Po drugie – co z tego, że kogoś poznasz? Uważasz, że ktoś zabierze od Ciebie wstyd, winę, opór? Że ktoś zmieni Ciebie za Ciebie? A może liczysz, że spotkasz taką osobę, która nigdy Cię nie zrani? Która nie wciśnie żadnego przycisku? No to chyba szukasz osoby sparaliżowanej i niemowy! Szukaj w szpitalach!
Nie neguję znaczenia robienia czegoś DLA KOGOŚ. Szczególnie jeśli siebie jeszcze traktujemy bez akceptacji, szacunku i miłości. Jednak motywacja to jedno, a to co zrobimy to drugie – wybór pozytywności, mierzenie się z negatywnościami, oczyszczanie, dbanie o siebie, wybór troski, akceptacji, wybaczenia, radości, współczucia – to się samo nie wybierze.
Związek z drugą osobą to nie koniec drogi. To początek czegoś zupełnie innego i tu już potrzebny jest znaczący poziom odpowiedzialności.
Czy zdajemy sobie sprawę, że powiedzenie komplementu – np. “jesteś piękna/piękny” już wyciągnie z tej osoby wszystko, przez co się tak nie czuje sama ze sobą? Dlaczego ludzie się zazwyczaj czerwienią na twarzy? Bo twarz to niejako reprezentacja nas – tego kim jesteśmy. I zaczerwienienie oznacza ujawnienie wstydu i stawionego mu oporu.
Często też człowiek się “wzrusza” i zaczyna płakać, czyli ruszony zostaje żal, który ta osoba w sobie trzymała często od małego.
Są kobiety, które płaczą po seksie. Są mężczyźni, którzy po seksie nie chcą być dotykani. Bo przyjemne doświadczenie także zaczęło proces detoksu emocjonalnego.
A więc – co to jest samotność?
Samotność to bzdurne, niedojrzałe podejście do życia.
Czy samotność istnieje?
Nie. To tylko nasza etykietka nadana własnemu nastawieniu i emocjonalności.
Dlaczego “przez nią” cierpimy?
Bo tak interpretujemy bycie samemu i opieramy się własnej emocjonalności.
Jakie jest rozwiązanie?
Akceptacja siebie, swojej emocjonalności, swojej dotychczasowej sytuacji, wewnętrzne oczyszczenie, korekta intencji oraz podjęcie odpowiednich i niezbędnych działań do stworzenia relacji z drugą osobą i/lub rozsądne, radosne życie – cieszenie się nim, realizowanie celów i obowiązków jako osoba zdrowa, dojrzała, świadoma i odpowiedzialna.
Stosunek to:
7/10 – działania wewnętrzne.
3/10 – działania zewnętrzne.
Czyli rozwiązaniem jest rozwój jako istota ludzka, a nie karmienie umysłu informacjami, ani ucieczka, ani kierowanie się społecznie przyjętymi urojeniami.
Nie jesteś samotny/a i nigdy nie byłeś/aś. To negatywne programowanie i w esencji brak akceptacji siebie. A siebie nie można zaakceptować na siłę, tylko odpuścić opór, oczyścić się z zalegającej emocjonalności oraz zrekonceptualizować swoje życie i doświadczenia.
Podziel się tym artykułem!

Napisz komentarz!

Zasubskrybuj
Powiadom mnie o
guest
11 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Adam B

Hej Piotrek, bardzo lubię czasem wracać do artykułów o samotności, szczególnie teraz, kiedy próbuję wziąć odpowiedzialność za swoje życie i coś zrobić z tym, że mam puste mieszkanie, a w nim tylko psa. Zwierzęta są super, ale nie pogadasz sobie z takim ziomem. No i mam brata, który generalnie bardzo mnie zawsze wspierał i też fajnie, że jest. Natomiast on ma już swoją rodzinę i dzieci, więc tylko czasem wpada. Trochę mu zazdroszczę tego, że ma rodzinę, tego jakim jest zajebistym ojcem i mężem. Może nawet zazdrość to złe słowo, bo jest bardzo negatywne. Bardziej inspiruje mnie to, że tak można. On był zawsze taką typową duszą towarzystwa, umiał z każdym porozmawiać, pożartować, swoją żonę poznał na studiach. Ja ten czas zmarnowałem, przesiedziałem przed komputerem oglądając wiadomo co, a teraz jak żyje się w trybie praca- mieszkanie, praca- mieszkanie i tak w kółko, to ciężko kogoś poznać. Ostatnio, jak ogarnąłem ile przez pornografię straciłem czasu, to okazało się, że kawał czasu przeszedł mi przez palce. I to te najlepsze lata młodości, gdzie ludzie szaleją, bawią się i nie mają żadnych zmartwień. Nawet w pracy nikt mnie nie lubi, bo nie umiem rozmawiać z ludźmi, bo cały czas mam wrażenie, że jestem oceniany, moje zachowanie jest przez każdego analizowane i boję się wyrazić opinię na jakikolwiek temat przed oceną nawet w absurdalnie błahych sprawach. Mruk, gbur, który już samą miną odstrasza. Dorosły chłop zbliżający się powoli do trzydziestki, co nigdy nie był na imprezie ani randce, totalnie aspołeczny. 3 albo 4 miesiące temu wpadłem na temat uwodzenia kobiet, ale gdzieś znalazłem takiego kolesia, który siedział w tym środowisku kilka lat i twierdzi, że jest to oszustwo. Opisał w jaki sposób są w społeczności pua przeprowadzone manipulacje w niesamowicie dokładny sposób, żeby ludzi w to wciągać, opisywał to w taki sposób jakby to było sekciarstwo totalne, aż mi się źle to czytało. Wydało mi się to mega wiarygodne, ale on też na końcu tego “raportu” zaprosił do zakupu jego cudownej książki o relacjach damsko-męskich, jaki to on niby nie jest inny od tych wszystkich “obrzydliwych” puasów, więc on też nie jest w tym bezinteresowny. Pisze tam, że jak ktoś chce robić z siebie idiotę przed kobietą i podchodzić na ulicy tylko po to, by usłyszeć “sp****alaj” to proszę bardzo. Z drugiej strony ja widzę tam jakieś światełko w tunelu dla siebie, może jestem naiwniakiem i frajerem, ale gdzieś mnie do tego ciągnie cały czas, mimo, że jest to strasznie szkalowana “branża” zarówno przez kobiety, jak facetów.
Jest taki trener, który jako jedyny wzbudził u mnie zaufanie, bo bardzo ładnie mówił o kobietach. Widać, że ma do nich ogromny szacunek i sam twierdzi, że on uwodzenia nie uczy, bo nie ma czegoś takiego, tylko uczy te dziewczyny poznawać i tworzyć z nimi relacje oparte na szacunku i szczerości. Zero manipulacji, zero sztuczek, tricków, tekstów, tylko sama praca wewnętrzna, z samym sobą. Bardzo podoba mi się, że dużo też mówi o rozwoju duchowym, jak ty i często powołuje się na Hawkinsa, normalnie niektóre rzeczy to z ust ci wyjął ( czasem mam wrażenie, że to jesteś ty i dorabiasz sobie po godzinach haha) . Prowadzi też sesje uwalniania emocji. Natomiast wszystkie kobiety, które gdzieś tak miałem okazję poznać i zapytać, czy to fajne, jakby podszedł obcy facet na ulicy, czy gdzieś indziej i chciał się poznać to wszystkie powiedziały do tej pory, że by się bardzo bały i czuły niekomfortowo, głównie dlatego, że mają bardzo negatywne skojarzenia lub doświadczenia z takim zjawiskiem. Jedną moją znajomą nawet śledził taki koleś i później kupiła sobie gaz pieprzowy. Czasem korci mnie, żeby się w końcu przełamać i zagadać do jakiejś kobiety, ale zawsze mi się wtedy ten gaz pieprzowy przypomina… Kobiety wydaje mi się, że nie doceniają takich rzeczy, bo dostają już tyle atencji od mężczyzn, że szok. Nie rozumiałyby, że ja jestem dużo bardziej przestraszony niż one. Im więcej się „edukuję” w temacie kobiet tym większy mam mętlik w głowie. Jeden mówi tak, drugi mówi coś innego i kogo tu słuchać. Nie mam kolegów, więc chciałem cię zapytać o kumpelską, szczerą radę. Jesteś bardzo mądrym człowiekiem, na pewno dużo bardziej ogarniętym ode mnie. Powinienem zacząć działać z tym uwodzeniem, czy dać sobie spokój?

Adam B

Chociaż intelektualnie wiem już, że myśli to mentalny ściek i wszystkie nie mają żadnego pokrycia z rzeczywistością one wydają się tak realne i przekonujące, że masakra, aleeee… podszedłem! Zagadałem! Dałem radę. W kawiarni. Skorzystałem z kilku wskazówek, które usłyszałem na kanale Rafała Żubera. Podszedłem, dosiadem się na takiej kanapie do niej i powiedziałem, że nigdy takich rzeczy nie robię, ale chciałem jej powiedzieć, że nie mogę się przez nią skupić, bo bardzo ładnie wygląda . Może głupie, cringowe, nie wiem, zrobiłem to, co było ze mną integralne, to co miałem ochotę zrobić i powiedzieć. Na początku popatrzyła na mnie z takim zszkowanym wyrazem twarzy i przez 2-3 sekundy nic się nie odzywała tylko świdrowała mnie wzrokiem ( już w tamtym momencie szykowałem się na skrajnie negatywną reakcję i chciałem uciec) , a potem ten grymas zamienił się w taki szczery uśmiech i chichocik (ale taki sympatyczny, a nie sarkastyczny), podziękowała, powiedziała, że jestem bardzo miły i gadaliśmy później jakieś 10 minut. Powiedziała, że nie ma na co dzień takich miłych sytuacji. Że jedynymi osobami, które ją zaczepiają są jakieś żule, które chcą wyłudzić pieniądze. Byłem w szoku. Przecież ona z taką urodą mogłaby mieć każdego. Byłem tak zszokowany, że to się udało, że nawet zapomniałem jej zapytać o jakiś kontakt, dopiero uświadomiłem to sobie, kiedy sobie poszła. Miałem pustkę w głowie, leciałem na jakimś autopilocie, widziała, że się stresuję i sama później ciągnęła rozmowę. Nie śmiała się, nie powiedziała spierdalaj. Może to głupie, ale byłem z siebie tak kurewsko dumny, że miałem łzy w oczach, powaga. Dla kogoś takie coś to może być bzdeta, dla mnie coś mega dużego. Kupiłem też na sam początek jeden z produktów Rafała o fundamentach sukcesu z kobietami dla początkujących i zacząłem z nim pracować. Jutro będę miał luźny dzień, a będę na mieście, więc może uda mi się znowu zagadać do jakiejś dziewczyny, jeżeli będę czuł się na siłach. W tym środowisku pua poznałem też kilka osób, które mnie demotywowały, bo twierdziły, że od wielu lat zajmują się uwo i na sto podejść mają maksymalnie kilka randek, ale ja uważam, że powinienem najpierw sprawdzić to sam na sobie i nie będę rezygnował z czegoś, zanim sam się nie przekonam na swoim tyłku, jakie są realia. A co do pieska- tak, traktuję go dużo lepiej od siebie. To mój jedyny przyjaciel. Kocham go. Do siebie większość życia czułem wstręt, rozczarowanie, a nawet może pogardę. Każda okazja była dobra, żeby sobie podopierdalać w każdej możliwej sferze. A to, że głupi, małomówny, zakompleksiony, creep, a to że brzydki, większość życia pryszczaty, teraz że zakola mi się trochę robią, a to że wiele osób zarabia więcej, ma lepszy samochód bla bla bla. A to była mentalność ofiary i czerpałem z tego ogromną przyjemność, bo mogłem się nie rozwijać, tylko zwalać winę na ludzi, społeczeństwo, czasy, świat, itp. Co do 12 kroków- też skorzystam. Póki co poszedłem do psychologa.
D Z I Ę K U J Ę <3

Kuba

Dwa tygodnie temu poczułem się bardzo samotny, kiedy siedziałem na randce z przepiękną dziewczyną ( obiektywnie dużo ładniejszą niż tamta, którą kiedyś kochałem do szaleństwa i która wymieniła mnie na kogoś innego po miesiącu). Ona wpatrzona we mnie jak w obrazek, rozpromieniona, widzę jak na siłę próbuje podtrzymać rozmowę, bo byłem trochę nieobecny. Niby moje marzenia o tym, że mogę regularnie poznawać piękne kobiety jak ona się spełniło. Odkąd wszedłem w PUA ponad 2 lata temu moje życie się sporo zmieniło. Porno też odeszło już kawał czasu temu, ale czegoś wciąż mi brakuje. W głębi serca wolałbym siedzieć na tej kawie z kimś innym. Dalej mam do siebie żal, że może gdybym był wtedy inny to z tamtą by nam się udało. Może wtedy nie zamieniłaby mnie na innego w niecały miesiąc po naszym rozstaniu. Teraz jest już z tym facetem ponoć zaręczona, a ja jestem dla niej tylko jakimś starym błędem, nic nie znaczącą drobnostką w życiorysie, o której już dawno zapomniała. Nigdy nie czułem do innej kobiety, tego co czułem do niej, mimo że poznałem przez ten czas sporo wyjątkowych dziewczyn. Na początku wchodziłem w to całe uwodzenie z poczucia braku, a nawet trochę zemsty do kobiet. Byłem nieszczęśliwy, sfrustrowany, moje poczucie własnej wartości taplało się gdzieś w gównie. Jak zacząłem odnosić pierwsze sukcesy trochę odbiła mi palma. Przez całe życie byłem odrzucany, a teraz nagle role się trochę odwróciły i to one czasem zaczynały zabiegać o mnie i to ja mogłem je odrzucać. Zawsze marzyłem by być w takiej sytuacji, że to ja mogę olewać kogoś. I byłem w takiej sytuacji, a nie czułem się ani trochę lepiej. Czułem się jeszcze gorzej. Można powiedzieć, że zazdroszczę temu facetowi, z którym jest zaręczona. Siebie też obwiniam za to, że miałem przez chwilę swoją szansę, którą spieprzyłem. W momencie kiedy ona pojawiła się w moim życiu myślałem, ( to co teraz napisze wyda się śmieszne) że sam Bóg zesłał mi anioła, który pomoże mi wyjść z depresji i z tego całego syfu, którym kiedyś żyłem. Że w końcu zsyła mi taką miłość na dobre i na złe. Nie pomogła. Dokopała mi jeszcze bardziej. Nie mam za to do niej żalu, chyba to mi było wtedy potrzebne. Sięgnąć takiego dna. Nie umiem w stanie zbudować trwałej relacji, moje znajomości z kobietami głównie do tej pory opierały się na zabawie i seksie. Po miesiącu się rozpadają, bo stwierdzam, że “to nie to” i urywam kontakt. Chyba ze strachu. Nie wiem, czego tak naprawdę szukam. Chyba kogoś kto nie istnieje. Zazdroszczę jej tego, że tak szybko o mnie zapomniała, że już dawno ułożyła sobie życie na stałe. Dom, praca, narzeczony. A ja nie mam nic. Nie mam nikogo. Żyję jak dzieciak, chociaż już jestem w takim wieku, że powinienem mieć stałą partnerkę i myśleć o założeniu rodziny i gdzieś w głębi serca właśnie tego pragnę. Nie wiem, czy jestem jeszcze w stanie coś do kogoś poczuć, czy umiem jeszcze kogoś pokochać. Chciałbym się zakochać, ale poza czystym pociągiem seksualnym nie czułem nic do tych kobiet. Czułem się jak chodzący wibrator. Nie wiem, czy dam sobie radę w stałym związku, bo przecież nigdy tak naprawdę nie byłem w prawdziwym.

Sebastian

A co w sytuacji, w której głównym problemem są rodzice? Generalnie sprawa wygląda tak, że obsesyjnie kontrolują moje życie i to z kim się zadaje. Od najmłodszych lat to oni wybierali mi znajomych, generalnie są to dzieci ich znajomych “z wyższych sfer”. Synowie prawników albo lekarzy, tylko z takimi ludźmi pozwalają mi się zadawać. Ze znajomymi ze szkoły zabraniali mi się zawsze zadawać, chociaż wolałem spędzać czas z nimi. Nigdy po szkole nie dali mi spędzać z nimi czasu, bo cytując ” to jest patologia, od której się trzeba trzymać z daleka, prostackie towarzystwo” z tym, że to nieprawda, bo to normalni, inteligentni, rozrywkowi ludzie, tylko nie z takim statusem społecznym jak ich znajomi. Generalnie całe liceum przesiedziałem w domu, bo nie pozwolili mi iść nawet na żadną osiemnastkę moich znajomych, bo tak im najwygodniej. Ojciec nie miał ochoty mnie nigdy podwieźć, a matka zawsze mówi ” nie, nigdzie nie idziesz, to są prostaki. Opiją cię, a potem nagrają i wrzucą to do internetu. Chcesz być pośmiewiskiem na całą Polskę? Albo się tam narkotyków jeszcze nażrecie i umrzesz.” Żadne rozmowy, żadne tłumaczenia, nic na nich nie działa, tłumaczę im, że moi znajomi są normalnymi ludźmi, że nie są patologią. Raz puścili mnie na imprezę jakimś cudem, ale wcale mi się nie podobało, bo potem robili mi przez tydzień awanturę, że się martwili i przeze mnie nie zmrużyli oka, a ojciec dzwonił do mnie, co godzinę, żeby dowiedzieć się, czy żyję. Nikt mi nie powie, że to jest normalne zachowanie. To nie jest troska, tylko osaczenie. Kiedyś zabronili mi się zadawać z moim najlepszym kolegą z klasy tylko dlatego, że cierpi na depresję. Pozwolili mi się z nim przyjaźnić tylko wtedy, jak tłumaczył mi matematykę. Całe dotychczasowe życie przesiedziałem w domu, nie byłem na żadnej wycieczce szkolnej nawet. Przez całe wakacje mogę się spotkać maksymalnie dwa razy z kolegami i w sumie tyle. Większość relacji jestem zmuszony tworzyć przez internet pisząc ze znajomymi, ale to nie to samo przecież. Całe życie szkolne, imprezy, fajne wydarzenia ominęły mnie, byłem z boku. Tylko szkoła, dom, szkoła, dom. Jeśli chodzi o jakąkolwiek dziewczynę to tutaj nawet mowy nie ma. Za każdym razem, kiedy jakąś poznawałem i się o tym dowiedzieli zmuszali mnie, żebym zakończył coś, co się nawet jeszcze nie zaczęło. Tamta niedobra, bo nie jest abstynentką, tamta zła bo się za bardzo maluje, kolejna nie wchodzi w grę, bo czasem przeklina, więc jest “prostaczką”, a inna nie, bo po prostu jej źle z oczu patrzy, chociaż nigdy nie poznałem bardziej wrażliwej i ciepłej dziewczyny, do tej ostatniej naprawę coś poczułem i przepłakałem kilka nocy, że muszę zerwać z nią kontakt. Czepiają się bzdet tylko po to, że “jestem za młody na związki, jestem w wieku, w którym nauka powinna być dla mnie najważniejsza, a nie jakieś wstrętne dziewuszyska. Skończysz studia, pójdziesz do pracy, będziesz planował rodzinę to ci ZNAJDZIEMY żonę, żebyś przedłużył rodzinę.” Rozumie Pan? ONI mi ZNAJDĄ żonę, z moim zdaniem wcale się nie liczą, najprawdopodobniej postawią mnie kiedyś przed faktem dokonanym i przyprowadzą jakąś córcię państwa profesorów habilitowanych, która będzie miała zeza, okulary albo będzie miała nadwagę, ale zmuszą mnie do małżeństwa, tylko dlatego, że ” wygląd się nie liczy, tylko klasa i intelekt.” Dla nich się fajnie mówi, ale to nie oni będą zmuszeni spać z tą kobietą w jednym łóżku. Oni nawet twierdzą, że całowanie się, czy seks to obrzydliwe rzeczy i robią to tylko zwyrodnialcy i zboczeńcy, a seks jest tylko narzędziem, żeby przedłużyć rodzinę. Jedyny kontakt bliższy na jaki mi pozwolili z dziewczyną to próba zeswatania mnie kilka miesięcy temu z córką kolegi mojego ojca, tylko dlatego, że ten gość ma kancelarię notarialną i to “bardzo dobra partia”. Naprawdę miałem dobre i szczere intencje, próbowałem być dla tej dziewczyny serdeczny, bo nawet o dziwo była całkiem ładna i miła, ale była chorobliwie nieśmiała i przez całe spotkanie wydukała może z 5 zdań, nic się odzywała, a jeśli już to jąkając się albo mówiąc tak cicho, że nie dałem rady nic zrozumieć. Wtedy zrozumiałem, dlaczego sama nie może znaleźć sobie chłopaka i dlaczego ojciec musi ją swatać z dziećmi znajomych. Była przerażona i zakłopotana tak samo jak ja. Nie wiem, co mam robić, jak tak dalej pójdzie to mi zniszczą życie, kiedy pójdę na studia, chciałem się usamodzielnić, otworzyć na ludzi, bawić się, trochę wyszaleć, zdać egzamin na prawo jazdy, nadrobić kontakty towarzyskie, ale jestem przekonany, że oni mi tego nie pozwolą zrobić. O wyprowadzce mowy nawet nie ma, musiałbym chyba uciec z domu.  Zauważyłem, że każda kłótnia z moimi rodzicami jest zapalnikiem potrzeby obejrzenia pornografii i już nie wiem, jak sobie z tym problemem poradzić. Nie zdziwiłbym się jakby Pan Panie Piotrze wcale mi nie uwierzył w to, co tu napisałem, no bo to co oni wyrabiają to się w głowie nie mieści. Jak mam z nimi rozmawiać? Co robić? Nie starcza mi już siły na te ciągłe awantury. :(

Dennis

Wciągnąłem się w ten wpis (super robota z Twojej strony!), bo ogólnie zagłębianie tematu samotności mnie interesuje. Tak, tak luz Piotr, nad Programem Wolność od Porno głównie się skupiam. Mnie mega interesują Twoje artykuły i lubię je czytać. Proszę napisz w przyszłości książkę, a ja się wezmę za reklamę hehe. ;) Sprawia mi to przyjemność, a że zostawię przy okazji komentarz, to raczej nic złego. Chyba dzięki temu masz większe zasięgi i widzą ludzie, że się udzielają osoby. Jeszcze co niektóre wpisy udostępnię w mediach społecznościowych, byś dotarł do większej liczby osób, a ewentualnych hejterów mogę zdissować za Ciebie heh. Moją serdeczną pomoc masz w zasięgu ręki. :3 Nie bierz proszę pod uwagę tego, że zwlekam z pracą z Programem, bo jest to dla mnie priorytet, a bloga czytam sobie na tzw. boku.

Poza tym udzielając się do tematyki samotności. Miałem zawsze taki wiesz strach przed stratą bliskiej osoby i co to będzie, że zostanę sam i sobie nie poradzę w tym życiu. Nie mam znajomych, jestem kompletnie sam… co to będzie później?! Będąc nastolatkiem z tego, co pamiętam padały (kiedyś o żonie, związkach nie chciałem słyszeć) do mnie słowa typu “przecież całe życie nie będziesz sam. Musisz kogoś znaleźć.”

A dlaczego w sumie mam się dobrze nie czuć sam ze sobą? Oczywiście dążenie do relacji jest bardzo ważne, o ile nie najważniejsze, ale podjąć taką decyzję w sobie, że ok – czuję się świetnie ze sobą i moja obecność sprawia mi przyjemność. To jest podejście jak najbardziej okej. Nie czując się wtedy jakiś “niedowartościowany”, tylko z takiego rozumowania dążyć do relacji międzyludzkich.

Kamil

Prosto w punkt, mi się świetnie czytało, szukałem i znalazłem. Warto prostować tą bzdurę pozytywnosci na siłę, to droga z deszczu pod rynnę.
Dziękuję Piotrze, Ave! :)

Podobne Wpisy:
Odpowiedzialność – Czym jest? (Wideo)

Odpowiedzialność – Czym jest? (Wideo)

W tym filmie poruszę temat odpowiedzialności. Nie wiem czy kiedykolwiek zastanawiałeś się czym ona jest. Czy zakładałeś, że wiesz ale nigdy nie podjąłeś się uświadomienia sobie jaka definicja Cię prowadzi? Jaka została zapisana w Twojej podświadomości? Odpowiedzialność wyznacza stopień naszej dorosłości i dojrzałości. Naszej świadomości nas samych. Nie można być odpowiedzialnym i nieświadomym. Nie można… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 0
100 Dróg do Pokoju (19-21)

100 Dróg do Pokoju (19-21)

Witam Cię serdecznie i spokojnie! ;) Kontynuujemy pierwszą z trzech serii dotyczących dróg do pokoju, szczęścia i sukcesu! Zajmujemy się pokojem. Link do artykułu wprowadzającego znajdziesz poniżej! ► Seria „100 Dróg” – Wprowadzenie. Części 1-6 znajdziesz klikając na poniższe linki: ► 100 Dróg do Pokoju (1-3) – Przestań próbować zmieniać i kontrolować innych, Przestań chcieć… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 0
Wyższe Stany – Wprowadzenie (Część 2)

Wyższe Stany – Wprowadzenie (Część 2)

Witam Cię serdecznie! Wracamy do wprowadzenia na temat wyższych poziomów świadomości. Część pierwszą znajdziesz klikając na poniższy link: ► Wyższe Stany – Wprowadzenie (Część 1). Ego wspiera rozwój tylko wtedy, gdy mu on posłuży. Dlatego też ego uwielbia udawać – np. świętobliwość, gdy może nią potem usprawiedliwić nienawiść do niewiernych. Ego uwielbia granie “dobrego” i poczciwego,… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 0
Wpadka po 30 dniach. Mity i niezrozumienie

Wpadka po 30 dniach. Mity i niezrozumienie

Otrzymałem ostatnio taką wiadomość: “Piotrze, czy jeśli miałem wpadkę z porno i masturbacją po miesiącu, oznacza to, że zaczynam od nowa? Te emocje muszą znowu od nowa wychodzić? Czuję właśnie żal, że straciłem tyle czystych dni, ale w sumie nie jest tak źle. Zazwyczaj wpadam po dłuższych przerwach i wtedy lecę w ciągi, lecz teraz… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 4

WOLNOŚĆ OD PORNO