Dni
Godzin
Minut
Sekund

Ilość Wolnych Miejsc:
/

Witam Cię serdecznie i spokojnie! ;)

Kontynuujemy pierwszą z trzech serii dotyczących dróg do pokoju, szczęścia i sukcesu! Zajmujemy się pokojem.

Link do artykułu wprowadzającego znajdziesz poniżej!

► Seria „100 Dróg” – Wprowadzenie.

Części 1-7 znajdziesz klikając na poniższe linki:

► 100 Dróg do Pokoju (1-3) – Przestań próbować zmieniać i kontrolować innych, Przestań chcieć wyrównań rachunki i odegrać się, Przestań chcieć mieć rację i osądzać innych, że są w błędzie.
► 100 Dróg do Pokoju (4-6) – Ćwicz roztropność, a nie osądzanie, Bądź skromny/a z opiniami, Dąż do perfekcji umiejętności dyplomacji oraz elegancji.
► 100 Dróg do Pokoju (7-9) – Bądź łaskawy/a, miłościwy/a, uprzejmy/a, serdeczny/a oraz taktowny/a, Utrzymuj pogodę ducha oraz łagodne usposobienie jako cel, To ok być “w błędzie” i być niezdecydowanym/ą.
► 100 Dróg do Pokoju (10-12) – Kalibruj opcje. Bądź elastyczny/a, Nie ma żadnej potrzeby mieć o wszystkim opinii, Unikaj pokojowych demonstracji.
► 100 Dróg do Pokoju (13-15) – Pamiętaj, że Sokrates był niski i brzydki, Ceń mądrość nad posiadanie “racji”, Szukaj mądrego wsparcia (każdy powinien mieć swojego psychoterapeutę).
► 100 Dróg do Pokoju (16-18) – Wpływasz na innych tym czym się stałeś, Unikaj aktywizmu i pedanterii, Bądź wdzięczny/a za swój kapitał.
► 100 Dróg do Pokoju (19-21) – Ludzkość przetrwała miliony lat bez Twojej pomocy, Bądź swoim najlepszym przyjacielem, Uważaj na tych, co rzekomo czynią dobro.

Jak zwykle – pamiętajmy, że mowa o pokoju wewnętrznym. Rozważaj tę treść pod tym względem.

I wielka uwaga dla uzależnionych – jeśli jesteś uzależniony i tylko karmisz się wiedzą – popełniasz błąd. Jak najszybciej poszukaj pomocy. Żadna ilość informacji nie jest w stanie zmienić czegokolwiek na lepsze bez samych fundamentów zdrowia. Którymi jest…?

Artykuły są uzupełnieniem, rozwinięciem, dalszą drogą dla osób zdrowych i zdrowiejących. Jeśli czytasz, bo w trakcie “czujesz ‘się’ lepiej” – to wszystko ułuda. Bo czym się to różni od oglądania porno czy picia wódki? Przecież też robisz to, by “poczuć ‘się’ lepiej”. Więc powinno być jasne jakim jest to błędem. Czy jest to jasne dla Ciebie?

22. Przeczytaj “Do-Gooders” Mony Charen.

Książka w pełnym tytule brzmi – “Czyniący dobro: czyli jak liberałowie krzywdzą tych, którym twierdzą, że pomagają (i resztę też)”. Ciekawy tytuł, prawda? A gdybyśmy słowo “liberałami” zastąpili innym?

Gdy zacząłem słuchać wystąpień tej pani, aż się śmiałem. Ona naprawdę “czai”. Bardzo mądra, rozwinięta osoba. Widzi dużo przyczyn ogromu problemów w ludzkich świecie, z których masy ludzkości zupełnie nie zdają sobie sprawy i jeszcze uważają to za dobre, wliczając tzw. “poprawność polityczną”. Ale to “tylko” wierzchołek góry lodowej.

Główny problem, na który zwraca uwagę dr Hawkins, to to, że ludzie nazywają siebie “dobrze czyniącymi” czy “czyniącymi dobro”, zaś ich zakamuflowaną intencją jest kontrola ludzi. Mówią – “biorą pod uwagę nasze dobro” lub “daj mi nad sobą władzę dla własnego dobra”, “ja wiem lepiej co jest dla ciebie dobre”. A za tą obietnicę, której nie realizują, my oddajemy im pieniądze, władzę nad sobą, nad naszym losem/życiem, nasz głos, poparcie, etc.

Oczywiście i tu wielka “gwiazdka” – jeśli jesteś uzależniony, to nie wiesz czego potrzebujesz. To może Ci powiedzieć wyłącznie człowiek, który był uzależniony i wyzdrowiał. Ty nie wiesz co to jest zdrowie, bo nigdy tak nie żyłeś. Nie wiesz też, co jest niezbędne do wyzdrowienia. Wielu tak opiera się prawdzie, że nawet i mój Program WoP czytali kilka razy, a nadal zupełnie nic nie byli w stanie pojąć. A to dlatego, bo nie chcieli tego pojąć. Trzymali się swoich przekonań, pozycjonalności, percepcji, nie mieli intencji ani zdrowia (prawdziwego zdrowia), ani nie byli pokorni, ani nie chcieli zmiany. Ostatnio jeden mężczyzna przyznał, że “wyniósł z WoP jedno zdanie”. To co powiedział, to – zgodził się z jednym zdaniem. Niejeden wyznał mi, że wcale nie chciał wyzdrowieć, tylko robić, czytać czy próbować “zrozumieć”. A to krytycznie ważne, by to przyznać, jeśli tak jest. Bo jeśli będziemy to ukrywać, to i 20 razy “przerabianie” jakiegokolwiek programu czy terapii najzupełniej nic nie przyniesie. Skazujemy się na lata miotania się bez nadziei na żadną poprawę.

Zazwyczaj ludzie oddający swój głos “czyniącym dobro” też chcieli tylko “poczuć się lepiej” – no bo nie ma nic lepszego, niż oddać innym odpowiedzialność za swoje życie! Co też z łatwością wykorzystują politycy nie tylko obiecując “cuda na kiju” ale też głosząc to, co sami utrzymujemy – np. nienawiść do ludzi sukcesu. Z takim przekazem “czujemy ‘się’ lepiej”, więc uznajemy to za dobre. Jesteśmy wtedy też częścią grupy z podobnymi przekonaniami – same plusy! Nic więcej nas nie obchodzi. Tylko nasze samo+uczucie, a nie prawda. To też tyczy się przebywania w grupach ludzi grających ofiarę, narzekających, użalających się, przestępczych i wiele więcej. Skoro inni to robią i akceptują nas, uważamy to za dobre.

Niemniej są też ludzie, którzy naprawdę rozumieją co jest dla nas dobre/niezbędne. Nazywa się ich specjalistami. Np. trener na siłowni – o ile naprawdę posiada odpowiednią edukację – jest w stanie trafnie i precyzyjnie określić czego potrzebujemy, by np. schudnąć lub osiągnąć zamierzoną masę mięśniową, etc. Jednak różnica polega na tym, że ten człowiek realnie skupia się na nas, rozmawia z nami – przedstawiamy mu nasze cele, ustalamy wspólną drogę, na którą się świadomie godzimy. Nie ma żadnych niedopowiedzeń. I rozumiemy też, że trener nie może wykonać żadnego ćwiczenia za nas.

Aby naprawdę zobaczyć kto czyni dobro, możliwe jest to tylko ocenić po owocach. Tylko. Mówił o tym już 2000 lat Jezus Chrystus – “po owocach ich poznacie”. Zaś dzisiaj ludzie uważają, że największe znaczenie ma ich intencja. Która najczęściej i tak nie jest uczciwa.

Najlepszy przykład jak zwykle dają uzależnieni – jeśli nie rozumiemy sytuacji osoby uzależnionej, to nawet najlepsza, najbardziej szczera intencja pomocy takiemu człowiekowi może tylko pogorszyć sprawę. I zazwyczaj tak jest. W najlepszym przypadku będziemy utrzymywać tę osobę w miejscu. A że uzależnienie to choroba postępująca i ostatecznie zawsze śmiertelna – uzależniony nie stoi w miejscu. Jest coraz gorzej. Gdy uzależniony próbuje pomóc sobie sam – też skazuje się na upadek. Pierwszy krok z 12 to przyznanie, że sami sobie nie poradzimy. I z mojego doświadczenia jest tak, że ten, kto nie doszedł do przyznania, że potrzebuje pomocy, tylko np. “a zobaczę/spróbuję” – prawdopodobieństwo jakiejkolwiek poprawy jest minimalne.

Podobnie sprawa ma się z poświęcaniem i wieloma innymi sytuacjami.

Jeśli nie rozumiemy przyczyn biedy oraz samą biedę np. grupy ludzi uważamy za problem sam w sobie i interpretujemy go jako “brak pieniędzy”, to karygodnie naiwnie sądzimy, że rozwiążemy go dając takim osobom pieniądze. To sytuacji NIE poprawi. Bowiem bieda wynika z poziomu świadomości tych ludzi. Te osoby stracą te pieniądze i/lub wydadzą je np. na narkotyki czy wódkę. Bowiem nie potrafią pieniędzy ani zarabiać, ani gromadzić, ani inwestować, czyli pomnażać, ani wydawać mądrze. I szybko będą chciały więcej i więcej. Bowiem dla tych ludzi wartość pieniądza opiera się wyłącznie na kupnie tego, czego uważają, że potrzebują – i najczęściej są to używki.

A skąd ci co rozdają te pieniądze mają je brać w ilościach coraz większych…? To wprowadza tylko coraz więcej problemów do życia coraz większej ilości ludzi i nie naprawia nic.

Oczywiście największa skala tego problemu dotyczy polityki. Niektóre ugrupowania, całe skrzydła polityczne, naprawdę mogą być przekonani, że czynią dobro ale tak nie jest. Na co wskazują owoce ich starań. Zaś społeczeństwo jest na to od zawsze ślepe, zawsze było i wszystko wskazuje na to, że większość ludzi nadal pozostanie ślepa. Tak jak uzależniony uważa, że czyni dla siebie dobro sięgając po kieliszek wódki, by “uspokoić skołatane nerwy” czy chcący obejrzeć “tylko jeden film”, aby “rozładować napięcie”. Pozostaje ślepy na to jak wielką krzywdę sobie czyni. Ale jeśli jego analiza ogranicza się do chwilowej zmiany samego+uczucia, to nie dziwne, że tak to widzi. A wielu już tak siebie nienawidzi, potępia, brzydzi się sobą, że nawet jeśli czynią sobie krzywdę – nie widzą w tym problemu. Ostatnio jeden klient napisał mi, że gdyby ktoś napluł mu w twarz, to by jeszcze podziękował. Takich osób w samej Polsce są miliony.

Jeśli wierzymy swoim politykom, to uważamy, że mówią prawdę i przedstawiają nam obiektywny punkt widzenia. Ale najczęściej ten punkt nie jest ani obiektywny (bo nie może być), ani nie jest uczciwy; nie obejmuje wszystkich faktów. I jego celem nie jest poprawa, tylko bycie “haczykiem” dla naiwnych. Słowem – chętnie i świadomie wierzymy w kłamstwa. Ale to “nasze” kłamstwa. Więc nie widzimy w tym problemu.

Jest takie powiedzenie – “podróże kształcą”. Jednym z powodów tego jest zdobywanie różnych punktów widzenia, poznawanie różnych miejsc, ludzi, sytuacji, etc. W ten sposób POSZERZAMY KONTEKST, z czego automatycznie płyną nowe wnioski, nowe wartości. Teoretycznie – to jest bardzo dobre.

Ale rzadko tak postępujemy w przypadku debat politycznych – zupełnie nie staramy się zrozumieć punktu widzenia innych. Tylko z góry uważamy go za zły, fałszywy. Niemniej oczywiście – to nie tylko to.

Owoce takich działań wskazują jednak, że to nie jest dobro. I mało ludzi poprawnie wiąże fakty. Łatwo też ukryć tak przed sobą jak i przed innymi konsekwencje naszych działań i zrzucić za nie odpowiedzialność na coś lub kogoś innego. Wielu/większość uzależnionych zazwyczaj potrzebuje kilkunastu/kilkudziesięciu LAT niszczenia sobie życia, by w ogóle podejrzewać, że coś nie gra i co jest tego przyczyną. Wnioski jednak rzadko są kompletne i poprawne. I rzadko chcemy to naprawdę zmienić.

Pierwszy krok z 12 kroków mówi wyraźnie – przyznajemy prawdę – że nie kontrolujemy własnego życia, że prowadzimy je ku destrukcji. Nasze życie stało się niekierowalne i sami nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Potrzebujemy pomocy wspólnoty – czegoś większego od siebie.

Wadą tzw. “samorozwoju” jest to, że jeśli jesteśmy chorzy, nieintegralni, nieuczciwi, to polegając na sobie, to jakbyśmy polegali w szkole na chorym, nieintegralnym, nieuczciwym nauczycielu bez odpowiedniej wiedzy i chęci jej przekazania, i to w nim pokładali cały nasz los. I ja cały czas czytam od klientów, że przeczytali dziesiątki książek, przesłuchali masę wykładów, naczytali się ebooków, itd., a nadal są w takim samym miejscu. Tylko stali się bardziej zgorzkniali, prawie wyczerpała się ich nadzieja. Bo jeśli rozwijamy chorą osobę, to stanie się ona tylko coraz bardziej chora – rozwiniemy chorobę, nie zdrowie. Zdrowie wymaga czegoś innego. Wyobraź sobie, że próbujesz ćwiczyć złamaną nogę. Czy to dobry pomysł?

Wielu myli przyczyny z konsekwencjami, bo gra ofiarę. Wielu trzyma się masy pozycjonalności. Wielu myli podłogę z sufitem. I wiele, wiele więcej. Ta książka pięknie rozświetla bardzo dużo światowych problemów, które też mają odzwierciedlenie w skali życia jednostki i jej własnych starań, by zadbać o swoje dobro.

Często zadaję pytanie –

co to jest dobro?

Definicja jest tu kluczowa. A jeśli nie wiemy/nie jesteśmy jej świadomi (a sami ją taką wybraliśmy), to jak możemy to osiągnąć? Jak możemy odróżnić kogoś, kto tylko twierdzi, że zależy mu na naszym dobru od kogoś, kto w oczywisty sposób np. chce tylko naszych pieniędzy czy naszego głosu/poparcia? A czy wiesz jakiej definicji “dobra” używa ta osoba? Co ten człowiek rozumie przez “twoje dobro”? Co Ty rozumiesz przez “moje dobro”?

Jeśli nie wiemy co to jest trzeźwość/wyzdrowienie z uzależnienia – jak możemy to osiągnąć? Jeśli nie wiemy co to jest uzależnienie, a więc na czym polega nasz problem – to jak możemy go rozwiązać? Jak możemy liczyć, że ktoś inny to rozumie? Czy mamy intencję naprawdę to pojąć? Czy kłócić się?

Wielu nie ma zupełnie chęci przyjrzeć się uczciwie temu zagadnieniu. Ani nie chcą posłuchać. Tym samym gwarantują sobie, że będą mogli bez końca grać w tę grę nieuczciwości – wmawiać sobie, że chcą poprawy ale ta “poprawa” zupełnie nie dotyczy kontekstu uzależnienia. I oczywiście inni się mylą. Jeśli ktoś ma intencję udowodnienia sobie tego – to udowodni to sobie bez problemów. Tak jak alkoholik cały czas może wierzyć, że picie wódki jest dla niego dobre.

Odpowiedź znajduje się w tym, gdy uzależniony, który wyzdrowiał przedstawia swoją przeszłą sytuację, która najczęściej w 90-99% pokrywa się z tym jak żyje człowiek pogubiony i chory. A potem zaproponowane rozwiązanie zacznie dawać owoce – zacznie się poprawiać. Ale to po stronie uzależnionego leży odpowiedzialność za swoje intencje, wybory, decyzje i poziom zaangażowania. Po jego stronie leży to czy uwierzy. Nikt nie może “nieść” chorego w stronę zdrowia. Jeżeli tak uważamy, powinniśmy się bardzo krytycznie przyjrzeć naszej definicji dobra/zdrowia.

Tak jak nikt nie może “wynieść” biedaka z biedy. Możesz go obsypać złotem, a on nadal pozostanie biedny.

Jednym z najważniejszych elementów jest edukacja ludzi, którzy naprawdę chcą poprawy. Ale jeśli skończy się na pochłanianiu wiedzy jak na pochłanianiu używek, to cudów się nie spodziewajmy. Uczciwość jest niezmiennie kluczowym filarem. Szczególnie uzależnienie nie jest problemem, który rozwiążemy (samą) wiedzą. Wiedza głównie powinna dotyczyć właściwej perspektywy wobec każdego problemu i jego konsekwencji.

Człowiek nieświadomy, niedojrzały, nierozwinięty, nieszczęśliwy, słaby, biedny, nie mający wiary w siebie, itd. chwyta się masy dawanych przez świat “haczyków”. Książka naświetla wiele z tych mechanizmów. Oczywiście nie znajdziemy w niej rozwiązania na uzależnienie. Ale mówimy o jednej z dróg do pokoju.

Jednym ze wspólnych rezultatów tego “łykania haczyków” jest brak pokoju – zarówno na świecie jak i tego wewnętrznego. O ile kwestia pokoju na świecie jest i pewnie zawsze pozostanie nierozstrzygnięcia – m.in. przez ilość ludzi i różnorodność poziomu świadomości ludzkiej oraz wszystkiego, co z tego wynika (wliczając definicje pokoju, którymi ludzie się kierują oraz sposoby, którymi próbują to osiągnąć), to jednak pokój wewnętrzny jest dostępny dla każdego, bo jest niezależny od świata i wspólny dla wszystkich. Tego pokoju nic nie może Ci dać, ani zabrać. To sprawa stricte wewnętrzna.

I być może niezbędne jest dla nas zaprzestanie życia naiwnego i przepełnionego ignorancją – np. ignorancją na nieszczere intencje innych, na wiele zagrożeń oraz pułapek. Trudno będzie nam osiągnąć pokój, jeśli non stop będziemy wpadać w kłopoty i dawać się wykorzystywać czy żyć nieszczerze, nieuczciwie. Jeżeli zostawisz w samochodzie kluczyki, to tylko kwestią czasu jest, aż ktoś Ci samochód ukradnie. Nie musisz z tego powodu cierpieć – możesz pozostać spokojnym ale jest to błąd, którego nie powinniśmy popełnić. Tak jak – w internecie jest masa zagrożeń. Jednym z kluczowych jest pornografia.

Niezbędnym jest także odpowiedzialność za siebie, za swoje życie. Co z nami rezonuje? – to jedno z kluczowych pytań. Bo to co uważamy za dobre, wcale takim nie musi być! Co więc rezonuje z Tobą?

A jeśli żyjemy nieintegralnie – co szczególnie w przypadku uzależnionego jest zawsze prawdą – to niemalże wszystko widzimy odwrotnie.

Dlatego ciągle możemy wybierać to, przez co sobie (za)szkodzimy, przegramy, gdzie będzie nam źle, z czym/kim będzie nam źle, itd. A potem zwalimy to na to lub na coś/kogoś innego. I/lub będziemy się nad sobą użalać.

I jeszcze jeden aspekt – sami możemy uważać siebie za czyniących dobro. Np. sobie. Więc ponownie – musimy radykalnie uczciwie spojrzeć na owoce naszych starań i dążeń. Czy przynoszą realne dobro? Co przyniosły nam i innym? Uzależniony żyje w iluzji, którą sam podtrzymuje, że przeżywa dzięki np. pornografii czy wódce. Dlatego wybór porno zawsze będzie w jego oczach dobry. Niezależnie co stwierdzi w stanie rozpaczy i konsekwencji kolejnego upadku z tysięcy, które już miał.

Innymi przykładami się niezliczone mniejsze i większe grupy dające sobie i wymagające od swoich członków nieprzerwanej aktywności, sprawdzania co się stało, czy ktoś coś napisał np. na forum, wysyłania informacji o sobie – gdzie byliśmy, co zwiedziliśmy. Ludzie robią zdjęcia dosłownie wszystkiego, co zobaczyli, czego doświadczyli, nawet co zjedli i dzielą się tym na publicznych profilach, a potem sprawdzają reakcje innych. I ci wszyscy ludzie uważają, że czynią dobro/dobrze – zarówno sobie jak i innym. To niedostrzegalny cyrk. Zabiera nam czas, energię, skazuje na zależność od reakcji innych i wiele więcej.

Gdybyśmy przyjrzeli się:

– Przyczynom tego stanu rzeczy.

– Konsekwencjom prób przerwania robienia tego.

…dostrzeglibyśmy, zapewne z niemałą grozą, że jest to zachowanie patologiczne. Ale jesteśmy na to zupełnie ślepi, bo “wszyscy tak robią”, a my mamy z tego zastrzyki ekscytacji. Tak jak praktycznie każdy kto ogląda porno, zaczął i kontynuował przez lata, bo wychodził z założenia, że “każdy je ogląda”. A potem już nie można się zatrzymać. Bo nie jest to możliwe. Uzależnienie to choroba śmiertelna. Wyzdrowienie wymaga ogromnej konfrontacji z prawdą o samym sobie i swoim życiu. Czego większość woli unikać jak śmierci. I dlatego do niej prowadzą.

Bo nie wiedzą co stoi po stronie życia, a co stoi po stronie śmierci. I to nie są żarty.

Można powiedzieć, że uzależnienie jest jak dług z wielkimi odsetkami. Prędzej czy później przyjdzie czas zapłaty i nie będzie już można od tego uciec.

Im więcej naiwności i ignorancji, tym większy dług czeka do spłaty. Lepiej go nie powiększać.

23. Pozwól innym wygrać.

Bardzo wielu ludzi sukcesy innych widzi przez pryzmat zazdrości, straty – “skoro oni to zdobyli/osiągnęli, to ja już nie mogę”, etc.; w domyśle – “bo ubyło tego ze świata”, “bo została mi odebrana ta możliwość”. Wielu ludzi widzi świat jako ograniczone miejsce pełne zmagania, straty, pustki, etc. Zauważmy, że przekaz medialny jest tym przesycony. A to fałsz. Np. “na planecie kończy się miejsce do życia” (czy ktokolwiek, kto w to wierzy w ogóle ma oczy?).

Zaś zdrowie, spokój, sukces, wliczając wyzdrowienie z uzależnienia, to kierunek zupełnie przeciwny – “skoro inni wyzdrowieli, to ja też mogę!”. Zdrowie wynika z widzenia świata przez pryzmat dzielenia się, pomnażania tego, co dobre, hojności, wdzięczności, radości, wiary, zaufania, możliwości.

Jednak często wcale nie cieszymy się, że drugi człowiek wygrał. Smucimy się. Stawiamy opór, nie chcemy, by inni wygrywali.

Wielu uważa sukcesy innych za przejaw i dowód niesprawiedliwości świata. No bo TAK PRAGNIEMY, TAK SIĘ POŚWIĘCAMY, TAK SIĘ MĘCZYMY… a tu ktoś osiąga dużo więcej i sto razy łatwiej. Nie męczy się, jest zadowolony, spokojny, radosny, zrelaksowany. Albo my ledwo wiążemy koniec z końcem, a ktoś opływa w dostatek! I jeszcze uważamy, że te osoby są zrelaksowane, BO mają więcej i łatwiej.

Świat widzimy przez poczucie winy – wygrał (w)inny! Nie my! To przemawia nasz narcystyczny rdzeń, którego jednym z korzeni jest świadomość oddzielenia od innych oraz widzenia w innych rywali, a nawet wrogów. A często tylko dlatego, bo żyją dobrze/lepiej i mają tego przyjemne dla siebie owoce.

Gdybyśmy wzięli odpowiedzialność, dostrzeglibyśmy jak bardzo sami odrzucamy od siebie sukcesy. Wolimy – wybieramy – grać ofiarę, użalać, nienawidzić, rywalizować, walczyć z innymi, zazdrościć i potencjalnie wiele więcej. Wliczając trzymanie się swoich przekonań i pozycji. Możemy też uważać, że sami nie zasługujemy na wygraną, a może nawet, że nikt nie powinien wygrać. Już byli tacy (i nadal jest wielu), co sądzili, że wszyscy powinni mieć po równo, niezależnie jak żyją. To doprowadziło do śmierci milionów.

Zauważmy, że nawet zżerająca rozsądek “poprawność polityczna” zmusza nas do obniżania poziomu, by najsłabsi nie odstawali od silnych/zdolnych. Np. obniża się poziom w szkołach, bo dzieci, które nie chcą się uczyć (i które traktuje się jako ofiary, bo “sobie nie radzą” – a prawda brzmi najczęściej – NIE CHCĄ), nie CZUŁY “się” źle czy gorsze. Tylko że nie ma takich uczuć jak “zły” i “gorszy”. Więc wprowadzamy do świata degenerację i to na bazie urojeń.

Naiwne masy ludzi uważają, że w ten sposób postępują słusznie – nie tylko chronią swoje dzieci przed “złymi uczuciami” ale też porównywaniem, wartościowaniem i znowu – ze strony (w)innych. Nie biorą odpowiedzialności, że tylko oni to sobie robią, ani że nie chcą się uczyć, bo edukacja (forma pracy – inwestowania w siebie) nie ma dla nich wartości (ale pieniążki oczywiście już tak). To wszystko cyrk.

Jedną z cech dojrzałości jest oddzielenie swoich uczuć od reszty świata. Nasze uczucia to nasza odpowiedzialność i nasz problem. Nikogo (w)innego. Nikt nie powinien pod to zmieniać/dostosowywać świata. Granie ofiary “zranionych uczuć” to poziom dziecka mówiącego, że go boli paluszek i nie może iść do szkoły. Gdy człowiek ignoruje to co czuje i tylko próbuje to wytłumiać, gra ofiarę, projektuje na świat – to doprowadza do niszczenia sobie życia na każdym poziomie i przeradza się w uzależnienie.

Przykładem “zranionych uczuć”, czyli fatalnie błędnej percepcji jest opieranie się sytuacji i wynikających z NASZEJ PERCEPCJI emocji, np. w przypadku ROZ(od)CZAROWANIA lub niechęci do przyjęcia, że ktoś inny może mieć inne zdanie/preferencje od nas i jego perspektywa jest dla nas niekomfortowa – np. nie docenił naszego ulubionego zespołu muzycznego. Ma do tego prawo. A nasza frustracja to nasz problem i odpowiedzialność.

Pytanie – dlaczego nie budujemy środowiska tak, by dzieci, które z rozmaitych powodów uczą się gorzej nie nadążały coraz skuteczniej za tymi najlepszymi? Dlaczego nie budujemy środowiska tak, by jak najbardziej wspierać też dzieci zdolne – by osiągały jak najwięcej i jak najefektywniej? Dlaczego próbujemy ratować tych, którzy nie chcą sobie pomóc? Zostawmy ich w spokoju. Inaczej nigdy nie dojrzeją. Nie można pomóc temu, kto pomoc przyjmuje ale tylko dlatego, bo została mu ofiarowana. Podejrzewam, że większość ludzi, których spotkasz na ulicy przyjęłoby od Ciebie każdą kwotę pieniężną, którą byś im ofiarował(a). Ale czy byłoby to mądre? Czy to jest dobro?

Z czym się to wiąże i z czego wynika? Z bardzo ważnego i negatywnego kierunku – uważamy, że pozwalając “wygrać” najsłabszym ciągle obniżając poziom, postępujemy dobrze – bo ci słabsi mają wtedy “lepsze wyniki”. Ale nie zauważamy, że w ten sposób nie pozwalamy wygrywać najlepszym. W ten sposób NIKT NIC NIE ZYSKUJE, a tracimy wszyscy.

Bowiem znowu używamy fatalnej definicji dobra. “Dobrem” wcale nie jest “dobra ocena”. Tylko punkt odniesienia dla tej oceny. Im niższy, tym ta “dobra” ocena ma mniejsze znaczenie. Czyli – “dobra” ocena staje się coraz mniej dobra.

Jak ktoś chce się osądzać i potępiać, to nie ma na to mocnych – będzie to robił niezależnie od wszystkiego. Ja jeszcze pamiętam jak w szkole podstawowej smuciłem się i wstydziłem, gdy nie dostałem piątki z wypracowania, a 4+. To była dla mnie porażka, przegrana. Dla kogoś innego to byłby niesłychany sukces. Czy to znaczyło, że należy obniżyć poziom wymagań, bym dostał 5? Nie. To oznaczało, że ja powinienem się rozwinąć, np. zrozumieć z czego wynikała ta ocena. Gdyby poziom został obniżony i dostałbym tę piątkę, to by znaczyło, że do świata zostało wprowadzone dobro? Nie, tylko ja poczułbym coś bardziej przyjemnego. A mówiłem – uczucia to nasza odpowiedzialność i nasz problem. Wobec świata najlepiej mieć postawę rozsądku. Czyli postawę POMIMO uczuć.

Jeśli ktoś nie chce się uczyć, rozwijać czy zdrowieć z uzależnienia – nikt nie powinien go do tego zmuszać. Co więcej – nikt nie powinien też próbować zadbać o taką osobę. Jeśli ktoś nie chce pracować, to nikt nie ma powinności dawać takiej osobie pieniędzy. Niech ta osoba sama zrozumie i nada wartość pracy i zacznie pracować na siebie. Niech sama poszuka zatrudnienia, poprosi o pomoc, etc.

Jeśli nie będziemy pozwalać ludziom wygrywać, ani przegrywać – będziemy upadać i to bardzo boleśnie.

Widzimy, że ta droga, jak większość – ma bardzo wiele aspektów i gałęzi.

Możemy zacząć się zastanawiać – komu nie pozwalamy wygrywać i/lub czego? Stawiamy opór, zapewne też gramy ofiarę i utrzymujemy urazę jak i mamy inne korzyści z tej postawy. Innymi słowy – pozwolenie, by ta osoba wygrała to solidna praca wewnętrzna, która nam może przynieść nawet znaczące uzdrowienie.

Może boli nas niezgoda na powiększający się mentalny dystans od tego, co mamy, a możemy mieć – bo ktoś już to osiągnął, a my nadal nie?

Ta droga jest też szczególnie ważna dla uzależnionych. Bo nasze zdrowie, wyzdrowienie jak i sama trzeźwość zależą od inspiracji, wiary, zaufania wobec tych, którzy wyzdrowieli – czyli można rzec – że odnieśli sukces, wygrali. Nasz sukces staje się pochodną sukcesu innych.

Zresztą elementem tego jest sponsor we wspólnocie. On jest dalej na drodze zdrowienia, wiele już przeszedł, pojął, uzdrowił czy wyzdrowiał już i jego służba nam jest aspektem jego zdrowia i wdzięczności za cud, który się dokonał. Jego zwycięstwo staje się naszym zwycięstwem. Oczywiście – nie może nas “zanieść”. Nie może przebyć za nas naszej drogi. Może zaś dzielić się swoim doświadczeniem i mądrością. Tak jak nauczyciel nikogo nie może niczego nauczyć. Może przekazać wiedzę, wspierać dzieci – np. poprzez stworzenie optymalnej atmosfery do nauki. Ale niczego nie zrobi za ucznia. Uczenie się wymaga intencji.

Pamiętajmy – nie powinno mieć dla nas znaczenia kto ma ile i czego. To nie nasza sprawa. Zawsze znajdzie się ktoś kto “ma więcej”, komu “żyje się lepiej”, itd. I co z tego? Ano to, że z utrzymywania jakiejkolwiek pozycji na temat takich ludzi, sabotujemy siebie, usprawiedliwiamy się, dajemy sobie pretekst, by samemu nie podejmować twórczych działań i mieć racjonalizacje dla niechęci.

Im bardziej będziemy akceptujący wobec świata zewnętrznego i skupimy się na odpowiedzialności za świat wewnętrzny, tym lepiej dla nas.

Warto też rozważyć – niezależnie jak będziemy rozpaczać, wściekać się, obwiniać, etc. inni nie przestaną wygrywać. Jeśli się to na mnie podoba, wiecznie będziemy mieli pretekst, by się zmagać i rozpaczać.

Możemy zrozumieć, że przecież wszystko, z czego korzystamy – telefonu, butów, ubrań, pożywienia, marketów, sklepów, itd. – to efekt sukcesu, zwycięstwa innego człowieka. Bez sukcesów innych, żylibyśmy w jaskini. I nie biadolili innym jakie życie jest niesprawiedliwe przez telefon komórkowy, tylko próbowali kamieniem upolować królika.

Są ludzie, dla których naprawdę danie własnych pieniędzy drugiemu człowiekowi za coś – to zło. Bo widzą to tak – “ktoś inny bogaci się moim kosztem!” Nie chcemy kupować niczego, pójść do restauracji, niektórzy nawet nie chcą zamówić kuriera, tylko pojechać po coś na drugi koniec miasta, by “zaoszczędzić”, nie dajemy napiwków, itd., itd.

O mnie, o terapeutach, psychiatrach też niektórzy mają zdanie – “żerują na ludzkim nieszczęściu”. Takie osoby oczywiście chciałyby, by inni poświęcili się dla nich zupełnie za darmo. Przykładów realnego żerowania jest masa. Szczególnie w formie rozdawnictwa.

Nawet w 12 krokach nasze wyzdrowienie ma cenę – hojnie dzielimy się tym, co sami otrzymaliśmy. Jeśli nie będziemy tego robić, utracimy trzeźwość. I oczywiście nie można nikomu pomóc, jeśli ta osoba tego nie chce. Realnie angażujemy się w dobro innych ludzi. W ten sposób m.in. zanika poczucie oddzielenia, osamotnienia, bezsensu własnego życia i wiele więcej.

Nieraz czytałem twierdzenia uzależnionych – “skoro inni wyzdrowieli, a ja nie, to musieli mieć dużo mniejszy problem ode mnie! Bo ja już włożyłem tyle wysiłku, a nadal jestem uzależniony!” To wynika z poważnego niezrozumienia całego problemu oraz rozwiązania. Wliczając niechęć, by innym wiodło się lepiej/dobrze. Niechęć, by zadbać o kogoś innego, niż siebie, jest jednym z przyczyn poczucia oddzielenia od całego świata i ludzi. Niechęć, by zadbać o siebie to też efekt tego samego wyobrażenia.

Warto też rozważyć – niezależnie jak będziemy rozpaczać, wściekać się, obwiniać, etc. inni nie przestaną wygrywać. Nie przestaną pomnażać dobra w swoim życiu – np. pieniędzy. Czy to niesprawiedliwość świata, a jedyny los jaki nas czeka to cierpienie? Oczywiście, że nie.

Ale zamiast pokornie dążyć do pielęgnacji własnego życia i wprowadzać do niego dobro, wolimy opierać się temu, że czynią to inni we własnych życiach.

Sukcesami innych należy się inspirować, naśladować, motywować nimi. A nie obniżać ich znaczenie, nie grać ich ofiary, nie biadolić, nie porównywać się, nie odzierać z wartości. Bo to jest tak samo jak z młotkiem – jeśli przywalisz sobie młotkiem w rękę, to nie wina młotka. Nie go zniszczyć. Należy się nauczyć młotka używać. I używać go mądrze we własnym życiu.

24. Strzeż się niezamierzonych konsekwencji.

Nigdy nie wiemy co (też) mogą przynieść nam nasze wybory.

To jedna z cech ludzkości, z której nie zdają sobie ludzie w ogóle sprawy – że jesteśmy ślepi i głusi na rzeczywistość. Niemalże wszystko cały czas opieramy o wiarę, pozycjonalności, emocje i myśli. Nie widzimy prawdy, nie widzimy rzeczywistości, nawet nie zdajmy sobie sprawy, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Nawet ludzie całkowicie oddani logice przecież wierzą, że logika się nie myli, że myślenie racjonalne jest poprawne. Rozsądek też oparty jest o wiarę.

Większość z nas jest święcie przekonana, że to co widzimy – to prawda. Wierzymy, że to rzeczywistość, BO coś/to widzimy w taki sposób, tak to dostrzegamy i tak interpretujemy. Tak jak większość ludzkości cały czas sądzi, że coś im sprawia przyjemność czy smutek – uważamy, że to świat jest źródłem naszych doświadczeń. Mówimy – “TO (jest) straszne”. Tylko czy na pewno?

To jest jednak duma – pycha oraz narcyzm, a nie fakty. Tak jak przecież uzależniony mógł przez kilkadziesiąt lat uważać porno czy wódkę za coś wspaniałego, nawet, gdy już widział jak niszczy sobie tym życie.

To nie jest wyjątkowa sytuacja, wspólna tylko dla uzależnionych. To “tylko” pewne ekstremum problemu każdego człowieka.

Niemniej to właśnie najczęściej niezamierzone i bolesne konsekwencje wymuszają na uzależnionym rozważenie czy faktycznie postępuje właściwie. Ale jak się uprze, może grać ofiarę do końca.

Wielu przecież za wybór dobry uważa tylko to z czym/po czym czuje się lepiej. I to wszystko! Nie zdają sobie sprawy, że “lepiej” nie musi oznaczać “dobrze”. “Lepsze” samo+poczucie nie oznacza, że jest dobrze. A co z konsekwencjami tego, za pomocą czego doprowadziliśmy do tego “polepszenia”? Czy zdajemy sobie z nich sprawę?

Nie słyszałem tym bardziej, by ktoś zadał sobie pytanie – co czuje i od czego jest to lepsze? Już sam fakt, że sens, znaczenie i wartość naszych decyzji opieramy wyłącznie/głównie o samo+uczucie, pokazuje nam, że te wybory nie są pozytywne. Zazwyczaj są one nietrzeźwe i negatywne. Aby dostrzec jaka jest tego skala, wystarczy wziąć pod uwagę np. przemysł cukierniczy. Cukier niszczy nam organizm. Ale przecież lubimy słodkie, więc “słodkie” przyrównujemy do “dobra”. Słodkie = dobre. Ale tak nie jest. Jednak niemal nikt nie widzi problemu, by przy każdej okazji słodyczami karmić już kilkuletnie dzieci. Podobnie sprawa ma się z podjadaniem. W chwili podjadania wydaje się dobrym wyborem. Ale co ze wszystkimi faktami?

Wielu uważa, że sens, wartość i znaczenie też biorą się ze świata. Nie widząc własnej odpowiedzialności, nie tylko grają ofiarę ale też widzą wszystko zupełnie odwrotnie:

ROBIĘ -> MAM -> JESTEM

lub

MAM -> ROBIĘ -> JESTEM

Uważamy, że wartość nas samych bierze się z tego, co robimy i mamy. Nawet przecież pytamy siebie “kim jesteś?”, a my odpowiadamy “informatykiem”. Ale tym nie jesteśmy. To nasz zawód. Nie dostrzegamy jednak, że to jakie znaczenie przypisaliśmy tej pracy, to samo znaczenie przypisaliśmy sobie. A znaczenie pracy zazwyczaj opieramy o zarobki jakie z niej mamy. Czyli pieniądze lub zawód stawiamy wyżej od siebie. Chyba każdy słyszał “złote rady” typu – “w świecie trzeba BYĆ kimś”. Tylko że już każdy jest – inny i wyjątkowy. My zaś mylimy poziomy MIEĆ i ROBIĆ z BYĆ.

Jeśli temu, co mamy nadaliśmy znaczenie znikome, takie samo nadaliśmy sobie. “Nic nie mam (w domyśle – ‘nie mam nic, co miałoby dużą wartość’), więc nic nie znaczę”. Wielu używa pokrętnej logiki – “skoro inni mają więcej/zarabiają więcej, to znaczą więcej ode mnie – ja jestem gorszy”. Już pomijając jaki to jest fałsz, możemy rozważyć to – tak jak “lepszy” nie oznacza “dobry”, tak “gorszy” nie oznacza “zły”.

Ta droga mówi nam, byśmy strzegli się niezamierzonych konsekwencji, bo nie możemy przewidzieć tego, co dane działanie nam przyniesie. Ani czy dane działanie jest integralne oraz jaka jest jego intencja. Tym samym jeśli to co będziemy MIEĆ nie pokryje się z naszymi oczekiwaniami, ucierpi poziom BYĆ, bo go uzależniliśmy od tego.

A co jeśli dane działanie okaże się błędem czy porażką? Wtedy większość samych siebie uznaje za przegranych czy bardziej kolokwialnie – za przegrywów. Co tak naprawdę stanowi użalanie się nad sobą i usprawiedliwienie, by nie podejmować kolejnych prób, by nie wyciągać wniosków, by zaprzestać dalsze starania. Bo zamiast powiedzieć – “to działanie nie przyniosło oczekiwanych rezultatów”, od razu przechodzimy do poziomu BYĆ; mówimy – “JESTEM przegrany”.

A że prawdziwa zależność wygląda tak:
BYĆ -> ROBIĆ -> MIEĆ.

…no to jeśli siebie potępiliśmy, z góry osądzamy nasze starania, z góry zakładamy, że nic nie osiągniemy i/lub sabotujemy się po drodze, by udowodnić sobie, że faktycznie JESTEŚMY tym przegrywem.

A to jest bardzo wygodne. Wystarczy spróbować taką osobę przekonać, że nie jest wcale przegraną i zaobserwujemy jak będzie walczyła – chroniła tego przekonania. Sama się go trzyma z całych sił i nie chce odpuścić. Co stanowi dowód, że nie jest przegrana, tylko bardzo chętnie w to wierzy.

Jeśli żyjemy jak ofiara i nie mamy świadomości własnych intencji, nadanych wartości, sensu i znaczenia, wierzymy, że to wszystko jest wpisane w daną czynność czy przedmiot. Np. mówimy “moja praca nie ma znaczenia”. Oczywiście, że może DLA NAS nie mieć, bo tego znaczenia jej nie nadaliśmy. Ale nas to nie obchodzi, bo gramy ofiarę, kierujemy się winą, wstydem, żalem i dumą. No i nasza praca – poziom ROBIĆ – jest dla nas wyznacznikiem poziomu BYĆ. Wielu nie nadaje wartości tego co robią, bo mówią “są tacy, którzy robią to lepiej”. I? Oczywiście, że są tacy ludzie. Tylko dlaczego używamy tego, by odzierać swoje życie i starania z wartości?

Albo biadolimy – “życie straciło dla mnie sens”. Tylko że to “życie” nigdy tego sensu nie miało. To my go nadawaliśmy. Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy nadali inny.

Być może przestaliśmy nadawać dotychczasowy sens, bo nasze intencje przyniosły nam nieoczekiwane, negatywne konsekwencje? Albo uważaliśmy, że nasza praca nada nam znaczenie oraz sens naszemu życiu i do tego nie doszło? Może wręcz praca nas roz(od)czarowała?

Niezamierzone konsekwencje mogą pomóc nam poszerzyć kontekst, z czego automatycznie wyniknie konieczność przewartościowania i rekontekstualizacji. Na drodze realnego wzrostu to są elementy niezbędne.

Świadomość, że nie zawsze osiągniemy to co zamierzamy również może przynieść nam spokój. Bardzo ładnie oddał to Jean Luc Picard w jednym z odcinków Star Treka – “Można nie popełnić żadnego błędu i wciąż przegrać. To nie słabość. To życie.” Tu trzeba jednak dodać “gwiazdkę” – w przypadku uzależnień, będąc uzależnionymi zawsze popełniamy błąd – czegoś nie czynimy, np. nie poddajemy swojej woli Sile Wyższej, coś ukrywamy, nie mamy intencji całkowicie wyzdrowieć, zachować trzeźwości, etc.

Ale to nie wszystko. Wszystko ma nieskończoną ilość tzw. przyczyn, dlatego też nie ma żadnej konkretnej. Świat jest wielowymiarowy i niewyobrażalnie złożony – wszystko przeplata się ze wszystkim innym. Zaś ludzki umysł zdolny jest tylko do powierzchownej, bo kolosalnie ograniczonej analizy. Sam fakt, że nie może wybiec poza przyczynę i skutek, ukazuje jak wielkie ograniczenia ma.

Przykładowo – gdy ktoś bliski ma problem, a my przyjdziemy do tej osoby ją pocieszyć, to w zależności czy ta osoba stawia opór korekcie i uśmiechowi, jaką ta osoba ma gotowość do poddania oporu, etc., jej reakcja może być skrajnie inna, niż się spodziewamy. Wcale nie musi zareagować pozytywnie, a może wręcz się jeszcze bardziej zdenerwować lub pogłębić smutek i poczucie bezsilności. W innych okolicznościach mogła być bardziej skora do przyjęcia innej perspektywy i do odpuszczenia.

Z tego powodu jeden z 12 kroków, w którym zadośćuczyniamy, uwzględnia głęboką kontemplację czy próba zadośćuczynienia komuś nie sprowadzi do życia tej osoby tylko jeszcze większego bólu. Bo już naprawdę zaczyna nam zależeć do dobru innych ludzi, a nie tylko na naszym (lepszym) samym+poczuciu.

Wielu myli spokój z unikaniem tego, co niekomfortowe. Tę ulgę uważają za spokój, bo i przyczynę niepokoju wyprojektowali poza siebie. Ale to samo w sobie jest dowodem, że pokój i jego brak mają źródło wewnętrzne. Dlatego też nasze starania mogą przynieść efekt odwrotny do zamierzonego, nawet pogłębić niepokój, bo sama intencja zacznie warstwa po warstwie ujawniać to, czym pokój ograniczyliśmy.

Ponadto – skoro źródło niepokoju jest wewnętrzne, a tylko wyprojektowaliśmy je na coś w świecie, to oczywistym jest, że nawet przebywanie samemu w pustym domu wcale nie da nam spokoju. A wręcz będziemy niespokojni, że jesteśmy relatywnie spokojni i będziemy wyczekiwać czegoś negatywnego/strasznego. Niektórzy są niespokojni, że nic się nie dzieje.

Możemy być bardzo zaskoczeni – np. chcąc być bardziej wyrozumiałymi dla innych, zaczęliśmy doświadczać dużo więcej sytuacji, w których innych potępialiśmy, graliśmy ofiarę, narzekaliśmy, obwinialiśmy, frustrowaliśmy się, etc. Bo właśnie to wybieraliśmy zamiast wyrozumiałości, a teraz mamy możliwość poddania tego. Jeśli masz wbitą cierń w tyłek, to nie możesz podmienić półdupka. Trzeba z niego wyjąć tą cierń. Chwilowo może zaboleć.

Warto też rozważyć to – że nie da się przewidzieć wszystkich konsekwencji naszych wyborów. Powinniśmy się pogodzić z faktem, że możemy doświadczyć czegoś nieoczekiwanego.

Problem może wynikać z pragnienia kontroli w naszym życiu. A pragnienie kontroli to jedno z podstawowych pragnień, które należy uwalniać, bo jest szczególnie ograniczające. Gdy je uwolnimy, doświadczymy niesamowitego spokoju – przynajmniej w okolicznościach, które przestaliśmy próbować kontrolować. Najlepiej zupełnie poddać je Sile Wyższej.

Nie sposób nawet wymienić pewnej gamy ważnych przykładów niezamierzonych konsekwencji, których możemy doświadczyć w naszym w życiu. Jednak sama świadomość, że mogą być i najprawdopodobniej będą już może przynieść nam pokój. Bądźmy ostrożni, bądźmy gotowi.

Spokój na skali zaprezentowanej przed doktora Hawkinsa kalibruje się na 250. Jest to poziom wyższy nawet od Odwagi. To poziom graniczny między Neutralnością, a Ochotą. Możemy to rozmaicie interpretować – bo gotowość na niezamierzone konsekwencje wynika z odwagi, braku osądów, a także ochoty, by mimo elementów nieznanych, kontynuować swoje dążenia, podejmować wybory, nie unikać działań.

Ci którzy unikają działań, nie żyją odważnie, więc nie żyją też spokojnie. Pokój jest dla nich niedostępny. Nie dziwi nas wtedy, że niebywale rozrosły się przemysły używkowe i rozrywkowe. By uzależnić nas od siebie – byśmy nadzieje na bardziej przyjemne doświadczenia pokładali w rozmaitych środkach. A i to ma przecież niezamierzone konsekwencje. Unikanie tego, na co wyprojektowaliśmy brak pokoju wydaje się nam wtedy sensowne, dobre. Ale takim nie jest. Dlatego i takie postępowanie przyniesie nam niezamierzone konsekwencje, które nie są dla nas pozytywne.

Jak widzimy – to co naprawdę dobre ma cenę – pewien poziom dojrzałości i trzeźwości. Inne drogi mogą mieć zakamulfowane sposoby, które mogą być jedynie “lepsze”, niż nasze doświadczenia. Ale nie będą dobre oraz będą związane z nimi negatywne konsekwencje. A że nasze doświadczenia uważamy, że są takie same z siebie, to nigdy nie przyjrzymy się uczciwie sobie. Więc pokój pozostanie poza naszym zasięgiem i będziemy skazani tylko na wieczne uciekanie, “zapominanie”, itd. A ostatecznie uciec, ani zapomnieć się nie da.

Podziel się tym artykułem!

Napisz komentarz!

Zasubskrybuj
Powiadom mnie o
guest
6 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Rafał

Witaj Piotrze :),

Intencją mojego komentarza jest chęć odnalezienia odpowiedzi, rozwiązania. Chciałbym zapytać Ciebie o kilka kwestii praktycznych. W ostatnim czasie podjąłem dość odważne kroki, jak rozpoczęcie studiów oraz pracy, związanej z ich kierunkiem. Jest to dla mnie bardzo spore przebranżowienie się, a także bardzo duża ekspozycja na innych ludzi, których do tej pory zdecydowanie unikałem. Studiuję pedagogikę i nauczanie informatyki, pracuję jako pedagog wychowawczo-opiekuńczy dzieci i młodzieży. Pamiętam, iż od czasu szkoły średniej, bardzo chciałem pracować z ludźmi, wówczas jako psycholog. Obecnie sięgnąłem po to niespełnione marzenie, realizując je w praktyce. Zauważam, iż w tej kwestii wiele spraw układa się jakby “odgórnie”. Wydaje mi się, iż radzę sobie. Prócz kilku wpadek natury technicznej, nie zwrócono mi uwagi na coś szczególnie negatywnego z mojej strony. Mój kontakt z podopiecznymi, oraz ze współpracownikami oceniam jako pozytywny, rozsądnie wyważony. Mimo tego, wybrałem bardzo silny stres, w trakcie którego, popełniłem pewien błąd. Polegał on na podjęciu pisania intymnych wiadomości, do jednej z koleżanek, która spodobała mi się. Ponieważ jestem już w relacji z Kobietą, która zna wspomnianą koleżankę, zatem cała sytuacja została ujawniona. Omówiłem wszystko z moją Partnerką, przyznałem się do błędu i przeprosiłem. Przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Pozostała jedynie koleżanka, która na bazie tej sytuacji, tworzy coraz bardziej fantastyczne scenariusze, w których jawne kłamstwo wiedzie prym. Wspomniana sprawa, a także to, iż czasem nie wiem jak reagować w pewnych kwestiach, związanych z moją pracą. Częste, długie dyżury, związane także z pozostawaniem w pracy na dwie doby. Niezbyt dobre przełożenie tego wszystkiego na kwestie finansowe. To wszystko zacząłem wybierać jako powód opierania się, przed pójściem do pracy. Choć staram się to czynić z intencją: “Idę chętnie do pracy, którą bardzo lubię. By spokojnie i radośnie wypełniać moje obowiązki”. Zauważam, iż nie zawsze to działa i bardzo wiele zmieniam w moim nastawieniu, postrzeganiu, a nawet działaniu, by tak właśnie było. Chciałbym to zmienić. Dużo piszesz o zmianie spojrzenia na pewne kwestie, o umieszczeniu tego w innej perspektywie. Czasem staram się to czynić, choćby to, iż obecna sytuacja jest przejściowa, nim zdobędę kwalifikacje, co pozwoli mi pewne aspekty poprawić na lepsze. Jednak to działa tylko na chwilę. W swoim życiu kieruję się głównie strachem, przede wszystkim w tym celu, by uniknąć porażki, zatem wstydu i poczucia winy. Często sięgam po przyjemność, kierując się pożądaniem, gdy dostatecznie zmęczę się lękiem. Gdy chcę doznać lepszej jakości. Jest we mnie także sporo gniewu, bowiem nie jest mi łatwo z moją apatycznością. Chęć działania “zderza” się z odmawianiem go sobie, kierując się obawami. Do tego wszystkiego mógłbym dodać dumę, gdy podejmuję tak często decyzję, iż będę milczał i wezmę sprawy w swoje ręce. Tyle wiem o sobie na dzień dzisiejszy. Czasem gdy czuję więcej “spokoju”, podejmuję decyzję, iż działam pomimo lęku. Raz nie dzieje się zupełnie nic, i udaje mi się uczynić wiele rzeczy. Czasem czuję jak niemal natychmiast coś we mnie “podchodzi” do góry. Jakbym wypełniał się “wodą”, niczym “naczynie”. Innym razem przepuszczam to przez siebie, czując za jakiś czas ulgę, często odczuwając długi przepływ jakiejś energii. Gdy jest mi trudniej, odczuwam jak opieram się tej energii, jakbym przytrzymał ją na poziomie mostka, szyi. Piotrze. Jak mam właściwie reagować w takich sytuacjach? Jak właściwie podejść do tego, przed czym ciągle stoję, w pewnym bezruchu. Wiem, iż kiedyś uwierzyłem w te wszystkie rzeczy, którymi teraz siebie dręczę. Umiem uwierzyć, lecz mam problem by uczynić to świadomie, by uwierzyć w inne jakości. Lub z odwagą podążyć w innym kierunku. Na czym to polega? Co potrzebuję uczynić?

Pozdrawiam Ciebie bardzo ciepło.

Rafał

Hej Piotrze :)

Przede wszystkim dziękuje za odpowiedź. Moja obecna intencja jest tą samą, którą wyraziłem pisząc do Ciebie mój poprzedni komentarz.

Możesz zastanowić się jakich ludzi unikałeś (jak ich widziałeś) i dlaczego ich unikałeś.
To można rozwiązać. Bo jeśli przyczyny były negatywne – choć samo działanie pozornie mogło być właściwe – to przyczyny można zastąpić pozytywnymi. Np. unikać kogoś negatywnego z troski o swoje dobro, a nie ze strachu czy wstydu.

Mój kontakt z ludźmi, od czasu dzieciństwa, jest często związany z bólem fizycznym. Oczywiście nie każdy człowiek, jakiego napotkałem w swoim życiu, zadał mi go. Jednak “na wszelki wypadek” nastawiam się tak do innych, choć nie zawsze. Dużo zależy od tego w jaki sposób ktoś się wobec mnie zachowuje. Mam tutaj bardzo niski “próg” tolerancji, często wystarczy mniej wybrednie podana uwaga, krytyka, tudzież sarkazm. Mam w sobie bardzo wiele gniewu. Gdy obrywałem, często tym sytuacjom towarzyszył lęk, wstyd za to, iż nie poradziłem sobie w danej sytuacji bardziej bezwzględnie. To wszystko “przykrywał” gniew, którym z czasem kierowałem się, by wziąć rewanż. Czasem były to agresywne zachowania wobec innych, nierzadko wobec siebie. Ta wrażliwość na krytykę ma także swoje źródło w obawie przed porażką, zatem ponownie przed wstydem i poczuciem winy. W tym wszystkim zauważam, iż gdy dopuszczam do siebie jakąś osobę i przejawiam wobec niej to, co we mnie pozytywne, uważam siebie za kogoś naiwnego, za wręcz „frajera”.

Wohoo! Brawo! :)

Co więcej Piotrze, już niedługo rozpoczynam pracę w roli Nauczyciela Informatyki :) Zauważyłem, iż w ostatnim czasie dostrzegam w sobie sporą ilość atutów, możliwości, umiejętności. Staram się być przygotowanym na tyle, na ile mogę w danym momencie to uczynić. Oczywiście mam spory „bagaż” obaw, wątpliwości i lęku. Jednak idę na takie rozmowy, podejmuję te kontakty, interakcje. Choć czasem się we mnie „gotuje”, choć czuję jak wręcz „zginam” swoje plecy. Choć nie zawsze jestem świadomy mojej intencji, to efekt bywa dla mnie zaskakujący i chyba pozytywny.

A czy nie wybrałeś tego, bo częścią tego stresu jest coś, co mogłeś zinterpretować jako “poczucie przymusu”, na które składa się napięcie, opór, wina – “muszę” oraz lęk, że jak tego nie zrobisz, to np. stracisz szansę? Nie słyszałem, by ktoś “wybrał stres”, bo nie spotkałem się jeszcze, by ktokolwiek podjął świadomy wybór, by zmagać się z tym, co czuje. Stres to najczęściej efekt napierania na już stłumione emocje – i czynimy to nieświadomie, m.in. dlatego, bo chcemy tego pozostać nieświadomymi.

Tak Piotrze, zdecydowanie nie był to świadomy wybór stresu. Nie wiem do końca dlaczego ująłem to w taki sposób. Mimo, iż obrałem taki kierunek, w którym dawno temu chciałem podążyć, to jest w tym wszystkim sporo rzeczy, które muszę uczynić. Bardzo często, podczas wykonywania moich obowiązków, widzę jakby z boku, lub tuż za mną, mojego przełożonego. Zazwyczaj spojrzenie tej osoby jest kontrolujące, surowe, badawcze. Jakby czekała aż popełnię jakiś błąd, czy uchylę się od danego działania. Wydaje mi się, iż wiele rzeczy czynię tylko po to, by uniknąć krytyki. Brakuje mi w tym wszystkim elastyczności i samodzielności. Co ciekawe, dotyczy to głównie błahych zadań, rutynowych. Znacznie lepiej radzę sobie w czymś „tłustszym”. Zadziwia mnie ja wiele niuansów potrafię wówczas dostrzec i „ogarnąć”. Choć czasem zdarza mi się o jakimś szczególe zapomnieć.

Nie znam rozwiązania problemu ale mogę doradzić to, byś zupełnie się tym nie przejmował. A jeśli to w Tobie zalega, opowiadaj o tym swojej partnerce. Po prostu spokojnie relacjonuj to. Ujawniaj cierpliwie na światło dzienne. Nie stawiaj oporu, nie walcz z nią, nie próbuj tego dementować. Spokojnie dziel się szczerością ze swoją kobietą. Natomiast “stres” wynikał z tego, że wiedziałeś, że popełniasz błąd ale nie byłeś w stanie lub nie chciałeś odpuścić. A że elementem tego, czego szukałeś, była ucieczka od stłumionych stanów, to ten stres tylko “dołożył drew do ognia”.

Nim w ogóle napisałem poprzedni komentarz do Ciebie, nim napisałeś mi co mógłbym uczynić w tej sprawie, mniej więcej tak też postąpiłem. Prawdę mówiąc to zostałem postawiony przed faktem dokonanym, bowiem moja Partnerka i koleżanka z pracy znają się. Zostały mi pokazane tak zwane „screen’y” wiadomości ode mnie, „broń XXI wieku” ;) Niczego nie dementowałem, nie starałem się niczego modyfikować. Od razu przyznałem się, i opowiedziałem o tym tak, jak to zapamiętałem. Rozmowa była spokojna, pełna zrozumienia i szczerości. W jej trakcie wyszło wiele różnic w wersjach obu stron. Zdawałem sobie sprawę, iż to poniekąd „słowo przeciwko słowu”. Jednak byłem zdumiony rozmiarem modyfikacji całej sytuacji, ze strony tamtej kobiety. Początek pracy był dla mnie bardzo stresujący. Odmawiałem sobie oglądania pornografii w pracy. Pojawiła się wspomniana kobieta, wobec której poczułem pożądanie. Mimo, iż wiedziałem, że zna moją Partnerkę, zacząłem podejmować intymny wątek. Dość odważnie. Widziałem myśli, iż tworzę sobie problem. Znałem sytuację. Lecz nie mogłem, lub nie chciałem się zatrzymać. Widziałem „znaki ostrzegawcze”, lecz mimo tego pędziłem w „przepaść”. Wiem, iż potrafię zastąpić oglądanie pornografii realnym seksem. Zabroniłem sobie tego pierwszego, wybierając to drugie. Pragnąłem ulgi, być może także adrenaliny. Czegokolwiek co by mnie w tamtym czasie ukoiło.

Sprawdzaj różne reakcje. Odrzucaj te, które nie przynoszą poprawy, wybieraj te, które przynoszą.

To ciągłe poszukiwanie „złotego środka”. Często stawiam siebie w sytuacji, w której zauważam, iż żaden sposób nie działa. Czuję wiele negatywności, gdy opieram się na groźbach jakiejś kary wobec podpieczonych. Zauważam, iż dopiero to w jakiś sposób działa, lecz nie wobec wszystkich. Mam też świadomość tego, iż mogą się zacząć bać i nie mieć ochoty by ze mną rozmawiać, gdy będzie taka potrzeba. Czasem w jakimś wymiarze folguję, lecz wówczas widzę w myślach, iż mogą to wykorzystywać, uznać mnie za „miękkiego”. Czasem odpuszczam pewne kwestie z powodu zmęczenia fizycznego. Pod koniec dyżuru staję się jakby „duchem”.

Tu wyczuwam problem z niedocenianiem się. A to co przedstawiasz to nie zmiana perspektywy, tylko usprawiedliwienia dla wstydu, winy, lęku, oporu – niechęci, by żyć godnie. “To działa tylko na chwilę” nie jest prawdziwym twierdzeniem, bo nic nie działa. Zmiana to zmiana. Gdy coś zmienisz, zostało zmienione. Basta. A skoro zmiana “wraca”, to nie nastąpiła. Ew. przez moment tylko trzymałeś się innej myśli.

Przypatrzyłem się swojej intencji, i tego jak dużo zmieniam w swoim działaniu, względem niej. Wcale nie lubię tej pracy, nie idę do niej chętnie, nie wypełniam moich obowiązków spokojnie i radośnie. Niemal w każdym punkcie oddalam się w działaniu dość mocno i wyraźnie. Trzymam się tej intencji, która jest myślą, tworzoną świadomie przeze mnie. W drodze do pracy potrafię poczuć się bardziej komfortowo. Później niemal natychmiast oddalam się od tego. Co mogę uczynić by to zmienić?

Właśnie. Ale nie tylko to – to także lęk odczuwany PRZED tym, nim nawet doszło do problemów. Np. zwiększenia swoich wymagań wobec pracodawcy jak wyższa pensja.

Często zauważam w myślach wręcz całe sceny, w których dzieje się w pracy to, czego najbardziej pragnę uniknąć. Na długo przed przekroczeniem progu tego miejsca. W ostatnim czasie nastąpiła spora podwyżka płacy, związana z ogólnymi ustaleniami w tym względzie, w skali państwa. W tej placówce dyrektor niestety nie ma na to wpływu, bowiem to nie on o tym decyduje. To trochę bardziej złożona sytuacja. Wiedziałem o niej i zgodziłem się na nią. Staram się na to nie narzekać. Lecz czasem to tylko staranie się.

A czego lęk dotyczy? Czym są te porażki? Skoro porażki to “zatem wstyd i poczucie winy”, to widzimy, że problemu nie ma w świecie. Dlatego też zmiana perspektywy nie przynosi poprawy. Bo problem jest wewnętrzny. To co robisz cały czas ma na celu tylko unikanie tych emocji, które i tak już w sobie nosisz. A skoro tak, to i każde działanie, które podejmiesz bardzo szybko okazuje się nieefektywne.

Także zauważam, iż unikam wielu działań, które mogą mnie doprowadzić do tego, czego czuć nie chcę. Od kiedy pamiętam, widziałem siebie jako kogoś niewystarczającego, przynoszącego innym wstyd i troski. Spotykałem wielu ludzi, którzy mnie w tym przekonaniu utwierdzali. Bardzo często odczuwałem wówczas gniew, nie zgadzałem się z tymi opiniami, choć jednocześnie wierzyłem im. Co ciekawe, spotykałem w swoim życiu niemało ludzi, którzy byli zachwyceni moją osobą, umiejętnościami, sposobem bycia. Te osoby było mi trudniej zrozumieć.

Tak ale to tylko “LEPSZA” jakość, a nie “DOBRA”. I lepsza nie w kwestii życiowych – realnych zmian zewnętrznych. A lepsza wobec kwestii doświadczania – zaś to, co doświadczasz nie wynika ze świata. I nic w świecie ich też nie może zmienić.

Rozumiem to co napisałeś Piotrze jako kolejne próby poprawienia jakości tego, co odczuwam. Przecież pożądanie i gniew są lepsze względem wstydu i poczucia winy, także wobec lęku. Jednak taki wybór nie zmienia mnie na lepsze, a tym samym mojej zewnętrznej sytuacji.

Apatyczność może mieć wiele przyczyn. Lęk i opór to chyba najczęstsze. Gniew może wynikać z niezgody. Ale na co? Gniewu można używać nieefektywnie i pomocnie. Na co jesteś zdenerwowany? Nie jest Ci łatwo. Ale z jakich powodów? Możesz zdenerwować się, że np. dałeś sobie wmówić tak wiele kłamstw na temat rzeczywistości. I zacząć je poprawiać. Ale jeśli gniewasz się, bo w ten sposób unikasz lęku, to trzeba zająć się lękiem. A nie próbować go obejść gniewem.

Denerwuję się na moje poczucie zmęczenia, na duży „obszar” bezczynności w mojej pracy, która czasem polega na tym, by w tamtym miejscu zwyczajnie być. Mam w jej ramach sporo czasu, który mógłbym wykorzystać na rozwój, naukę, moje pasje. Jednak trudno mi się skoncentrować. Zauważam, iż gdy często podejmowałem coś swojego, wówczas pojawiał się intensywniejszy ruch. Ktoś ciągle czegoś chciał. Mam już trochę lat, staram się być życzliwy, spokojny, „kontaktowy”. Wkurza mnie „cwaniakowanie” znacznie młodszych ode mnie, brak respektu, szacunku, współpracy. Nie jestem negatywny wobec innych, tak przynajmniej to postrzegam. Jednak uzyskuję często zupełnie inną odpowiedź z zewnątrz. Przez moją pozytywną postawę, czuję się często jak „frajer”. Obserwuję kolegów i koleżanki z pracy. Zauważam dwojaką drogę. Jedni jak najwięcej ignorują, drudzy wręcz „siadają” na kimś, kto nie chce się podporządkować. Natomiast ja staram się poszukiwać czegoś, między tymi skrajnościami. Nie wiem czy do końca mi się to udaje. Są osoby, które twierdzą, iż tak. Denerwuję się na to, iż postrzegam siebie jako kogoś słabego, niewystarczającego, z drugiej strony uważam, iż nie jestem taki. Zdecydowanie też gniew „ratuje” mnie przed lękiem, który upatruję jako oznakę słabości. Nie lubię czuć się miernym, słabym, nie mającym na cokolwiek wpływu. Jednocześnie nie chcę być despotą, nieprzyjemnym gościem, którego należy się bać, wobec którego trzeba mieć respekt. Jestem dość postawnym mężczyzną, co dodatkowo wprowadza mnie w zakłopotanie. To sytuacja podobna do tej, w której słoń obawia się małej myszy.

Dokładnie. A dlaczego sobie działania odmawiasz? Czego się naprawdę boisz? O co chodzi w tych historiach stojących za wstydem i winą? Gdyby do nich doszło – co najgorszego może się wtedy wydarzyć? Sam lęk trzeba zacząć przyznawać, dopuszczać i uwalniać jego energię.

Od kiedy pamiętam, obrywałem za moje błędy i porażki. Nie mogłem ich popełniać. Nie rozumiałem tego, później gniewałem się na to i przejawiałem agresję, dumę. Mam dużo żalu wobec osób, które takie wobec mnie były. Mam ogrom żalu wobec siebie. Jednocześnie wstydzę się za siebie, obwiniam siebie, bowiem może mieli rację. Z drugiej strony, zupełnie się z tą wizją nie zgadzam, bowiem otrzymuję także skrajnie odmienne opinie. Czasem ludzie mnie wręcz „liżą”, tak pozytywnie mnie odbierają. Odczuwam coś w rodzaju zagubienia, względem tego jaki jestem faktycznie, jaka jest moja „tożsamość”. Odmawiam sobie działania z wielu powodów. Chcę uniknąć porażki, zatem emocji, jakie są z nią związane. Nie chcę czyjejś krytyki, gniewu, przemocy fizycznej, zatem lęku. Chcę uniknąć przykrych konsekwencji z powodu mojej reakcji, a więc gniewu. Zazwyczaj otrzymuję dość niewybredną krytykę, i już w myślach widzę, jak „kasuję” czyjąś twarz moją pięścią. Co najgorszego może się wydarzyć? Ta wiara, iż wszyscy mieli co do mnie rację, że zawiodłem, potwierdziłem te wszystkie oceny. To, iż pozostaję z tym wszystkim sam, bez niczego. Boję się końca, a szczególnie tego, iż sam do niego doprowadzam. Może nie koniec sam w sobie jest taki straszny, a bardziej wizja tego, iż nim nastąpi, będę musiał przejść nagi i upokorzony, przez cały rynek jakiegoś miasta. Poprzez tłum gawiedzi, potwierdzającej wszystko to, czego się na swój temat wstydzę.

Nigdy nic się nie dzieje. :) Chodzi o to jakie znaczenie my temu nadajemy. Dla jednego np. odmówienie przez dziewczynę randki to tragedia, którą będzie przeżywał przez najbliższe miesiące, może nawet lata. Dla innego “nie ta, to inna” – chwilowa niedogodność.

Nadaję wielu kwestiom zbyt duże znaczenie. Zbyt wiele „tragedii” jest w mojej codzienności. Niemal wszystko uznaję za potwierdzenie tego, kim jestem. Jednocześnie nie zgadzając się na taką ocenę. Utkwiłem pomiędzy skrajnymi ocenami siebie i tego co czynię.

I wtedy stawiasz temu opór, wycofujesz się. A wraz z tym zmieniasz swoje działania, swoje dążenia. Od tego uzależniasz życie w pewnej jego części/wymiarze. I dopóki się z tym nie zmierzysz, będziesz cały czas czynił ten “odwrót”. Trzeba zaryzykować i cokolwiek to będzie – zaakceptować to, pozwolić temu być dokładnie takim jakim jest.

Jakiś czas temu miałem dyżur na drugim piętrze, ze starszymi podopiecznymi. Była to nocna zmiana, związana z zachowaniem ciszy nocnej, co nie zawsze jest łatwe. Bardzo męczyłem się ze sobą, nim wyruszyłem do pracy. W drodze do niej, poczułem większą ulgę. Wydaje mi się, iż bardziej przyzwoliłem na to, co czułem. Miałem bardzo gorącą twarz, skóra na niej wręcz mnie piekła. Pojawiały się myśli, czy ktoś to zauważa? Moje działania były odważniejsze, unikałem mniejszej ilości ruchów. Czułem większą swobodę, lecz nie czułem się zbyt dobrze. Odliczałem w myślach czas do snu. W takich sytuacjach potrafię utkwić między byciem stanowczym, a bardziej ugodowym. Nie wiem wówczas jakiego wyboru mam dokonać. Jakby każdy z nich, był czymś negatywnym. Może też staram się stworzyć zbyt idealną sytuację, wierząc iż komuś innemu to by się jednak udało. Tylko nie mnie.

“Odczuwam jak opieram się”. Opór to nasze nastawienie, nasza postawa. To nasza decyzja. Decyzji nie czujemy. Tylko je podejmujemy lub nie. To co zapewne odczuwasz to rosnące napięcie ale nie zdajesz sobie sprawy, że się opierasz. I tu warto rozważyć – gdybyś zupełnie poddał się temu – co wtedy sądzisz, że się wydarzy?

Nie wiem czy kiedykolwiek czułem realną ulgę. Być może tak, lecz nie byłem tego świadomy. Często boję się tego, co może się wydarzyć, gdybym zupełnie coś poddał. To trochę jak bardzo odważna zmiana miejsca zamieszkania, wejście na „głęboką wodę”. Obawiam się także czy nie zauważą czegoś inni, czy moje ciało nie będzie dziwnie reagować na to, co postanowiłem uwolnić z siebie.

Kochająca ekspresja. Nie pozwalasz sobie na ekspresję tego, czymkolwiek to jest – jakimś życzeniem, bólem, żalem, żądaniem, niezadowoleniem, prośbą, błaganiem. A nie pozwalasz sobie na to, bo to potępiasz. Zamknięte jest więc serce i zaciśnięte gardło. Pomaga mówienie, najlepiej ku zaufanej osobie. A to wymaga otworzenia innych centrów. Czy raczej – one samoistnie będą się otwierać, gdy dokonamy tych wyborów i podejmiemy działanie. W 12 krokach to się nazywa powierzaniem. Jest to niesamowicie uzdrawiające i cholernie niekomfortowe. :D

Zauważam, iż takie rozmowy dają poczucie większej ulgi. Zmniejsza się napięcie, jest jakby lżej. Gdy jestem sam, przed lustrem. Najczęściej chcą się pojawić łzy, odczuwam napięcie, lecz także nieodpartą chęć płakania. Czasem bardzo silną, wręcz „eksplozywną”. Nie pozwalam sobie na to, bowiem obawiam się, iż ktoś mógłby to widzieć, usłyszeć, ocenić, skarcić.

Nie musisz reagować w ogóle. Ani nie ma “tych sytuacji”, bo to “tych” to coś, co istnieje tylko w Twoim umyśle. Czy mówiąc językiem powszechnie używanym – “to jest tylko w Twojej głowie”. Przyglądaj się względem czego się wycofujesz, czego nie dopuszczasz, co też projektujesz na sytuacje. Czego nie chcesz powiedzieć? Czego się boisz?

Staram się być szczery, próbuję stosować język dyplomacji. Prawda o mnie jest „brzydka i brudna”. Obawiam się reakcji innych, ocen, osądów, opuszczenia. Choć czasem sam mam ochotę uciec w jakąś dal. Wiele osób próbuje mnie „nawrócić” na coś, co już doświadczyłem, co sobie kiedyś zafundowałem. Dziwię się, iż ktoś ma ochotę w coś takiego brnąć. Boję się, iż sobie nie poradzę w jakiejś trudniejszej sytuacji. Bardzo utkwiła we mnie wizja wylądowania „pod mostem”. Przez sporą część życia, brnąłem ku tej sytuacji. Od jakiegoś czasu jest inaczej. Jednak zastanawiam się czy nie ma w tym także ucieczki, od zrealizowania tej wizji. Często nie mam pewności czy uda mi się od niej uciec, czy zdążę, czy mam jeszcze wystarczająco dużo siły i czasu. Czasem wizja końca daje mi coś w rodzaju ulgi. Lubię niczego nie musieć. Być może nie boję się tej sytuacji tak bardzo, jak tego, iż inni mnie za nią srogo ocenią.

Uświadomić sobie czym to jest, przestać się temu opierać, przestać to demonizować, zacząć to w pełni akceptować i dokonać aktów odwagi – np. przyznać to, powiedzieć to, powiedzieć o tym, (z)mierzyć się z tym bez osądów, w pełni się temu poddać.

Boję się przyznać do swoich słabości. Choćby do tej, iż jestem „niewolnikiem seksu”, a jednocześnie chcę być postrzegany przez kobiety niczym Peter North, czyli „Król Ejakulacji” ;) Jednocześnie boję się, iż przyznając się do tego, w czym „kuleję”, zacznę siebie potępiać i nie zgadzać się na to.

I jakie są to rzeczy? Czym się dręczysz i dlaczego?

Wierzę, iż jestem do niczego. Wierzę, iż to czego się tknę, to „spartolę”. Uważam, iż jestem niewystarczający, jednocześnie wierząc, iż stać mnie na więcej. Czasem sam zauważam swój potencjał, to jak wiele rzeczy przychodzi mi dość łatwo. Od kiedy pracuję, zauważam jak poprawiła mi się pamięć. Nie umiem tego wyjaśnić, lecz mam w myślach cały plan mojego dnia pracy. Czasem coś mi się „zatrze” w pamięci, jednak jest o wiele lepiej, niż wcześniej. Po długiej przerwie sięgnąłem po gitarę. Szybko opanowuję kolejne „kawałki”. Chętniej uczę się solówek, których zawsze unikałem, oceniając siebie jako zbyt „cienkiego”, by coś w tej kwestii zdziałać. Pokusiłem się nawet o nagranie moich umiejętności i opublikowanie ich w Internecie. Opinie były pozytywne, było ich też dość dużo. Zauważam także, iż lubię „dociągnąć” drobne sprawy do końca. Zadbać o nie. Być może dlatego, iż bardzo chcę się wyróżnić w sposób pozytywny. Być może jest w to wliczona ucieczka przed krytyką, pragnienie pochwały, dostrzeżenia, docenienia. Wobec kobiet czuje się nieatrakcyjny. Często zazdroszczę innym mężczyzną pewnych cech, których nie dostrzegam w sobie. Z drugiej strony zauważam zainteresowanie kobiet moją osobą. Potrafię uznać, iż nikt nie uczyni im tak dobrze, jak ja. Rozpiera mnie duma, mam paradoksalnie wysokie mniemanie o sobie. Jednak wydaje mi się ono dość fałszywe. Wydaje mi się, iż kiedyś podjąłem moje jedno, wielkie zaniechanie, by udowodnić moim rodzicom, iż mieli rację. Teraz jakby mierzę się z moją wiarą na swój temat, a jednocześnie chcę zdążyć przed końcem. Jakbym chciał od pewnego momentu uczynić na innych odmienne wrażenie. Zaprzeczyć temu, co o mnie sądzili. Punktem zwrotnym był tutaj mój rozwód i otworzenie się na inne kobiety. Zetknąłem się z różnymi wizjami na życie, różnymi ich realizacjami. Zacząłem też spełniać swoje seksualne fantazje. Czasem do dzisiaj nie wierzę, iż to miało miejsce. Przez doświadczenie tego, uzyskałem swoisty „wiatr w żaglach”. Zauważyłem, iż wszystko jest jeszcze możliwie i mogę ciągle zrealizować to, czego sobie odmawiałem.

Piotrze. W sytuacji, o jakiej Tobie wspomniałem, poprosiłem tą kobietę o zaprzestanie tworzenia „opowieści dziwnej treści”. Jednocześnie przyznając się do błędu i przepraszając za niego. Efektem tego były kolejne niestworzone historie. W rezultacie moja Partnerka w niewybredny sposób dała jej do zrozumienia, by przestała. Bowiem zaczęła modyfikować także jej słowa, oraz zachowania. Nie wiem jak mógłbym jej zadośćuczynić. Nie pytałem o to, bowiem postanowiła się nie odzywać, jednocześnie unikać mnie, oraz mojej Partnerki. Ja nie obraziłem się, nie udaję, iż jej nie znam. Witam się w pracy, choć nie otrzymuję odpowiedzi zwrotnej. Rozmawiam w miarę swobodnie o kwestiach zawodowych, nie unikam jej. Wiem jednak, iż nie będzie już takich rozmów, jak wcześniej. Bowiem obawiam się, iż każde moje słowo, zostanie „przekręcone”. Pamiętam, iż planowałem tylko pisać do niej. W pewnym momencie miało się to zakończyć. Jednak trwało i eskalowało. Nie wiem czy nie chciałbym czegoś więcej. Zauważam, iż częściej zamieniam oglądanie pornografii, na realny seks. Pojawiają się chęci na uczestnictwo w jakichś „zbiorówkach”, na „próbowanie” różnych partnerek. Najdziwniejsze jest to, iż dość łatwo przychodzi mi umówienie się na takie sytuacje. Choć rzadko do nich dochodzi. Może potrzebuję jedynie tej adrenaliny, która towarzyszy całemu procesowi tuż przed? Nie staram się nikogo wykorzystywać, choć mam wątpliwości czy nie wykorzystuję samego siebie. Przejawiam szacunek i czułość wobec kobiet, choć mam ochotę na ostry i wyuzdany seks. Potępiam się za to, jednocześnie czując dumę, swoistą wyższość. Nie czuję się z tym dobrze. Jakbym był „rozdarty” w bardzo wielu, odmiennych kierunkach. Mając jednocześnie więcej, niż potrzebuję. Na co na dodatek nie zasługuję, według siebie. Ciągle jestem pomiędzy jakimiś skrajnościami. Ciągle każda z nich jest mi do czegoś potrzebna. Można prościej, lepiej. Zauważam, iż często prowadzę zbyt zawiłe, skomplikowane życie. Widzę je jako „przeładowany” pokój, w większości „formą”, która nie jest mi do niczego potrzebna. W ostatnim czasie uczyniłem bardzo wiele na zewnątrz. Tak jak w moim poprzednim małżeństwie. Czy buduję kolejny „zamek”, tylko po to, by go zburzyć? Być może ciągle wierzę, iż jestem do niczego. Być może ciągle pragnę to potwierdzić.

Jakub Petla

Witaj Piotrze.
Po jakim czasie mniej więcej oczyszczę się na tyle,że będę praktycznie nieustraszony i bezwstydny?Zawsze byłem lękliwy,nieśmiały i wrażliwy.Mam 23 lata.Jeśli bym uwalniał 20 min dziennie to po miesiącu mogę widzieć poprawę?Można uwolnić wrażliwość?

Podobne Wpisy:
Cnoty (Część 7) – Skromny, Uprzejmy/grzeczny, Stanowczy/zdecydowany, Spokój

Cnoty (Część 7) – Skromny, Uprzejmy/grzeczny, Stanowczy/zdecydowany, Spokój

Witam Cię serdecznie! Kontynuujemy temat cnót charakteru! Części 1-6 znajdziesz klikając na linki poniżej: ► Cnoty (Część 1) – Wstęp i szczerość. ► Cnoty (Część 2) – Ciężka praca, Odwaga. ► Cnoty (Część 3) – Moralność, Ciepło, Pracowitość/Pilność, Niefrasobliwość. ► Cnoty (Część 4) – Wytrwałość, Dobry/uprzejmy, Bycie pomocnym, Pozytywny. ► Cnoty (Część 5) – Rozważność,… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 2
Uzależnienie – Element 1 – Nawyki (Część 1)

Uzależnienie – Element 1 – Nawyki (Część 1)

[Transkrypt wideo] Witam Cię serdecznie! Dziś przedstawię Ci pierwszą część opisu pierwszego krytycznego elementu wychodzenia z uzależnienia. Są nim nawyki. Każdy słyszał to słowo ale większość ludzi tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia czym nawyki są, jak powstają, jak je zmieniać, co z nimi robić, itd. A także jakie mają znaczenie w kwestii uzależnienia (zobaczysz,… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 4
Czy “Nowy Rok” Ma Znaczenie i Co Nieco o Motywacji

Czy “Nowy Rok” Ma Znaczenie i Co Nieco o Motywacji

Witam Cię serdecznie! Jako, że weszliśmy w nowy rok, chciałbym krótko odnieść się do popularnych noworocznych postanowień jako mechanizmu motywacyjnego i sprawdzić czy w nowym roku kryje się jakaś tajemnicza wartość wspomagająca motywację. Odpowiem na początku, a następnie to uzasadnię. Otóż w nowym roku nie ma niczego magicznego. Niemniej każdy MOTYW, by podjąć się odpowiedniej… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 13
Jak radzić sobie z uzależnieniem bliskich nam osób? (Część 1)

Jak radzić sobie z uzależnieniem bliskich nam osób? (Część 1)

Witam Cię serdecznie! Wszystkie artykuły, które napisałem do tej pory zwrócone były do osób uzależnionych. Oczywiście nie dotyczyły wyłącznie uzależnionych, szczególnie artykuły dotyczące emocji, umysłu, seksualności i różnych chorób. Dzisiejszą serię chcę przede wszystkim skierować do tych, których bliscy chorują na uzależnienie. Jako, że potrafimy przez to cierpieć nie mniej, niż sami uzależnieni – nasi… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 66

WOLNOŚĆ OD PORNO