Dni
Godzin
Minut
Sekund

Ilość Wolnych Miejsc:
/

Witam Cię serdecznie!
Kontynuujemy temat stanięcia w obliczu faktu o własnym uzależnieniu.
Części 1-8 znajdziesz klikając na linki poniżej:
► Jestem uzależniony/a. Co teraz? (Część 1) – Wstęp
► Jestem uzależniony/a. Co teraz? (Część 2) – Lista nr 1
► Jestem uzależniony/a. Co teraz? (Część 3) – Nienawiść, złość, chęć zemsty, wina
► Jestem uzależniony/a. Co teraz? (Część 4) – Mail
► Jestem uzależniony/a. Co teraz? (Część 5) – Urazy, złośliwość, zła wola, zazdrość
► Jestem uzależniony/a. Co teraz? (Część 6) – Zawiść, próżność, duma, żądze
► Jestem uzależniony/a. Co teraz? (Część 7) – “Porno to ratunek” – Mail, Chciwość, Chcenie, Pożądanie
► Jestem uzależniony/a. Co teraz? (Część 8) – Wola Boża, Ewolucja, Limitacje Formy, Wybory

Warto wreszcie zrozumieć ważny temat –

opór nie chroni, ani nie zabezpiecza przed niczym.

Opór to mentalny (czyli stricte wewnętrzny) napór. A co można zrobić myślami? Nic. Bo myśli występują w niefizycznym, nienamacalnym obszarze, który wpływ na materię ma taki, czy/ile i z jaką jakością w świecie materii podejmiemy działań.

No bo powiesz sobie/pomyślisz “Nie chcę tego!” i co? No i nic. To tylko informacja. Ważne co z nią zrobisz. Krytyczne pytanie brzmi – “Czego tak naprawdę nie chcesz?”

Wyobraź sobie, że opieranie się czemukolwiek jest jakbyś napierał(a) na ścianę wierząc, że to ściana napiera na Ciebie.

Wolisz dalej napierać na ścianę licząc, że się w końcu przesunie czy przestać i ruszyć do przodu?

Dlaczego w ogóle istnieje opór? Bo to dziecinny, a więc niedojrzały – bardzo niskiej jakości – sposób wywierania wpływu na innych. Dziecko zakłada ręce na siebie, krzywi się i mówi – “Nie! Nie chcę iść do szkoły!” Stara się wpłynąć na innych taką postawą, by się z nim zgodzili. Ale czy należy się z tym zgodzić? Z jakiej perspektywy dziecko tego chce?

Jest to postawa kompletnie pozbawiona zdrowego rozsądku. Mądre i dojrzałe jest spokojne podjęcie decyzji i wzięcie odpowiedzialności za konsekwencje. A nie opieranie się i jeszcze denerwowanie.

Ale jeśli nigdy nie zajęliśmy się oporem, to możemy kontynuować tę postawę w wieku dorosłym. Czyli żyć jak dziecko, które nie rozumie jak głupio postępuje. Głupio, bo niezdrowo dla siebie.

Opór to mentalny napór skierowany do wewnątrz.

A ludzie sądzą, że to ma wpływ na zewnątrz. I to jeszcze pozytywny…

Oporem szkodzimy wyłącznie sobie. No bo jeśli się denerwujesz i zaciskasz dłonie z całych sił, to w czymś to pomaga? Nie. A tylko męczysz się i może nawet ranisz sobie ręce.

Jeśli nie chcesz podnieść widelca, to po prostu go nie podnoś. Nie musisz zaciskać z całych sił dłoni i zmęczenia wykorzystać jako pretekst, by sobie wmówić “Nie mogę podnieść widelca (dlatego go nie podnoszę)”.

Przeczytanie o oporze to zdecydowanie za mało. Aby dostrzec jak głupi jest, trzeba zacząć przyglądać się kiedy stawiamy opór, że go stawiamy i co z tego wynika.

Przede wszystkim w ogóle dostrzec, że opór to nasz wybór, nasza postawa, nasze nastawienie.

Bo ludzie tego kompletnie nie rozumieją. Non stop słyszę – “I nagle pojawił się bardzo silny opór” albo – “Czuję bardzo silny opór przed tym” czy – “Opór pojawia się automatycznie”.

Taka osoba totalnie nie jest świadoma, że sama go wybiera. To “nagle” oznacza, że natychmiast zaczęła opierać się i nawet nie wie czemu i dlaczego. “Automatycznie” oznacza “nieświadomie” – czyli zawsze, gdy coś się wydarzy lub może się wydarzyć.

Człowiek mentalnie zmaga się sądząc, że sobie wymyśli rzeczywistość – że się ochroni przed czymś złym, bolesnym. Ale czy tak jest? Nie. Absolutnie nie.

Każdy uzależniony doświadcza tego ale nie chce pojąć, że to czego pragnie uniknąć sam i tak sprowadza do swojego życia. Oporem się przed tym nie uchroni – wręcz przeciwnie.

Jeśli dziecko nie chce iść do szkoły, to może nie pójść. Ale czy to będzie rozsądne? Dla dziecka wydaje się, że tak, bo np. jest zestresowane. Ale czy w rzeczywistości to też dobry wybór? Jakie będą tego konsekwencje? Nie lepiej się rozwinąć i przestać stresować?

Pamiętajmy –

uciekaniem nie rozwiążemy żadnego problemu. Na tej planecie od problemów nie da się uciec.

Problemy są po to, byśmy my rozwiązując je uczyli się, wzrastali, rozwijali. Problemy zmuszają nas do rozwoju, do działania. Tak samo ból – jak boli, to człowiek wyjdzie z apatii i zajmie się problemem. No chyba, że będzie grał ofiarę i opierał się bólowi. A opieranie się bólowi nazywa się cierpieniem.

Dziecko się opiera, bo jeszcze ma opiekunów odpowiedzialnych za nie. Dlatego może sobie pozwolić na opór (co i tak nie jest mądre). Ale jako osoby dorosłe i odpowiedzialne za swoje życie nie możemy już sobie pozwolić na opieranie się. Raz, że nic to nie daje, dwa – spada w ten sposób nasz poziom energii i chęci. Opieranie się to prosta droga do apatii i depresji.

Poza tym –

wszystko czemu się opieramy trwa i rośnie.

Kto z Czytelników opiera się samotności? Ile już lat? I co – minęła? Poprawiło się coś? Kto się opiera jakiejś emocji? I jak? Maleje? Nie ma jej? A może trwa od lat i się nasila? Kto opiera się kłótniom rodziców? I jak? Przestali się kłócić?

Czy jednocześnie opierając się czujemy się lepiej? Czy wewnętrznie nam to pomaga?

Czy kiedykolwiek w ogóle staliśmy się na tyle świadomi, by dostrzec co sami sobie robimy?

Opór to wyrządzanie krzywdy sobie. Kochający, troszczący się rodzic zareaguje, gdy dziecko się opiera, bo nie chce żeby cierpiało. Ale jako osoby dorosłe i odpowiedzialne jeśli sami sobie będziemy sprawiać ból i cierpienie, to będzie to trwało, aż to my nie przestaniemy tego robić.

Tylko głupiec będzie spełniał zachcianki osoby, która robi sobie krzywdę i wywiera w ten sposób presję na innych.

Kiedy uzależniony od np. hazardu przestaje niszczyć sobie życie? Gdy ktoś mu to logicznie wytłumaczy, że nie powinien? Nie. Zazwyczaj przestaje lub zaczyna szukać pomocy dopiero, gdy go to porządnie zaboli. Najczęściej gdy straci bardzo dużo pieniędzy, albo wszystkie i jeszcze swój dom, samochód, etc.

Błędem ludzi jest sądzić, że jak coś działa w wieku dziecięcym, to będzie działać/powinno działać w życiu dorosłym. Tak nie jest. Dorosły człowiek, który zadaje sobie ból, by zwrócić uwagę innych często trafia do szpitala psychiatrycznego lub jest uważany za głupca, szaleńca, odbierany niechętnie lub ignorowany.

Rozwój nie polega tylko na zmianie ilościowej – jesteśmy więksi, silniejsi, możemy nauczyć się więcej, itd. Zmiana przede wszystkim powinna być JAKOŚCIOWA.

Czyli to co dziecinne powinniśmy zastąpić dojrzałym/dojrzalszym. odpowiednikiem. Wiemy co i czym?

Czy opieranie się pustej lodówce napełni ją? Czy opieranie się brakom środków na koncie doda Ci pieniędzy? Czy opieranie się cesze swojej partnerki/partnera zmienia ją, pomaga ją zmienić? Czy opieranie się czemuś we własnym życiu pomaga?

Jeśli już wiemy, że opór nie bierze się znikąd, tylko to nasza postawa względem czegoś – dlaczego się opieramy?

Bardzo dużo ludzi, gdy zdało sobie sprawę, że to oni się opierają, na pytanie “Dlaczego?” odpowiadali – “nie mam pojęcia”. Na tym właśnie polega nieświadome życie i jeden z jego rezultatów – uzależnienie: robimy coś i nie mamy pojęcia dlaczego.

Odpowiedzialność za własne życie to m.in. zdanie sobie z faktu, że za wszystko w naszym życiu odpowiadamy my i nikt inny.

A skoro tak, tylko my możemy to zmienić. Jeśli się zmagamy – możemy przestać. Jeśli cierpimy – możemy przestać. Konieczne jest uświadomienie sobie, że sami to sobie robimy i zastąpić to zdrowiem.

Co się dzieje z materią, na którą coś napiera? Np. silny wiatr wieje na dąb. I co wtedy? Dąb jest cały czas pod napięciem. A jeśli wicher będzie naprawdę silny, to dąb się złamie. Ale już np. giętka wierzba się nie złamie. Ugnie się i po problemie. Czy opór – bycie jak dąb – w jakikolwiek sposób wpływa na wiatr? Absolutnie nie. Wieje niezależnie od dębu. Opierając się więc w najlepszym przypadku zawsze będziemy napięci. I z każdą chwilą rośnie prawdopodobieństwo “złamania”.

Jeśli więc odczuwamy w życiu ciągłe napięcie, to znaczy, że się ciągle czemuś opieramy. I zapewne sądzimy, że to ma jakiś wpływ na świat zewnętrzny. A czy ma?

W pewnym sensie ma – jeśli np. będziemy się opierać jakiemuś zachowaniu naszej partnerki/partnera, to się w końcu zirytuje i dojdzie do kłótni.

Kalibracja potwierdza, że opór nie sprzyja życiu, bo jego poziom zgodności z Prawdą jest poniżej 200. Akceptacja, którą można w ogromny uproszczeniu nazwać “przeciwieństwem oporu” kalibruje się na 350.

350 to poziom, na którym dochodzi do wyjścia z uzależnienia. Natomiast opieranie się prowadzi do uzależnienia i utrzymuje uzależnienie oraz wszelkie inne negatywności w życiu. M.in. dlatego kalibruje się poniżej 200.

To powinno dać do zrozumienia jak kolosalnie błędne i niezdrowe jest opieranie się. Oczywiście ludzie nie wiedzą o tym, bo w większości fantazjują o życiu.

Łatwo zaobserwować, że to czego nie zaakceptowaliśmy nie zmienia się w naszym życiu na lepsze.

Jeśli masz problemy z pieniędzmi, to dopóki będziesz się temu opierać, opierać się przyczynom, opierać pracy, etc., to tego tematu nie poprawisz i nie rozwiążesz.

Już pomijając całkowicie temat energii, chęci, itd., to oczywistym jest, że gdy się opieramy – np. stresujemy się – to dramatycznie degraduje się twórcza praca naszego umysłu. I jeśli pracujemy przykładowo jako programista, to w stanie oporu nie znajdziemy rozwiązania, nie wymyślimy mądrego kodu, popełnimy więcej błędów niż zazwyczaj, etc.

Jeśli chcemy sobie coś przypomnieć, to opierając się nigdy sobie nie przypomnimy. Na siłę też nie. Konieczne jest przestać się zmagać i wtedy natychmiast sobie przypomnimy. To się stanie samo, gdy przestaniemy robić to, co w tym przeszkadza – gdy przestaniemy się opierać.

Opór ma jakikolwiek sens wyłącznie w świecie fizycznym. Napieramy mięśniami. Ale jeśli przepychamy np. szafę napierając na nią, to czy nienawidzimy tej szafy, negatywnie ją oceniamy, wstydzimy się jej, boimy, uważamy się za niegodnych, by do niej wsadzić ubrania?

Napięcie mięśni łagodzi cios fizyczny. Ale to NIE MA przełożenia na mentalność i emocjonalność.

Robienie umysłem tego co robimy mięśniami to kolosalny błąd!

To co działa na poziomie fizycznym egzystencji niekoniecznie będzie działało na innych poziomach!

Inny przykład – głód usuniesz najadając się – czyli poczucie realnej pustki i potrzeby uzupełnisz/zaspokoisz czymś fizycznym z zewnątrz. Ale już emocjonalnego uczucia pustki nie wypełnisz niczym zewnętrznym! Słabej siły woli nie wzmocnisz niechęcią, wewnętrzną walką, napieraniem.

Poza tym – uczucie głodu znika dlatego, bo wynika z realnej potrzeby, która zostaje spełniona. Ale jeśli oglądamy porno, by zniknął stres i on znika, to już bardzo poważnie należy się zastanowić co się stało. Uzależniony ma gdzieś prawdę – dla niego ważny jest efekt końcowy – jeśli zniknęło uczucie, to wszystko jest ok. Ale to prosta droga do degradacji życia i zdrowia.

Opór jest też elementem systemu obronnego ego – jego urojeń na temat rzeczywistości. Nie zgadzając się na rzeczywistość ego sądzi, że ją kontroluje. A to bzdurne, dziecinne, szalone. W najlepszym przypadku naiwne.

Ego sądzi też, że jak coś negatywnie osądzi i stawi temu opór, to jest upoważnione do zmiany tego lub unikania tego. Sądzi, że wie lepiej, co jest dobre, właściwe.

Najlepiej to widać w związkach – to czemu się opieramy w naszej partnerce/partnerze nie tylko nie ulega poprawie ale się nasila. My opierając się zaczynamy jeszcze się tego wstydzić (czyli pojawia się coraz bardziej subtelny atak – uznajemy, że ta cecha źle świadczy o nas), potem obwiniać. W końcu pojawia się gniew, wyrzuty, itd.

Opór to także zwalanie odpowiedzialności.

Najbardziej powszechny i rażący, to niezgoda na pogodę i negatywne jej ocenianie. Patrzymy – nie ma słońca, jest szaro i mówimy sobie, że na dworze jest smutno, depresyjnie. Co jest oczywistą bzdurą. To projekcja naszej emocjonalności i oporu. To nie pogoda źle wpływa na nasze samopoczucie ale opieranie się pogodzie, stawienie się w roli ofiary pogody, osądzanie i projekcja na nią własnej emocjonalności  degeneruje nasze wnętrze.

Człowiek, żeby nie wziąć odpowiedzialności za swoje samopoczucie bardzo chętnie wykorzysta każdy pretekst, by zwalić odpowiedzialność na coś lub kogoś. Człowiek zdrowy i dojrzały tego nie robi.

Jako, że się opieramy czemuś i negatywnie to osądzamy, to automatycznie pozwalamy sobie na projekcję, czyli tym samym zrzucamy odpowiedzialność za swoją percepcję na świat. Uznajemy, że świat jest takim jakim go postrzegamy, co jest przecież zwyczajnym szaleństwem.

Nasze opinie o świecie to nasze opinie. Najlepiej zachować je dla siebie, bo nikogo nie powinny interesować.

Dojrzałe i mądre jest szukanie Prawdy, poznawanie, badanie rzeczywistości.

A nie opiniowanie o niej i sądzenie, że jak nie ma słoneczka, to człowiekowi jest gorzej i że to jest normalne…

Żeby zacząć świat poznawać, badać rzeczywistość i szukać Prawdy, warto poznać naturę tego, za pomocą czego proponujemy to robić. Jaka jest natura umysłu?

Umysłem nie jesteśmy wstanie nawet pojąć radości. Umysły największych ludzi sądzą, że radość bierze się skądś. Że radość można dać i zabrać. To samo ze spokojem, miłością i wieloma innymi aspektami życia.

Łatwo jest coś nazwać – np. miłość emocją i na tej podstawie dalej coś sądzić. Ale co to jest emocja te osoby już nie tłumaczą…

A miłość to nie emocja, tylko to jacy jesteśmy w świecie. A tego nikt nie może nam zabrać ani dać. To w 100% nasz wybór.

Umysł musi najpierw dokonać ogromnego uproszczenia, redukcji, kolosalnego ograniczenia kontekstu, by cokolwiek opisać i zbadać. Bo czy ktoś może zbadać miłość? Udowodnić ją? Opisać? Nikt nie może. Ktoś może tylko patrzeć jak zachowuje się osoba kochająca. Ale to wszystko. Zaś zachowania można przecież udawać.

Jeśli widzimy, że mężczyzna daje kobiecie kwiaty, to jak rozpoznać czy to z miłości, z poczucia winy, czy zwyczajna manipulacja?

Umysł zbada tylko produkcję hormonów, bicie serca, zmiany zachowania, słowa. Czyli to wszystko co powierzchowne, co stanowi ewentualną konsekwencję miłości, a nie ją samą.

Poza tym badanie powinno wychodzić z całkowitej, radykalnej, wręcz brutalnej szczerości i uczciwości. A kto jest tak uczciwy? Co sobie mówimy każdego dnia? Że jest super, gdy nie jest? Jak się nas ktoś pyta jak leci, to co odpowiadamy? Ok? Czy odpowiadamy zgodnie z prawdą?

Jeśli się boimy, a wciskamy sobie kit, że czegoś nie możemy, no to zwyczajne kłamstwo. A ludzie, w szczególności uzależnieni, uwielbiają okłamywać samych siebie. Bo to pozornie bardzo wygodne.

Jeśli nie potrafimy/nie chcemy być szczerzy odnośnie własnego życia, to jak możemy powiedzieć cokolwiek o czymkolwiek innym?

Bo udowadnianie swojego światopoglądu, przekonań i wiary, to nie badanie rzeczywistości.

Jeśli chcesz poznać jak to jest z kobietami, to badaniem rzeczywistości nie jest “jestem gorszy, żadna mnie nie zechce ale spróbuję, zobaczę co z tego będzie”. Najpierw porzuć to całe bzdurne “opancerzenie”.

Badanie to nie dorabianie teorii do założeń. To dążenie do faktów, to gotowość do porzucenia tego, co wiemy i co sądzimy na rzecz tego, co jest Prawdą. Jedną, niezmienną, niezależną od opinii, czasu, kultury, religii, polityki, widzimisie swojego i innych, uczuć.

Przykład – czy gorzki lek jest dobry, czy niedobry? Jaka jest prawda? Jakie są fakty? To bardzo prosty temat – czy gorzki lek jest dobry, czy nie? Co tu jest faktami, niezbitą prawdą, a co własną opinią, gustem, subiektywnym doświadczeniem i niczym więcej?

Jeśli zbierzemy grupę 200 lub 2000 osób i każda z nich stwierdzi, że gorzki lek jest niedobry, to czy to można uznać za fakt? Kiedy opinia staje się  faktem? Kiedy subiektywność staje się obiektywna? Po 200 opiniach? Po 2000? Po 2 000 000?

Odpowiedź brzmi – nigdy. To ZAWSZE pozostaje wyłącznie subiektywną opinią, doświadczeniem.

Mi mnóstwo rzeczy nie smakowało. A gdy porzuciłem przed tym opór i przestałem etykietkować, moje doświadczenie się zmieniło. Co pokazuje jak łatwo jest się robić w jajo. Nawet zupełnie nieświadomie.

Jeśli więc całe życie wydawało się nam od zawsze czarne, straszne, tragiczne, pozbawione sensu, nadziei, etc., to nie jest w ogóle obiektywne.

To co czujemy to efekt tego jak postrzegamy coś/kogoś w świecie. To co utrzymujemy w umyśle – do tego zazwyczaj nieświadomie dążymy i tego doświadczamy. Nie czynią tego myśli, tylko nasze wybory i ich intencje. A czy kiedykolwiek wzięliśmy się za zrobienie wewnętrznych porządków tak jak np. sprzątamy mieszkanie na święta?

Kto się odkleił od emocjonowania się i mentalizowania i postanowił wybrać coś nowego w oparciu o rozsądek? Kto postanowił sprawdzić i doświadczyć, że może nie jest tak źle jak się nam wydaje – czyli jak widzimy w myślach i co czujemy odnośnie świata?

Bo zawsze możemy sobie powiedzieć, że na dworze może użądlić nas osa, więc spacery są niebezpieczne. No i co z tego, że MOŻE? Gdzie są te wszystkie ataki owadów, których się obawiamy? No nie ma. Ja nie widzę za oknem, by ludzie uciekali od stada rozwścieczonych os. Uważamy nasz strach za racjonalny? Siedzi w domu, bo MOŻE nam się stać coś złego? To nie rozsądek, to szaleństwo – projekcja lęku na świat.

Wielokrotnie słyszałem, że ludzie boją się, bo ktoś przecież MOŻE ich pobić… Czy to rozsądne myśli? Nie, to zwyczajna mentalizacja – mentalny rzyg, którym sobie wygodnie usprawiedliwiamy niechęć, lęk, wstyd, traktowanie się jak ofiarę. To bardzo wygodne – “wstydzę/boję się, bo MOŻE się coś mi stać…” Ale czy zakupów też nie robimy, bo MOŻEMY zostać oszukani w kasie?

“Nie będę się uśmiechał, bo mi ktoś może przyłożyć” – czy to słowa człowieka rozsądnego, zdrowego? Nie. A jaką alternatywę widzi taka osoba? Tylko taką – dumę, wywyższanie się.

Więc albo poniża siebie i innych traktuje jako tych złych, groźnych lub odwrotnie – siebie traktuje jako lepszą, a innych jako gorszych.

Zaś nauki – mądrości – o szacunku do życia, akceptacji, współczuciu, równości mają tysiące lat. I nadal nie dotarły do ponad 80% ludzkości. Ludzie nadal wybierają emocjonowanie się.

Pogarda nie sprzyja życiu. Nie sprzyja NASZEMU życiu. Co często inni ludzie dają nam do zrozumienia. Idziemy sobie, rzekomo spokojnie, i to do nas się ktoś doczepi z negatywną intencją. Dlaczego akurat do nas? Bo podświadomie pogardzamy sobą i/lub innymi. A pogarda do siebie czy kogokolwiek to jedno i to samo. To że niczego nie robimy innym nie oznacza, że nie czują podświadomie naszego nastawienia do nich.

Czy my bylibyśmy uprzejmi i przyjacielscy względem kogoś, kto wiemy, że nami gardzi?

Zastanówmy się – czy człowiek normalny, zdrowy gardzi sobą? Nie. Więc dla innych ludzi sprawa ma się jasno – taki człowiek musi mieć do pogardy dla siebie realny powód. I nie jest to powód pozytywny. Dlatego ludzie zaczynają automatycznie odczuwać niechęć, pojawia się wrogość. Wrogość ta często wynika ze strachu. Nie wiedzą co w takim człowieku siedzi i wolą go unikać. A gdy się zbliża, to albo uciekają, albo atakują.

Tak samo z brakiem akceptacji – jeśli siebie nie akceptujemy, no to musimy mieć ku temu realny powód. Bo nikt zdrowy nie będzie sobie ujmował. Dlatego też jeśli podświadomość wypatrzy, że ktoś się nie akceptuje, taka osoba automatycznie staje się podejrzana.

To samo tyczy szukania akceptacji. Jeśli jej szukamy od innych, a tym bardziej wymagamy, to od razu w podświadomości zapala się “czerwone światło”. No bo czy człowiek najedzony szuka jedzenia? Nie. Więc człowiek, który szuka akceptacji musi jej nie mieć dla siebie.

Czy żebrakom chętnie dajemy pieniądze? Zapewne nie. Mówimy sobie “lepiej by się wziął za robotę pasożyt jeden”. No to mniej więcej wiemy już jak inni reagują na szukanie akceptacji.

Dlatego też akceptacja siebie takimi jakimi na razie jesteśmy oraz akceptacja swojej sytuacji to najlepsze co możemy dać i sobie, i innym.

A akceptacja to nie apatyczna zgoda.

Ok, jedziemy dalej z listą nr 3.
3) Oto co jest do zaakceptowania/gotowość do zaakceptowania czego jest ważna:
Wola Boża, ewolucja życia – całej kreacji, wpisane w każdą formę jej limitacje, wybory, sytuacje, to czym dysponujemy, ego i jego problemy, dar Życia, świat jako Kreacja, śmiertelność/zmienność wszystkiego, Święta/Boża Obecność, Miłość Boga, współczucie i litość, potrzeba zmiany, wewnętrzna dyscyplina.

SYTUACJE

Mało kto w ogóle rozumie, że brak akceptacji tego co już zaszło to wyraz raczej niedojrzałości i głupoty, niż mądrości. Jeśli do czegoś już doszło, to takie są fakty, taka jest rzeczywistość. Akceptacja tego to pierwszy krok do zmiany jeśli się to nam nie podoba.

Mówiąc “głupota” nie mam na celu nikogo obrazić. Nazywam w ten sposób niski jakościowo sposób postrzegania świata i podejścia do niego. To dlatego ważne, by nazywać to po imieniu, bo głupie podejście do świata zawsze wiąże się z negatywnymi konsekwencjami.

Opór czemukolwiek to błąd. Bo człowiek sądzi, że jak się nie oprze, to automatycznie oznacza to, że nie zmieni tego, co mu się nie podoba. No ale ja się pytam – dlaczego nie? Aby coś polepszyć w swoim życiu musi zacząć nas to boleć? Musimy cierpieć z tego powodu?

Jeśli czegoś nie chcemy, to nie zmienimy tego oporem, tylko twórczym działaniem. Trzeba przestać stawiać opór, bo to kompletnie niedojrzałe, nieefektywne i po prostu głupie. A jak poucza mądre powiedzenie – “za głupotę się płaci”. Człowiek, który jest odpowiedzialny, zapłaci tę cenę ale zmądrzeje. Oznacza to, że ta “zapłata” jest inwestycją. Człowiek nieodpowiedzialny będzie się zmagał nawet latami z tym, co da się rozwiązać w 5 minut.

Jak zamierzamy zmądrzeć? Tylko czytając o świecie? Fantazjując, że wszystko się nam udaje? Jak zmądrzeć – doświadczając, biorąc odpowiedzialność za swoje decyzje i ich konsekwencje. Dokonując korekt, gdy popełnimy błędy.

Nie ma tu miejsca na wstyd, obwinianie się czy użalanie.

Warto korzystać z doświadczenia innych. Ale nigdy nie możemy unikać własnego doświadczania.

Jak boli Cię ząb, to się opierasz i tyle? Nie. Problem rozwiąże jak najszybsze udanie się do dentysty. Zaś akceptacja bólu zminimalizuje nieprzyjemne doświadczenie.

Akceptacja jest mądra. Opór jest głupi.

Możesz być w towarzystwie ludzi negatywnych i opierać się non stop temu, co mówią. Czy to Cię ochroni przed negatywnym wpływem i programowaniem? Absolutnie nie. Ochroni Cię świadomy wybór tego w co chcesz wierzyć i opuszczenie, a najlepiej całkowite unikanie takiego towarzystwa.

Niemniej – jeśli już doszło do jakiejś negatywnej sytuacji, to co nam pomoże? Emocjonowanie się? Mentalizowanie o niej? A może akceptacja, zdroworozsądkowa analiza z intencją jak najszybszego rozwiązania problemu?

Oglądający porno, i zresztą każdy inny uzależniony, mówią, że uciekają od życia, od problemów, od odpowiedzialności. Ale mi nikt jeszcze nie wyjaśnił na czym polega ta ucieczka?

Ucieczka od czegoś oznacza, że problem jest gdzieś w świecie, a my się od niego fizycznie oddalamy. Dystansujemy się, co stanowi pewną formę rozwiązania – bo jeśli spotkamy niedźwiedzia w lesie, to ucieczka jest jak najbardziej wskazana i rozwiąże ten problem. Niedźwiedzia nie trzeba zabić.

Ale od czego ludzie sądzą, że uciekają? Od własnego życia, problemów w nim (do których sami doprowadzili), od odpowiedzialności, od emocji, od myśli. Niech mi ktoś powie – jak można od tego uciec?

A nawet jeśli problemem byłby cieknący kran, to znaczy, że uciekamy jak najdalej od tego kranu. Ok – ale jeśli cieknie nam nasz kran w naszym domu, to czy ta ucieczka jest mądra?

Jeśli stanie nam samochód na środku drogi, to czy ucieczka od tej sytuacji jest mądra? Jest wskazana? Czy rozsądnym jest zostawić ten samochód tam gdzie się zepsuł i tyle?

Jeśli złamiemy sobie rękę, to czy rozsądnym jest uciekać od tego faktu? Wypierać go, udawać, że ręka jest sprawna i nic z nią nie zrobić? I jeszcze próbować żyć tak jakby była ok? Uważamy to za mądre? To spróbuj się ubrać mając złamaną rękę…

Kiedy rozwiążemy ten problem? Gdy zaakceptujemy sytuację i zgłosimy się do szpitala – wtedy ZATROSZCZYMY się o własną rękę. Oczywiście możemy też tego nie zaakceptować, zmagać się, narzekać, użalać, grać ofiarę, denerwować się – nasz wybór. Ale czy to w jakikolwiek sposób pomoże?

Jeśli zachorujemy to co jest rozsądnym, mądrym działaniem? Walka, zmaganie? Który lekarz to nam zaleca na przeziębienia, grypę? Który lekarz kiedykolwiek powiedział “musi pan/pani walczyć z katarem”? Ewentualnie usłyszymy “proszę się nie poddawać”. Co lekarz ma na myśli? Ano to, byśmy nie użalali się, nie grali ofiary, nie opierali się, nie wpadali w apatię, w poczucie bezsilności. A nie durnie walczyli nie wiadomo jak, nie wiadomo z czym.

Jeśli usłyszymy “musi pan/pani być silny/a” to nie oznacza, że mamy nienawidzić choroby. Nienawiść osłabia! Gdy lekarz nam mówi, że musimy być silni, mówi nam, że mamy nie zachowywać się jak idiota. Bycie idiotą to nie siła, tylko słabość. Granie ofiary, użalanie się, narzekanie, obwinianie to nie siła, tylko słabość.

Pierwszym krokiem do zmiany jakiejkolwiek sytuacji jest jej akceptacja. Bez wstydu, bez winy, bez żalu, bez strachu.

Patrzymy na fakty. Nazywamy je. Nie mentalizujemy, nie emocjonujemy się. Oznacza to, że musimy wybrać jaka będzie nasza postawa:

– Odpowiedzialność i rozsądek.

Lub…

– Granie ofiary i mentalizowanie, emocjonowanie się.

Istnieje jeszcze trzecia opcja nazywana najczęściej niepewnością. Czyli niezdecydowaniem kim jesteśmy – autorem i człowiekiem odpowiedzialnym za swoje życie, czy ofiarą – tym, komu się życie przytrafia i nic nie może z tym zrobić.

Jeśli złamałeś/aś sobie nogę i pierwsze co robisz to szukasz winnych, to w moich oczach to zachowanie idioty lub szaleńca. Jeśli ktoś wybiera zamiast zdrowia i życia – tego co je wspiera, atak, nienawiść, czyli to, co życiu nie sprzyja i często poprzedza jego odebranie, to dla mnie to szaleństwo.

Jeśli mamy problemy erekcją lub przedwczesnym wytryskiem, to jaka postawa wobec tego jest odpowiednia na podstawie tego, co napisałem?

Strach? Wstyd? Żal? Obwinianie się? Opór? Mentalizowanie o tym godzinami każdego dnia? Ucieczka od kontaktów seksualnych? A czy nie jest tak, że do problemów z erekcją doprowadziło wieczne banie się, stresowanie, martwienie, wstydzenie, użalanie, obwinianie, etc.?

Kiedy zmądrzejemy? Kiedy dojrzejemy emocjonalnie?

Pamiętajmy, że do akceptacji nie możemy się zmusić.

Dlatego napisałem, że sama gotowość do tego, czyli intencja, jest krytycznie ważna.

Bo akceptacja to porzucenie wszystkich negatywności – emocjonowania się, mentalizowania, opiniowania, osądzania, walki, zmagania, oporu.

A żeby to zrobić, to musi się najpierw ujawnić – stać się świadome. Ludzie tego nie rozumieją i dlatego bardzo często dostaję wiadomości typu – “Piotrze, trudno jest mi XYZ zaakceptować” lub “Nie mogę XYZ zaakceptować”.

Akceptacja to stan naturalny, niewymuszony, pozbawiony egoistycznego, durnego mentalizowania na temat rzeczywistości. Aby się pojawił, trzeba zrezygnować z tego, co go ogranicza. A ludzie z jakichś przyczyn nauczyli się cały czas unikać, uciekać od, wypierać, projektować na świat to wszystko, co im się w nich nie podoba. Przez to nie mogą się tym zająć.

A zrezygnowanie z tego, to rezygnacja z tego, co nie jest zdrowiem i co ogranicza naszą energię, chęci.

Błędem ludzi, którzy się opierają jest również to, że opór sam z siebie to niechęć. Jeśli czegoś nie chcemy i opieramy się temu, to nigdy nie pojawi się w nas ani chęć, ani energia, by to zmienić, by o to zadbać! Dlatego ludzie blokują się, paraliżują, czują niemoc. Gdyż sami sobie ją odbierają opieraniem się.

Zapytajmy się – czy drapane, rozdrapywane rany fizyczne znikają? Goją się? Czy zajmowanie się nimi w ten sposób pomaga w ich wyleczeniu? Oczywiście że nie. Zazwyczaj nie tylko rana staje się coraz bardziej paskudna ale może też wdać się zakażenie.

Z przypadku ran emocjonalnym i mentalnych jest dokładnie tak samo. Ani ucieczka, ani tym bardziej walka z nimi nie uzdrowi ich. Bo żadna ilość czasu nie wyleczy zaniedbanych, zabrudzonych ran! I to jeszcze takich, w których coś tkwi.

Jeśli więc czekasz na lepsze samopoczucie, aż minie strach ale się opierasz lub trzymasz strachu, to nigdy nie minie. Twoje samopoczucie wtedy nigdy nie ulegnie poprawie. Energia się nie pojawi. Bo nie wyraziłeś/aś intencji odpuszczenia negatywności.

Aby więc poradzić sobie z jakąkolwiek zewnętrzną sytuacją, najpierw trzeba poradzić sobie z sytuacją wewnętrzną.

Zaś od zewnętrza nie uciekasz, nie wypierasz faktów, nie bawisz się w fantazjowanie o rzeczywistości. Bo żadnego problemu nie naprawisz udając, że go nie ma.

Jeśli więc czujesz opór, to nie wmawiaj sobie, że nie możesz. Zastanów się czego tak naprawdę NIE CHCESZ? Strach to poziom 100. Apatia to poziom 50. Więc samo przyznanie się, że możesz ale się boisz to już KOLOSALNY wzrost świadomości o 50 punktów (a więc też wzrost w ilości i jakości energii jaką dysponujesz)!

Jako, że ludzie w całym życiu średnio wzrastają w świadomości o 5 punktów, to ten jeden akt odwagi, szczerości, uczciwości i gotowości do zmierzenia się z prawdą już wznosi Cię 10-ciokrotnie wyżej!

A gdy już wiesz, że możesz, tylko się boisz, to przecież wiesz też, że strach możesz uwolnić, racjonalnie przeanalizować czego się boisz i czy istnieje realne zagrożenie.

Przykładowo jeśli uświadomimy sobie, że boimy się odrzucenia przez kobietę, no to już wiemy nad czym pracować. Co to jest to odrzucenie? No nic. Zupełnie nic. Całą wartość i znaczenie my temu nadaliśmy. Czego się więc boimy? Najczęściej odczucia wstydu i winy.

Więc wcale nie boimy się sytuacji, tylko związanych z nią odczuć. A co robić z emocjami, by nie bolały? Zaakceptować, wziąć odpowiedzialność i uwalniać. Przestać traktować się jak ofiarę emocji.

W ten sposób można przepracować każdy problem. I należy to robić.

TO CZYM DYSPONUJEMY

Człowiek niedojrzały fantazjuje jakby to było mieć sprawne ciało, partnerkę, seks, pieniądze, etc. Kompletnie nie zajmuje się tym co ma – albo się temu opiera, negatywnie ocenia, nienawidzi, wstydzi, wini, żali, albo ucieka, wypiera to. I wybiera fantazjowanie.

Najlepiej widać to na przykładzie ciała – nawet jeśli zaczynamy ćwiczyć, to dopóki nie zaakceptujemy swojego ciała, będzie nam bardzo trudno, niepotrzebnie trudno. A zazwyczaj człowiek, który swojego ciała się wstydzi, nie dba o nie i nawet coraz bardziej zaniedbuje. Przykładowo podjadając, gdy odczuwa tzw. “pustkę” myloną z głodem. Zaś ta “pustka” to opieranie się. Nie tylko ciału ale też emocjonalności.

Czy tak naprawdę zmagamy się wtedy z czymś zewnętrznym – z ciałem? Nie. Zmagamy się z tym, co czujemy na jego temat – ze wstydem, strachem. A co czujemy? To, co MY uważamy na temat własnego ciała.

Bezsensownym zmaganiem nie zajmujemy się przyczynami całego problemu – własną świadomością i kontekstem w jakim postrzegamy własne ciało.

Automatycznie nasze ciało stawało się coraz bardziej zaniedbane, gdy zamiast akceptacji zmagaliśmy się, uciekaliśmy od naszych emocji.

Jeśli nie zaakceptujemy skaleczenia, to jaki jest dalszy scenariusz? Niepotrzebne cierpienie, zaniedbywanie tej rany, próby jej zakrycia, itd. Czyli to wszystko co nie sprzyja jej zagojeniu.

Ludzie nagminnie mylą akceptację z apatią.

Apatia to uznanie się bezsilnym/bezsilną wobec czegoś. Akceptacja to porzucenie oporu, niechęci, etykietek, osądzania, oceniania.

Akceptacja to mądre nastawienie do zastanej rzeczywistości. Akceptacja pozwala nam mądrze podejść do tego, rozwiązać to w stopniu możliwym do rozwiązania. Bo zachowujemy spokój, mamy energię, nie cierpimy. Apatia to zaprzeczenie tego wszystkiego.

Różnica w niezrozumieniu jest taka sama jak z upokorzeniem i pokorą.

Upokorzenie to uznanie, że straciliśmy przez coś/kogoś wartość i trzymanie się wstydu. To takie przedstawienie sobie sytuacji, po którym możemy tylko cierpieć i odczuwać wstyd. To także uznanie się za ofiarę sytuacji zewnętrznej. Pokora czyni nas niewrażliwymi na upokorzenie i wszelkie inne formy psychicznego ranienia. Więc różnica jest “dość spora”.

Jeśli mamy nos jak kartofel, to pełna akceptacja tego, porzucenie oceniania, osądzania siebie na podstawie tego nosa, uwolnienie wstydu, winy, żalu, oporu spowoduje, że niezależnie co usłyszymy od innych na temat naszego nosa w ogóle nas nie dotknie. No bo ktoś nam powie, że mamy nos jak kartofel… Ok, to już wiemy! Nic nowego! Albo ktoś powie, że nigdy nikogo sobie nie znajdziemy przez ten nos. No i co wtedy? Wiemy przecież, że to są bzdury. Bo jeśli my zaakceptowaliśmy nasz nos i jest nam z nim ok, to znajdą się ludzie, którym też nie będzie przeszkadzał. Możemy więc tej osobie współczuć, że ma takie marne wyobrażenie o świecie. Zapewne tak samo negatywnie ocenia coś w sobie.

Tym samym akceptacja tego czym dysponujemy jest wyrazem mądrości. Bo – ponownie – niczego nie można zaakceptować na siłę. Można tylko odrzucić ocenianie, osądzanie, odkleić się od emocjonowania i mentalizowania na ten temat.

Jeśli za problem uważamy nasz nos i to że źle o nas świadczy, bo jesteśmy brzydcy czy nieatrakcyjni – to czy to robi nam nos, czy my sami? Oczywiście my sami. Więc my popełniamy głupotę i to bardzo chętnie.

Innymi słowy – własne postrzeganie siebie to naśladownictwo idiotów lub ludzi negatywnych. A skoro naśladujemy takich ludzi, nie dziwmy się, że jest nam źle w naszym życiu. Mądrość to naśladowanie ludzi mądrych.

A kto to jest człowiek mądry? Np. taki, który tym jak żyje sprzyja życiu i dobru. Osądzanie nie sprzyja życiu. Wstydzenie nie sprzyja życiu. Obwinianie nie sprzyja życiu. Użalanie się nie sprzyja życiu. Opieranie się nie sprzyja życiu. Granie ofiary nie sprzyja życiu.

Pytanie brzmi – dlaczego my tak chętnie wybieramy wstydzenie się czegoś w naszym ciele, życiu, etc.?

Przecież to oczywiste, że wstydząc się czy obwiniają kogokolwiek za to jest nam bardzo trudno poprawić ten obszar.

To co jednak właśnie bardzo ważne to akceptacja tego, czym dysponujemy i czego zmienić nie możemy – jak np. wspomniany “kartoflany nos”. ;)

Zapytajmy się – czy niechęć, opór względem tego co mamy i czego zmienić nie możemy jest mądra? Ja uważam, że nie.

Ktoś może mi powiedzieć – “No łatwo Ci Piotrze mówić ‘zaakceptuj’, gdy ojciec bił mnie przez całe dzieciństwo, nigdy niczego nie nauczył i jeszcze pił”. Ok ale właśnie w tym cały problem – w tym jak to nadal postrzegamy, traktujemy, czego się trzymamy względem tego – mentalizacji i emocjonowania się tym.

A jeśli nie możemy zmienić naszej przeszłości i rodziców, to co możemy zmienić? To jak to postrzegamy, jakie mamy względem tego nastawienie, W JAKIM KONTEKŚCIE to umieszczamy.

Możemy przestać cierpieć, wracać do tego (nieraz wielokrotnie każdego dnia), emocjonować się tym. Możemy w pełni się pogodzić, odczuć spokój, a nawet wdzięczność! Czy to mało?

EGO I JEGO PROBLEMY

Najpierw – ego – co to jest?

Ego to Ty. Twój dotychczasowy poziom rozwoju. To to kim jesteś, za kogo się uważasz. To wszystko z czym się identyfikujesz i utożsamiasz. To także zawartość Twojej podświadomości.

Ego w innych kulturach/religiach nazywane jest też karmą. Ego to karma. To jedno i to samo.

Ego to więc też Twoja przeszłość, której możesz nie pamiętać, jak i jej konsekwencje.

W największym uproszczeniu, dla ponad 80% ludzkości ego to ich ciało i umysł. I przeżycie ciała oraz umysłu to dla tych osób najważniejszy priorytet – główna dyrektywa ich obecnego życia.

Przykład – jako, że sądzą, że emocje mogą ich przytłoczyć, pochłonąć, robią co mogą, by ich nie czuć. Są w stanie oddać wszystko co nie jest ciałem i umysłem, byle tylko od nich uciec. A jeśli ta ucieczka zawiera w sobie uciechę fizyczną – tym lepiej.

Jeśli sądzimy, że po alkoholu nasz umysł wydaje się być cichy, spokojny, to będziemy sięgać po alkohol zawsze, gdy nasili się mentalizacja. Bo uważamy, że w ten sposób pomagamy sobie, czyli umysłowi. Ale czy to pomoc, czy szkoda?

Jeśli boli nas ręka i ktoś nam ją odkroi to nam pomógł?

Ego jest wspaniałym mechanizmem – dzięki niemu uczestniczymy w życiu fizycznym. Bez niego nie byłoby to możliwe. Można powiedzieć, że jego zalety są oczywiste.

Ale dla większości populacji problemy ego nie są zdaje się w ogóle dostrzegalne. Ani rozumiane.

Przykładowo religie nazywają te problemy grzechami. Więc są świadome tych problemów i je zaznaczają. Tylko nie podają rozwiązań jak sobie z nimi poradzić. Ego nazywają złem, co też jest dziecinnym uproszczeniem i bzdurą wynikającą z niezrozumienia.

Załóżmy, że często się gniewamy. Religia rozpoznaje w gniewaniu grzech – błąd. Dlaczego? Bo jeśli na coś reagujemy gniewem, a nie spokojem, to znaczy, że albo wobec tego czujemy się bezsilni, albo ukrywamy jakiś ból. O tym w religii już nie ma słowa. Jest tylko zajmowanie się gniewem, a nie jego przyczynami. Ale osądzenie gniewu jako złego ani trochę nie załatwi sprawy, a może bardzo zaszkodzić, gdy ktoś nadal będzie się gniewał, a przez to wstydził i obwiniał.

Jakoś religie skupiają się tylko na tym, co nas czeka po śmierci. Człowiek sądzi, że się musi wymęczyć i że życie na Ziemi nie ma sensu, bo dopiero po śmierci czeka nas raj (lub nie). To karygodne, durne, chore. Nauki zarówno Jezusa Chrystusa, Buddów jak i innych Awatarów dotyczyły tak samo mocno “życia po śmierci” jak i życia w fizyczności. Kierowanie się nimi to gwarant, że nie będziemy cierpieć i rozwiążemy swoje problemy.

Łatwo sobie o tym czytać i fantazjować jacy to jesteśmy dobrzy i kochający. Gorzej gdy pojawiają się sytuacje wystawiające nasze przekonania o sobie na test. Wtedy dopiero widzimy, że wcale nie jest z nami tak różowo. Dlaczego trudno się tak żyje wynika najczęściej z nieświadomości, braku intencji i pogubieniu się w problemach jakie ma ego.

Problemów tych nie przedstawiam w żadnej konkretnej kolejności. Dowolny z nich może dominować w naszym życiu i bardzo przeszkadzać.

Pierwszym, podstawowym problemem ego jest to, że uważa się ono za źródło życia. Przykro mi ale nikt nie jest źródłem własnego życia. Ani tym bardziej jego umysł, lęki, braki, pożądanie, fantazje, etc. To wszystko UTRUDNIA życie. Degraduje jego jakość. Często prowadzi nawet do chorób.

Bo ciało odzwierciedla to, w co wierzymy. Jeśli ktoś mi nie wierzy, no to przecież wystarczy, że uznasz, że w rozmowie z kobietą istnieje jakieś zagrożenie i Twoje ciało będzie przy kobietach napięte jakby Cię miały zadźgać na miejscu… A kiedy ciało się rozluźni? Gdy zaakceptujemy sytuację i każdy możliwy scenariusz. Wtedy mamy tzw. “wywalone” i jest nam dobrze. Widzimy więc, że my sami wpływamy na ciało. Uznanie się za ofiarę ciała jest więc dużym błędem.

Co jest więc źródłem naszego życia? Warto się nad tym zastanowić. Są ludzie, którzy żyją w totalnym ubóstwie, bez żadnych środków, wliczając leki i opiekę lekarską. A i tak przeżywają.

Człowiek, który się zmaga, stresuje, martwi, zmusza, podejmuje decyzje na bazie strachu sądzi, że przeżywa dzięki temu – że to jest rozsądne i że sprzyja jego życiu. Ale czy tak jest? Czy takie życie można uznać za szczęśliwe? Czy jesteśmy jak psiak merdający ogonem na nasz widok i rzucający się na nas, bo ma w sobie tak wiele radości, że nie może jej całej w sobie utrzymać? Pewnie nie.

Więc nasza energia jest kolosalnie ograniczona. A wraz z nią radość, spokój, poczucie szczęścia i spełnienia. Oczywiście dalej sobie to tłumaczymy – że jeszcze nie znaleźliśmy tego, co kochamy robić i dlatego nie odczuwamy radości. Albo stało się coś strasznego w świecie (lub może się stać) i dlatego nie odczuwamy radości.

Jednak gdy rozmawiam z ludźmi, to bardzo wielu z nich pragnie wrócić do radosnej beztroski – do stanu, gdy byli dzieckiem. To jak żyją jako osoby dorosłe nie odpowiada im. Chcą to zmienić ale nie wiedzą jak. W zmaganiu, stresie, napięciu, zamartwianiu się wcale nie widzą niczego dobrego.

Radość jest dla nich jakby poza zasięgiem.

To pokazuje, że utrzymując i kierując się negatywnościami nie czują się żywi. Gdyby więc one życiu sprzyjały, czulibyśmy się żywi. A skoro się tak chętnie tego trzymamy, a jest nam coraz gorzej, to widać, że ego pojęcia nie ma co jest dla życia dobre. Więc tym bardziej ego nie może stanowić źródła życia. Bo cały czas je uzależnia od czegoś.

Ego wszystko uzależnia od świata – zarówno cierpienie jak i szczęście. Co samo w sobie stanowi dowód, że ego pojęcia nie ma jak wygląda rzeczywistość. Mówiłem wielokrotnie – gdyby np. praca była źródłem stresu, to każdy w tym miejscu pracy byłby zestresowany. A tak nie jest.

Źródłem życia i przeżycia nie jest też umysł. Bo gdyby był, to byśmy wszyscy umarli pierwszej nocy podczas snu.

Aby dostrzec co sprzyja życiu i jest jego źródłem, warto przesiać to, co naszemu życiu nie sprzyja. Zrobić tego listę i odpowiednio, mądrze zająć się każdym jej elementem.

Drugi problem ego – sądzi, że zna rzeczywistość, fakty. Że rozumie rzeczywistość i że ją może poznać.

Wielokrotnie mówiłem, że WSZYSTKO na tej planecie jest SUBIEKTYWNE.

To niewyobrażalnie ważne, by to zrozumieć. Niejeden uzależniony się mnie pytał – “Dlaczego ja jestem uzależniony i mam ze wszystkim problem, wszystkiego się boję i wstydzę, byle co jest dla mnie trudne, a np. Hugh Hefner też był uzależniony, a on tyle osiągnął i otaczał się pięknymi kobietami?”

Właśnie dlatego, bo wszystko jest subiektywne. A uzależnienia dotyczą ludzi w bardzo szerokim spektrum rozwoju. Czasopismo Playboy za życia Hugha Hefnera kalibrowało się na poziom 310. On sam nieco poniżej. Wyzdrowienie z uzależnienia (gdy taka jest nasza intencja) przychodzi zazwyczaj od poziomu 350. Jako, że on był poniżej 300, mógł wiele osiągnąć ale mimo to być nieszczęśliwy i uzależniony.

To pokazuje, że dopóki nie zaakceptujemy, że jesteśmy uzależnieni, nie można z tego wyzdrowieć. Bo akceptacja to poziom 350.

Zaś większość uzależnionych zaczyna swoją ścieżkę od poziomów 100-150. To poziom większości uzależnionych na tej planecie. A to poziomy strachu, wiecznego pożądania i gniewu. Uzależnieni często spadają też we wstyd, winę i apatię. Każdego dnia odczuwają całe spektrum emocji – od wstydu, po pożądanie, aż do gniewu i dumy. Ponad to albo bardzo rzadko np. odwagę, albo nic.

Więc sam fakt uzależnienia jeszcze to za mało, by poprawnie ocenić swoją sytuację. Jedno jest pewne – zaniedbane uzależnienie sprowadzi nas do poziomu rozpaczy i tam zatrzyma. Więc im szybciej zaakceptujemy własne uzależnienie, tym szybciej będziemy mogli zacząć pracować nad sobą.

W świecie widzimy wyłącznie swoje projekcje – emocjonalność i opiniowanie. Doświadczamy tego, co sami w sobie utrzymujemy. Odczuwamy w zgodzie z tym, jakie znaczenie i wartość nadaliśmy własnym doświadczeniom.

W poprzednim artykule wyjaśniałem to na przykładzie krokodyla. Dopóki krokodyl nie zrobi nam krzywdy, wszystko ok. Ale wystarczy, że zje naszego ulubionego pieska, nagle krokodyle stają się złe i trzeba je zwalczać. Oczywiście wtedy wydaje się nam to też usprawiedliwione, gdyż cierpimy przez stratę. Ale czy krokodyle się zmieniły? Dlaczego nagle pragniemy ich śmierci? Bo nie podoba nam się jakie są? Ale to nasz problem. Krokodyle były na świecie długo przed nami. To my powinniśmy zrozumieć ich naturę i się dostosować. Innymi słowy – uważać.

Dlaczego to jest ważne powinni najlepiej rozumieć uzależnieni. Nie podobają się im ich emocje, więc zaczęli je zwalczać za wszelką cenę. Zaś to doprowadziło do poważnej, strasznie niebezpiecznej choroby, degradacji zdrowia, rozpadu związków, utraty pracy i wiele więcej.

Poza tym widzimy co najwyżej to jaką mamy intencję – co chcemy zobaczyć, czy/w jakim stanie emocjonalnym coś postrzegamy, czyli z jakiego poziomu i w jakim kontekście wybraliśmy to widzieć.

Czy to co widzimy na jakiś temat, to takim jest? Absolutnie nie.

Kolejnym kolosalnym nieporozumieniem jest branie do siebie zachowań innych ludzi. Np. dziecko sądzi, że rodzic nie kocha go. Więc niedojrzałość, negatywność rodziców bierze do siebie i/lub uważa, że to przez niego – przez to jakie jest (najczęściej uznaje się za niewystarczające, złe, niegodne miłości czy akceptacji, etc.). To też głupota. Rodzic jest taki niezależnie od nas. To nie przez nas.

Jeśli uznaliśmy, że ktoś się jakoś zachowuje lub jakiś jest przez nas, no to sami robimy się w konia. I dlaczego? Bo to mechanizm dziecka – dziecko z miłości bierze na siebie zachowania rodziców sądząc, że w ten sposób pomoże. Sądzi, że jak uzna, że coś jest przez niego, to innym będzie lepiej. Ale nie pomaga i samo przez to cierpi. W życiu dorosłym warto przestać tak robić. Dzięki temu sami otwieramy się na współczucie, akceptację, wybaczenie i miłość. TO pomaga. A nie granie ofiary.

Bo dokładnie to jest ten mechanizm nazywany “strachem przed odrzuceniem” np. przez obcą kobietę lub kogoś, na kim nam zależy. Najpierw sami się odrzucamy – nie akceptujemy – i dokonujemy projekcji wstydu, winy, żalu, strachu na kogoś innego. Gdy usłyszymy od takiej osoby “nie”, stanowi to dla nas potwierdzenie tego, co już sami utrzymywaliśmy czy zakładaliśmy na swój temat. Więc uznajemy, że taka jest rzeczywistość. Ale nigdy nią nie była. To tylko nasze subiektywne doświadczenie oparte o nasze opiniowanie i decyzje. I sami tym jak się traktujemy utrudniamy innym, by traktowali nas lepiej.

Trzeci problem – chęć kontrolowania wszystkiego. I wszystkich.

Po co nam ta kontrola? Sądzimy, że jak przestaniemy kontrolować ludzi, zdarzenia, życie, to się wszystko rozsypie w drobny mak? No to “reality check” – świat nie rozpadł się przed Twoimi urodzinami i nie rozpadnie się po Twojej śmierci. Nie rozpada się też jak śpisz. Próby kontroli to robienie problemów sobie.

Nie spotkałem się jeszcze z osobą kontrolującą, która byłaby szczęśliwa i spokojna.

Bo tak naprawdę pragniemy kontrolować nie z rozsądku, tylko ze strachu. Spodziewamy się, oczekujemy czegoś strasznego, jakiejś straty. Z tego samego powodu ludzie trzymają się pragnień, pożądania i sądzą, że to pomaga im je zrealizować. A to totalne nieporozumienie.

Przypomnijmy sobie – czy lubiliśmy gdy nas starali się kontrolować rodzice – gdy pytali co robimy, gdzie idziemy, kiedy wrócimy, dzwonili na imprezach czy przypadkiem nie robimy czegoś głupiego, etc.? Czy było nam lepiej? Czy kochaliśmy ich za to? Nie. Kochaliśmy ich POMIMO TEGO.

Łatwo pomylić chęć kontroli z troską. Ale jedno i drugie to przeciwne kierunki. Troska to rozsądek, miłość. Próby kontroli to strach i poczucie winy.

Nie tylko tym, których staramy się kontrolować jest przez to gorzej. Ale tym, którzy kontroluję również. Bo nigdy nie czują się bezpiecznie, spokojnie. Cały czas mają poczucie braku, które wyprojektowują na innych. I gdy inni nie spełnią ich oczekiwań, to się denerwują, użalają, obwiniają, “zawodzą/rozczarowują”, czyli odstawiają dramatyczny teatrzyk, próbując toksycznie wywrzeć wpływ na innych.

Błędem prób kontroli jest to, że są one kompletnie nieracjonalne, a to oznacza, że bardzo dalekie od natury rzeczywistości. Czy próby kontroli efektów swojej pracy ma sens? Nie. Na efekty wpływasz jakością swojej pracy, a nie jakimiś urojonymi próbami kontroli.

Czy własne dziecko można kontrolować? Nie. Można tylko uczyć je, dawać przykład i pomagać, być z nim, gdy popełni błąd. A jeśli dziecku nie pozwolimy popełnić błędów, to nie tylko nie rozwinie się w stopniu w jakim by mogło ale zapewne wobec popełniania błędów będzie miało kolosalnie niepoprawne podejście. Przez co będzie mu trudno w życiu dopóki się tym nie zajmie.

Od naszego dziecka po zupełnie innych ludzi – próby ich kontroli doprowadzą nas do frustracji, zawodzenia się, żalu, napięć, nerwów, itd.

Czwarty problem – wieczne mentalizowanie, opiniowanie o wszystkim.

Jak mówiłem – ego to nasz poziom rozwoju. Niski poziom rozwoju charakteryzuje się m.in. ciągłym hipnotyzowaniem się bezosobową, niekończącą się mentalizacją. Bo człowiek sądzi, że to on myśli i że te myśli odnoszą się do rzeczywistości.

Jeśli mamy stłumioną winę, wstyd, dumę, to w tej mentalizacji zawierać się będzie ciągła krytyka, osądzanie innych oraz samych siebie.

Takiej osobie oczywiście wydaje się słuszne osądzić kogoś – “Jak ta kobita wygląda!? Co ona na siebie włożyła!?”

No i uznaliśmy kogoś za gorszego. I co nam to dało? Nic pozytywnego. Przez moment czujemy dumę. A potem uciekamy od podświadomej winy i wstydu, gdyż wyprojektowany osąd jest jedynie tym, co robimy sami sobie.

Ego, jak każdy na niskim poziomie rozwoju, jest przywiązany do myślenia. Oczarowuje się myślami bardzo chętnie jak ulubionym serialem w telewizji. Aby przestać nie ma innej drogi, niż generalny rozwój jako istota ludzka. Odklejenie się od myślenia, praktykowanie życia spokojnego, rozsądnego. Nauka ignorowania myśli i skupianie się na realizacji celu. Dostrzeżenie bezsensu wiecznego wpatrywania się w myśli.

To problem ego, bo to wpatrywanie się nazywane, żeby brzmiał bardziej sensownie – “myśleniem” nic zupełnie nie daje człowiekowi. Nic. A jeśli uciekamy w to “myślenie” od emocji lub jakichś problemów, no to i konsekwencje będą coraz bardziej opłakane.

Piąty problem – dualizmy.

Ego nie może stworzyć żadnej opinii o świecie nie tworząc jednocześnie przeciwieństwa tej opinii.

Innymi słowy – jeśli uznamy coś za dobre, to automatycznie szukamy dla tego przeciwieństwa, można rzec – wroga.

Jeśli uznamy coś za złe – to samo – szukamy tego, co stanowi przeciwieństwo.

A to ślepy zaułek. Bo jeśli uznamy np. nasz wstyd za zły, to automatycznie w naszych oczach stanie się dobre, wartościowe, cenne, ważne to, co wstyd wg nas (lub wg kogoś innego) usunie. Nawet na moment. Nie dlatego oglądamy porno i traktujemy je jak skarb? Nie dlatego fantazjujemy o kobietach, pieniądzach, władzy i kontroli? Bo uważamy, że dzięki nim poczujemy się nareszcie ważni, wartościowi. Czyli że zniknie strach, niepewność, wstyd, etc.

Przykro mi ale tak się nie stanie. Poczujemy co najwyżej dumę. A duma poprzedza upadek.

Problem zaś powstał u samego źródła – w dualizmie, w jakiejś pozycjonalności. Np. “dobry/zły”. Najpierw sami uznaliśmy coś za złe, a potem zaczynamy się z tym zmagać i/lub próbować zmienić. I szukamy tego, co zło usunie – czegoś dobrego. Ale nic nie ulegnie poprawie, dopóki coś będziemy uznawali za złe. Szczególnie, że już samo “zło” to poważny błąd percepcji.

Bo prawda brzmi – każdy wybiera to, co uznał za dobre. Zaś to, co uznała za dobre automatycznie wynika z poziomu świadomości tej osoby i kontekstu, w jakim to postrzega. A już wiemy, że –

zmiana świadomości może nastąpić tylko poprzez intencję i poddanie.

Próby zmiany kogoś siłą automatycznie powodują, że ta osoba zaczyna stawiać opór. Nie chce tego, czego wymagamy.

Sami znamy to doskonale z naszego życia. Jeśli uznaliśmy, że MUSIMY iść do szkoły lub pracy, to robiliśmy to niechętnie, budzik przestawialiśmy nawet po kilkanaście razy.

Jeśli ktoś przyjdzie do nas i powie nam “to mi się w tobie nie podoba, zmień to albo XYZ”, to zmiana automatycznie nie jest możliwa. Osoba ta może próbować na siłę. Być może nawet zmieni poziom ROBIĆ. Ale nigdy nie zmieni na lepsze poziomu BYĆ. Zacznie się męczyć, zmagać. A gdy popełni błąd lub zapomni, poczuje wstyd, winę, żal do siebie. Lub gniew.

Czy to dobry, zdrowy kierunek? Nie.

Szósty problem – każde ego skrycie uważa się za Boga.

Gdybyśmy prześledzili ewolucję zwierząt, znaleźlibyśmy się w końcu w czasach dinozaurów. Co wyróżniało dinozaura? Można rzec – graniczny egoizm. Dinozaur chce przeżyć i nie widzi niczego złego, by odebrać życie innemu zwierzęciu. Dinozaur też nie kochał. Po złożeniu jaj zostawiał je na pastwę.

Taki tyranozaur uważał się za boga. Punktem wyjścia każdej decyzji dinozaura było – “Ja jestem najważniejszy, wszyscy inni się nie liczą. Moje przeżycie jest najważniejsze niezależnie jakim kosztem”.

Można więc powiedzieć, że dinozaur nie był odważny. Był tylko granicznie egoistyczny. Nie tylko nie był w stanie opiekować się własnym potomstwem ale tym bardziej nie był gotów oddać życia w jego obronie. Dla dinozaura to była głupota.

A teraz przeskoczmy do dzisiejszych czasów i zastanówmy się czy i gdzie jest w społeczeństwie miejsce takiego np. tyranozaura? Tyranozaur kalibruje się na poziom 60. Jacy ludzie kalibrowali się na tym poziomie? Kilka przykładów – Stalin, Hitler (on jest nawet niżej – poziom 45), Goebbels, Al-Qaida (także poziom 30), Osama Bin Laden, Mussolini (poziom 50), Himmler (poziom 40). Najniżej – Josef Mengele (poziom 15).

I teraz pytanie – czy tych ludzi można uznać za bogów? Czy człowiek nie widzący nic złego w mordowaniu nawet własnych rodaków ma cokolwiek wspólnego z Bogiem? Czy człowiek torturujący innych ludzi dla jakichś rzekomych korzyści to jednostka wartościowa czy sadystyczny szaleniec?

Już wyjaśniałem – nie ma na świecie zła. Jest tylko coraz mniej dobra. Dinozaury i ludzie na ich poziomie świadomości pokazują nam kierunek braku dobra, braku miłości. To co się działo podczas np. II Wojny Światowej pokazuje nam jak wygląda jakość życia na poziomie 60. Tak wyglądałyby czasy dinozaurów, gdyby miały one umysł racjonalny i wyprodukowały sobie broń.

Warto zrozumieć – ludzie wyewoluowali do zniewalania się. Zanim do tego doszło, po napaści jednego plemienia na drugie, wszyscy byli mordowani, wliczając dzieci, kobiety i starców. Zapewne wszyscy byli najpierw gwałceni. Dopiero po długim czasie ktoś wpadł na pomysł, że pokonanych nie trzeba wybijać. Można ich zniewolić i wykorzystać.

Dzisiaj to brzmi jak absurd ale pokazuje to drogę ewolucji świadomości. Nadal jest pełno zwierząt, które jedynie zjadają swoje ofiary. Nie są zdolne zrobić z nimi nic więcej. Ludzkość niegdyś też globalnie była na tym poziomie. I cały czas mamy ludzi reprezentujących ten poziom. Są całe kraje na tym poziomie.

Jedną ze specjalności megalomaniaka jest mordowanie swoich własnych ludzi. Nie widzi w tym problemu. Bo to taki poziom. Są też zwierzęta, które zjadają własne dzieci, zabijają osobniki z własnego stada. Nie jest to złe. Tak wygląda ten poziom – pominięcie dobra innego osobnika i odebranie mu życia, bo tak nam się podoba.

A przecież wyobrażenie o Bogu nadal setek milionów, jeśli nie miliardów ludzi jest właśnie takie – że uwielbia mordować tych, których stworzył, że cieszy go ludzkie cierpienie, że jednym daje, drugim zabiera, sprowadza zarazy, choroby, itd. To przekonania z czasów, gdy ludzie globalnie byli dla siebie nawzajem właśnie tacy. Więc w swojej niedojrzałości i ignorancji uznali, że jeśli Bóg istnieje, też taki musi być.

Ale królestwo zwierząt uczy nas, że mamy pająki, które rozpuszczają żywcem swoje ofiary, a mamy zwierzęta zdolne kochać bezwarunkowo i zaryzykować własne życie, by uratować inną istotę. Czyli są zdolne do tego, do czego miliardy ludzi zdolnych nadal nie jest.

Na jednej planecie mamy więc drapieżność, łupieżność, a mamy też miłość, troskliwość, bezinteresowność, świętość. I bardzo wiele osób doświadczyło w samych sobie jednego i drugiego! Jednego człowieka możemy nienawidzić, dla drugiego jesteśmy gotowi oddać życie.

Zauważmy, że pies potrafi człowieka kochać bezwarunkowo, a przecież jest mięsożercą.

Co człowieka motywuje, by zrobić coś dla drugiej osoby? Najczęstsze rodzaje motywacji są 3:

– Strach.

– Poczucie winy.

– Miłość.

Rzadziej rozsądek.

Każdy sam wybiera w jakim świecie żyje.

Ani dinozaur, ani pies, ani ludzkie ego nie jest Bogiem. Nigdy nie było i nie będzie. Więc możemy sobie odpuścić próby i nawet chęci zmiany świata, zbawiania kogokolwiek. Nie po to tu jesteśmy, by go zmieniać.

Jesteśmy tu po to, by zmieniać siebie. By ewoluować.

A jak już tak bardzo chcemy zmienić coś w świecie, to jak sądzimy – czy więcej dobrego wyrządzimy żyjąc z poczucia winy i strachu, czy w spokoju i miłości?

Z kim wolelibyśmy mieszkać – drapieżnym dinozaurem czy kochającym psem?

A jacy jesteśmy my dla świata? Warto wiedzieć – pies merdający ogonem jest kochający. Czuje, kocha, pragnie dawać radość innym – nawet zupełnie obcym. Pies leżący spokojnie nie jest apatyczny. Relaksuje się. My siedzący w domu na tyłku oglądający seriale nie jesteśmy kochający. Jesteśmy apatyczni. Jeśli się nudzimy, to oznacza brak miłości, brak energii, brak radości – ograniczanie ich. A to błąd – grzech – jak nauczają religie. I to poważny. Nie bez powodu mamy w życiu poważne problemy.

W każdej chwili możemy wybrać jacy będziemy – drapieżni lub współczujący. Straszni dla innych lub akceptujący.

Co więc możemy powiedzieć o świecie? Jeśli ewolucja odbywa się od dołu do góry, a Bóg jest najbardziej rozwinięty (tak to określmy), to znaczy, że Bóg to całkowity brak egoizmu. Bo im większy egoizm, tym coraz mniej Boga/boskości.

Czy dobrze czujemy się przy człowieku, który ma nas gdzieś? No nie. Czy dobrze czujemy się przy człowieku, który bez pytania używa naszych rzeczy, jak coś zniszczy to nie oddaje, nie naprawia, itd.? Absolutnie nie.

A przy kim czujemy się dobrze? Przy kimś kochającym, akceptującym, radosnym, nieoceniającym, nieosądzającym, etc. Dlaczego więc sądzimy, że Bóg osądza i ocenia?

Uważamy, że Bóg jest dinozaurem? Że Bóg to takie wielkie ego? Bez jaj. Jak możemy powiedzieć cokolwiek o poziomie Bezwarunkowej Miłości, jeśli nie potrafimy (nie chcemy) być tacy nawet dla samych siebie?

Ego nie potrafi kochać. Podkreślę – im więcej ego, tym mniej Boga. Co NIE oznacza, że ego jest złe. Nie jest. Jest po prostu egoistyczne. Ma wszystko gdzieś. Wliczając rzeczywistość, fakty, prawdę. Nieraz nawet życie. Ilu nastolatków popełniło samobójstwo, bo im dziewczyna/chłopak powiedzieli “nie”?

Ego nie widzi problemu w indoktrynowaniu nieświadomych, naiwnych ludzi. Ego nie widzi problemu w wykorzystywaniu nieświadomości i naiwności, w kłamaniu, zabieraniu, etc. Co pokazuje jego głupotę.

Ego nie widzi problemu w oglądaniu porno, niszczeniu sobie życia i wypieraniu tego faktu latami. A gdy dowie się jakie są konsekwencje oglądania porno, to myli to z tym, że to porno jest złe… a nie decyzje, by je oglądać zamiast zatroszczyć się o siebie są głupie.

Jeśli żyjemy jak głupiec, nie dziwnym jest, że i Boga uważamy za głupca, tylko za dużo większego od nas, drania, oszuta, etc. No ale jeśli w sobie nie widzimy miłości, w innych ludziach, to nie dziwne, że i Boga tak postrzegamy. I sądzimy, że drapieżniki są wyżej w ewolucji, niż roślinożercy…

Wielokrotnie w top 100 najważniejszych ludzi nie było nikogo, kto kalibrowałby się powyżej 200… co BARDZO źle świadczy o poziomie rozwoju większości społeczeństw.

No ale każdy uważa, że to co sądzi – myśli i czuje – na temat świata i innych ludzi jest sensowne… A to właśnie sam rdzeń ego – narcyzm. Top 100 i nie znalazł się nikt, kto sprzyja życiu… Nie dziwne, że doszło do wojen całego świata ze sobą jeśli ludzie nie potrafią odróżnić mądrego wodza od szaleńca, megalomaniaka gotowego wymordować setki milionów ludzi, w tym swoich rodaków.

Ale zanim zaczniemy główkować nad losami ludzkości, zalecam jak zwykle skupić się na swoim życiu, na swojej percepcji, wyborach, intencjach, kontekście, w jaki postrzegamy każdą jedną sprawę.

Szybko dostrzeżemy, że człowiek egoistyczny manipuluje kontekstem, by udowodnić własną rację. A już sama manipulacja kontekstem pokazuje kolosalnie niski poziom świadomości i negatywną intencję. Więc i to, co udawadnia jest wyrodne.

Zaś spokój, zrozumienie, wybaczenie, rozwiązania na problemy przynosi poszerzanie kontekstu. To sprzyja życiu.

Więc od razu widzimy, że im szerszy kontekst, tym więcej spokoju, radości, miłości. A więc – tym więcej Boga. Można powiedzieć, że –

Bóg to nieograniczony niczym kontekst.

Zaś jednym z największych zniekształceń kontekstu, to – “jestem ofiarą”. Taka osoba sama stawia się w pozycji granicznie oddalonej od świadomości Boga – czyli od świadomości miłości. Sądzi, że nie zasługuje na miłość, co jest kolosalnie wyrodne. No ale taka osoba sądzi też, że wie lepiej.

Siódmy problem – dojenie emocjonalności.

W religii chrześcijańskiej emocje nazywa się grzechami głównymi – pycha (duma), chciwość (pożądanie), nieczystość (wstyd), łakomstwo (inna forma pożądania, chcenia), zazdrość (duma, pożądanie, wina, poczucie braku), gniew, lenistwo (opór, apatia, niechęć).

Zatrzymanie się w/na emocjach to fundamentalny błąd, bo aby je doić, najpierw sami musimy je zasilić. Zaś żeby emocje w ogóle poczuć, najpierw musimy wybrać takie spojrzenie na świat. Negatywne, niesprzyjające życiu.

Przykładowo aby poczuć winę, musimy najpierw postawić się w roli ofiary. Czyli odrzeć się z mocy twórczej, odpowiedzialności, poczucia bycia autorem swojego życia, który może je zmieniać i dopiero wtedy pojawi się wina. Musimy też sami sobie odmówić miłości.

Problemem w dojeniu emocjonalności jest to, że nigdy nic nie zmienimy na lepsze. Bo emocjonowanie się nie sprzyja życiu i napędza wyłącznie samo siebie. To jak chomik, który wchodzi w koło i zaczyna biec. Niby biegnie, niby się męczy ale czy gdzieś dobiegnie? Nie. Gdy zmęczony przestanie biec, znajdzie się dokładnie w tym samym miejscu.

Chomiki uczą nas jak wygląda i jakie są rezultaty emocjonowania się oraz mentalizacji. Negatywne. Nie złe. Po prostu nie wspierające życia.

Niemniej ludzie kochają to robić. Wystarczy włączyć telewizję czy wejść na dowolny serwis informacyjny i zobaczymy non stop dojone emocje – od wstydu, winy po gniew i dumę.

Wszystko co nazywane jest miłością stanowi co najwyżej erotyzm, pożądanie, przywiązania, oczarowania, sentymentalizm i piękno fizyczne, czyli zewnętrzne – to najbardziej płytkie.

Zazwyczaj wszystko to przedstawiane jest także w bardzo ograniczonym kontekście rzeczywistości, który jest pomijany, nie przedstawiany i uznany za obiektywny, zgodny dla wszystkich…

Ósmy problem – robienie.

Proszę nie zrozumieć mnie źle – działanie, czyli bycie w świecie to rzecz bardzo istotna dla większości ludzkości. Jednak są sytuacje, w których działanie – próby zrobienia czegoś w świecie – są kolosalnym błędem.

Podstawowym są próby zmiany ludzi i świata na siłę, szczególnie z poczucia winy.

Drugim jest ucieczka od czegoś w sobie – jakiejś emocji, oporu, dyskomfortu, od prawdy.

Praktycznie każdy bardzo łatwo się zgodzi, że robić jest lepiej, niż nie robić. Więc jak się ktoś nas zapyta co robimy, a my odpowiemy, że pracujemy, no to każdy sobie sam dopowie czy to dobrze, czy źle. No bo jeśli znajomy zadzwoni do nas w sobotę i zaprosi na piwo, a my odpowiemy, że nie możemy, bo pracujemy, to praktycznie każdy będzie pod wrażeniem. Ale jeśli pracujemy, bo czujemy strach, niepewność, wstyd i uciekamy w pracoholizm, to wcale nie robimy nic dobrego dla siebie.

Masa ludzi pisała mi, że gdy zaczęli pracę z WoP, to nagle, magicznie znajdowali wiele innych działań, które uznali za ważne. Wliczając te odkładane miesiącami i latami. Z jakichś przyczyn NAGLE KONIECZNIE MUSIELI przerwać pracę z WoP – czyli rzecz krytyczną w kontekście całego swojego życia i zdrowia – i zająć się a to jakimś wyjazdem, a to nauką do jakiegoś egzaminu, a to czymś jeszcze innym. Nagle nie są w stanie pracować z Programem. Podają jeszcze “logiczne” argumenty – “no bo nie mógłbym się w pełni na tym skupić”. A potem ta sama osoba z poczucia winy, wstydu, rosnącego oporu przerywa pracę na kilka miesięcy. A gdy wraca mówi – “teraz biorę się naprawdę na poważnie”. A, czyli wcześniej nie było na poważnie. Podobno było…

Z zewnątrz to jakby oglądać dziecko bawiące się lalkami w dom – odgrywając jakąś rolę. Siedzi, bawi się i kompletnie nie interesuje je rzeczywistość.

Ludzie cały czas powtarzają ten frazes “pracuję z Programem”. Ale co to w ogóle znaczy?

Powtórzę rzecz krytycznie ważną –

Ty mi nie mów jakimi sposobami zdrowiejesz. Ty mi powiedz jak żyjesz.

Zazwyczaj “pracuję z Programem” to jakby ktoś mówił “czytam przepis”. Ale czy czytanie przepisu zrobi nam obiad? Czy porobienie sobie jakichś ćwiczonek da nam wolność z uzależnienia?

Ludzie nagminnie mówią mi jak to próbują robić jakieś ćwiczenia z Programu – zazwyczaj chodzi o uwalnianie emocji – i mówią, że średnio im to wychodzi. A potem przedstawiają dalej swoje dramaty – jak to się czymś martwią, stresują, jak to się obwiniają, jak to ktoś ich denerwuje, etc.

Czyli nadal SĄ tym samym człowiekiem i tylko próbują ROBIĆ coś na siłę.

Ok, na początku ROBIENIE jest jak najbardziej w porządku. Dopiero zapoznajemy się z informacjami, narzędziami, ćwiczeniami. Szczególnie w temacie emocji, bo to dla większości ludzi “czarna magia”.

Niektórzy wielu miesięcy potrzebują, by choć raz zmierzyć się z jakąś emocją bez popadanie w dramatyzowanie na jej temat. Raz. A ta akceptacja, ignorowanie mentalnego bełkotu i puszczenie się tej emocji powinno być standardem w życiu – czymś naturalnym. To się magicznie samo nie zmieni.

To trzeba praktykować przy każdej okazji. W każdej emocjonalnej sytuacji. To naprawdę nie ma wiele wspólnego z ROBIENIEM czegokolwiek. Właśnie możemy się zorientować, że zawsze próbowaliśmy coś ROBIĆ, czego intencją była ucieczka od niechcianego stanu.

Dziewiąty problem – uznanie, że mogliśmy w przeszłości zrobić coś inaczej/lepiej.

Ego (człowiek na niskim poziomie rozwoju) uwielbia fantazjować o przeszłości. Rozpamiętuje ją, użala się, obwinia, wstydzi. Uważa, że mógł coś zrobić lepiej. A mógł? Dlaczego więc tego nie zrobił?

Taka osoba pomija zupełnie fakt, że teraz dostrzega, że mogła tylko dlatego, bo popełniła błąd! Dzięki dostrzeżeniu konsekwencji zrozumiała, że TERAZ może wybrać lepiej. W przeszłości nie widziała lepszego wyboru.

To bardzo poważny błąd, bo neguje całkowicie wzrost, poszerzenie kontekstu, w którym postrzegamy wydarzenia.

Dziesiąty, jedenasty… sto pierwszy problem – ogólna głupota i niezrozumienie niczego. ;)

Prosty przykład – jak sądzimy o co chodzi w przykazaniu – “Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremno”?

Chodzi o przeklinanie? O mówienie – “O Boże!”, gdy stłukliśmy talerz?

To jakby idiota stworzył takie przykazanie. Dlaczego to jest na takim samym poziomie jak “nie zabijaj”? Ktoś może wyjaśnić?

Ok, ja bym się zirytował, gdyby ktoś do mnie dzwonił za każdym razem, gdy ma jakiś problem. No ale ja to nie Bóg.

W tym przykazaniu chodzi m.in. o to, by nie wykorzystywać imienia Boga, ani religii, by usprawiedliwiać tym jakiekolwiek draństwo, manipulację, kłamstwa, etc.

A pamiętam jak dawno temu wysłałem mailing z tytułem “O Boże! Już prawie koniec!” Coś w tym stylu. Chodziło o zamknięcie zapisów do grupy. Otrzymałem wtedy maila dorosłego mężczyzny, który się uraził, że wzywam imię Boga nadaremno i poprosił mnie o wypisanie z listy mailingowej…

Odpisałem, że wręcz przeciwnie – wzywam imię Boga w bardzo słusznej sprawie – przypominam tym, którzy cały czas nie podjęli decyzji, by sobie pomóc, o kończących się zapisach do Programu rozwiązującego jeden z najpoważniejszych życiowych problemów. Ale dla tego mężczyzny to nie miało znaczenia. Ważniejsze było dojenie emocjonalności i małostkowości, bo powiedziałem “Bóg” w jego rozumieniu “nadaremno”.

Anyway – kolosalne nieporozumienie. Ale ego ma to gdzieś. W ogóle nie docieka prawdy. Uważa, że przecież Bóg się obrazi jak ktoś powie “O Jezus Maria!”, gdy zobaczy zniżkę 40% na nowego IPhone-a. A potem wróci do indoktrynowania się jakimś szajsem z Radia Maryja czy czymś podobnym. No bo przecież jak człowiek się słusznie obraża, to Bóg naturalnie też i to pochwala…

Sam wykorzystał więc imię Boga w obłudnym celu, usprawiedliwił tym własny gniew i dojenie emocjonalności i uznał, że chroni dobrego imienia Boga… A to jeden malutki przykład. Dużo poważniejszych są miliony i to także uprawiane przez ludzi nazywających się wierzącymi.

To oczywiście nie wszystkie problemy ego. Są ich setki. I każdy ma swoje. Każdy poziom świadomości ma swoje problemy, wyzwania i ograniczenia.

Należy się więc puścić tego, co nas do nich przyciąga i nas w nich utrzymuje.

Bo np. naszego gniewania się nie załatwi wybicie czy zmiana ludzi, “w których” coś nas denerwuje. Denerwowanie się to nasz problem i wynika z tego jacy my jesteśmy. A nie jacy są inni ludzie.

Ego oczywiście sądzi odwrotnie – że to ze światem jest coś nie tak, a z nim wszystko ok.

A prawda jest, że i z nami, i ze światem jest wszystko ok.

Ale jeśli my chcemy przestać cierpieć, no to warto dokonać rekontekstualizacji tego jak postrzegamy świat i to, co nas w nim boli.

Jeśli chcemy zmienić kogoś, czyli sprawić, by ludzie zaczęli zachowywać się inaczej, to możemy próbować to robić przez zastraszanie, grożenie, karanie, manipulowanie, zabranianie lub stanie się przykładem, który można naśladować.

Pytanie w jakim świecie wolelibyśmy żyć – w takim, w którym jesteśmy zastraszani, byśmy robili to, co się podoba innym? Czy gdybyśmy naokoło mieli ludzi, którzy są wspaniałymi przykładami do naśladowania w wielu kwestiach – odpowiedzialności, zaradności, zdrowia, odwagi, przedsiębiorczości, miłości, itd.?

Podziel się tym artykułem!

Napisz komentarz!

Zasubskrybuj
Powiadom mnie o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Łukasz

Jak ja mam się odnaleźć w świecie ego skoro nawet związki polegają na dealu biznesowym?
Kolega napisał mi coś takiego:

Generalnie przyjaźnie i związki bez zysku dla własnego “ego” to coś praktycznie nieistniejącego w dzisiejszym świecie. Praktycznie każdy związek kobiety z mężczyzną opiera się na “biznesowym dealu”. Wszystko jest interesem i tego nie da się zmienić w tym świecie.

Poznałem dziewczynę w internecie i czuje ,że ona nie pisze po to by mnie poznać tylko dowartościować się tym, że pisze z przystojnym facetem…

Podobne Wpisy:
Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 1)

Świadomość, kontekst i subiektywność (Część 1)

Witam Cię serdecznie! W dzisiejszym artykule chcę poruszyć NIEZMIERNIE istotny temat świadomości, kontekstu i subiektywności. Niestety zauważyłem, że pomimo, iż mówię o najwyższej wadze tych zagadnień, sprawa jest najwyraźniej bagatelizowana. Bowiem ego walczy o swoją “suwerenność”. Nie szkodzi. Moja intencja pozostaje niezmieniona – poprzez edukację uwalniać ludzi ze zmagania i cierpienia. Czyli pomagać ludziom, by… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 2
O Emocjach – Duma (Część 4)

O Emocjach – Duma (Część 4)

Witam Cię serdecznie! Dziś kontynuujemy temat świadomości Dumy. Części 1-3 znajdziesz klikając na linki poniżej: ► O Emocjach – Duma (Część 1). ► O Emocjach – Duma (Część 2). ► O Emocjach – Duma (Część 3). Opiszę dzisiaj pewną sytuację z życia jednego z moich znajomych. Taka tam tycia ale coś nauczyć się można. Zahaczymy… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 0
Trzy urojenia – “czuję, że nie jestem sobą”, “szukam siebie” i “czuję się samotny/a”

Trzy urojenia – “czuję, że nie jestem sobą”, “szukam siebie” i “czuję się samotny/a”

Witam Cię serdecznie! Dzisiaj raz na zawsze chcę rozprawić się z urojeniami, przez wiarę w które masa ludzi tkwi w martwym punkcie w swoim życiu lub nawet cofa się i nie wie dlaczego. Są również bardzo chętnie utrzymywanymi przez uzależnionych, bo gwarantują, że nic się nie zmieni nawet przez całe życie. Dlatego mogą trwać w… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 5
O Emocjach – Strach (Część 3)

O Emocjach – Strach (Część 3)

Witam Cię serdecznie! Wracamy do emocji strachu. Części 1-2 znajdziesz klikając na linki poniżej: ► O Emocjach – Strach (Część 2) ► O Emocjach – Strach (Część 1) Wszyscy znamy strach. Ale jak świadomi go jesteśmy? Zacznijmy się obserwować, gdy czujemy strach. Co wtedy robimy? Co podpowiada nam umysł? Jakich działań się podejmujemy, a jakich… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 14

WOLNOŚĆ OD PORNO