Dni
Godzin
Minut
Sekund

Ilość Wolnych Miejsc:
/

Witam Cię serdecznie!

Kontynuujemy drugą z trzech serii dotyczących dróg do pokoju, szczęścia i sukcesu! Zajmiemy się szczęściem.

Link do artykułu wprowadzającego znajdziesz poniżej!

► Seria „100 Dróg” – Wprowadzenie.

Części 1-7 znajdziesz klikając na poniższe linki:

► 100 Dróg do Szczęścia (1-6) – Źródło jest w Tobie, nie poza Tobą, Chciej tego, co masz, zamiast tego co chcesz mieć, Szczęście jest wewnętrzną decyzją, Zrezygnuj z “biedny/a ja”, Dokonuj wyborów zamiast usilnie pożądać (…) Bądź gotów poddać to pożądanie Bogu, Poddawaj wszystkie łaknienia i pragnienia (…) Módl się.
► 100 Dróg do Szczęścia (7-9) – Radość życia/własnej egzystencji jest niezależna od zdarzeń, Czy to dziecko, dorosły, czy rodzic, który chce?, Rozróżniaj zwycięstwa i zyski faktyczne od symbolicznych.
► 100 Dróg do Szczęścia (10-12) – Rozróżnij cele narcystyczne (“bogaty i sławny”) od dojrzałych, Bądź kontent kierunkiem i zestrojeniem, niż tylko realizacją, Praktyczna rzeczywistość vs. fantazja glamouru “sukcesu”.
► 100 Dróg do Szczęścia (13-15) – Podejmij decyzję zamiast tylko mieć nadzieję. Zapisz swoje cele dla tego życia, Bądź elastyczny/a, a nie sztywny/a, Anuluj “… i wtedy będę szczęśliwy/a”.
► 100 Dróg do Szczęścia (16-18) – Puść się chwytania, łapania, łapczywości, pazerności, chciwości, Miej klarowne, jasne cele i ideały, Uświadom sobie, że każda wartość jest arbitralna.
► 100 Dróg do Szczęścia (19-21) – Szczęśliwość to drzemka w pociągu lub w samolocie. Bycie szczęśliwym to spełnianie Twojego człowieczego potencjału, Żyj jednym dniem naraz. Jeśli nie masz żadnego problemu, znajdź sobie jakiś, byś dołączył(a) do grupy 12 kroków, Szczęśliwość to mruczenie kotka i merdanie psiego ogonka.
► 100 Dróg do Szczęścia (22-24) – Odróżnij wiarę od sceptycyzmu (narcyzmu). Sceptyk wierzy w swój sceptycyzm, Okazuj wdzięczność za to co masz i jaki/a jesteś, Rozróżniaj nieprzywiązywanie się od łaknienia, pożądliwości, żądzy. Wybierz coś, co uważasz, że jest Ci niezbędne do szczęścia i uwolnij przywiązanie do tego.

Jak to słyszymy od małego – szczęście coś/ktoś ma nam przynieść, dać. Z drugiej strony – coś lub ktoś może nam szczęście odebrać. W to wierzymy i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Bo jedyne co mamy, to nasze – subiektywne – doświadczenia. Które pozwalamy, by nami rządziły.

Nie mamy rozróżnienia np. między spokojem, a chwilowym nieodczuwaniem lęku. Między radością, a chwilowym uniesieniem emocjonalnym. Między radością, a ekscytacją czymś w świecie zewnętrznym.

Dlatego też naprawdę może się nam wydawać, że coś przynosi szczęście – że szczęścia w nas nie ma, że zieje w nas pustka, którą musimy czymś wypełnić na tym ciężkim, niesprawiedliwym, szalonym świecie.

To jednak nie jest prawda.

I szybko ten fakt ukazuje swoją mityczność w przypadku uzależnionych – którzy wierzą, że poradzą sobie z uzależnieniem “poprzez coś” – np. sport, szczęśliwy związek czy inne, korzystne okoliczności zewnętrzne. Tak się jednak nie dzieje. Co więcej – te zewnętrzne okoliczności i wszystko co robimy, zaczyna się z czasem degradować.

Wielu zauważa, że “nic mnie już nie cieszy”, “wszystko stało się takie nijakie”, “w niczym nie widzę sensu”, etc. Bo to jest prawda. Nic nas nigdy nie cieszyło, nic nie miało w sobie tej wartości, sensu, ani znaczenia, jaki w tym widzieliśmy. Nic nie było źródłem szczęścia. Jednak używamy tego ODCZAROWANIA jako pretekstu, by kontynuować kierunek negatywny, a nie skorygować go. Bo dalej wierzymy, że w nas jest pustka, brak.

Jednocześnie wierząc, że i emocje coś w nas powoduje, wzbudza, wyzwala, etc., ciągle jesteśmy jak na sznurkach okoliczności. A jeśli oddajemy odpowiedzialność za to co wewnętrzne, nigdy nie pozwolimy sobie odgruzować źródła radości, szczęścia, spokoju. Będziemy tylko liczyć na dostatecznie silne tłumienie i opieranie się oraz na sprzyjające warunki zewnętrzne. I wystarczy czasem jedno słowo, jeden gest, a my tracimy tę całą mentalną opowieść o naszym spokoju. Jednak i wtedy ten sam umysł mówi, że to przez innych. Że inni są W+INNI naszej niedoli, że nam odebrali spokój lub nie dają nam spokoju. Ciągle powtarzamy sobie te same kłamstwa.

Nie wiemy, że umysł uwierzy w każde kłamstwo powtórzone dostateczną ilość razy. Jednak to kłamstwo nigdy nie stanie się prawdą. Może jednak stać się naszym, subiektywnym doświadczeniem. A że często współdzielimy je z innymi, tym bardziej utwierdzamy się, że tak wygląda życie. Ale tak MOŻE wyglądać NASZE życie. A nie życie w ogóle.

Dlatego przyjrzyjmy się następnym trzem, proponowanym przez dr Hawkinsa, drogom, które wskazują nam właściwy kierunek i sugerują odpowiednie korekty.

25. Szklanka jest w połowie pełna czy w połowie pusta?

Każdy z nas słyszał to filozoficzne pytanie.

Perspektywa jest niesamowicie istotnym czynnikiem w naszych życiach. Nie chodzi o oczarowanie ale o KONTEKST. Człowiek w niskiej świadomości bawi się w przyczepianie etykietek – np. “optymisty/pesymisty”. A jak ktoś chce patrzeć na fakty, to jeszcze jest “realista”. Odrzuć etykietki i zdaj sobie sprawę z kontekstu w jakim postrzegasz rzeczywistość. Nie JESTEŚ tymi etykietkami. Używamy ich dla wygody ale im częściej, tym bardziej o tym zapominamy lub nigdy tego nie rozumieliśmy.

Świadomość kontekstu jest fundamentalna.

Bo z kontekstu wynika całe znaczenie, sens i wartość.

Możemy powiedzieć:

– O nie! Wypiłem już połowę!

– Super! Mam jeszcze drugie tyle!

Żadna z tych osób nie jest ignorantem na fakty. Tylko inaczej je sobie przedstawiły. Dokładnie to samo jest w formie faktu – ile jest wody w szklance, a jeden będzie smutny czy melancholijny, a drugi szczęśliwy czy wdzięczny. Ani jednego, ani drugiego nie ma w świecie. Te punkty widzenia – te perspektywy – obieramy my. I zazwyczaj dobrze korespondują z naszym poziomem świadomości. Dlatego też wydają się nam słuszne.

Pesymista może sądzić, że bycie negatywnie nastawionym chroni go przed rozczarowaniami. Tak jakby postrzeganie optymistyczne było oczarowaniem – czyli jakąś formą naiwności.

Pesymista nie dostrzega jednego aspektu – że nasze nastawienie nieraz wręcz determinuje nasze doświadczenia i efekty naszych działań. Gdy więc mówimy sobie “jest tak jak myślałem”, prawdopodobne jest, że jest tak, BO tak myśleliśmy – bo taki rezultat utrzymywaliśmy w umyśle.

Pesymista może więc wierzyć, że spodziewaniem się negatywności chroni się i to jest dla niego po prostu normalność. Negatywne nastawienie, bo świat jest negatywny i można obronić się przed jeszcze gorszymi rozczarowaniami, na które skazują się optymiści. No bo skoro oczywiście trudno jest uniknąć czegoś przykrego w życiu, a nieraz to może być główna forma naszych życiowych przeżyć, no to się do nich dostosowujemy. Bowiem sądzimy, że te doświadczenia SĄ takimi jakimi my je widzimy. Tracimy przy tym z oczu wszystko to, co wewnętrzne. Bo sądzimy, że jest to zewnętrzne. Nie rozumiemy, że wzrost świadomości nie neguje zewnętrznych doświadczeń. Ale może wręcz radykalnie zmienić to jak my je odbieramy. A wraz z tym – jakie opcje są dla nas dostępne.

Przykładowo – ja zawsze miałem tendencję do przywiązywania się do rzeczy i osób. Nie znosiłem się z czymś takim rozstawać i gdy do tego dochodziło, zawsze było mi źle, a nawet cierpiałem. Zauważyłem w końcu, że DECYZJA, by pożegnać się z kimś/czymś ale z wdzięcznością, kolosalnie zmniejsza “poczucie straty”. Co więcej – jeśli rozstaję się z czymś z intencją OBDAROWANIA tym drugiej osoby, strata w ogóle temu nie towarzyszy. Zamiast tego jest radość i wdzięczność, które zostają pomnożone, bo wiem, że to, co było dla mnie dobre, znalazło dla siebie następny dobry dom.

Fakt oczywiście jest taki, że w moim życiu ubyło formy. W końcu coś oddałem. A jednak mogę z tego powodu pomnażać swoje zadowolenie. Nie muszę go tracić.

Bowiem temu, czemu nadaliśmy te wszystkie magiczne właściwości – np. bycie źródłem naszego szczęścia czy wartości – zawsze towarzyszy lęk przed utratą tego. Często jest to lęk wręcz paniczny i w takiej ilości, że ciągle musimy się uruchamiać, by nie czuć go w pełni. Jednocześnie wierzymy, że ten lęk w jakiś cudowny sposób chroni nas przed utratą. Ale pamiętajmy – lęk “przed” czymś oznacza, że czujemy lęk ZANIM do tego doszło. To nie jest zbroja chronią przed nadlatującymi strzałami wroga. To tylko uczucie, które czujemy ZANIM w ogóle doszło to, co ciągle widzimy w myślach. Oznacza to, że lęk nie ma z tym nic wspólnego. A gdy do tego i tak dojdzie, bo nie zadbaliśmy o życie i ciągle utrzymywaliśmy projekcję, zobaczymy, że ten sam lęk będzie się utrzymywał, a my będziemy cierpieć. Wtedy umysł poda takie racjonalizacje – “boję się ŻEBY znowu do tego nie doszło”. A my to “łykamy”. Jak wcześniej niezliczone tysiące razy.

Lęk jest jedną z form samospełniających się przepowiedni. Mówimy – “boję się tego”, “boję się, że się to wydarzy”, “boję się, żeby to się nie wydarzyło”. Utrzymujemy w umyśle straszny obraz. To samo z siebie zwiększa prawdopodobieństwo, że podejmiemy takie decyzje i doświadczymy akurat tego. Potem taki człowiek mówi – “przytrafiło mi się to, czego się obawiałem!” A to dlatego, BO się tego obawialiśmy.

Człowiek “przestraszony, że” może go potrącić samochód wcale nie jest bardziej uważny. Jest zapatrzony w myśli, w których ciągle odtwarza się scena, w której dochodzi do wypadku. Pozostajemy wtedy ślepi na realne życie. No bo skoro skupiamy się na jakimś nierzeczywistym obrazie, który wynika z zaniedbań, a nie na realnych okolicznościach, o które możemy zadbać, jakże możemy postąpić w sposób bezpieczny i słuszny? I kiedy mamy tak postąpić, skoro ten wypadek w umyśle już się wydarza? Umysł to nie rzeczywistość.

Nie troszczymy się o swoje bezpieczeństwo – bo przecież wierzymy, że tym się zajmują lęk i straszne myśli – i wtedy prawdopodobieństwo, że nie dostrzeżemy pędzącego samochodu, którego kierowca nie przestrzega zasad i chce zdążyć przed czerwonym, rośnie. A my w wielkim napięciu i rosnącym lęku wcale nie zareagujemy ratując swoje życie. Być może zareagujemy właśnie inaczej – np. paraliżem wierząc do końca, że lęk nas ochroni. Ale lęk nie zatrzyma pędzącego samochodu.

Obawa przed przesoleniem zupy chroni przed jej przesoleniem? Czy chroni spokojne, ostrożne sypanie soli? Czy ostrożności musi towarzyszyć lęk? Nie musi.

Co pokazuje, że możemy żyć bez negatywności. Naprawdę ich nie potrzebujemy. Cierpienie nie jest walutą, która jest potrzebna, by płacić nią za coś dobrego. Jednak dla wielu dopiero dostateczny poziom cierpienia wymusza zmianę postaw. Jednak oczywiście nie zawsze się to dzieje. To informacja i ostrzeżenie, że ze wszystkiego możemy skorzystać konstruktywnie lub destruktywnie. Czy z porno można skorzystać konstruktywnie? Tak, niszcząc sobie życie i zdrowie i wreszcie zwracając się ku ścieżce uzdrowienia.

Tak samo optymistycznej postawie nie musi towarzyszyć ani oczarowanie, ani żadne absurdalne zainwestowanie emocjonalne – tzw. “hype”, ani ekscytacja. Możemy być radośni, spokojni, ufni, a jednocześnie pamiętać, że nie zawsze wszystko się ułoży tak jak byśmy tego chcieli i to też jest ok.

Możemy cieszyć się, że wychodzi następny sezon naszego ulubionego serialu. A jeśli nie będzie tak dobry jak poprzednie – nadal możemy być radośni i wdzięczny. A jeśli serial nie będzie kontynuowany, wcale nie musimy przy tym rozpaczać.

Lęk nie jest emocjonalną walutą, którą musimy płacić za bezpieczeństwo czy realizację swoich celów. Lęk to pewna forma energii, która OGRANICZA człowieka do dwóch opcji – walki lub ucieczki. Jedyna zaleta tego jest taka, że decyzja podejmowana jest w mgnieniu oka – co w przypadku realnego, fizycznego zagrożenia życia może okazać się pomocne – np. gdybyśmy spotkali lwa na ulicy. Tylko kiedy ostatnio spotkaliśmy lwa na ulicy? Boimy się najczęściej myśli i uczuć, a nie realnych zagrożeń tej planety. Jednym z najczęstszych lęków jest lęk “przed” samym lękiem.

Mądry optymizm pomnaża powody do optymizmu. Uczynki wiary pomnażają i umacniają wiarę. Zaś z tych uczynków wynikają owoce, dzięki którym już nie musimy wierzyć. Bowiem doświadczenie osiągane przez działanie to prawdziwa wiara. Nie dziwne, że tak dużo ludzi wierzy praktycznie tylko w to, co negatywne, np. w braki. No bo ciągle się na tym skupiamy, ciągle się w to pakujemy. Wierzą w to, co negatywne, podejmują działania realizujące tę wiarę. A owoce pomnażają wiarę. To jest spirala samozniszczenia. M.in. w niej uczestniczy uzależniony zupełnie pozbawiony tej perspektywy.

Prawdziwie chroni odwaga. Lepiej od niej chroni rozsądek. Bo rozsądek nakazuje odważnie przyjrzeć się swojej sytuacji i przeanalizować co należy zrobić. Z poziomu rozsądku odwagę można zaprząc do kreatywnej pracy. Sama odwaga może być niewystarczająca.

Gdy widzimy przed sobą grupę agresywnych ludzi i np. jeden z nich ma wyciągnięty nóż, to zarówno próba ucieczki jak i rzucenie się na nich może być dla nich pretekstem do zrobienia nam krzywdy. Zapewne najlepszym wyjściem będzie natychmiastowa ALE SPOKOJNA zmiana kierunku. Jak wybrać spokój? Rozwijając się do troski o swoje życie, a nie miotać się w emocjonalności. Miałem kilku klientów, których lęk rozrósł się do takich rozmiarów, że każdy człowiek był dla nich już potencjalnym napastnikiem. Ciągle uważali, że lęk ich chroni.

Rozsądkowi zaś niekoniecznie musi towarzyszyć pokora. A pokora chroni jeszcze lepiej od rozsądku.

Możemy też sobie wmówić, że lęk nas chroni, bo np. tak się przeraziliśmy swoją sytuacją, że poprosiliśmy o pomoc. Ale łatwo zauważyć, że to nie lęk zdecydował, byśmy poprosili o pomoc. Tylko coś innego. Coś, co lęk cały czas zagłusza. Przecież trwając w lęku właśnie doprowadziliśmy do okoliczności, które już stały się dla nas przerażające. Kiedy prosimy o pomoc? Gdy uznamy swoją bezsilność, gdy choć na moment zrezygnujemy z dumy, z zaprzeczenia, z arogancji – z pychy. W lęku nie ma tych atrybutów.

Człowiek żyjący nieintegralnie cały czas może sobie wmawiać, że np. “nie jestem jeszcze gotowy”, “nie mogę podjąć decyzji”. Jeśli wszystko opieramy o emocje, no to i emocji potrzebujemy, by nam dokopały tak, że odpuścimy emocję koronną – dumę. Nie dostrzegamy przy tym, że “nie mogę” nie jest prawdą. Tylko się nam tak wydaje, bo lęk nie mija, a nawet rośnie. Prawda brzmi – “nie chcę podjąć decyzji”. Bo z emocjonowania się nadal mamy bardzo dużo korzyści.

Tysiące razy mówiłem sobie i słyszałem od innych – “boję się”. Dlatego zakładamy, że to jest jakaś bariera nie do przejścia, której wszyscy doświadczamy. Dziś zadaję sobie wtedy pytanie – “no i?” I robię to, co do mnie należy.

Niejeden próbował “zajeść” lęk np. ogromną ilością informacji z tego bloga. Jeśli przeczytałeś/aś wszystkie artykuły i jeszcze książki, i jeszcze coś, a z tego wszystkiego nadal nie wynikła poważna decyzja odnośnie własnego życia i uzależnienia, to ratuj się. Odejdź z tego bloga i nie wracaj. Zatrać się w uzależnieniu. Niech Cię powali, doprowadzi na skraj. Im szybciej to nastąpi, tym lepiej.

Człowiek uzależniony nie wie co jest dobrem. Nie wie. Obżeranie się, pochłanianie informacji jak szaleniec NIE jest wyrazem zdrowia, rozsądku, ani mądrości. Nikogo to nie czyni mądrzejszym. Lecz głupszym. Bowiem głupiec nie wie kiedy się zatrzymać. Jeden z 7 grzechów głównych – “nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu” nie odnosi się tylko do pożywienia.

Jeśli ciągle “mamy wrażenie”, że jeszcze czegoś potrzebujemy do tej gotowości, do podjęcia decyzji, to pamiętajmy – to wrażenia. Czyli myśli. Tylko dlatego, że “masz” jakieś wrażenia nie oznacza, że takie są fakty. Dlatego potrzebne jest ODCZAROWANIE. Często wywołane jakimś silnym wstrząsem, który rzadko jest przyjemny.

Ja artykułów nie przestanę pisać nawet wiedząc, że ktoś może tkwić w tym jak w bagnie, którego nie chce opuścić. Tak jak producenci noży nie przestaną produkować noży wiedząc, że niektórzy używają ich do ranienia i zabijania. W artykułach jest dostatecznie dużo ostrzeżeń. Jeśli je ignorujemy, to dużo o nas mówi.

Człowiek, który siedzi i czyta bez żadnej samokontroli ciągle uważa, że szklanka jest do połowy pusta. Ciągle mu brakuje. Ciągle nie ma dość. Oczywiście rzadko chodzi tu o pożywkę intelektualną. Wtedy widzi myśl “po prostu jestem ciekawy”.

Regularnie dostaję podziękowania za informacje z bloga i newslettera. Ale gdy pytam w czym konkretnie pomogły – cisza. Bo to tak jakby narkoman dziękował za kolejną działkę. “Wiem więcej” nie oznacza, że nastąpiła jakaś pomoc. Bo tym “wiem” możemy cały czas odmawiać sobie uczciwego spojrzenia na fakty.

Zazwyczaj uzależniony dziękuje za pretekst i usprawiedliwienie, bo może znowu robić coś, dzięki czemu unika tego, co naprawdę powinien robić. Ale dlatego, że odczuwa ulgę, uważa, że robi dobrze. Bo tylko o to chodzi – ciągłą zmianę samo+poczucia. Niezależnie jaką cenę za to płaci. A jakie są tego realne konsekwencje? W prawdziwym życiu nie następuje żadna poprawa. A nawet jest coraz gorzej. Tylko że my życie zastępujemy emocjami.

A że świat przedstawia sobie negatywnie, no to konsekwencje odbiera jako część swojej racji na temat świata i mu się wszystko skleja w ładną całość. I kontynuuje swoje. Szklanka realnie staje się coraz bardziej pusta.

Kilka dni temu usłyszałem na mądrej spikerce wieloletniego trzeźwiejącego alkoholika, że człowiek zdrowy ma jasną sprawę – widzi co jest dobre, a co złe. Wie czego lepiej nie robić, a co warto zrobić.

Człowiek uzależniony poza tymi dwiema opcjami, widzi jeszcze trzecią – tą największą i najważniejszą dla niego, znajdującą się pomiędzy tymi dwiema – to co on chce zrobić. Niezależnie od tych dwóch. Dlatego niszczy swoje życie. Bo ignoruje zupełnie to co dobre i złe. W ogóle tego nie widzi i nie bierze pod uwagę. Liczy się tylko to, co on chce i zazwyczaj opiera to o to, co czuje.

Dlatego też właśnie wolna wola – tak jak szklanka wypełniona/opróżniona do połowy – może być naszym przekleństwem lub błogosławieństwem. W zależności jak na to spojrzymy.

Książka o sztuce składania papieru – origami – może stać się dla nas więzieniem, jeśli nigdy nie postanowimy z niej skorzystać i tylko będziemy ją czytać. Jeśli obejrzysz 100 filmików, w których kucharz przygotowuje wspaniałe potrawy ale sam(a) żadnej nie ugotujesz, to nie staniesz się lepszym kucharzem. I dopóki nic sobie nie przygotujesz, istnieje potencjalne ryzyko, że umrzesz z głodu. To oczywiste. A jednak w tysiącach spraw wcale nie jest oczywiste.

Uzależniony cierpi, ma myśli samobójcze, nie radzi sobie z życiem. I wiesz co? Nadal uważa, że wyjdzie z tego po swojemu. Dziękuje z uśmiechem za to co może mu pomóc. Jeszcze powie jak to rzucił inne uzależnienie – jak to nie rozróżnia doskonale co jest dobrem, a co złem. A potem zrobi to, co on chce.

To go zabija.

A gdy ktoś nie spełni JEGO oczekiwań – co wtedy? Choć wie, że nie powinien się kłócić, ani obwiniać, i tak (z)robi to. Bo co go to obchodzi, że to jest złe? A powiedz uzależnionemu coś, co mu się nie spodoba – niezależnie czy to jest dobre, czy złe – oj, lepiej przyspieszyć kroku! Uzależniony nie ma siły, by zareagować inaczej. Utracił kontrolę. Nie jest na tyle wolny, by wybierać.

“Co ktoś może wiedzieć o mnie? Każdy jest inny! Ja nie potrzebuję tego, co inni uzależnieni! Ja wiem czego potrzebuję, bo ja to jestem ja! I ja siebie znam najlepiej!” – mantruje. A potem zapytaj się go dlaczego ogląda porno, to odpowie “bo to lubię” lub poda coś, co gdzieś przeczytał.

Czy przestępca nie korzysta z tej wolnej woli tak jak mu się podoba? Ignoruje to co dobre, moralne, cnotliwe i ignoruje to, co złe, bolesne, niesprawiedliwe. Robi co on sam uważa za takie. Nie obchodzą go fakty, tylko jego wola.

Czy nie tak samo czyni uzależniony?

Jeśli dzieci w szkole nie trzymałyby się zasad niezależnie od tego, czego chcą, żadne z nich niczego by się nie nauczyło. Gdyby każdy kierowca jeździł jak mu się podoba, jazda po ulicach nie byłaby możliwa przez panujący wszędzie chaos i wypadki. Czy chaos i wypadki to nie życie uzależnionego?

Uzależniony uważa, że bezpieczeństwo to uczucie. Więc jak zmieni uczucie, to zyska bezpieczeństwo. Ale człowiek zdrowy rozumie, że o bezpieczeństwo dbamy POMIMO uczuć. Można się panicznie bać, a być absolutnie bezpiecznym. Można doświadczać spokoju, dumy, uniesienia, a być o krok od tragedii. Uczucia nie mają nic wspólnego z faktami. Zmiana uczuć, to tylko zmiana percepcji. A może to być zmiana z jednego szaleństwa na drugie, nawet jeszcze większe. O życie dbamy TWÓRCZYM DZIAŁANIEM – podejmowaniem akcji. Rozsądnych akcji. Nie na ślepo, nie na podstawie emocji i nie po to, by zmienić emocje. Tylko by realnie zrealizować obrany cel. Obrany z poziomu rozsądku. A nie lęku czy winy. Ani tym bardziej – pragnień. Pragnień się puść. Działaj twórczo i w oparciu o fakty, a nie by pozbywać się uczuć. Zanik pragnienia nie oznacza, że zostało “zaspokojone”. To ułuda. Ale pokazuje nam o co naprawdę nam chodziło.

Dla człowieka zdrowego i zdrowiejącego szklanka zawsze jest do połowy pełna, bo niezależnie jak jest, zawsze może podjąć jakieś działania. A przynajmniej zupełnie zaakceptować to co jest. Człowiek chory myli akceptację z apatycznością i defetyzmem życiowym. Usprawiedliwia się tą pseudo “akceptacją”. Akceptacja zyskała wielu naśladowców i imitatorów, z których naprawdę niewiele ma z nią cokolwiek wspólnego. Większość z tego stoi w zupełnym przeciwieństwie prawdziwej akceptacji.

Człowiek zdrowiejący wie, że nie może czekać, aż zmieni się mu nastawienie, a wraz z tym uczucia. Podejmuje działania zgodne ze zdrowiem. Zaś nastawienie i uczucia zmienią się wraz z tym. W ogóle nie zajmujemy się uczuciami. Właśnie działamy POMIMO nich. W ten sposób szklanka zawsze jest do połowy pełna. Bo zawsze możemy coś zrobić. ZAWSZE. I nie jest to nalaniem sobie pierwszego kieliszka wódki czy karmieniem fantazji. Planowanie to nie fantazjowanie. Działanie to nie chcenie. Decyzja to też jeszcze nie działanie.

Uzależniony musi zacząć ukrócać swoją samowolę. Musi bezwzględnie podporządkować się pod mądre zasady wypracowane przez ludzi, którzy rozwiązali swoje problemy. Jeśli koło zostało wynalezione, nie róbmy tego od nowa. Na to jest już za późno. Jeżeli próbujemy wynaleźć coś, co już istnieje, to oczywistym jest, że nasza intencja, do której się przyznajemy jest fałszywa. I stoi za nią pycha. A za pychą lęk i niechęć, by spojrzeć na fakty.

Problem uzależnionego nie jest taki, że nie wie co powinien zrobić, tylko nie chce zrobić tego, co powinien. Bo mu się to nie podoba. Często jest tak, że właśnie dlatego, że czegoś nie chcemy zrobić, to właśnie jest najwłaściwszym działaniem, BO tego nie chcemy. A szkodzimy sobie robiąc to, co chcemy.

Kiedy ostatnio to czego chcemy pokryło się z tym, czego potrzebujemy?

Mówimy “chcę obejrzeć pornografię”. Raz, że to jest kłamstwo, bo nie o to chodzi. Ale ważniejsze jest to, że dla nas liczy się właśnie to, co my chcemy. Być może wierzymy, że naprawdę tego potrzebujemy, by przestać cierpieć. A przez to nawet nie bierzemy pod uwagę innych opcji. Oczywiście, że w myślach ich nigdy nie zobaczymy. Bo to nie jest myślenie, tylko mentalizacja.

Uzależniony czuje coś, czego nie chce czuć i już daje sobie przyzwolenie, by zrobić, co mu się podoba. Nie to co powinien. Gdy widzi negatywne myśli lub myśli żądzowe – też robi, co mu się podoba, a nie co powinien. Dlatego jest uzależniony. Myśli i uczucia są tylko pretekstem i usprawiedliwieniem. Zrzuceniem na nie odpowiedzialności właśnie za samowolę.

Wmówiliśmy sobie, że np. myśli mają cechę “natarczywości” – oczywiście wobec NAS – a tym samym NIE MOŻEMY podjąć działania. “Bo myśli nam nie pozwalają”, bo “nie dają nam spokoju”. Ale czy to jest prawda?

Uzależniony czyta o odpuszczeniu i nagle głupieje. Pojęcia nie ma o co chodzi. Nazywa się głupim lub gorzej. Nagle to jedno słowo – “odpuszczenie” – staje się kabalistycznym abstraktem. Filozoficznym sekretem wykraczającym poza nasze zdolności pojmowania i rozumienia. A pod tym całym zamieszaniem kryje się tylko to – “nie chcę odpuścić”. Każdy w swoim życiu “machnął na coś ręką”. Odpuścił. Dał sobie z tym spokój. Każdy to doskonale zna. Ale gdy przychodzi do zrobienia tego dobrowolnie – NIE! :)

Gdy nastaje moment decyzji, szklanka staje się do połowy pusta. I cóż, my biedni, mamy wtedy począć?

W naszym umyśle zawsze znajdziemy nasze ulubione rozwiązanie. Np. “muszę to (najpierw) lepiej zrozumieć”. A my ciągle w to wierzymy.

A jak coś się nam nie podoba? To z tym jest problem! Proste i oczywiste… mówi uzależniony dążący do grobu. On wie czego potrzebuje, a czego nie. Co wie, a czego nie wie. Co rozumie, a czego nie rozumie. A skoro nie wie i nie rozumie, no to wie i rozumie, że musi to najpierw poznać i zrozumieć! To bardziej, niż oczywiste! Doskonale wie czego chce. Chce ciągle chcieć.

A jak się z czymś źle czuje, to najpierw musi się z tym poczuć dobrze! No nie? To jasne jak Słońce!

Właśnie dlatego jest uzależniony.

A jak już wszystko zawiedzie, to wystarczy poszperać i zawsze znajdzie się dowód, że ktoś się pomylił. Albo sam sobie zaprzeczył – bo 5 lat temu powiedział jedno, a teraz powiedział coś innego. Wniosek – tej osoby nie należy się słuchać. Ergo – dalej można robić po swojemu. Tak jak całe życie.

Za tym wszystkim stoi to narcystyczne założenie, że życie oparte o zrealizowaną samowolę da nam szczęście.

Gdyby tak było, bylibyśmy szczęśliwi już dawno temu. A jest tylko coraz gorzej. Szczęście jak było niedostępne, tak pozostaje nieuchwytne i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić. Może ta szklanka rzeczywiście jest do połowy pusta?

26. Rozróżnienie między celami duchowymi, a materialnymi. Szukanie prawdy we wszelkich jej ekspresjach jest jednym z najbardziej zaawansowanych stanów świadomości.

Tę drogę można kontemplować latami.

Np. jesteśmy w związku z drugim człowiekiem i chcemy ten związek przenieść na wyższy poziom zaangażowania, zaufania i intymności. Zaś to wymaga czego? By druga osoba była taka jak oczekujemy, pragniemy, a może wręcz wymagamy? By to ona się zmieniła?

To cele materialne – chęć, by forma przez nas widziana była taka jak chcemy. By druga osoba ROBIŁA to czy tamto. A wraz z tym my będziemy MIEĆ to, co chcemy.

Ok, a co z poziomem BYĆ? Co z celami duchowymi?

Duchowy, czyli ponad ciałem, umysłem i emocjami – ponad formą. Duchowy – czyli esencja. Prawda.

Gdy np. uzależnieni opowiadają mi “o sobie”, to tak naprawdę przepisują myśli, racjonalizacje, to co ROBIĄ, to co MAJĄ względem siebie. Np. urazy, nienawiść, żal, itd. Narzucają to na poziom BYĆ. W ogóle nie dążą, by poznać prawdę na swój temat. Nie odróżniają tego, czym coś w rzeczywistości jest, od tego co sądzą o tym, od znaczenia, sensu i wartości jakie sami temu nadali.

Większość ludzi nie odróżnia nawet myśli od emocji. Mówimy np. “czuję, że”. Ale nie ma takich uczuć. Uczuciami nie badamy świata. Uczucia narzucamy na świat. Myśli narzucamy na uczucia. Tworzy się z tego zupełne bagno, w którym grzęźniemy. I sądzimy, że robi nam to świat.

Co możemy powiedzieć o sobie? To co zrobiliśmy, powiedzieliśmy. I to nie teraz. Tylko w przeszłości. Jedynie możemy ciągle wracać myślami do przeszłości. Tym samym o sobie nie możemy powiedzieć nic. Bo musielibyśmy być zakorzenieni w chwili obecnej. A przecież samo uświadomienie sobie czegoś na swój temat już nas zmienia. Bo jesteśmy coraz bardziej świadomi. Gdy przyznajemy “jestem kłamcą” być może mówimy prawdę po raz pierwszy w życiu.

A więc dążenie do prawdy jest nieustannym procesem, ciągłym poszukiwaniem. I nie polega na doklejaniu kolejnych etykietek i opinii, tylko na odpuszczaniu tych, z których zdamy sobie sprawę. Prawda ujawnia się samoistnie. To jedno z krytycznie istotnych dążeń uzależnionych, którzy chcą wyzdrowieć. “Wiem, bo o tym przeczytałem” nie jest szukaniem prawdy. Uświadomienie sobie tego w realnym życiu – jest.

Dla większości twierdzenie “jestem uzależniony” nic nie znaczy. Ew. widzimy tylko “mam problem z porno i emocjami”. Więc zakładamy, że wystarczy przestać oglądać porno i poradzić sobie z emocjami.

Mówimy np. “jestem mężczyzną” ,”jestem kobietą”. To jest prawda? Niektórzy nawet mówią tak – “nie jestem PRAWDZIWYM mężczyzną!” To kim w takim razie? Wiewiórką przebraną za człowieka? Niektórzy nawet wymyślili sobie geny – lepsze i gorsze. Którymi oczywiście jesteśmy, bo wszystko o nas zdeterminowały i można je przebadać, udowodnić, że są. Wielu naprawdę wierzy, że nauka nas w końcu wyzwoli. Tak jak to ludzie są uradowani, że mogą sobie “zmienić płeć”. Że to jakieś uwolnienie z okowów formy…

To pokazuje nam, że forma to zazwyczaj tylko pretekst do utrzymywania jakichś pozycji – np. potępiania siebie i/lub tego, co uznaliśmy za siebie. Dalej robimy co się nam podoba.

Wielu poszło w to szaleńcze ekstremum – że płeć się nie zgadza, że można ją zmienić. I to się nazywa “odkrywaniem siebie”. Niezgoda na rzeczywistość nie jest wysokim stanem świadomości. Duma, pycha, buta – np., że powinno być inaczej, niż jest – nie stoi po stronie integralności.

Ja lubię naleśniki. Preferuję wyjazd nad morze, niż w góry. Nie oznacza, że jakiś JESTEM. Wraz z rozwojem w moim życiu masa rzeczy ulegała zmianie samoistnie. Gdy zrezygnowałem z jedzenia mięsa na 10 lat nigdy nie nazwałem się wegetarianinem. Nigdy czymś takim nie byłem. Podejmowałem różne wybory i miały one różne powody – raz pozytywne, raz negatywne. Raz zdrowe, innym razem chore. Niegdyś robiłem to z jakichś pozycji, do których się przywiązałem. W końcu przestałem.

I właśnie nawet wyznanie, że jesteśmy uzależnieni wcale nie musi oznaczać odkrycia prawdy. Tylko staje się kolejną “chorągiewką”, którą sobie wymachujemy przed oczyma innych dalej robiąc, co się nam podoba. Tym razem mamy na to świetne usprawiedliwienie. Niewielu ma pojęcie, co naprawdę oznacza twierdzenie “jestem uzależniony”.

Pamiętajmy – alkoholik też uważa, że ratuje sobie życie pijąc. Odczuwa wtedy wielką ulgę. Ludzkość potrzebowała wielu tysięcy lat, by zobaczyć w tym problem. Rozwiązanie ma dopiero ok. 100 lat. Pornografia stała się powszechnych problemem od kilkudziesięciu lat. Uzależnionych na świecie są setki milionów, o ile nie miliardy. Urazoholicy to pewnie 2/3 ludzkości.

Alkoholicy nieźle się kamuflują w społeczeństwie, a seksoholicy ukrywają. I nie widzą tego jako problemu, tylko jako rozwiązanie innych problemów.

Więc i tu dążenie do prawdy może nam uratować życie i zaoszczędzić wiele lat cierpienia.

Przypomnę całkiem niezłe spostrzeżenie – “Religie są dla tych, którzy boją się piekła. Duchowość jest dla tych, którzy w piekle już byli”.

Dobrym przykładem szukania prawdy są sytuacje w naszym życiu. Gdy dawno temu rzuciła mnie pierwsza dziewczyna, cierpiałem koło 1.5-2 lat. Dlaczego? Bo tak to widziałem. Byłem zagięty na jednej percepcji, na którą składały się: strata, bycie ofiarą, bycie zostawionym, pozbawienie mnie, a wręcz wyszarpnięcie tego jedynego źródełka szczęścia i satysfakcji z mojego życia i więcej. Jednocześnie będąc w tym związku nie byłem szczęśliwy. Nie potrafiłem być. Nawet nie zdawałem sobie sprawy z ułamka tego wszystkiego.

Rzucenie mnie było dla mnie pretekstem do cierpienia. Czara goryczy, którą napełniałem każdego dnia, w końcu się przelała. Utrzymujące się cierpienie wymusiło na mnie poszukiwanie rozwiązania. Poprosiłem o pomoc. Zacząłem się rozwijać w wielu obszarach, poznałem masę ludzi. Otworzyłem się dużo szerzej na życie. Codziennie doświadczałem czegoś nowego, w tym nowej perspektywy. Chłonąłem to jak gąbka. Zmieniałem się. Ewoluowałem. I jest to proces ciągły. Ale nie zawsze liniowy.

Pewnego dnia obudziłem się, siadłem na skraju łóżka i pojąłem jak wiele dobrego wynikło ze mnie z tej sytuacji, która pchnęła mnie do rozwoju, do poradzenia sobie z tymi problemami, które miałem, zaniedbywałem, zrzucałem na innych i które blokowały mnie przed realnym szczęściem. Byłem tak wdzięczny! Bo dotarło do mnie, że to nie była wyrządzona mi krzywda, tylko dar. Oczywiście musiałem przejść pewną drogę, by to zrozumieć. Gdybym nie poprosił o pomoc i się na nią nie otworzył, zapewne ten wniosek pozostawałby dla mnie nieuchwytny.

Gdy doświadczałem tego całego cierpienia, nigdy bym tego nie przyjął za prawdę. Nikt mi o tym nie powiedział. Gdyby powiedział, pewnie bym go uznał za szaleńca. Ale sam do tego doszedłem. Czy raczej – odgruzowałem tę jakość pojmowania rzeczywistości.

Czyli nastąpiło całkowite odwrócenie “biegunów”. Choć przeszła sytuacja przecież się nie zmieniła. Doszło do czego doszło. Ale nie było to tym, jak ja to wtedy widziałem. I nie tylko to.

Oderwanie starego plastra z ropiejącej rany też będzie boleć. To nieuniknione. A prawda może nie być fajna. Jednak umożliwia wyzdrowienie. Z czasem nawet za te najtrudniejsze i najbardziej bolesne doświadczenia/lekcje możemy być wdzięczni. Bo wzrośliśmy wysoko ponad nie.

Szukanie prawdy jest monumentalnym dążeniem.

Można ROBIĆ wiele ale za tym nie stoi ta intencja. Większość ludzi zakłada, że prawdę to oni już poznali. I zaczynają ją usprawiedliwiać, racjonalizować, dobudowywać do niej kontekst i znajdować dla niej dowody.

Szczególnie u uzależnionych tyczy się to uraz oraz relacji z bliskimi, w tym tzw. “wychowania”.

Droga duchowa mówi, by brać odpowiedzialność i porzucać wszelkie koncepcje.

Przykładowym celem duchowym może być życie kochające. To może być dla nas najważniejsze na świecie. Jednak rozsądek nakazuje nam pamiętać, że żyjemy na planecie, na której większość ludzkości jest zakorzenionych w formie. Czyli np. możemy być kochający i każdy może nas lubić. Ale jeśli nie wykonamy naszej pracy jak należy, to pomimo tej sympatii, stracimy pracę. Nadal będziemy lubiani i zapraszani na imprezy. Ale będziemy bez pracy.

Dlatego też naszym celem materialnym może być godne zarabianie, zaś celem duchowym bycie kochającym. Co ciekawe – zrealizowanie tego celu materialnego wcale nie musi wymagać zrealizowania duchowego. I odwrotnie. Dlatego warto je rozróżnić.

Bo jeśli naszym celem duchowym jest szczęście ale wierzymy, że osiągniemy je poprzez realizowanie celów materialnych – np. pieniądze, sławę, związek, seks – to szybko okaże się, że to nie jest jedno i to samo. Dlatego i tu pojawiła się racjonalizacja – “po prostu mam ciągle za mało”. Albo facet wchodzi w związek z fajną babką, a po tygodniu już myśli o innych kobietach i zazdrości tym, którzy nie są w związku. A gdy jest “wolny”, to zazdrości tym, którzy mają związki. :)

Celem materialnym może być np. przebiegnięcie maratonu. Zaś celem duchowym to, by przestać cierpieć.

Celem materialnym może być aby posiadać zadbane, wysportowane ciało. Zaś celem duchowym może być, abyśmy akceptowali swoje ciało każdego dnia. A wtedy gdy np. doznamy kontuzji i będziemy musieli odłożyć ćwiczenia na kilka tygodni, nie będzie to dla nas źródłem zdenerwowania czy rozpaczy. A po okresie rekonwalescencji będziemy dalej ochoczy, by kontynuować ćwiczenia. Nasza motywacja nie zmaleje, bo nie rosły w nas wstyd, wina, ani żal. Co pokazuje, że nasze duchowe cele mogą nas bardzo wesprzeć w realizacji tych materialnych.

Jakie my mamy cele duchowe w naszym życiu? Czy mamy jakiekolwiek?

Jakie cele duchowe powinien mieć człowiek uzależniony?

To ważne pytania i warto na nie odpowiedzieć.

27. Poddaj się Bożej Woli. Wiedza duchowa ewoluuje. Dla niektórych zabijanie wrogów jest spełnianiem woli Boga. Dla innych Wolą Bożą nie jest strzelanie do ludzi.

Wszyscy jesteśmy na jakimś etapie naszej ewolucji.

Wielkim błędem uzależnionych jest to, że widzą siebie jako gorszych, jako gorszy sort człowieka. Uważają, że tacy SĄ i nic z tym nie mogą zrobić. Bo i człowieka widzą jako formę – ciało, a swoją wartość opierają o to, co ROBIĄ i co MAJĄ. Tym samym wiedza duchowa nie ewoluuje, a często dochodzi do coraz większej degradacji widzenia siebie i swojego życia. Naszą wolą dla nas samych może być ciągłe karanie siebie.

Jednym z fundamentów uzależnienie jest szalejąca samowola. Niechęć do podporządkowania się jakimkolwiek zasadom czy cnotom. A często robienie im na przekór. Ciągle słyszę od uzależnionych – “nienawidzę, gdy ktoś mi coś karze, narzuca, zmusza mnie do czegoś”, etc. Nieraz ta jedna rzecz wystarcza do uruchomienia się, a nawet wpadnięcia w ciąg; powstaje też wtedy uraza oraz wierzymy, że to oczywiście przez kogoś. Nie przez naszą postawę. Problem widzimy w+innych. Chętnie obwiniamy. Jak nie ma kogo, to siebie. A to nie jest postęp, tylko kierunek przeciwny.

Postęp wymaga ewolucji.

Ewolucji ulegać będzie również pojmowanie własnych doświadczeń, dynamiki międzyludzkiej w świecie, jak i pojmowanie sensu życia, własnego jak i w ogóle, etc. Na tej drodze nie ma definitywnego końca. Natomiast to co na pewno można powiedzieć to to, że wzrost odbywa się przez poddanie, a nie (wy)myślenie.

Żeby coś poddać, zazwyczaj trzeba zdać sobie sprawę, że to my się tego trzymamy, że to nasza odpowiedzialność i pozwolić sobie to odpuścić. Gdy nie chcemy, często uciekamy w umysł, w którym znajdujemy mnożące się w nieskończoność pytania typu – “Jaka jest różnica między odpuszczeniem, a uwolnieniem?” , “Wyjaśnij mi, PROSZĘ, bo nie rozumiem, dlaczego pragnę coś odpuścić, a mi się to nie udaje?” Często stoi za tym intencja “wdaj się ze mną w dyskusję, bym mógł odkładać przyznanie prawdy i liczę, że to ty ją wyznasz za mnie. A jak się pomylisz lub nie spodoba mi się ta prawda, to biada ci”.

Często większe uświadomienie sobie pewnych kwestii automatycznie zostaje przywłaszczone sobie. Mówimy – “JA sobie to uświadomiłem”. Jednak nie spotkałem się jeszcze z wyjaśnieniem jak niby do tego doszło? Jaki proces za tym stał – co zrobiliśmy, że ostatecznym owocem tego było to uświadomienie?

Nie my to zrobiliśmy. Nalepienie na to opinii “JA to zrobiłem”, “JA na to wpadłem”, etc. jest czerwonym sygnałem, że wzrost być może się nie odbył, tylko nadęcie.

Droga ta nam mówi, że ewolucja postępuje. Co oznacza, że “uświadomienie sobie czegoś” nie oznacza końca. Tylko ewentualnie nieco wyższe/szersze pojmowanie. Wcale nie musi to być już prawda. Tak jak przyznanie, że mamy problem z pornografią to nie jest jeszcze wyznanie wystarczające, by zacząć zdrowieć. Jeszcze wiele przed nami, jeśli naprawdę zależy nam na zdrowiu.

Postęp na drodze duchowej nie jest możliwy do przewidzenia. Nie następuje w stopniu równym dla wszystkich. Dla niektórych postępy są małe ale ciągłe, dla innych znaczące i nagłe. Czasem długo wydaje się jakby postępów nie było i dzięki niestrudzonej pracy w końcu następuje przełom.

Dr Hawkins mówił, że “ustawienie swojego kompasu na rozwój duchowy jest jednym z największych darów jakie możemy sobie podarować”. Na tej planecie jest to niezwykle rzadkie. A w przypadku uzależnień – niezbędne do wyzdrowienia.

Szybko możemy to zweryfikować – gdy np. poddamy pragnienie czegoś/kogoś, nie doświadczamy straty, ani cierpienia, a swobody, ulgi, spokoju. Możemy zorientować się jak postrzegamy rzeczywistość i pracę duchową. Możemy uważać, że pragnienia są potrzebne, by w ogóle kiwnąć palcem. Jednak nie rozumiemy, że tak się tylko wydaje z poziomów jeszcze niższych od pragnienia, czyli lęku, żalu, apatyczności, winy i wstydu. Na poziomach wyższych szybko dojdziemy do wniosku, że pragnienie i chcenie wcale nie jest takim pozytywnym stanem jak wydawał się wcześniej. Jeśli nie będziemy tego odpuszczać, szybko w nasze doświadczenia wda się frustracja, a potem będzie jeszcze gorzej. Ci, którzy trzymają się pragnień do końca, przez cały proces ich realizacji, nadymają je coraz bardziej. Bo wierzą, że tego potrzebują, by je zrealizować, by nie odpuścić. I ostatecznie po ich realizacji są rozczarowani. Uważają, że włożony wysiłek nie był tego warty. Obraz jaki zbudowali sobie przez ten czas nie pokrył się z rzeczywistością. Uważamy wtedy, że rzeczywistość jest gorsza od pragnień. Dlatego wolimy dalej pragnąć.

Ewolucja pokaże nam z czasem, że to co mówiłem wcześniej – by przyspieszyć moment upadku na dno i poddania się, poproszenia o pomoc, może być dla nas krytycznie znaczący. Jednak z nizin świadomości to może brzmieć jak szaleństwo. Bo uzależniony robi wszystko, by nie sięgnąć dna. Tylko że do tego i tak dochodzi ale wielkim kosztem, jak i zabiera mnóstwo czasu. Można tak żyć kolejne 20-30 lat i nigdy nie wykonać zwrotu.

Uzależniony często naprawdę wierzy, że nie może nic zmienić. Po pierwsze – sam oczywiście nie da rady – a przecież chce być dalej sam – ukrywać się, ucieka od innych (wierzy, że m.in. w ten sposób się chroni przed potępieniem społecznym). Ale też widzi bezsilność jako sensowną, bo sam postrzega przynajmniej pewne aspekty siebie i swojego życia jeszcze niżej od bezsilności – z poziomu wstydu i winy. Bo wina to m.in. przekonanie, że problem jest w+innych. A wstyd wynika m.in. z wiary, że jesteśmy od innych gorsi. Tym samym stawiamy się w takiej perspektywie, że nic nie możemy zdziałać (bo przecież nie zmienimy ludzi, np. sąsiadów, współpracowników, etc.). Więc możemy tylko ew. zapominać, odkładać, łagodzić cierpienie strasznego życia np. codziennym uruchamianiem się czy upijaniem. O ile w ogóle zdamy sobie z tego sprawę. Oraz wierzymy, że musimy unikać innych, by nie zobaczyli nas takimi jakimi my się widzimy (bo uważamy, że tacy jesteśmy). Więc trzymamy się od innych na “bezpieczny” dystans. Np. nie poprosimy o pomoc, nie powiemy prawdy. Ciągle chcemy tylko samemu. Możliwe, że też sądzimy, że gdy poradzimy sobie sami, to da nam jakąś wartość czy chociaż “poczucie” wartości, które często jest dumą i niczym innym. A duma, jak wszystkie emocje, mija. A że postępów nie ma, nie mówiąc o zdrowiu, to zamiast dumy odczuwamy wstyd. Bo się cały czas potępiamy. Wraz z tym potępiamy coraz bardziej wszystkich innych. Ew. wybieramy sobie jedną osobę lub nasze zwierzątko – zazwyczaj psa lub kota – na które projektujemy całą radość, sympatię i życzliwość, które jeszcze się nas tlą. To wszystko jest cholernie niezdrowe. Bo co gdy kotek zachoruje?

Są ludzie, którzy uznali, że wolą Boga dla nich jest to, by cierpieli, żyli w niedostatku, braku, biedzie. Musimy pojąć – to nasza wola dla nas. Nie Boga. Człowiek chce tego, czego nie ma. A dlaczego tego nie mamy? Gdybyśmy uczciwie przeanalizowali swoje postawy i decyzje, dostrzeglibyśmy, że sami byliśmy tym krytycznym czynnikiem uniemożliwiającym nam realizację tego. Np. jednocześnie uważaliśmy, że lęk nas chroni przed czymś strasznym oraz uważaliśmy, że boimy się podejmować niezbędne działania. Może nawet nie dopuszczaliśmy do siebie lęku tak bardzo, częstym uruchamianiem się, że tylko ciągle odkładaliśmy te działania czy “stresowaliśmy się nimi”. A potem modlimy się “Boże, dlaczego”? No, odpowiedź na to pytanie leży po naszej stronie. Różnica między człowiekiem użalającym się, a rozwijającym jest m.in. taka, że człowiek użalający się nie odpowiada na takie pytania, które sam zadaje. Człowiek rozwijający się szuka prawdy. Stara się na nie odpowiedzieć tak uczciwie jak potrafi.

Wiedza ewoluuje, gdy kontekst ewoluuje.

Są ludzie, którzy uważają, że to Bóg zsyła choroby, kataklizmy i inne nieszczęścia. Że pozwala dopuszczać np. do problemów w naszym życiu. Tego argumentu zazwyczaj używamy, gdy nam się coś nie podoba. Bo w porządku, jeśli to jakiś milioner strasznie zachorował, który zdradził swoją żonę i nie płaci podatków. Ale my lub ktoś nam bliski? To już złe!

Dla większości ludzi Wola Boża nie ma znaczenia. Znaczenie ma tylko szalejąca samowola. W tym to jak sami sobie Boga przedstawiamy i jak my uważamy, co mogłoby być Jego Wolą. Np. ktoś może powiedzieć – “gdyby Bóg nie chciał, abym okradał sklepy, to nie stworzyłby mnie biednym”. Pytanie – czy to była Wola Boga? Czy samowola? 100 innych osób w podobnej sytuacji nie okrada sklepów i uważa to za złe.

Najpierw sami coś robimy, a potem uważamy, że skoro Bóg na to pozwolił, to musiała być Jego Wola. Tak wykrętnie możemy widzieć rzeczywistość. Niektórzy mówią – “jeśli Bóg będzie chciał mnie wyleczyć z uzależnienia, to tego dokona”. To też jest pycha.

Poddanie się Woli Bożej rozwiązuje problemy, a nie je stwarza. Rozwiązaniem problemu nie jest danie w pysk komuś, kto nas zdenerwował. To nasza pycha stwarza problemy.

Pewien mądry człowiek zauważył w sposób trochę żartobliwy – “12 kroków jest po to, by nie popełnić samobójstwa. 12 tradycji jest po to, by nie popełnić zabójstwa. 12 koncepcji jest po to, by nie popełnić ludobójstwa”. Ogrom ludzi, z którymi rozmawiałem ma urazy do całej ludzkości. Niektórzy mówili nawet, że gdyby dać im bombowiec, to by latali i zrzucali bomby na ludzi. Skrywamy te myśli ale gad w nas – ego – oczywiście, że o tym fantazjuje. Jeśli świat nie może być po jego woli, to najlepiej go zniszczyć. Jeden dawny klient deklarował mi, że sam byłby w stanie stworzyć lepszy świat, niż stworzył Bóg. Np. usunąłby z niego pornografię. Tylko ciekawe, że ten sam człowiek nie chciał jej usunąć z własnego życia.

Raz jeszcze przypomnę – zdrowiejący alkoholik zdrowieje POMIMO tego, że są sklepy monopolowe, wliczając te otwarte 24 godziny na dobę. Zdrowiejąc nie zdewastował żadnego sklepu, żadnego nie zamknął, nie zamordował żadnego innego alkoholika, ani nikogo innego. Świat się nie zmienił. Tylko ten człowiek ewoluował. Świat pozostał takim jakim był.

Wtedy widzimy, że Wolą Boga dla nas jest dobro. Bóg nikomu dobra nie odmawia. To my sami go sobie odmawiamy. Wliczając odmawianie sobie trzeźwości. Dlatego solidny, poważny upadek może stać się dla nas największym błogosławieństwem. MOŻE. Ale równie dobrze takim punktem zwrotnym może być decyzja podjęta TERAZ. Nie musimy więcej cierpieć. Nie musimy cały czas obniżać swojego dna. Możemy je zacząć podwyższać.

Przestańmy narzucać własną wolę na Bożą. Zacznijmy medytować, pytać, dociekać, kontemplować. Poddawajmy pozycje, koncepcje. Zacznijmy się modlić. Odpuszczajmy pozycje. Dociekajmy prawdy. Niech to nam przyświeca. Nie przyjemność, nie “zaspokajanie” pragnień, nie własna racja, nie ochrona swoich pozycjonalności. To wszystko tylko marne syntetyki tego, co jest nam dane odgórnie. Ale w swojej niewinności daliśmy się przekonać, że jest inaczej.

I z ich marności możemy się zorientować, gdy już nastąpi ewolucja i doświadczymy jakości wyższych. Do tego czasu w wielkim zaskarbieniu nadal będziemy trzymać się swoich lęków, pragnień, oczekiwań, “praw”, itd.

To jakby głodny miał odpuścić zjedzenie kanapki. Jeżeli jednak za tym stać będzie możliwość zjedzenia steka, to prawdopodobnie pozwoli sobie na to. Chyba, że uzna, że nie zasługuje na stek. A gdy go zje, nie będzie chciał już wrócić do kanapek. Oczywiście z tym jest masa niuansów – np. lęk, “że” ktoś nam ten stek zabierze. Albo boimy się wstydu, “że” ten stek stracimy czy “że” sobie z nim nie poradzimy. Niektórzy nie jedzą steków, tylko je odkładają na półkę. Z różnych powodów. To wszystko to też uzależnienie.

Wiedza duchowa ewoluuje. To co dziś mogło się nam wydawać oczywistą prawdą, jutro może stać się rażącym fałszem. To co 20 lat mogliśmy uważać za fakt, w jednym momencie może nas roz(od)czarować. O ile choć w małym stopniu zależy nam na prawdzie, a nie racji. Bo czy przykładem tego nie jest pornografia czy alkohol? 40 lat mogliśmy uważać to za coś cudownego – remedium na wszystkie nasze problemy. Tyle przetrwaliśmy dzięki niemu, że w porównaniu ten jeden “problemik” nie ma znaczenia. Tylko że to nigdy tym nie było. Wielu -holików tysiące razy oddających się swojemu uzależnieniu, gdy dowiedzieli się jak jest szkodliwe, próbują dalej to robić ale tak jakoś inaczej. Żeby im to mniej szkodziło. Wcale nie chcą dopuścić do siebie tej informacji. Nie chcą przestać. A gdy próbują, okazuje się, że nie mogą. Wtedy dopiero powoli i opornie zaczynają rozumieć z czym mają do czynienia.

Tak jak jeden mężczyzna napisał mi – “Nie chce iść bo na to nie będzie odwrotu.” Tu widzimy, że cały czas chce odwrotu. Nie chce z tym skończyć. Co wtedy?

Podjąć się leczenia POMIMO tego. Nieoczekiwane rzeczy mogą się wydarzyć i coraz bardziej realne zacznie się nam wydawać prawdziwie trzeźwe życie.

Innym przykładem ewolucji jest lęk. Uważamy, że lęk nas chroni. A tak naprawdę to jedna z racjonalizacji, by lęk utrzymywać w takiej znośnej “odległości” od siebie. Niby się boimy ale tak naprawdę nie do końca. Utrzymujemy ten stan lęku, obaw, zamartwiania się, stresu czy gotowości do ucieczki, takiej “prawie-paniki”. Boimy się bać. Co więcej – wierzymy, że jak dopuścimy do siebie całość lęku, to ziszczą się te wszystkie straszne myśli, wpatrywaniu się w które oddajemy się bezustannie. Wierzymy, że kontrolujemy lęk i myśli, a za pomocą tej kontroli – kontrolujemy swoje życie.

Okazuje się, że jest całkowicie odwrotnie. I dopuszczenie do siebie lęku – ODWAŻENIE SIĘ NA TO – wyczerpuje lęk, a nam ukazuje się często zupełnie inny obraz rzeczywistości. Dużo bardziej sprzyjający i dobry. Choć początkowo może to się nam wydawać jak skok w przepaść.

Lęk obiecuje nam, że nas ochroni. Bylebyśmy tylko się go trzymali niczym gałęzi nad przepaścią. Ale każdy kto puścił się lęku doświadcza nie tylko tego, że to go wcale nie zabiło. Ale doświadczył stanów jeszcze wyższych i być może zupełnie nowych. Lęk obiecuje nam, że wiszeniem, trzymaniem się z całych sił będzie w końcu coraz lepiej. Ale nigdy nie jest.

Droga ta ukazuje nam też, że wraz z ewolucją świadomości, ewoluuje nasze całe postrzeganie świata, wliczając postrzeganie Boga. Dla człowieka apatycznego życie wydaje się przygnębiające, a Bóg potępiający. Dla człowieka gniewnego życie wydaje się antagonistyczne, a Bóg mściwy. A to dlatego, bo prawdopodobnie sami tacy jesteśmy. A skoro tak, to uważamy, że źródło tego też takie musi być.

Ale jeśli Źródło Życia widzimy jako negatywne, odmawiamy sobie kontaktu z Nim. I wtedy wkracza pycha, która przekonuje nas, że sami musimy wziąć sprawy w swoje ręce i zadbać o siebie. To się nazywa uzależnienie. Które tysiące razy obiecuje nam, że przeżyjemy, gdy tak naprawdę zabijamy się z uśmiechem na ustach. Przy tym zabijamy swoje relacje, karierę i wszystko czego się dotkniemy. Cały czas sądzimy, że to ostatni raz, że tym razem będzie inaczej, że “tylko jeden filmik” – tak jak alkoholik mówi, że napije się tylko malutki kieliszek lub małe piwko. A gdy budzi się tydzień później i jego samopoczucie jest jakby miał 3 wypadki naraz i chce umrzeć, nadal nie zdaje sobie z tego sprawy. I wiesz co? Znowu chce się napić. Seksoholik znowu ulega żądzy.

Wielu cierpi odkąd to pamięta. I uznali w końcu, że taka musi być Wola Boża. Poddają się więc temu, na co sami się skazują i nadają temu znamiona boskości. Ubóstwiają cierpienie jakoby było nam dane przez Boga. Ilość tych racjonalizacji jest przygnębiająca.

Wiesz, jeśli zjesz dzisiaj spleśniały chleb i się zatrujesz i będzie Cię czekało płukanie żołądka, to Bóg nie dał Ci tego chleba, nie dał Ci tej czynności, nie dał Ci tego zatrucia. Bóg dał Ci możliwość płukania żołądka. Ale resztę sprawiliśmy sobie my.

Często podchodzimy do tego jak do np. deszczu. Jeśli pada każdego dnia, to niemal każdy dojdzie do wniosku, że taka musi być pora roku, że taką ma charakterystykę. Jeśli pada przez cały rok, to taki to musi być ten obszar Ziemi. Taki on jest.

Więc jeśli my codziennie doświadczamy zmagania, lęku, wstydu, winy, gniewu, frustracji, braku, samotności – no to idąc analogicznym tokiem pojmowania – TACY MUSIMY BYĆ i TAKIE MUSI BYĆ ŻYCIE. Wielu dodaje – “choć mam najszczersze intencje, nic się nie zmienia”. Tak, wielu ma dobre intencje. Ale czyny rozpoznajemy po owocach. Człowiek może mieć dobrą intencję, by zadbać o tygrysa, np. uspokoić go. I chce to osiągnąć przez wejście do klatki z tygrysem i jego pogłaskanie. Intencja dobra. Efekt – śmierć przez rozszarpanie. Bo człowiek nie żyjący na poziomie Rozsądku, a przynajmniej zdrowo analizujący fakty, swoich intencji nie opiera o rzeczywistość. Tak jak uzależnionemu nie da się pomóc trzymając go za uszy.

Z tego powodu uzależniony może tysiące razy robić to samo i ciągle liczyć, że w końcu coś się zmieni. Przynajmniej tak to sobie mówi. Może mieć dobre intencje. Tylko nie podejmuje adekwatnych działań. Może mieć dobre intencje czytając 250 artykułów. Np. całe serie o cnotach. A potem wytknij mu jeden błąd i szlag go trafi. Gdzie wtedy ta wiedza o pokoju, radości, wybaczeniu, odpuszczeniu? Spłynęła jak mydliny pod prysznicem.

Innym przykładem jest to, że możemy wierzyć, że “siedzenie we własnej głowie” nas ratuje przed jeszcze gorszą rzeczywistością. Co z tego, że myśli mogą być praktycznie tylko negatywne, skoro “na zewnątrz” jest jeszcze gorzej? Co wtedy jest rozwiązaniem? Czy kogoś można zmusić, by odkleił się od myśli?

Właśnie wzrost m.in. prowadzi do tego, że to co straszne przestajemy takim widzieć. To co niemożliwe do rozwiązania czy nawet zaakceptowania, powoli staje się możliwym do zaakceptowania, przyjęcia, zmierzenia się, a nawet rozwiązania. To nie problemy mogą maleć ale to my wzrastamy, by sobie z nimi w końcu poradzić. Przestajemy walczyć i uciekać. Bo to nie działa.

Zwierzę przestaje nami kierować. Bierzemy odpowiedzialność. Idziemy do góry.

A jeśli nadal chcemy po swojemu, to dalej zakamuflowane zwierzę. Musimy ewoluować. A ja mogę Cię w tym pokierować.

Podziel się tym artykułem!

Napisz komentarz!

Zasubskrybuj
Powiadom mnie o
guest
5 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Kate

Witaj Piotrze
Napisalabym komentarz ale po co? Skoro moje wpisy nie pojawiają się na Twoim blogu? Pytalam o przyczynę. Milczysz. Coś Ci zrobilam? Napisalam?
Jeśli CHCESZ odezwij się do mnie na skrzynkę pocztową (choć widzę że nie wszystko mi na maila przychodzi) jeśli ta przestrzeń to nieodpowiednie miejsce.
Katarzyna.

Kate

Piotrze!
Przepraszam za to że stalam się dla Ciebie obciążająca ze swoimi monotonnymi komentarzami. Ileż można czytać to samo i kręcić się w kółko z kimś, kto nie postawił ani jednego kroku. Nie licząc świadomości problemu z dwóch stron.
Przestrzeń, którą tu udostępniasz piszacym i Twoje komentarze wentylowaly moje wzburzone emocje przez które czulam się tak jakby mnie topily. Sprowadzaly na ziemię. Porządkowaly myśli. Czulam, że jakoś wydobywam się z tej głębokiej wody.
Poswiecaleś swój czas i patrzyleś bezsilnie na mój bezruch. To prawda.
Zmienilo się tylko tyle, że przestalam wpadać w szał gdy po raz kolejny mój mąż siadal pezed laptop. Przelomowym bylo ostatnie wydarzenie które wlączylo hanulec: podczas kłótni z mężem upadlam na łóżko i zlamalam żebro. Dzieci byly przerażone. Zobaczylam, że najbardziej szkodzę samej sobie i dzieciom. Mojego męża nic nie jest w stanie ruszyć. Teraz jestem grzeczną dziewczynką i podczas wielogodzinnych seansów porno siedzę w jednym pokoju z mężem i milczę. Tyle się zmienilo. Wszystko boli jak bolało a twraz nawet jeszcze bardziej bo mnie mąż nie dotyka ani nie odzywa się. Jestem powietrzem. Niebytem. Jest tylko on i porno dziwki.
Kiedyś zapytałeś czego się najbardziej boję i bym sibue to zwizualuzowala by stawić czoła temu lękowi. Najbardziej boję się rozkladu naszej więzi i rozpadu rodziny. Gdy patrzę i czuję na sobie zimną i lodowatą obojętność mojego męża wobec mnie to mam ochotę umrzeć by tego nie doświadczać. Bo ta obojętność to objaw śmierci miłości.
A ja bez niej żyć nie potrafię.
Był czas że mialam kontakt z osobą wspoluzaleznieną ( żona seksoholika) . Podała mi namiary na grupę. Spotkania mialy się odbywać na skype. U mnie w domu popoludniami wszyscy się kręcą i warunków na prywatę nie mam.
Ciągle żyję tym czym oddycha mój mąż.
Za oknem słońce a u nas grobowiec. Założył sobie sluchawki na uszy, wziąl duży monitor i jedzie …..z ręką w spodniach.
Zastanawiam się gdzie jest MOJE dno. Nie jego. Jak bardzo trzeba mnie upokorzyć bym podniosla te polamane skrzydla i wzbila się do góry.
Są kobiety ktorych mężowie oglądają porno, ba….one też i twierdzą że relacji nic na tym nie ubywa. A staż malzenski czasem konkretny bo np.20 lat.
Dlaczego je to nie dotyka a mi się wali caly świat? Może to ja świruję….
W środę Popielcową mąż posypal sobie głowę popiolem i podjął decyzję, że skoro nie potrafi wyjść z porno to żyjemy odtąd jak brat z siostrą by nic nie bylo czynnikiem zapalnym. Mialam się do niego nie zbliżać i w łóżku nie dotykać. Nie byla to decyzja podjeta w porozumieniu ze mną ale samowolna. Wypowiadal to z ogromną złością i agresją. Odczulam to jako karę i odwet: że skoro ja nie godze się na porno to nie będę miala seksu.
Dwie godziny po mszy już siedzial przed kompem. Do dziś. Totalnie się ode mnie odcinając i udając że mnie nie ma.
Dziękuję, że się odezwaleś Piotrze. Czasem AŻ TYLE mi wystarczy bo samotność to potwór.
Chcialam się podzielić swoją stagnacją.
Dziękuję też za Twoje życzenia.
Pozdrawiam serdecznie.

Proszę, odpowiedz mi jeszcze na pytanie: czy w swoim doświadczeniu z uzaleznionymi spotkaleś się z przypadkiem, że ktoś wsiąka w porno na caly dzień? Wczoraj mój mąż ogladal 17 godzin. Przed chwilą wstał i ogląda dalej. Ile można??? Kiedy mózg ma dość? Może to jest przypadek kliniczny?

Krzysztof

życie to ciężka i smutna sprawa~Józef Stalin

Żyć mi sie odechiewa wiedząc,że mam 22 lata a wyglądam na 17.Nie sprzedadzą mi nawet alkoholu w sklepie bez pokazania dowodu,w pracy mówią na mnie młody i mnie to wkurwia,codziennie to słyszę i od razu pojawia się chęć włączenia porno.Unikam jak mogę tematu wieku bo jak ktoś się zapyta i mu powiem ile mam lat to robi oczy jak 5 złoty.Co ja mam k**** z tym zrobić?mam brać sterydy żeby wyglądać starzej?czemu to akurat mnie spotkało,nawet dziewczyny nie mogę mieć bo która by chciała gościa który wygląda na 17 lat.Nie potrafię tego zaakceptować.

Podobne Wpisy:
Jak mieć spokojny umysł?

Jak mieć spokojny umysł?

Witam Cię serdecznie! Dzisiaj artykuł na kolejny, bardzo popularny mit i niezrozumienie – ludzie chcą posiadać spokojny umysł oraz widzą rzekomy problem polegający na posiadaniu niespokojnego umysłu. A gdy tak jest, próbują umysł uspokoić lub okiełznać. To jak ludzie nie rozumieją umysłu i myśli jest chyba jednym z najbardziej powszechnych problemów na świecie. Wraz z… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 18
100 Dróg do Pokoju (1-3)

100 Dróg do Pokoju (1-3)

Witam Cię serdecznie i spokojnie! ;) Rozpoczynamy pierwszą z trzech serii dotyczących dróg do pokoju, szczęścia i sukcesu! Dzisiaj zajmiemy się pokojem. Link do artykułu wprowadzającego znajdziesz poniżej! ► Seria „100 Dróg” – Wprowadzenie. Aby uniknąć komentarzy nie na temat, nie wypiszę wszystkich dróg od razu. W każdym artykule opiszę kilka i przedstawię swoją perspektywę… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 3
Uzależnienie – Czym Jest i Jak Powstaje? (Część 1, Wideo)

Uzależnienie – Czym Jest i Jak Powstaje? (Część 1, Wideo)

[Transkrypt wideo] Witam Cię serdecznie! Dzisiejszym filmem rozpoczynam serię materiałów odnośnie wielu połączonych ze sobą elementów, których zaniedbanie prowadzi do uzależnienia. Transkrypcję każdego filmu umieściłem na Blogu serwisu Wolność od Porno, do którego adres to: www.wolnoscodporno.pl/Blog Zapraszam! Uzależnionych są setki milionów na całym świecie. Uzależnień również są setki, zaś uzależnienie od pornografii jest jednym z… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 5
Życzenia Bożonarodzeniowe i Noworoczne na 2020!

Życzenia Bożonarodzeniowe i Noworoczne na 2020!

Witam Cię niezwykle serdecznie! Jako, że nie ma śniegu na dworze, proszę – oto cyfrowy śnieg w artykule! Możesz go sobie wziąć do woli na własny użytek! Jeśli masz zły humor, włącz zaproponowany utwór w mini odtwarzaczu powyżej. Nie pożałujesz! ;D A z mojej strony pragnę złożyć Ci najserdeczniejsze życzenia. Ale ale – co to… Przeczytaj
Wpis!

Dodano:
Komentarze: 1

WOLNOŚĆ OD PORNO